Trolle o planszówkach prawdę ci powiedzą – wywiad z Piotrem Jasikiem z GameTrollTV

Game Troll TV - kanał na YT o grach planszowych

 Źródło: Game Troll TV, youtube:
https://www.youtube.com/user/GameTrollTV

Chyba każdy z nas grał kiedyś w gry planszowe razem z rodzicami i przyjaciółmi. Gdy byliśmy mali, na naszych stołach i podłogach toczyliśmy zacięte pojedynki w szachy, chińczyka lub statki. Czasy jednak się zmieniają. W co warto zagrać teraz i jak powrócić do hobby z dziecięcych czasów?

Planszówki wydają się rozrywką bardzo niszową. Chyba każdy z nas miał z nimi do czynienia kiedyś, za młodu, ale wielu z czasem zapomniało o przyjemności jaką niesie ze sobą rozgrywka z przyjaciółmi. Zresztą, dzięki rozwojowi branży gier komputerowych możemy zagrać z innymi w każdej chwili, bez wychodzenia z domu.

Wciąż jednak jest wielu pasjonatów, którzy uwielbiają bardziej tradycyjną zabawę. Ma ona wiele zalet, z czego najważniejszą jest możliwość spotkania się twarzą w twarz z przyjaciółmi i spędzenia razem czasu. Wydawcy tworzą nowe gry planszowe, oparte na popularnych dziełach (np. gry w klimatach „Wiedźmina” lub „Gry o Tron”) tudzież mniej lub bardziej aktualnych wydarzeniach z kraju i ze świata. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Szczególnie teraz, w okresie wakacyjnym, warto pomyśleć o nabyciu jakiejś gry, którą będziemy mogli zająć swoje potomstwo lub pochwalić się przyjaciołom podczas deszczowego wieczoru nad morzem. Parę gier, wypróbowywałem osobiście na małym, lipcowym urlopie ze znajomymi – w ruch poszły m.in. „List miłosny”, „The Resistance”, „Siedem Cudów Świata” i „Potwory w Tokio”. Jeden z uczestników wyjazdu znał się na planszówkach i sprezentował nam perfekcyjny zestaw na dużą grupę osób.

Co jednak zrobić, gdy nie znamy się na grach planszowych, a mamy dość tradycyjnych szachów, i chcielibyśmy zagrać w coś nowego, świeżego? Odpowiedź na to na pewno znają chłopaki z Game Troll TV. Założony pięć lat temu (za tydzień rocznica powstania!) kanał na YouTube poświęcono promowaniu i popularyzacji planszówek wśród internautów – tych starszych, jak i tych młodszych. Znani w środowisku graczy Piotr Jasik, Marek Laskowski i Carlosa Pyrcz, pokazują widzom tytuły w które warto zagrać i tłumaczą zasady gry osobom, które mają problemy ze zrozumieniem rozgrywki. Kilka razy do roku organizują konwenty poświęcone planszówkom. Na koncie mają również zbiórkę dla ofiar powodzi. Obecnie, Game Troll TV ma ponad ośmiu tysięcy subskrybentów i jest drugim, największym kanałem o tej tematyce w Polsce.

Skąd pomysł na stworzenie takiego cyklu? Jakie gry są najlepsze na początek? Co wziąć ze sobą na długą wyprawę pociągiem? I czy da się zrobić dobrą grę o… szyciu kołdry? Spytałem o to wspomnianego już Piotra Jasika, twarz kanału Game Troll TV, a prywatnie nauczyciela WoSu i historii:

 

Jakie były Twoje początki z grami planszowymi i jak stały się Twoją pasją?

Piotr Jasik: Moja pasja zaczęła się od szkoły podstawowej, potem przygasła i powróciła z impetem na studiach. W podstawówce grałem w „Magic The Gathering” i to jej zawdzięczam dziś znajomość języka angielskiego (opisy na kartach były po angielsku). Do tego oczywiście „Magia i Miecz”, znana dziś pod marką „Talisman”, w której przemierzałem razem z kolegami i koleżankami fantastyczną krainę w poszukiwaniu korony władcy. Po szkole podstawowej trafiłem do liceum w którym o grach bez prądu było cicho, tak więc i moje hobby przycichło. Rozbudziło się ponownie na studiach, kiedy pewnego razu, w zimowe popołudnie, trafiłem do jednego z warszawskich saloników prasowych i zobaczyłem czasopismo „Świat Gier Planszowych”… i zaczęło się na nowo. Miesiąc po zakupie czasopisma, miałem już trzy nowe gry.

Chyba już nie wychodzi żadna polska prasa o grach planszowych w wersji drukowanej, prawda? Skąd pomysł na to by poprowadzić kanał na YT i skąd wzięła się jego nazwa?

Niestety wersje pdf-owe pism o planszówkach wyparły tradycyjne pismo. Nie bez znaczenia są też różne inne media dostępne w sieci za darmo.

Mój pomysł na kanał wziął się stąd, że szybko zapominałem zasad gier, bo te pojawiały się w zastraszającym tempie. Dlatego wpadłem na pomysł programu o grach planszowych, który streszczałby ich reguły. Mogliby z niego korzystać inni gracze i ja, kiedy zapomnę jak w daną grę się grało.

Pomysł na nazwę wziął się z przypadku. Podczas jednej z partii myślałem z innymi przyjaciółmi jak można nazwać taki program i w momencie kiedy zadałem to pytanie, trzymałem w ręku figurkę trolla z gry „Talisman”. Reszta nazwy wynalazła się już sama.

Jakie tytuły warto polecić początkującym graczom, a jakie bardziej zaawansowanym?

Zależy jaki gracz, ale warto zacząć od tytułów lekkich tj. „Osadnicy z Catanu”, „Wsiąść do Pociągu”, „Dobble” czy „Dixit”, i stopniowo przechodzić do tych nieco bardziej skomplikowanych, ale dających dużo satysfakcji pozycji. Zazwyczaj gracze po osiągnięciu pewnego „poziomu wtajemniczenia” sami widzą co im bardziej odpowiada. Mają do wyboru niesamowitą różnorodność gier, od takich, przy których trzeba spędzić po dwie, trzy godziny lub od dziesięciu do piętnastu minut. Zabawa przy obydwu czasowych typach jest przednia. Dochodzi do tego ogrom tytułów, mechanik, czy tematów o jakich traktują gry. Dla przykładu. teraz zajmuje się grą o… szyciu kołdry. Okazała się świetnym tytułem!

Gra o szyciu kołdry? Brzmi ciekawie! Albo raczej nie tyle „ciekawie”, co intrygująco. Co to za gra?

Mowa tu o grze pt. „Patchwork”. Gra autora rewelacyjnej planszówki „Agricola”, Uwe Rosenberga. W „Patchworku” naszym zadaniem jest dobieranie kawałków stylizowanych na materiał i składanie ich na planszy. Kto zarobi przy tym więcej ciekawej waluty będącej w grze, czyli guzików, wygrywa.


Znasz może inne tego typu gry, które wydają się „dziwne” i „niegrywalne”, a tak naprawdę są świetne? Jaka była najbardziej niecodzienna gra planszowa, którą trzymałeś w dłoniach?

Każda gra, która odbiega od tematu zainteresowań danej osoby, może okazać się dziwna lub niegrywalna. Z moich przygód planszówkowych najdziwniejszą była bez wątpienia gra w której trzeba wyskakiwać z samolotu. Niestety wszyscy wyskakujący zapomnieli spadochronów. Zadaniem gracza jest spaść na ziemie na samym końcu i zrobić wszystko, by to inni spadli przed nami.

Chyba wszyscy lubią planszówki i ciężko spotkać kogoś, kto by nimi gardził, jednak jest parę ograniczeń, które utrudniają częste gry. Pierwszą jest towarzystwo. Jak najłatwiej znaleźć ludzi z którymi można by pograć i gdzie zacząć szukać?

Chociażby od kanału który prowadzę. Game Troll TV to nie tylko program na Youtube, ale i cyklicznie organizowane w Warszawie spotkania, na które średnio przychodzi ok. sto pięćdziesiąt osób. Można spotkać tam samych pozytywnie nakręconych ludzi i pograć w masę fajnych tytułów. Poza tym są w Polsce różne fora informujące o zbliżających się konwentach, a w większych miastach funkcjonują kawiarnie które mają w ofercie gry planszowe. Możliwości jest masa.

Drugim problemem, przynajmniej moim zdaniem, są pieniądze. Mogę się mylić, ale odnoszę wrażenie, że planszówki są naprawdę drogie! Z czego wynikają takie ceny? Jak zorganizować sobie gry planszowe „na własność” (poza kawiarenką) gdy nie stać nas na wydatek kilkudziesięciu złotych?

Ceny planszówek wahają się od piętnastu do trzystu złotych. Są też oczywiście droższe. W przypadku ceny gry trzeba spojrzeć na ile nam ona starczy. Wyobraźmy sobie, że zamiast planszówki kupujemy rozrywkę. I tak, wydając na grę np. sto pięćdziesiąt złotych, możemy kupić jedną, lub kilka. Mogą być nowe i używane. Starczą nam na kilka miesięcy dla kilku osób, które będą z nami grać. Te same 150 złotych możemy wydać, na inne rozrywki, które starczą na dużo krócej niż planszówki. Generalnie wydatki to bardzo subiektywna opinia. Dla niektórych wyłożenie dwóch tysiaków na telefon będzie świetną okazją, a gra planszowa za pięćdziesiąt złotych rozbojem w biały dzień.

Coś w tym jest. Jakie są najlepsze gry na podróż? Jedziemy parę godzin pociągiem i musimy sobie jakoś uprzyjemnić czas. Razem ze znajomymi spróbowałem „Listu Miłosnego” – muszę przyznać, że gra jest naprawdę świetna.

Tak, „List Miłosny” zawojował pociągi, samochody i autobusy rok temu i, z tego co wiem, w tym roku tez jest często grany. Na podróż najlepsze są gry karciane lub logiczne, niezajmujące dużo miejsca i dające się szybko schować. Dla mnie takimi trafionymi grami na podróż są „Blokus”, „Abalone”, „Zombiaki”, „Waleczne Pixele” i właśnie „List Miłosny”.

Co sądzisz o planszówkach przenoszonych na platformy komputerowe (np. „Cards Against Humanity”, „Neuroshima Hex”) i o grach komputerowych stylizowanych na planszówki (np. „100% Orange Juice”, „The Witcher Adventure Game”, „Hive”)? Tani i ogólnodostępny substytut klasyki czy niszczenie całego uroku gier tego typu?

Przeniknięcie się tych dwóch światów było tylko kwestią czasu. Popularność gier komputerowych jest bezdyskusyjna i planszówki, by zaistnieć w szerszej świadomości graczy, musiały uderzyć również w ten rynek. Skorzystały też z popularności różnych narzędzi elektroniki przenośnej jak np. smartfony, gdzie ludzie zamiast porozmawiać ze sobą, wolą tłuc w różnego rodzaju gierki. W planszówkach chodzi o kontakt bezpośredni. To, że docierają do odbiorców w wersji elektronicznej może spowodować, że ci zechcą zagrać w pierwowzór z żywym przeciwnikiem.

Zdarza ci się grywać w gry planszowe online?

Jak najbardziej. Kiedy ja lub znajomi nie mamy w tygodniu czasu na spotkanie w cztery oczy, albo nie mogę wyjść z domu, to w ruch idą planszówki on-line, jak np. „Memoir 44”. Wtedy jednak zawsze mam z nimi kontakt głosowy, by chociaż w ten sposób stworzyć pozór prawdziwej partii w grę planszową.

Wolisz polskie planszówki czy zagraniczne? Czy jest między nimi znaczna różnica?

Nie ma żadnej różnicy. Obecnie na polskim rynku jest kilka polskich liczących się wydawnictw wypuszczających masę ciekawych tytułów. Polscy projektanci gier odnoszą sukcesy na naszym i zagranicznym rynku. Na część gier zbierają pieniądze na platformach crowdfundingowych i osiągają tam niesamowite wyniki.

Dla mnie najcenniejsze jest w grze nie to, kto ją zrobił, ale o czym jest, co można w niej zrobić, czy jest nowatorska itp. Oczywiście, mam swoich ulubionych autorów. Z polskich projektantów jest to Ignacy Trzewiczek, a z zagranicznych: Vlaada Chvatil z Czech oraz Uwe Rosenberg z Niemiec.

Czy planujesz stworzyć samemu jakąś grę i przełożyć swoje wieloletnie doświadczenie na praktykę?

Będzie ciężko. Mam masę pomysłów, testuję prototypy innych twórców, ale na własną grę nie ma na razie szans. Praca w szkole na dwóch etatach i prowadzenie kanału po godzinach, w czasie wolnym, pochłania tak totalnie, że człowiek już nie ma czasu na coś innego. W dodatku masę tytułów które do mnie spływają, trzeba porządnie ograć!

Kobiety przegrały wybory prezydenckie

Wielu uważa, że tegoroczne wybory prezydenckie są festiwalem miernych kandydatów i dowodem na upadek lewicy. Podczas kampanii pojawia się jednak jeszcze jeden problem – marazm i nieporadność polskich kobiet-polityków.

Mamy za sobą wprowadzenie parytetów płciowych na listach w wyborach parlamentarnych. Wiele znanych osób mówiło, że kobiety są silne i niezależne. W czasopismach pojawiały się teksty o wyższości płci pięknej w sferze polityki. Na liście „najbogatszych Polaków” Forbesa nie brakuje Polek. Premierem została Ewa Kopacz, Elżbieta Bieńkowska jest Europejskim Komisarzem ds. Rynku Wewnętrznego i Usług. W rządzie i na sali sejmowej również zasiada wiele pań. Nasze elity medialne i organizacje społeczne pełne są inteligentnych, zdolnych działaczek.

Nadszedł czas wyborów prezydenckich i wyobrażenie o silnych, ambitnych oraz sprytnych uczestniczkach życia politycznego runęło w gruzy. Zamiast wybitnych kobiet-polityków otrzymaliśmy jedną, jedyną wydmuszkę. Reszta rozpłynęła się w powietrzu.

Z 23 zarejestrowanych komitetów wyborczych, pięć popierało kandydatki na stanowisko Prezydenta Rzeczpospolitej – Balli Marzec, Iwonę Piątek, Wandę Nowicką, Annę Grodzką i Magdalenę Ogórek. Już ta „wstępna lista” budzi niepokój. Brak na niej naprawdę charyzmatycznych postaci mogących pociągnąć za sobą tłumy. Pojawia się też problem różnorodności poglądów, o czym za chwilę.

Balli Marzec nie miała najmniejszych szans na zebranie stu tysięcy podpisów. Nieznana nikomu muzułmanka, będąca prezesem Wspólnoty Kazachskiej była z góry skazana na porażkę – chociaż docenić należy sam akt odwagi, jakim jest zgłoszenie swojego komitetu wyborczego.

Jednak to co w jednej sytuacji jest aktem odwagi, w innym przypadku staje się symbolem braku rozsądku, buty i arogancji. Pycha opanowała Iwonę Piątek, Wandę Nowicką i Annę Grodzka, które zaczęły się między sobą przepychać i rywalizować o wspólny elektorat. Kompletny brak politycznego wyczucia sprawił, że żadna z nich nie zebrała stu tysięcy podpisów. Reprezentowały właściwie tę samą lewicową ideę, a różnice w ich wypowiedziach były kosmetyczne. Ta walka od początku nie była łatwa – w końcu musiały zmagać się z Januszem Palikotem, dzięki któremu wypłynęły z głębin politycznego niebytu. Za ich plecami czaiła się Magdalena Ogórek, trzymana na smyczy przez Leszka Millera.

Tam gdzie potrzebna była jedność, pojawił się podział i brak zgody. W starciu po lewej stronie wygrała tylko jedna kandydatka, której kandydatury nikt nie brał poważnie. Nie pomogły jej własne doświadczenia, charyzma czy umiejętności. Zdobyła sto tysięcy podpisów dzięki opiekuńczej, męskiej dłoni przywódcy SLD, który postanowił zrobić psikusa swojej partii i postawić na osobę nieznaną. Gdyby nie jego pomoc, w wyścigu o prezydencki fotel nie byłoby ani jednej kobiety. Kto wie, może właśnie dlatego Leszek Miller zdecydował się poprzeć Magdalenę Ogórek. Może z sympatii do płci pięknej? Może w imię lewicowych przekonań? By na listach wyborczych był chociaż cień „równouprawnienia” i wiary w możliwości kobiet?

Ostatecznie, na jedenastu kandydatów mamy tylko jedną kobietę, w dodatku krytykowaną przez feministyczne elity. Magdalena Ogórek na samym początku zniechęciła do siebie media, a na pytania odpowiadała tak jak jej przykazał wujek Miller albo wcale. I tylko jej wygląd został doceniony przez zagranicznych dziennikarzy.

Nie piszę tego ze złośliwością – raczej z żalem i irytacją. Walka ze stereotypami i działanie na rzecz równości, nie rozbiły się o „zły patriarchat” ani nie zatrzymały na szklanym suficie. To kobiety same zrezygnowały ze starcia, już w momencie rejestrowania komitetów wyborczych. Wbrew pozorom, nie mamy zbyt dużego wyboru wśród kandydatów. Połowa z nich różni się tylko retoryką i aparycją, ale ich poglądy są niczym stworzone w edytorze tekstów – kopiuj → wklej. Mamy naprawdę dużą niszę, którą można zagospodarować. Wyborcy szukają czegoś nowego – co widać po sukcesie Brauna, Kukiza, Wilka i Tanajno, którzy mogą sobie gratulować samego startu w wyborach.

Jestem pewien, że znalazłoby się miejsce nawet dla kolejnej lewicowej kandydatki, gdyby nie była klonem Janusza Palikota. Także prawa strona jest otwarta jak nigdy wcześniej, tam również kobiety mogłyby poszukać wyborców. Zawsze pozostaje też centrum i stawianie na konkretny element życia obywatelskiego (Paweł Kukiz na przykład wybił się na JOWach).

W polskiej polityce brakuje jednak naprawdę charyzmatycznych „kandydatek na kandydatki”. Właściwie nie wiem – nie istnieją, czy nie chcą zaistnieć. Jeżeli jednak czają się gdzieś w cieniu i czekają na odpowiedni moment, to, uwaga! Teraz nadchodzi ta chwila! Wybory parlamentarne! Walczcie o obraz wybitnej, niezależnej kobiety-polityka! Spójrzcie na sukces obecnych kandydatów płci męskiej, którzy niemal od zera zdobyli ogromne poparcie!

Chyba, że wolicie, by kobieta w polityce była kojarzoną z małomówną, ale za to ładną panią, która bez pomocy starszego pana nawet nie wystartowałaby w wyborach…

Tekst można przeczytać również na:
http://wiadomosci.onet.pl/kobiety-przegraly-wybory-prezydenckie/j18pgp

Nocne Wilki podbiły Polskę bez przekraczania granicy

Kilkudziesięciu kafarów na motocyklach chce przejechać przez Polskę. Przez kilka dni staje się to głównym tematem w mediach, politycy wszystkich opcji emocjonalnie komentują ich wyprawę, a Polacy drżą, bojąc się groźnych zabijaków Putina. Do diabła, przestańcie się mazać i dorośnijcie!

Polskie media od początku schrzaniły sprawę. Gdyby wszyscy mieli w nosie przejazd Nocnych Wilków, gdyby media milczały albo zwięźle i krótko wspomniały o tej akcji, to przejazd Rosjan odbyłby się bez echa, a prowokacji by nie było. Co to za prowokacja, która nie dociera do prowokowanego? Zablokowanie wjazdu motocyklistów na teren Polski miałoby wtedy mocniejszy wydźwięk dyplomatyczny. Nagła, stanowcza i bardzo klarowna odpowiedź na wcześniejsze gesty Rosji wymierzone w nasz kraj. Teraz już na to za późno. Cały temat został „rozmemłany”, zalano nim czołówki wiadomości, a politycy wszystkich opcji mieli szansę wymądrzać się przed kamerami. Tyle jeżeli chodzi o subtelność i finezję. Nieważne co zrobią teraz polskie władze. Wyjdzie niezdarnie i źle.

Polacy są oburzeni!

Nocne Wilki muszą śmiać się do rozpuku obserwując histerię i panikę Polaków. Garstka popleczników Putina o której w Polsce nikt wcześniej nie słyszał, nagle zawitała na czołówki serwisów informacyjnych. Przedstawiani są niczym nadludzie, prowokatorzy, wybitni agenci, najbliżsi przyjaciele Putina, rzeźnicy Ukraińców, doświadczeni żołnierze, krwiożerczy i bezlitośni, którzy na pewno podczas swej wyprawy „wystąpią przeciwko suwerenności narodu polskiego” i po drodze spalą parę wiosek z czystego okrucieństwa.

Tymczasem to nie oni są prawdziwym zagrożeniem. Jak zwykle, to Polacy sami podkładają sobie gwoździe pod stopy. Fakt, że kilkunastu motocyklistów jest w stanie podbić wszystkie serwisy informacyjne i zasiać niepewność w kraju liczącym kilkadziesiąt milionów mieszkańców, nie świadczy dobrze o naszej dojrzałości czy rozsądku. Nocne Wilki nawet nie musiały przekroczyć granicy! Wystarczyła jedna zapowiedź, a nasi patridioci już drżą z oburzenia i sporządzają plany jak odeprzeć „ruską swołocz”, by bronić suwerenności Polski.

Prawdę mówiąc, teraz sam nie wiem co się stanie, gdy rosyjscy motocykliści przekroczą granicę naszego kraju. Może wyślijmy wojsko i parę czołgów, aby wiedzieli, że z nami lepiej nie zadzierać? Może puścić za nimi samochód z którego będzie leciała zagłuszająca ryk silników melodia Mazurka Dąbrowskiego? Może wykorzystajmy pomysł Janusza Palikota aby powitać Rosjan gejowską tęczą?

Polacy pytają mądrzejszego braciszka…

Zamysł, by nie wpuścić Nocnych Wilków „bo tak” nie ma sensu. Są pewne standardy demokratycznego państwa prawa, które wykluczają bezpodstawne działania w stylu „zabrońmy im, co nam zrobią?”. Oczywiście, zawsze można poszukać dziury w całym. Na każdego znajdzie się odpowiedni paragraf. Jednak jest już zwyczajnie za późno. Teraz zamknięcie granicy przed Rosjanami nie będzie precyzyjną, konkretną manifestacją dyplomatyczną, gestem odwetu. Będzie oznaką przerażenia i strachu całego narodu przed garstką motocyklistów z innego kraju.

Zapłakana, zasmarkana niczym niemowlę Polska obejrzała się na swojego starszego, mądrzejszego brata – Niemcy. I wszyscy się ucieszyli, bo podobno ci nie mieli zamiaru się cackać – Nocne Wilki nie przejadą. Potem jednak okazało się, że te informacje były przedwczesne – Rosjanie jednak przejadą. Jestem pewien, że ta telenowela będzie trwała jeszcze parę dni, a każda informacja zza naszej zachodniej granicy będzie elektryzowała polską opinię publiczną i media. Każda publikacja w niemieckiej gazecie spotka się z naszą odpowiedzią. Znowu pokazujemy, że nie jesteśmy w stanie niczego zrobić porządnie. Zdziecinniała Polska zawsze musi oglądać się na starszego, mądrzejszego braciszka, bo sama nie jest w stanie działać skutecznie.

Polacy nie dadzą się sprowokować?

Przez tłum histeryków przebija się rozsądna, wyważona opinia szefa MSZ Grzegorza Schetyny, który komentując sprawę przejazdu Nocnych Wilków wskazuje na to, jak media łatwo dają się wciągnąć w prowokację. Robią dokładnie to, czego się od nich oczekuje – nakręcają atmosferę nienawiści i konfliktu. Jak zwykle wykorzystuje się słabości Polaków, by rozbudzać emocje. Tylko powściągliwość władz w tej sprawie daje jeszcze nadzieje na wyjście obronną ręką z tej nieciekawej sytuacji.

Wiktor Węgrzyn, organizator Rajdu Katyńskiego zapowiada, że będzie eskortował Nocne Wilki w drodze do Berlina. Lepiej, żeby zrobił to skutecznie. Wśród naszych rosyjskich gości na pewno będą osoby z kamerami i aparatami fotograficznymi. To od nas zależy, czy po powrocie do domu pochwalą się państwowej telewizji nagraniami na których są atakowani i obrażani przez „polskich prowokatorów” czy wrócą z pustymi rękoma.

Tekst można przeczytać również na:
http://wiadomosci.onet.pl/nocne-wilki-podbily-polske-bez-przekraczania-granicy/pckg9d

Już piąty rok trwa obrona smoleńskiej twierdzy

Mija piąty rok walki o „smoleńską twierdzę pamięci”, powstałą po tragicznej katastrofie lotniczej. To groteskowe i schizofreniczne oblężenie w którym na próżno szukać logiki. Od początku obrońcy są agresorami niszczącymi mury własnej cytadeli.

Mamy za sobą piątą rocznicę katastrofy smoleńskiej. Chciałoby się powiedzieć: „nareszcie, w końcu mamy na rok z głowy tę żałobę”, ale po pierwsze nie wypada, a po drugie chyba tylko głupi by uwierzył, że w ciągu najbliższych paru miesięcy nie czekają nas kolejne rewelacje o „zamachu” czy nawiązania do „męczeńskiej śmierci bohaterów”. Medialno-polityczny taniec na grobach trwa już dłużej niż prawdziwe oblężenia Smoleńska z XVII wieku. Pamięć o zmarłych i szacunek dla nich miesza się z ośmieszającymi epitetami padającymi z ust samozwańczych obrońców.

„O zmarłych mówi się dobrze albo wcale”. Pisząc o katastrofie smoleńskiej powinno się je nieco uzupełnić: „o zmarłych mówi się dobrze albo wcale, jednak zbyt wiele pochlebstw może postawić zmarłego w złym świetle”. Obrońcy twierdzy wytaczają potężne armaty chcąc udowodnić, że ofiary tragedii były bohaterami, nadludźmi bez których Polska skazana jest na upadek. Nie zauważają, że mury kruszą się pod ciężarem dział.

Nie można bowiem traktować poważnie słów o „męczeńskiej śmierci”, „usuwaniu elity będącej przedmurzem cywilizacji zachodniej” która „broniła Polski i Europy” i „poświęciła się by zatrzymać imperializm rosyjski”. Takie słowa są zrozumiałe, gdy wygłaszamy je w wąskim gronie przyjaciół i rodziny zmarłego, w dniu pogrzebu. Jednak tworzenie „herosa” pod publikę, w celach politycznych, ku uciesze gawiedzi, wydaje mi się zwyczajnie niesmacznie.

W naszej kulturze każda osoba publiczna która zmarła musi być kimś nadludzkim, nadzwyczajnym, postacią podobną do protagonisty z kreskówek, książek lub filmów. Jej czyny mają odznaczać się poświęceniem, bohaterstwem i odwagą. Żołnierz, który poległ w powstaniu warszawskim zawsze jest wtłoczony w pewien niezmienny szablon. To odzieranie kogoś z indywidualności i charakteru. To zamykanie ust żałobnikom, mającym odmienne zdanie.

Samo tworzenie bohaterów ze zmarłych nie jest jeszcze czymś niegodziwym. Odrazę budzi jednak wykorzystywanie ich jako broni w egoistycznych bitwach, kreowanie na trumnach nowych, żywych przywódców i tworzenie wybuchowej mieszanki z żałoby i nienawiści.

W piątą rocznicę katastrofy smoleńskiej to nie zmarli byli najważniejsi. Tłum „obrońców” skandował imiona żywych, a wodzirej wskazywał palcem na wroga, którego trzeba zniszczyć. Ubierał wszystko w niezbyt wymagające, ale docierające do rozemocjonowanego zgromadzenia symbole. My – dobrzy. Oni – źli. My – prawda. Oni – kłamstwo. My – krzyż, tradycja, dobrobyt. Oni – profanacja, zepsucie, upadek. My – zgoda i pokój. Oni – nienawiść i wojna. My – wolna, niepodległa i silna Polska. Oni – zniewolona, zależna i słaba Polska. To najbardziej prymitywna (i najbardziej skuteczna) propaganda stosowana przez wszystkich polityków i media, od prawa do lewa, którą każdy z nas karmiony jest od dziecka.

Jej użycie nie powinno nikogo dziwić – najlepiej przecież działa w chwili, gdy emocje biorą górę. Dzień żałoby to idealna pora by zmobilizować szeregi do dalszej obrony twierdzy. Dowódcy zrobią wszystko w imię własnych celów.

A mur po każdej salwie armat coraz bardziej się kruszy i rozpada…

Tekst można przeczytać również nie:
http://wiadomosci.onet.pl/juz-piaty-rok-trwa-obrona-smolenskiej-twierdzy/4q44d3

Monika Olejnik – szefowa budy z niestrawnym kebabem

Awantura u Olejnik”, „Olejnik znowu puściły nerwy”, „Olejnik bezlitosna”, „Olejnik wyszła ze studia”, „Olejnik rzuca długopisem w gościa”. Czasami oglądając lub słuchając programów Moniki Olejnik mam wrażenie, że po drugiej stronie odbiornika nie stoi profesjonalny dziennikarz, a niezrównoważona, zajadła… kucharka.

Nikt nie może zaprzeczyć, że Monika Olejnik jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci krajowych mediów. Na swoim koncie ma dziesiątki programów i nagród, a w 2000 roku dostała Krzyż Kawalerski Odrodzenia Polski. Nazywa się ją nawet „pierwszą damą polskiego dziennikarstwa”. Dlatego, ze względu na jej ogromne doświadczenie medialne, wolałbym aby materiały które tworzy były dobrze i profesjonalnie zrealizowane. Informacja to towar, ja jestem konsumentem. Gdybym chciał zjeść śmierdzącego, informacyjnego kebaba ze szczura, poszedłbym do zapleśniałej, rozpadającej się budy. Jednak w lokalu firmowanym nazwiskiem znanej dziennikarki oczekuję dobrego, zdrowego posiłku, a nie śmieci.

Stawianie przeciwko sobie dwóch politykierów o kontrastujących poglądach i obserwowanie jak się tłuką, nie jest właściwym sposobem przyrządzania opiniotwórczej strawy. Dobrane do dania składniki w postaci tychże awanturników są ciężkostrawne. Niczym śmieciowe jedzenie, nie dostarczą organizmowi składników odżywczych, ani nie zaspokoją głodu.

Ostatnio wielu dziennikarzy przygotowuje nam takie niestrawne posiłki. Dlaczego? Bo to łatwiejsze. O wiele prościej jest wrzucić do bułki zdechłego gołębia, spleśniałe pomidory i starą kapustę, niż zatroszczyć się o zaopatrzenie lokalu w porządne, dobrej jakości składniki. Ktoś mógłby powiedzieć: „skoro goście żrą i nie marudzą, to w czym problem?”. W tym, że wcześniej czy później klienci będą mieli problemy z żołądkiem. A gdy zaczną masowo odwiedzać toaletę w dziennikarskiej „restauracji”, to, niestety, także „kucharze” poczują odór swoich odstręczających, na wpół przetrawionych dań.

A może nie poczują? Może są już przyzwyczajeni do tego zapachu?

Monika Olejnik jest wyjątkowa pośród zgrai innych kuchcików. Bo nie dość, że serwuje nam w bułce ciężkostrawną papkę z zepsutych składników, to jeszcze nie daje nam zjeść w spokoju tego co sama przyrządziła. Wskakuje na stół, wsadza ozdobione biżuterią paluchy w nasze jedzenie i rozrzuca je po podłodze krzycząc, że jest niedobre i niesmaczne, że pomidor bezczelnie spleśniał, a stare mięso na złość się zepsuło. Obrażona na składniki wydyma policzki, krzyczy, tupie nóżką.

A klient siedzi z otwartymi ustami, patrząc na kucharkę jak na osobę niepoczytalną, i milczy. Co innego ma zrobić? Upomnieć przecież nie wypada, bo to znana na całą Polskę szefowa kuchni. Pozostaje chyba tylko wstać i wyjść z restauracji.

Ale co potem? Wokół same budy podobne do tej, którą prowadzi Monika Olejnik. Naprawdę dobre restauracje są poukrywane w mrocznych, ślepych uliczkach i szybko znikają – nie mają zbyt wielu gości, a szefowie kuchni często się zniechęcają. W końcu tanie knajpy ze śmiecio-żarciem cieszą się większą popularnością. Czemu by nie poprowadzić swojego lokalu w taki sam sposób?

Mamy wolny rynek. Dziennikarze mogą robić dania z tanich, śmierdzących składników a klienci łykać to żarcie. Ich wola. Ich prawo. Jednak gdy gości knajpy w końcu „przyciśnie” i dostaną masowego rozwolnienia, to kucharze będą odpowiedzialni za ich katusze. Nikt inny. Wtedy klienci nie będą słuchali tłumaczeń w stylu: „przecież jedliście z własnej woli! Przecież smakowało! Gdybyście skończyli szkołę gastronomiczną to byście wiedzieli co dostajecie!”. Trucizna, którą byli karmieni, przeniesie się na wszystkich, niczym choroba.

Dotknie to każdego – a w najgorszym, absolutnie najczarniejszym scenariuszu – doprowadzi do zagłady osiedla na którym sprzedawano śmierdzące, stare kebaby wypchane brudem, spiłowanymi żebrami świń oraz lekami psychotropowymi.

Monikę Olejnik oburzyła sugestia, że może być przyjaciółką Jerzego Urbana. Jednak patrząc na jej (i innych znanych dziennikarzy) makiawelizm i brak refleksji nad rezultatami swojej kulinarnej działalności, mam wrażenie, że znany ze swego cynizmu redaktor naczelny tygodnika „NIE”, to przy niej altruistyczny, miłosierny anioł. W stroju biskupa, bo tak go ubrała inna szefowa kuchni.

Tekst można przeczytać również na:
http://wiadomosci.onet.pl/monika-olejnik-szefowa-budy-z-niestrawnym-kebabem/f50m35

Inny tekst w klimatach kulinarnych: „Spotkanie w restauracji – kto skorzystał na katastrofie smoleńskiej?”:
http://blogi.newsweek.pl/Tekst/spoleczenstwo/669962,spotkanie-w-restauracji—kto-skorzystal-na-katastrofie-smolenskiej.html

Akcja „Świecka szkoła” – na ratunek lekcjom religii!

Magazyn Liberte! rozpoczął akcję „Świecka szkoła”. Obywatelska inicjatywa ma na celu zniesienie finansowania religii z budżetu państwa. Ten subtelny i pozytywny projekt środowisk liberalnych, przyniesie korzyść wszystkim – w szczególności wierzącym.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że przez całą swoją edukację, od zerówki do liceum, uczestniczyłem w lekcjach religii. Przez trzynaście lat, dwa razy w tygodniu, dodajmy do tego zajęcia podczas rekolekcji, przed komunią i bierzmowaniem. Przerobiłem pięć lub sześć różnych podręczników (używanych). Łącznie uczyło mnie sześć osób – pięć kobiet, jeden mężczyzna (ksiądz). Miałem osiem w całości zapisanych zeszytów.

Piątkowy uczeń mówi „dość”

W drugiej klasie liceum system kształcenia religijnego przyniósł efekty. To wtedy, niemal od razu po bierzmowaniu, odrzuciłem całkowicie wiarę katolicką. Duch Święty najwyraźniej przyszedł z pustymi rękoma, bez darów. Własne zdanie zwyciężyło z konformizmem i strachem przed byciem wykluczonym. I chociaż do końca uczestniczyłem w lekcjach religii, to wiedziałem, że więcej w Boga już nie uwierzę.

Muszę wam przyznać, że lekcje religii nigdy mi się do niczego nie przydały. Nigdy. Nawet w czasach, gdy jeszcze dla niepoznaki chodziłem spowiadać się do konfesjonału i wyznawałem dwa „bezpieczne” grzechy: kłamstwo i „byłem niemiły dla innych”. Kiedy na studiach robiłem prezentację o islamie, nie było w niej ani grama wiedzy wyniesionej z lekcji religii. Nawet grając w głupie Quizzwanie wykorzystuję to czego się dowiedziałem z internetu i książek. Teraz, gdy zastanawiam się czego w ogóle uczono mnie przez trzynaście lat, dwa razy w tygodniu, mam w głowie pustkę. A przecież nie byłem złym uczniem. Na świadectwie zawsze miałem piątkę z religii.

Na większości zajęć mieliśmy stałą formułę: modlitwa, nauka o piśmie świętym/rodzinie/byciu dobrym/świętych/Bożym Narodzeniu/Wielkanocy, modlitwa, koniec. Przez całą edukację miałem trzy zajęcia o wierze innej niż katolicka. Dwa zajęcia o seksie… pardon, właściwie to o metodach zabezpieczania się i odpowiedzialności. Zapamiętałem je, bo wybijały się z monotonii. Dodatkowo jeden filmik o aborcji i dwa o egzorcyzmach. Przez trzynaście lat.

Ilość ponad jakość

Nie jestem jedyną osobą, która mimo usilnej, wieloletniej indoktrynacji (bo prawdę mówiąc nie wiem jak inaczej to nazwać) odeszła od Kościoła. Najnowsze statystyki CBOS wskazują, że liczba wiernych spada, a niewierzących zwiększa się. Coraz mniej osób uczestniczy w mszach, coraz mniej praktykuje. Szczerze? Nie jestem tym zaskoczony. Lekcje religii odarły wiarę z mistycznego, sakralnego charakteru. Sprawiły, że stała się ona takim samym przedmiotem jak matematyka, historia czy fizyka. Czyli – zakuć, zdać, zapomnieć.

Co jest największą wadą lekcji religii? Jest ich po prostu ZA DUŻO. Trzynaście lat nauki wiary to nieporozumienie, tym bardziej, że na zajęciach co rok powtarza się tak naprawdę te same tematy (szczególnie w okresie świątecznym). Dodajmy do tego msze święte w których uczestniczy część uczniów, a na których także są historie opowiadane potem ponownie na lekcjach religii. Stop, chwila, zatrzymaj się, czytaj teraz powoli i zastanów się. Trzynaście lat. Trzynaście. Lat. Założę się, że całą treść zajęć można spokojnie zamknąć w roku. Maksimum w dwóch latach. Akurat, przed komunią i przed bierzmowaniem. To nie same lekcje religii tak naprawdę rozjuszają liberałów. Tylko ich ogrom w porównaniu z innymi zajęciami.

Co zamiast religii? Historia, media, język polski

Piszę to, mając w pamięci, że nigdy nie udało mi się na historii przerobić okresu PRLu – brakowało godzin. Na języku polskim też pomijaliśmy niektóre lektury. Gdyby rozdzielić chociaż dwa lata religii między historię i język polski, może miałbym okazję dowiedzieć się jak Wałęsa płoty przeskakiwał i jak Jaruzelski stan wojenny wprowadzał.

Dodatkowo nasza edukacja kompletnie kuleje jeżeli chodzi o przystosowanie do życia obywatelskiego. Za moich czasów był jeszcze WOS, teraz go rozdzielono na „historię i społeczeństwo”. Przez rok uczniowie poznają tajniki „podstaw przedsiębiorczości”, ale to ciągle za mało. Młodzież musi wiedzieć jak załatwiać sprawy w urzędach, gdzie zwrócić się w razie różnorodnych problemów (rodzinnych, społecznych, z prawem, urzędowych). Przypominam, że żyjemy w kraju, gdzie za ścięcie starego, zbutwiałego, martwego drzewa, można zapłacić setki tysięcy złotych kary (polecam tekst Andrzeja Sikorskiego „Rzeczpospolita porąbana” z NIE; nr 11/13, 19.03). Osoba, która za chwilę wejdzie w dorosłe życie musi wiedzieć jakie pułapki na nią czyhają. Powinna mieć świadomość jakie organizacje pozarządowe działają w regionie, by móc podjąć działania na rzecz poprawy życia społeczności.

Najbardziej (pewnie dlatego, że jestem studentem dziennikarstwa i komunikacji społecznej) boli mnie jednak brak edukacji w zakresie mediów i zdobywania informacji. Wychowujemy pokolenie, które odrzuca przekaz profesjonalnych mediów, całą swoją wiedzę kreując w oparciu o „demoty” i „fejsbuka”. Które wierzy we wszystko i daje sobą manipulować, zaspokojone jednym tabloidowym lub „kwejkowym” źródłem. Telewizja, gazety, radio, internet – to coś co stało się nieodłącznym elementem naszego życia. Młodzież musi wiedzieć jak poradzić sobie z natłokiem informacji.

Takie dodatkowe zajęcia byłyby moim zdaniem o wiele cenniejsze niż powtarzane rok w rok te same modlitwy i nazwiska świętych.

Liberte! na ratunek lekcjom religii

Podsumujmy: moim zdaniem lekcje religii są nudne, wtórne, zbędne, rozwlekłe, zajmują czas, który można przeznaczyć na coś innego, stanowią źródło konfliktów, użyźniają konformizm wśród młodzieży i są źródłem duchowej stagnacji. Sądzę, że nie jestem odosobniony w swojej opinii. W skrócie – jest beznadziejnie, a biorąc pod uwagę jak zmniejsza się liczba wierzących – będzie jeszcze bardziej beznadziejnie.

I w tym momencie, pojawia się Liberte!, które wyciąga pomocną dłoń do Kościoła. Wbrew temu co myślą niektórzy przeciwnicy inicjatywy o zniesieniu finansowania religii z budżetu, środowisko liberalne związane z tym magazynem szuka konsensusu i rozwiązania, które zadowoli obydwie strony. Pozwolę sobie przytoczyć fragment projektu ustawy stworzonego w ramach akcji „Świecka Szkoła”: „1. Publiczne przedszkola, szkoły podstawowe i gimnazja organizują naukę religii na życzenie rodziców, publiczne szkoły ponadgimnazjalne na życzenie samych uczniów; Kosztów związanych z organizacją nauki religii nie można w części ani w całości finansować ze środków publicznych w rozumieniu przepisów o finansach publicznych.”

Czyż nie jest to rozwiązaniem wszystkich problemów o których pisałem? Ilość zajęć będzie zależała od rodziców lub samych uczniów. Nie będą mieli ich narzuconych odgórnie, będą mogli sami zdecydować czy chcą dalej powtarzać te same tematy, czy jednak zdecydują się na indywidualny rozwój duchowy. Doprowadzi to do tego, że księża będą zapewne sami spotykali się z zainteresowanymi, by zachęcić ich do zorganizowania lekcji religii. Uczniowie zacieśnią więzi z okolicznymi kapłanami, wzmacniając tym samym parafie i ich kontakt z wiernymi. Katecheci zaczną prowadzić zajęcia w sposób interesujący, niepowtarzalny, aby młodzież chętnie na nie przychodziła.

Wspólne starania o finansowanie połączą społeczność lokalną. Zniknie presja na to, by chodzić na zajęcia – staną się one bardziej indywidualne, nastawione na prawdziwe kształtowanie tych, którzy chcą, a nie „uczenie wiary” tak jak uczy się matematyki czy chemii. Jakość stanie się ważniejsza niż ilość, a własna wola od bezmyślnego konformizmu. Mało? To jeszcze bonus: lewaki w końcu zamkną mordy, bo nie będą miały już powodów do marudzenia.

Czy państwo ma być rodzicem?

Jest jeden problem, który często przewija się w argumentach osób przeciwnych projektowi, głównie rodziców – trzeba będzie coś organizować samemu, naradzać się, wspólnie finansować, ogólnie będzie przy tym sporo roboty. Drodzy rodzice. Wiara wymaga poświęceń. Praca uszlachetnia. Dzieci i rodzina są najważniejsze, dlatego powinniście móc znaleźć dla nich czas… i pieniądze. Miłość to też odpowiedzialność. Jeżeli o coś się mocno postaracie, to potem będziecie cieszyć się bardziej z owoców swego wysiłku, niż gdybyście otrzymali to za darmo. Przynajmniej część z tych zdań przewijała się przez lekcje religii. Zapomnieliście?

Osoby wierzące powinny być pierwszymi, które ustawią się w kolejce do podpisania projektu ustawy. Liberte! postawiło na pojednanie i sensowne, przynoszące wiele pożytku rozwiązanie. W zaproponowanej ustawie nie ma słowa o całkowitym wyrzucaniu religii ze szkół czy zamianie jej na etykę. Oddaje się lekcje religii w wasze ręce, byście mogli sami zadecydować o przyszłości waszych dzieci. Przyjmiecie tę odpowiedzialność dla ich dobra? Czy to „państwo” ma być rodzicem?

Zapraszam do czytania tekstu również na:
http://wiadomosci.onet.pl/akcja-swiecka-szkola-na-ratunek-lekcjom-religii/zknvkp

Projekt ustawy:
http://liberte.pl/swiecka-szkola-projekt-ustawy/

Tekst sprzed trzech lat „Lekcje religii – istnieje tylko jedna wiara”:
http://blogi.newsweek.pl/Tekst/spoleczenstwo/621529,lekcje-religii—istnieje-tylko-jedna-wiara.html

Prezydent wyruszył na polowanie – procenty uciekają w popłochu

Im więcej ciebie tym mniej” śpiewała kilkanaście lat temu Natalia Kukulska. Taki sam tytuł można by nadać kampanii prezydenckiej Bronisława Komorowskiego. Im go więcej w mediach i w terenie, tym mniej – procentów w sondażach.

W styczniowym rankingu zaufania do polityków CBOS, urzędujący prezydent cieszył się aprobatą prawie czterech piątych badanych (78%). Sondaże z tego samego miesiąca dawały Bronisławowi Komorowskiemu zwycięstwo w pierwszej turze – wyniki wahały się od 52% (TNS Polska, 27.01) do 65% (Millward Brown, 12.01). Nie lubię sondaży. Często są nietrafne, a mediom i tak zdarza się publikować tylko te, które pasują do linii programowej redakcji. Ale nawet bez nich, wielu z nas było pewnych, że Bronisław Komorowski ma zwycięstwo w kieszeni. Druga tura? A niby z kim? Z Andrzejem Dudą? Słysząc jego nazwisko ludzie nieśmiało pytali: „to ten szef związkowców, tak?”. Z Magdaleną Ogórek? Wynik wydawał się ustalony – bezwzględnie zatryumfuje obecnie urzędujący prezydent.

Tak było trzy miesiące temu. Od początku marca, Bronisław Komorowski nie przekroczył w większości sondaży 50% poparcia. Tylko CBOS daje mu jeszcze szansę na zwycięstwo w pierwszej turze. Andrzej Duda, który dzięki głośnemu rozpoczęciu kampanii prezydenckiej zaczął być rozpoznawalny, utrzymuje wynik powyżej 25% (znowu, wyjątkiem jest sondaż CBOS – 19%). PSL wystawiło własnego kandydata – który „podkradł” prezydentowi parę punktów procentowych. Tych, których może mu zabraknąć do wygranej w pierwszej turze.

Do wyborów jeszcze sporo czasu, jednak sytuacja nie wygląda dobrze dla Bronisława Komorowskiego. Ostatecznie zapewne zatryumfuje i zostanie wybrany na drugą kadencję. Ale zwycięstwo w pierwszej turze coraz bardziej się oddala. Dlaczego? Bo Polacy lubili prezydenta, który stał z boku, nie wychylał się, nie mieszał w bójki i robił swoje. Nie oszukujmy się, Bronisław Komorowski nie jest najbardziej charyzmatyczną osobowością wśród kandydatów. I czasami jest lepiej, gdy po prostu go nie widać.

Swego czasu, podczas wyborów na prezydenta Olsztyna, reagowałem oburzeniem na nieobecność jednego z kandydatów w mediach. Czesław Małkowski (znany głównie ze sławnej „seks-afery”) ukrywał się i unikał mediów, by nie wzbudzać negatywnych emocji. Ostatecznie przegrał z urzędującym Piotrem Grzymowiczem. Jednak jego sytuacja była od początku niepewna. Musiał wypracować jeszcze parę procent, by mieć szansę na zwycięstwo. Tymczasem Bronisław Komorowski nie musiał robić niczego. Wystarczyło by udawał zajętego, zatroskanego losem Narodu ojca i patrzył z góry na młodszych, niedoświadczonych przeciwników.

Niestety, kampania prezydencka urzędującej głowy państwa oraz to co się działo przed nią, to seria wpadek. W przypadku Bronisława Komorowskiego, obnażanie nowych gaf przez media jest wyjątkowo szkodliwe – wyborcy mają w pamięci jeszcze stare niezręczności: „w bulu i w nadzieji”, nietaktowne zachowanie podczas wizyty Sarkozy’ego i Merkel oraz „zdradliwą żonę” Obamy. Każda nowa wtopa przypomina o tych dawnych.

Jakie są najciekawsze wpadki trwającej kampanii prezydenckiej w wykonaniu prezydenta? Dziwne i niezbyt mądre wpisy na Facebooku i Twitterze (Malanowski, komentowanie wystąpień Dudy). Problemy z hasłem kampanii („Nasz prezydent”). „Afera rozporkowa” w Poznaniu, gdzie Bronisław Komorowski „na oczach kamer” zapiął sobie rozporek. Niewpuszczenie grupy mieszkańców Dębicy na spotkanie przeznaczone rzekomo dla nich. „Ofiary, które były ofiarami żołnierzy wyklętych”. Wciśnięcie dzieciakom tabliczek z napisem „Głosuję na Komorowskiego” podczas wizyty w szkole. Bronkobus stający na miejscu dla niepełnosprawnych w Wadowicach. Powitanie samorządowca z Piaseczna, który dwa dni później został zatrzymany za przyjęcie łapówki.

No i najbardziej spektakularna wpadka – „Chodź, szogunie!”, która już nigdy nie zostanie zapomniana. „Szogun” tak przypadł do gustu mojemu znajomemu, że ma zamiar nazwać tym tytułem swojego psa lub kota. Inni, używają tego powiedzonka w życiu codziennym, gdy na przykład chcą kogoś do siebie przywołać. Na YouTube widziałem też już całą masę piosenek o „szogunach”. Stawanie na krzesłach stało się też stałym elementem przyjmowania prezydenta w miastach przez osoby mu niechętne. Absolutny hit kampanii.

Wiele z tych gaf nie jest oczywiście winą prezydenta. Za połowę z nich odpowiadają nieudolni specjaliści od public relations i członkowie sztabu. Część to nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Parę jest zwyczajną manipulacją mediów oraz osób nieprzychylnych prezydentowi (np. sprawa zaklejania taśmą ust krzykliwemu uczestnikowi spotkania z prezydentem lub „krzesło” na którym miał stanąć Komorowski). Ale, niestety, znajdzie się sporo wtop, których nie można zrzucić na kogoś innego.

Takie wpadki nie zawsze są złe. Jedna lub dwie sprawiają, że kandydat staje się bardziej rozpoznawalny. Bronisław Komorowski jednak już od początku kampanii był wszystkim znany – nie potrzebuje takiego „budulca” do swej popularności. W dodatku poprzednie wpadki sprawiają, że niektórzy mogą go uznać za gapowatą ciapę, która ciągle potyka się o własne nogi. Media nie mają litości, nawet najdrobniejszy błąd zostanie wychwycony, sfotografowany i nagłośniony. Przykładem niech będzie to nieszczęsne zapinanie rozporka przed kamerą.

Błędem w prowadzeniu kampanii jest też polemika z opozycją i wdawanie się w pyskówki słowne. „Smerf Maruda” nijak ma się do hasła „wybierz ZGODĘ i bezpieczeństwo”. Zaczepki kontrkandydatów powinno się kwitować wzruszeniem ramionami. Dając się wciągnąć w „bójkę” prezydent szkodzi sobie.

Dlatego mam wrażenie, że lepiej byłoby, gdyby zamiast jechać Bronkobusem w świat, Bronisław Komorowski został w Pałacu. Od czasu do czasu udzielił wywiadu (autoryzowanego) lub wziął udział w starannie zaplanowanej konferencji. Pokazywał jak bardzo jest zapracowany. Patrzył na pyskujących kontrkandydatów z politowaniem. Ale tylko patrzył. Bez komentowania ich niedojrzałości. I oczekiwał na potknięcia oponentów.

Do tej pory to działało. Zmiany nie zawsze wychodzą na dobre. Czasem lepiej jest trzymać się sprawdzonych metod i po prostu pilnować, by wszystko było dopięte na ostatni guzik.

Tekst można przeczytać również na:
http://wiadomosci.onet.pl/prezydent-wyruszyl-na-polowanie-procenty-uciekaja-w-poplochu/8l9wd2

Abp Michalik (znowu) robi sobie krzywdę

Abp Józef Michalik przez parę miesięcy musiał zbierać plony swej lekkomyślności po tym jak bronił księży-pedofili mówiąc, że „dzieci lgną i wciągają” dorosłych w grzech. Minęło półtora roku – dziś, arcybiskup znowu robi sobie krzywdę oskarżającymi wypowiedziami.

Małgorzata Marenin, założycielka stowarzyszenia Stop Stereotypom, wytoczyła proces abp. Michalikowi oskarżając go o naruszenie dóbr osobistych. To już druga próba pociągnięcia duchownego do odpowiedzialności za słowa wygłoszone jesienią 2013 roku. Mówił wtedy, że za pedofilię w Kościele katolickim odpowiadają rozwiedzeni rodzice i feministki: „To one walczą o to, żeby w szkołach i przedszkolach wygaszać w dzieciach poczucie wstydu, a nawet o to, żeby mogły decydować o zmianie swojej płci. Niewłaściwa postawa często wyzwala się, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, zagubi się i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga”.

Oskarżenie o naruszenie dóbr osobistych wydaje mi się bezsensowne. Arcybiskup nie mówił w swoim kazaniu konkretnie o pani Marenin, odnosił się raczej ogólnie do środowiska „wrogiego Kościołowi” (o czym za chwilę). Trudno mi uwierzyć w to, że założycielka stowarzyszenia Stop Stereotypom naprawdę poczuła się „jakby ktoś pchnął ją nożem w plecy” – bo kto wziąłby na poważnie wypowiadane przez Michalika brednie, za które musiał się potem kajać przed dziennikarzami na konferencji prasowej? Feministki nie było zapewne w tłumie wiernych podczas homilii. Wątpię też, by przez słowa arcybiskupa spotkały ją jakiegoś rodzaju szykany lub wykluczenie społeczne.

Ten pozew przypomina mi absurdalne zarzuty o obrazę uczuć religijnych. Coś w stylu: „to co powiedziałeś mi się nie podobało, poczułem się smutny i dlatego masz płacić grzywnę lub iść do paki”. Histeryczna, niezrozumiała reakcja z byle powodu.

Jednak nieważne jak głupi byłby zarzut – pani Marenin ma prawo dochodzić „sprawiedliwości” w sądzie. Arcybiskup Michalik powinien co najwyżej przewrócić oczyma, posłać swojego prawnika i czekać na wynik pozwu. Po jego ostatniej „wpadce z pedofilami” tak by było najlepiej. Nie. Musiał znowu się powygłupiać.

„Chodzi o to, by przestraszyć ludzi Kościoła”, „chodzi o to by zamknąć Kościołowi usta”, „moim zdaniem ona wykonuje czyjeś zlecenie”, „nowa ideologia gender jest wielkim niebezpieczeństwem dla przyszłości rodzaju ludzkiego” – to cytaty z wywiadu abp. Michalika z Rzeczpospolitą. Zapowiedział też, że będzie dalej walczył z dżenderem. Przemyska kuria zarzuciła Marenin szukanie rozgłosu i zapewniła, że będzie modlić się za „prześladowców Kościoła”.

Ktoś by pomyślał, że arcybiskup Michalik przez półtora roku po prostu zrozumiał, że czasem rozsądniej jest przemyśleć to co się mówi i nie rzucać głupich oskarżeń. Że po przeprosinach na konferencji prasowej, powinien przestać robić z Kościoła chorowitą, słabowitą owieczkę, która jest dręczona przez wszystkich i która nigdy nie odpowiada za swoje czyny. To wina innych, a my zawsze jesteśmy niewinni. Co za bzdura.

Tymczasem znowu mamy festiwal paranoi, utyskiwań i syndromu oblężonej twierdzy. Rzeczywiście, ludzie Kościoła mają się czego bać. Jednej feministki, która przegrała poprzednią rozprawę i przegra zapewne kolejną. Niech się Jego Ekscelencja nie popłacze ze strachu. Na pewno biskupi drżą na myśl, że będą musieli się czasem zastanowić nad tym co mówią, a nie oczerniać wszystkich jak leci.

„Ona wykonuje czyjeś zlecenie”. Czyje? Żydów? Lewaków? Dżenderów? Ruskich? Może rządu Ewy Kopacz, tak hojnego dla Kościoła? Arcybiskup w wywiadzie przyznaje, że nie wie czyje zlecenie wykonuje Marenin. Więc po co w ogóle rzucać oskarżenie, które niczego nie wnosi?

Zamykanie Kościołowi ust? Biskupi i abp Michalik gadają co im ślina na język przyniesie. Oni sami powinni wiedzieć, że są momenty w których warto milczeć. Takim momentem była sytuacja po kolejnej aferze pedofilskiej w Kościele. Ta, po której arcybiskup mówił o „lgnięciu”. Gdyby wtedy duchowny zastanowił się nad tym co mówi, to nie miałby dzisiaj problemów.

Należy też pamiętać, że sprzeciwianie się czyjejś opinii i wyrażanie odmiennych poglądów nie jest „zamykaniem ust”. Kościół często zdarza się o tym zapominać.

Całą tę histerię wywołał jeden pozew feministki, która „strzeliła focha” na arcybiskupa. Wygląda to blado w porównaniu chociażby do procesu Jerzego Urbana o obrazę uczuć religijnych – o popełnieniu przestępstwa powiadomiło prokuraturę wtedy aż sześć osób. A chodziło jedynie o „zdziwionego Jezusa” w znaku drogowym. Wiedzieli o nim chyba tylko czytelnicy NIE, a nie cała Polska, jak w przypadku słów abp. Michalika.

Próby udowodnienia jacy to duchowni są biedni, pokrzywdzeni i dręczeni przez złych „dżenderów” budzą niesmak. Z jednej strony, kuria zarzuca pani Marenin szukanie rozgłosu. Z drugiej, abp Michalik też zachowuje się tak jakby chciał by o nim mówiono. Gdyby miał w pamięci swe wystąpienie sprzed półtora roku – siedziałby cicho, uznając milczenie za przejaw rozsądku. Duchowny sam robi sobie krzywdę nieroztropnymi wypowiedziami. A potem płacze, że „ktoś wykonuje zlecenie na niego”.

Ekscelencjo! Niech Ekscelencja przestanie biczować się własnymi słowami, bo dawne rany nigdy się nie zagoją!

Tekst można przeczytać również na:
http://wiadomosci.onet.pl/abp-michalik-znowu-robi-sobie-krzywde/529xre

Jak stworzyć dobrą sesję RPG? 10 zasad prowadzenia detektywistycznej sesji fabularnej

Stworzenie dobrej, detektywistycznej sesji fabularnej jest wyzwaniem dla każdego Mistrza Gry. Narrator często marnuje wiele godzin na wymyślenie ciekawej fabuły obfitującej w nagłe zwroty akcji. Niestety, wielu zapomina co jest esencją takiej sesji – gracze muszą mieć szansę na rozwiązanie intrygi. Bez tego, rozgrywka zmieni się w okrutne katowanie jej uczestników.

Jakiś czas temu, podczas zimowej edycji Olsztyńskich Dni Fantastyki, uczestniczyłem w sesji rpg, której fabuła koncentrowała się na wyprawie statkiem grupy rywalizujących ze sobą handlarzy. Po pierwszej nocy na łajbie, o poranku, w kajutach leżało już parę trupów. Standard. Musimy odnaleźć sprawcę. Szukamy.

Ostatecznie, nie udało nam się dokończyć sesji, bo zabrakło czasu. Zabójcą okazała się zmiennokształtna istota, dokonująca morderstw z pomocą magii. Przez całą rozgrywkę przedstawiona została nam tylko jedna poszlaka. Muszę przyznać, że byłem bardzo rozczarowany. Gracze nie znający settingu, nie wiedzieli nawet, że w tym uniwersum są istoty zmieniające swoją postać. Nie mieliśmy właściwie żadnej szansy, poza szczęśliwym trafem, by odkryć kto był mordercą. Nasi bohaterowie (stworzeni przez MG), nie znali się na magii, więc nie mogliśmy przejrzeć żadnych czarodziejskich sztuczek. Sesja była fajnie poprowadzona i ciekawa. Ale czegoś w niej brakowało.

Czego? Miłości.

„Punkt pierwszy: Mistrz Gry ma zawsze rację. Punkt drugi: jeżeli uważasz, że Mistrz Gry nie ma racji – patrz punkt pierwszy”. To reguła znana wszystkim uczestnikom sesji fabularnych, w krajach anglojęzycznych nazywana „Rule 0”. MG jest kreatorem historii i jej opiekunem. Rządzi postaciami. Może zrobić wszystko. W pojedynku „gracz vs MG”, to ten drugi zawsze stoi na zwycięskiej pozycji.

Tak samo jest w powieściach detektywistycznych. Jeżeli pisarz będzie miał kaprys, to może nie dawać czytelnikowi żadnych konkretnych wskazówek, a dopiero na samym końcu wyciągnąć mordercę jak królika z kapelusza. W końcu on jest autorem. Może wszystko. Jednak to zwyczajnie nieuczciwe. Ani powieść detektywistyczna, ani sesja detektywistyczna, nie może być bezlitosną walką między pisarzem/Mistrzem Gry a czytelnikiem/graczem, bo wynik jest oczywisty. Ze złych emocji i poczucia wyższości nigdy nie wyjdzie nic ciekawego. Nikt nie lubi MG, którzy zabijają postaci „bo tak”, z kaprysu. Wiem, bo sam często bywam takim prowadzącym i potem żałuję, że nie dopracowałem historii lub zachowałem się jak dupek.

To nie może być krwawy pojedynek. W kryminalnej visual novel Umineko No Naku Koro Ni Chiru, pada często sentencja: „without love it cannot be seen”, będąca odpowiedzią na to, jak tworzyć dobrą powieść detektywistyczną. Pisarz, pan absolutny tworzonej przez siebie historii, nie może nienawidzić swoich czytelników, ani rzucać im wyzwania z myślą o własnym tryumfie. „Dam im taką zagadkę, że na pewno jej nie rozwiążą”. Wręcz przeciwnie. Pisarz, musi kochać swoich czytelników. Musi być empatyczny, dać tyle wskazówek, by rozwiązanie intrygi było możliwe. Możliwe, nie łatwe. W Umineko takim darem miłosierdzia były: Dekalog Knoxa, oparty na prawdziwych Dziesięciu Regułach Złotej Ery Powieści Kryminalnych Ronalda A. Knoxa, i „Red Truth”, czyli słowa będące niezaprzeczalną prawdą.

Dlaczego twórca musi kochać? Aby czytelnicy również mieli okazję się wykazać i myśleli. By po pierwszym przeczytaniu historii, móc przejrzeć ją jeszcze raz, szukając wskazówek, które wcześniej się ominęło. By między twórcą a odbiorcą wywiązała się pewna relacja, oparta na zaufaniu i podziwie dla umiejętności kreacji/bystrości umysłu.

Mistrz Gry również musi „kochać” swoich graczy. Musi dawać im możliwość rozwiązania zagadki, podsuwać dowody, a w pewnym momencie powiedzieć: „macie już wszystkie poszlaki. Kto jest mordercą?” i czekać aż odpowiedzą na pytania: „kto, jak i dlaczego?”. Powinien ustalić pewne zasady, dzięki którym uczestnicy sesji mu zaufają i nie będą szukać odpowiedzi w absurdalny sposób. Dać im wystarczająco wskazówek, bo inaczej nie podejmą nawet prawdziwego wysiłku rozwiązania zagadki. Dadzą byle jakie odpowiedzi, będące efektem luźnych skojarzeń lub pomysłów „z dupy”.

Dlatego postanowiłem przerobić/sparafrazować dekalog pisania powieści detektywistycznych Ronalda A. Knoxa i przełożyć zawarte w nim przykazania na realia rpg. To zasady, które pomogą Mistrzom Gry stworzyć ciekawą, prawdziwą sesję detektywistyczną, po której żaden gracz nie powie: „czuję się oszukany, nie mieliśmy szans rozwiązać tej zagadki”. Dlaczego warto się ich trzymać? Aby uczestnicy mieli motywację do szukania odpowiedzi. By wykluczyć nielogiczne i magiczne „diabelskie dowody” (probatio diabolica). Aby po sesji, wszyscy mogli pokiwać głową i powiedzieć: „tak, to była nieźle obmyślana sesja detektywistyczna, świetnie się bawiłem”.

Dekalog Prowadzenia Detektywistycznej Sesji Fabularnej:

  1. Przestępcą musi być ktoś wspomniany na początku sesji. - nie można wyciągnąć sprawcy zbrodni niczym królika z kapelusza, na samym końcu. Musi być on wspomniany na początku rozgrywki, by gracze wiedzieli, że to ktoś kto pojawił się w historii. Dzięki temu wykluczymy domniemania w stylu: „może to JAKIŚ smok albo kosmita, którego nie było co prawda nigdzie w historii, ale kto wie co ten MG sobie ubzdura”. Nie dopuścimy też do sytuacji, w której brak znajomości settingu przez uczestników sesji, uniemożliwi im poszukiwania sprawcy.
  2. Gracze nie mogą używać nadprzyrodzonych lub magicznych umiejętności, które dają natychmiastową odpowiedź na pytanie: „kto jest sprawcą?”. – nie można wykluczać z sesji fantasy magii, jeżeli takowa jest w settingu. Mistrz Gry musi mieć świadomość tego jakie zaklęcia posiadają postaci i dostosować fabułę tak, by nie mogli np. użyć czaru „rozmowy ze zmarłym” i dowiedzieć się od niego kto dokonał zabójstwa. Szybka odpowiedź zniszczyłaby starannie zaplanowaną kampanię.
  3. Mistrz Gry musi w trakcie śledztwa wyjaśnić wykorzystaną w intrydze magię lub technologię charakterystyczną dla uniwersum. – gracze zazwyczaj nie są tak dobrze obeznani ze światem gry jak prowadzący i mogą nie wiedzieć, że wykorzystane przy zbrodni czary lub nowoczesne technologie w ogóle istnieją. To samo odnosi się do ras lub przedmiotów o specjalnych właściwościach. Mistrz Gry musi zaznaczyć podczas sesji, że konkretne zjawisko lub urządzenie wykorzystane w morderstwie w ogóle może istnieć.
  4. Postaci stworzone przez MG powinny być jak najmniej stereotypowe, a ich motywy nie mogą być ograniczone do „bo jest zły”. – to chyba najbardziej kontrowersyjna zasada z całego dekalogu, bo nawet oklepany krasnoludzki wojak-pijak może być ciekawie poprowadzoną postacią. Odnoszę jednak wrażenie, że zrobienie takiego „klasycznego” bohatera, to pójście na łatwiznę. W dodatku ukazanie stereotypowej postaci (krasnoluda-wojownika, maga-starca, elfa-łucznika, młodzika-złodziejaszka) zaburza poszukiwanie sprawcy, bo gracze, zamiast koncentrować się na tym jaki NPC ma charakter czy sposób bycia, będą mieli w głowie tylko proste skojarzenia. Co do motywów – w pewnym momencie, na końcu sesji, pojawia się pytanie: „dlaczego ktoś zabił?”. Kompletnie denne są odpowiedzi: „bo ma zły charakter” albo „bo chciał więcej potęgi/pieniędzy/władzy”. Oczywiście odpowiedź „bo jest szalony” też nie wchodzi w grę. Nie możemy dawać tak prostych rozwiązań, bo wtedy zakończenie sesji traci cały czar. Motyw zbrodni powinien być interesujący, niesztampowy i wzbudzić w graczu wątpliwości natury moralnej.

  5. Przestępcą nie powinna być postać gracza. – dlaczego przestępcą nie powinna być postać gracza? Bo wykluczamy wtedy jednego uczestnika z rozgrywki. Uniemożliwiamy mu wspólne poszukiwanie sprawcy razem z innymi, sprawiamy, że staje się wrogiem reszty, co może przełożyć się na problemy w przyszłych sesjach. Ta zasada ma oczywiście znaczenie tylko gdy gracz ma być w centrum kampanii. Jeżeli jednak podczas sesji zabił kogoś i pojawia się wątek detektywistyczny, powinniśmy go poprowadzić normalnie, bo nie można zakazywać uczestnikowi prawidłowego odgrywania swojej postaci.
  6. Gracze muszą mieć możliwość zdobycia wskazówek. Muszą zostać o tej możliwości poinformowani. – bez sensu jest umieszczanie w sesji wskazówek, których gracze nie będą mieli szansy odnaleźć. Jeżeli informacja o sprawcy zabójstwa znajduje się w książce napisanej krasnoludzkim językiem, a żadna z postaci nie będzie znała krasnoludzkiego, to taką wskazówkę można o kant dupy potłuc. Należy też pamiętać, że uczestnicy sesji mają sporą dowolność działań. Nie można liczyć na szczęście i oczekiwać, że pójdą do odpowiedniej dzielnicy miasta, gdzie będą mieli szansę zdobyć wskazówki. MG musi im w jakiś sposób podsunąć pomysł, by udali się właśnie tam i podać powód, dla którego warto to zrobić. Nie można graczy zostawiać do końca samych sobie.
  7. Sprawa przestępstwa nie może być rozwiązana z pomocą poszlak, które nie zostały przedstawione. – czyli nie ma miejsca na przypadek. Każdy element budzący wątpliwość w sprawie morderstwa lub innego przestępstwa, musi zostać wyjaśniony. Gracz nie może powiedzieć: „bo tak mi się wydaje” albo „nie wiem, tak strzelam sobie”. Wtedy MG musi go przycisnąć i udowodnić, że skoro nie ma odpowiedzi na podstawowe pytanie: „JAK?”, to sprawa ciągle nie jest rozwiązana. Sprawca nie może się przyznać do momentu przedstawienia pełnych dowodów zbrodni.
  8. Postaci MG również mogą uczestniczyć w śledztwie i użyczać swojej wiedzy graczom. Nie mogą jednak rozwiązać samemu sprawy. – nie ma niczego złego w tym, by postaci kierowane przez Mistrza Gry wspierały postaci graczy. Ich pomoc jest szczególnie mile widziana w przypadku, gdy np. bohaterowie nie posiadają umiejętności potrzebnej do odkrycia wskazówki (patrz pkt. 6). Jeśli MG widzi, że śledztwo zaczyna schodzić na złe tory, może też użyć NPCów, by nakierować uczestników. Należy jednak pamiętać – to gracze mają odszukać rozwiązanie zagadki. Nie ma niczego fajnego w tym, że prowadzący sam ostatecznie daje odpowiedzi na stworzone przez siebie tajemnice.
  9. Jedna postać nie może się podszywać pod drugą bez żadnych poszlak na to wskazujących. – w światach fantasy i sci-fi istnieje wiele możliwości przemiany siebie. Magia, umiejętności wrodzone (jak u sobowtórnaków i fasm w D&D), operacje, specjalnie urządzenia itd. Takie podszywanie się jednej postaci pod inną wydaje mi się bardzo fajnym motywem w sesji, jednak nie możemy liczyć na to, że gracze wskażą przez przypadek odpowiednią osobę. Po pierwsze, tak jak napisałem w punkcie trzecim – uczestnicy muszą zostać w jakiś sposób poinformowani w trakcie sesji o istnieniu możliwości przemiany jednej postaci w inną. Po drugie, muszą mieć jakieś wskazówki, że w opowieści mamy do czynienia z kimś kto ma brata-bliźniaka, doppelgangerem lub mogącym zmieniać wygląd cyborgiem.
  10. Nie można zakończyć sesji przed punktem w którym gracze mają możliwość odpowiedzenia na pytania: „Kto? Jak? Dlaczego?”. - MG nie może po prostu powiedzieć: „a, już nie macie szansy na odpowiedź, spieprzyliście, koniec sesji”. Musi być moment w którym jakoś oznajmi, że graczom zostały już przedstawione wszystkie wskazówki i nadszedł czas na odpowiedzi oraz przeanalizowania dotychczasowych wydarzeń.

Te zasady oczywiście nie gwarantują, że sesja będzie udana. Nie można też napisać, że bez nich rozgrywkę trafi szlag i wszyscy uczestnicy zakończą niezadowoleni. Jednak wprowadzenie tych paru prostych reguł oraz poinformowanie o tym, że będzie się je stosowało, może obudzić w graczach ducha detektywa. Część z tych reguł (szczególnie 2, 3, 4 i 6) powinna być stosowana również w sesjach, w których nie ma żadnego śledztwa. To w sumie podstawowe zasady, dzięki którym MG nie zostanie po sesji oskarżony o dostarczenie zbyt małej ilości informacji. Element zaskoczenia jest ważny w rozgrywce, ale należy pamiętać, by nie przedobrzyć i nie „zrobić czegoś z niczego”.

Inne wpisy o RPG i sesjach:

Sesje RPG w Internecie – o PBFach (część I):
http://blogi.newsweek.pl/Tekst/naluzie/673099,sesje-rpg-w-internecie-%E2%80%93-o-pbfach-cz-i.html

Sesje RPG w Internecie – o PBFach (część II):
http://blogi.newsweek.pl/Tekst/naluzie/681435,sesje-rpg-w-internecie—o-pbfach-cz-ii.html