Olsztyńskie bólpasy

Rozwój jest sprawą kluczową. Rozwój, ewolucja, modernizacja. Tylko co, jeżeli postęp nie wnosi nic nowego do funkcjonowania jednostki a wręcz odwrotnie – przeszkadza i stanowi problem?

Takie pytanie moglibyśmy zadać prezydentowi Olsztyna, panu Piotrowi Grzymowiczowi, który jest dumny z rozpoczętej wczoraj budowy buspasów (chociaż jeden z komentatorów na Facebooku, trafnie nazywa je „bólpasami”). Osobne drogi dla autobusów, mają ułatwić ruch i zmniejszyć korki na ulicy Warszawskiej. Tyle, że… na ulicy Warszawskiej korków zazwyczaj nie ma, a jeżeli są to niewielkie! No, do teraz przynajmniej były niewielkie. Bo objazd oraz prace, oczywiście odbywają się kosztem kierowców.

Problem wcale nie jest trywialny. Tworzenie buspasów będzie trwało bardzo długo, ponad pół roku. Odcinek na którym prowadzone są prace, to główna droga na Kortowo, gdzie znajduje się Uniwersytet Warmińsko-Mazurski. Setki, jeżeli nie tysiące studentów będzie musiało się zmierzyć ze spóźnieniami oraz problemami z dojazdem. W czwartek, gdy rozpoczęły się roboty, sam miałem kłopoty. Cztery autobusy kierujące się na uczelnię w ogóle nie przyjechały, ostatecznie udało mi się dotrzeć na zajęcia z „tylko” półgodzinnym opóźnieniem. Na przystanku siedziałem prawie godzinę. A z relacji internautów wynika, że prace na ulicy Warszawskiej jeszcze się nie zaczęły, tylko były w trakcie „projektów”. Jak dotąd, nie miałem problemów z dojazdem i nie zdarzyło mi się spóźnić. Ale modernizacja trwa, poprawimy dobre na jeszcze lepsze!

A sesja się zbliża. Taki drobny prezent dla studentów.

Nie ma się co dziwić, że duża część olsztyńskiej społeczności jest poirytowana. I krytykuje. Że buspasy by się przydały – ale na przykład na Obrońców Tobruku. Że na Warszawskiej jest za mało miejsca i modernizacja odbędzie się kosztem dróg rowerowych, roślinności i chodników. Ciężko niestety nie przyznać im racji. Prezydent Grzymowicz ma ostatnio „złą passę”. Krytykowany jest za niemalże wszystko – problemy komunikacyjne, śmierć kulturalną miasta, niewykorzystanie Euro 2012 do promocji. Wybory zwyciężył po ciężkiej przeprawie z byłym prezydentem, Czesławem Małkowskim, którego kariera złamała się po kontrowersyjnej seks-aferze. To właśnie przez nią, mimo licznych sukcesów pana Małkowskiego, wielu olsztyniaków zagłosowało na pana Grzymowicza, nie chcąc utożsamiać miasta z osobą wykorzystującą seksualnie swoją sekretarkę (jak było naprawdę – do dziś nie wiadomo).

Ale wyborcy są pamiętliwi i zapewne rozliczą Piotra Grzymowicza z jego obecnej „złej passy”. Oj rozliczą. Na Kortowiadzie, gdy wyświetlany był film o historii olsztyńskich juwenaliów i prezydent ukazał się na ekranie, paru studentów zaczęło skandować „Grzymowicz wyp****!”. Czy przekują swoje słowa w czyn przed urną wyborczą, już bez alkoholowego odurzenia? Przekonamy się…

Jaki Żyd. No daj gryza!

Z ogromnym zainteresowaniem, przeczytałem w najnowszym Newsweeku teksty o rozliczaniu się z potwornych krzywd jakie poczyniliśmy narodowi żydowskiemu.

Podstawowym pytaniem, na które ciężko znaleźć odpowiedzi w tym numerze, jest to, jak długo mamy pochylać karki przed narodem żydowskim, za grzechy z którymi nie mamy nic wspólnego. Inaczej. Nie zabiłem żadnego żyda. Nikt z mojej rodziny tego nie zrobił. Nie neguję faktu, że „starsi bracia w wierze” byli krzywdzeni. Ale nie powinna za to winy ponosić cała Polska. A przede wszystkim – winy nie powinno ponosić nowe pokolenie. Z dziadów na ojców i z ojców na synów zrzucamy ciężar pokory. Czy to ma sens, tak samo jak ma sens w przypadku narodu niemieckiego? Chyba niekoniecznie. Co musi być powiedziane, zostaje powiedziane (Gross też mówił co musiało być powiedziane, niezbyt dobrze został przyjęty). Powstają książki, filmy, opracowania historyczne do których każdy ma dostęp. Ale przymuszanie nas do pochylania karków, sugerowanie, że żeby być dumnym z nas samych (!) i naszego kraju, musimy najpierw odwołać się do poczucia „wstydu” i „hańby”, nie jest dobrym wyjściem. Wręcz przeciwnie. To rozdmuchiwanie problemów, które wcale nie mają tak dużego rozmiaru.

Rozdmuchiwaniem problemów jest też sprawa słowa „Żyd” w języku potocznym Polaków. A najbardziej chyba młodzieży Polskiej. Tak jak używamy słowa „murzyn” czy „pedał”. Te słowa zapisały się po prostu w naszym języku, w kulturze języka również. Tak samo jak mówienie na kogoś mocno opalonego „murzyn”. Albo na kogoś kto ubiera się dziewczęco „pedał”. Płacz, nie płacz, nie ważne ile pracy pan Lis włoży w „edukowanie”. To jest przyjęty schemat, zwalczanie go nie ma celu, ponieważ nie służy on obrażaniu narodu żydowskiego. Sformułowanie zapisało się w języku, już dawno stało się swego rodzaju uzusem. Kiedy mówimy do kogoś „Ty żydzie”, nie myślimy o obrażaniu pewnego narodu, nie mamy na myśli danej osoby z tego narodu. Chcemy tylko obrazić rozmówcę, który akurat nie jest zbyt chętny by, no nie wiem, pożyczyć nam czegoś. Równie dobrze możemy walczyć ze słowem „kurwa”, związanym z pewną profesją, które przecież i tym uczciwym paniom mogło by ujmować czci.

To naturalny proces, kiedy słowo zmienia swoje znaczenie. Zresztą, próba wynajdowania obrazy dla Żydów w języku przekleństw (bluzgi mogą być bardzo barwne, od dziwki, przez murzyna i ciapaka, po szambonurka) i obraz, jest równie sensowne co domaganie się od społeczności kibiców piłkarskich, gdzie przy przyśpiewkach celem jest bezmyślne „nawrzucanie” drugiej stronie, głębszego namysłu nad ich wypowiedziami.

Tak samo sprawa ma się z żartami. Po raz kolejny, z niewinnych powiedzonek które weszły do powszechnego obiegu i zmieniły tym samym swoje znaczenie, robi się oznaki antysemityzmu. Osoby które opowiedzą żart o żydach, muszą być poddane ostracyzmowi, bo robią „źle”. Bo czarny humor jest zły. Bo żarty o murzynach i seksie są złe.

Ale żart w stylu:

-Jestem Niemcem, mój dziadek grał w reprezentacji, podczas meczu Niemcy-Polska.

-Na jakiej pozycji?

-Snajper.

Jest w porządku. Inaczej – nie jest, ale nie boli tak bardzo jak żart o żydach. Dlaczego? Bo my potrafimy się śmiać z nas samych, a oni nie?

Zresztą, jak w jednym tekście z Newsweeka zostaje zauważone – kiedy ktoś opowie żart o Żydzie i Żyd zwróci tej osobie uwagę, ona zgodnie z prawdą przyzna, że nie miała właśnie tej osoby na myśli.

Powtarzam, to doszukiwanie się na siłę w słowach które nie niosą znamion agresji, wielkiej brutalności i nienawiści. Robienie z siebie „wiecznych ofiar”. I o „ofiarach” dalej.

Najbardziej niezrozumiała wydała mi się rozmowa z Mikołajem i Pawłem Łozińskimi, przeprowadzona przez panią Renatę Kim. Uderza z niej niepotrzebnie pielęgnowane poczucia bycia z jakiegoś powodu gorszym i prześladowanym, przesadnie eksponowana odrębność oraz strach przed tym, co inni mogą sobie pomyśleć. Panowie, jesteście Żydami. To żaden powód do wstydu, naprawdę. Nie jest to też powód do czucia się lepszym od innych, bo to już zakrawa pewnie na rasizm (tak samo to zakrawa na rasizm, jak mój tekst na antysemityzm – czyli nie za bardzo).

To poczucie wstydu nie jest naszą winą, Polaków. To wina słabego charakteru rozmówców, co można zaobserwować w tekście o kościele. Chowanie się za filarem? Jesteśmy dorośli, macie Panowie swoje poglądy, po co się ich wstydzić? A jeżeli nie ma się wystarczająco pewności siebie by stawać okrakiem, to można uszanować odmienną kulturę i wpisać się nieco w obrzędowość. To co macie w głowach się nie zmieni, jeżeli uklękniecie. Nie chcecie klęczeć bo uważacie to za upokarzające? Okej, stójcie, nie czujcie pokory i nie kryjcie się za filarami. Albo w te, albo we wte, inaczej ciągle pozostanie to poczucie „wykluczenia”.

„Nie umiałem jak on, chwały czerpać teraz,
Z tego, że się z bankruta robi bohatera.”

A rozmówcy umieją. W perspektywie całego wywiadu, tej manipulacji „odmiennością” i „podejrzliwością”, bawi mnie zapewnienie na końcu, że wcale nie demonstrują i nie celebrują swojego „żydostwa”. Można z tekstu wyciągnąć wnioski, że gdzie Żyd nie spojrzy, tam zaraz ktoś będzie go poznawał po wyglądzie i chciał jakoś dopiec. W przedostatnim pytaniu, panowie Łozińscy zaprzeczają, mówiąc że antysemityzm jest i nie ma. Ten wywiad to dla mnie jeden, wielki, wykluczający się, zbitek przeciwieństw.

Przyznam szczerze, przesycanie naszej kultury poczuciem winy za to co się stało Żydom, jest dla mnie niewłaściwe. Nie czuję się antysemitą, ale tak jak w przypadku Smoleńska – tego jest za dużo. Po prostu. Z każdej strony, próbuje nam się wcisnąć emocjonalną odpowiedzialność za coś, na co nie mieliśmy wpływu. Nawet w szkole, literaturę traktującą o cierpieniach Żydów przerabia się w liceum przez prawie pół semestru. Krall, Borowski i inni autorzy, zajmują tyle materiału, że na przykład o twórczości Wierzyńskiego żaden przyszły maturzysta nie usłyszy.

Na koniec, może odrobinę niesmaczne porównanie, ale z Żydami jest jak z homoseksualistami. Póki nie wychodzą na ulicę w kolorowych piórkach, nie domagają się multum nowych przywilejów (odróżnić przywileje od praw też trzeba umieć), nie epatują skrajnie swoją odmiennością – są w porządku. Kiedy zaczynają na siłę, przesadnie ukazywać swoją indywidualność, wiedząc że innym się to nie do końca spodoba, sami stają się sobie winni.

Tak że drodzy Żydzi! Bądźcie dumni z tego kim jesteście, płaćcie podatki i nie szukajcie wszędzie zagrożenia! A jeżeli nie będziecie go szukać, to ono samo nie przyjdzie! To już nie te czasy! Teraz jesteście wolni!

Ewolucja postrzegania awantury Smoleńskiej

Przez dwa lata od katastrofy w Smoleńsku, moje postrzeganie całej tej hucpy wokół tragedii, zmieniało się kilkukrotnie. Ewoluowało. Absorbowałem postrzeganie innych, zbierałem informacje, myślałem, dorastałem po to by w końcu móc podejść do tego z dystansem. W pewnym momencie wielu z nas zapewne myślało, że afera nigdy się nie skończy, że zawsze będziemy obrzucani Smoleńskiem i awanturą spod krzyża. A jednak. Sprawa oraz politycy wciąż krążą wokół ciał zmarłych, ale atakują rzadziej, nie żerują jawnie na trupach. Co jakiś czas tylko podlecą by ku swej makabrycznej uciesze skubnąć kawałek ucha lub palca…

O katastrofie dowiedziałem się z samego rana. Można powiedzieć, że śledziłem sprawę już od momentu, kiedy po raz pierwszy na antenie TVN24 wspomniano o „kłopotach przy lądowaniu”. A potem stało się – samolot rozbity, chaos, trzy osoby przeżyły. Szybki skok „na neta”, informacje: zamach, Rosjanie zechcą nas zaatakować, władza w rozsypce, nie wiadomo kto zginął. Znowu TVN24 – nikt nie przeżył, trwa msza żałobna, padają nazwiska osób które brały udział w locie. Osób, które na co dzień oglądało się w telewizji lub o których czytało w gazetach. Kaczyński, Kaczyńska, Kaczorowski, Putra, Szmajdziński, Skrzypek, Stasiak, Szczygło, Gęsicka, Gosiewski, Jaruga-Nowacka, Wassermann. Przecież to prawie jak znajomi, codziennie się z nimi widzisz, słyszysz co mówią, nawet polemizujesz z ich słowami w myślach lub na forach. Byłem naprawdę wstrząśnięty. Jak to, nie zobaczę już w Sejmie Kaczyńskiego? Nie zobaczę Gosiewskiego, Gęsickiej ani Wassermanna? Niewyobrażalne.

Byłem do tego stopnia wstrząśnięty, że gdy następnego dnia znajomy miał czelność niewybrednie szydzić z tragedii, zakończyłem z nim znajomość. Już od jakiegoś czasu patrzyliśmy na siebie krzywo, a to był moment w którym przekroczył linię.

A potem się zaczęło. Cała seria aktów, które natychmiast wybiły mi z głowy żal i poczucie straty. Bitwa o Wawel, przepychanki polityczne, afera pod krzyżem, poszukiwanie spisku. Z każdą informacją o „problemach posmoleńskich”, stawałem się coraz bardziej radykalny i poirytowany. Myślałem, że temat katastrofy nigdy się nie skończy. Że cały byt Polski będzie się kręcił wokół tej sprawy aż do końca świata. Swojej irytacji, dawałem ujście poprzez agresywne wpisy na blogach i forach. „Masturbacja nad trumnami”, było moim ulubionym określeniem. I prawdę mówiąc dobrze odzwierciedlającym to co się działo. Dzisiaj staram się go unikać, ale zastąpienie onanizmu sępami, nie jest tak naprawdę dużą zmianą.

Muszę też przyznać, że nigdy nie zdarzyło mi się w przypływie irytacji napisać, że cieszę się ze śmierci Lecha Kaczyńskiego i innych ofiar. Wiele osób tak pisało, mi się nigdy nie zdarzyło. Pomijając już poziom kultury jaki musi reprezentować człowiek piszący takie rzeczy, było by to prostu sprzeczne z prawdą oraz moimi uczuciami. Przed upadkiem Tupolewa życie polityczne miało swój koloryt, nie popierałem PiSu ani prezydenta, ale doceniałem, jako przyszły student dziennikarstwa, barwę i odcienie wszystkich wydarzeń. Po katastrofie wszystko stało się czarno-białe.

Potem wybory. Kaczyński na prochach, jego całkowita „przemiana”. Bez komentarza. Po wyborach jednak moja irytacja zaczęła zanikać. Katastrofa Smoleńska powoli uciekała z naszego życia. Mieliśmy chociaż trochę wytchnienia, spokoju. Nie było tego poczucia „przymuszenia” do zainteresowania tą sprawą. Nie zalewała nas ona z każdego portalu.

Potem kolejne wybory. Na portalach informacyjnych komentarze: „wybory będą sfałszowane”, „jak wygra Tusk wyjdziemy na ulicę”, „obalić rządy niemiecko-ruskie!”. Znowu, w sercu zadrgała nutka niepokoju. A co jeśli zwolennicy PiSu naprawdę uznają w przypadku swojej klęski, że wybory były sfałszowane i wyjdą na ulice? Wiele z tych ludzi jest naprawdę, zdolnych do wszystkiego (tak samo jak tych z Platformy, wiem). Na szczęście, „zwyciężyła normalność”, na którą głosowałem, a która teraz podwyższa wiek emerytalny z czego nie jestem zadowolony. I tej „normalności” na następny raz nie poprę. Tak samo jak nie poprę „nienormalności” i „pseudopolskości” opozycji.

I sprawa Smoleńska ucichła. Co jakiś czas przewinie się w jakimś portalu informacyjnym, ale nie jesteśmy nią atakowani z każdej strony. Polska przetrwała ten szturm. Kosztem podziału społeczeństwa oraz sceny politycznej, ale przynajmniej z jedną sprawą sobie poradziliśmy. Oczywiście, nie chodzi mi o całkowite pozbycie się sprawy katastrofy. Opozycja oraz media jak najbardziej mają prawo do udzielania informacji czy przekonywania do swoich racji. Ale tego było po prostu za dużo. I nie jestem jedynym Polakiem który tak sądzi.

Dojrzewałem dalej. Zdystansowałem się całkowicie od katastrofy Smoleńskiej. Zrozumiałem, że ani PO ani PiS nie jest rozwiązaniem. Osoby takie jak pewna tutejsza blogerka, próbująca klasyfikować mnie jako „PiSowca” bo śmiem krytykować rząd, są w błędzie. Także osoby które chcą mnie nazwać „PeOfilem” (z tym się jeszcze nie spotkałem), nie będą miały racji. Nie zgadzam się na ten podział Polski między PO a PiS. Inne partie? Ich racje też do mnie nie docierają. Będę czekał, aż wyłoni się inna siła, której naprawdę będzie zależało na przyszłości naszego kraju. Albo inaczej, która skupi się na działaniu, zamiast na sejmowych przepychankach.

Skąd taka pseudorefleksja? Miesiąc temu, podczas jazdy autobusem, czytałem wywiad pani Teresy Torańskiej z Adamem Bielanem i tekst pani Aleksandry Krzyżaniak-Gumowskiej „Naznaczeni przez Smoleńsk”. W pewnym momencie, poczułem że łzy napływają mi do oczu. Do dzisiaj nie wiem, czy to opóźnione o dwa lata poczucie straty i smutku które przez tak długi czas było przyćmione przez PiSowsko-POwską hucpę, czy ponownie obudzona, bezsilna irytacja spowodowana zniszczeniem tragedii przez żerujące jak sępy opcje polityczne.

Mamed Khalidov, król areny

No i skończył się kolejny wieczór, podczas którego, mimo początkowych trudności, mieliśmy okazję obejrzeć Konfrontację Sztuk Walki już po raz dziewiętnasty. Powiem nieskromnie, że wyniki wszystkich pojedynków przewidziałem bezbłędnie, mimo że nie jestem wielkim znawcą sztuk walki. Trzy ostatnie starcia były najbardziej interesujące. Odważna walka Materli do końca, mimo kontuzji kolana, eleganckie zwycięstwo Mameda oraz szybkie starcie Pudzilli.

Skupię się na tym drugim wojowniku, który związany jest z miastem w którym studiuję – z Olsztynem. Naprawdę, ciężko znaleźć drugiego takiego zawodnika. Zdystansowanego, skromnego, perfekcyjnego w tym co robi. On po prostu działa. Gdy przychodzi do starcia wykonuje swoją pracę zdecydowanie i precyzyjnie. Nie bez powodu, komentatorzy wspomnieli o Mamedomanii. Rzeczywiście, nazwisko tego sławnego zawodnika MMA jest coraz bardziej znane. W przeciwieństwie jednak, do pewnego osobnika którego imienia na tym blogu w trzecim wpisie wymieniał nie będę, całkowicie zasługuje na swoją sławę. Za naturalność, za wspomnianą wcześniej skromność, za opanowanie, za szacunek dla swoich fanów i za to, że walczy dla nas z całych sił.

Dla tych którzy nie mieli okazji oglądać, krótki opis: na początku piękne obrotówki, a potem elegancki, perfekcyjny cios w szczękę. Przeciwnik nie miał najmniejszych szans i sławny Rodney Wallace musi się pogodzić ze swoją pierwszą przegraną poprzez KO.

Odniosę się jeszcze krótko do walki Pudzilli: niezbyt estetyczna, szybka, bez najmniejszego zaskoczenia. Większość osób była pewna, że Bob Sapp udający bestię, padnie po pierwszym ataku, zgarnie swoją gażę i powróci do USA. W sumie nie ma się czym podniecać.

Ogólnie odnoszę wrażenie, że ten typ sportu z gali na galę coraz bardziej się popularyzuje i zdobywa coraz szersze rzesze zwolenników (prawdopodobnie za sprawą Mariusza Pudzianowskiego, który przyciągnął fanów). Dzisiaj mieliśmy do czynienia z walką kobiet, niestety dość krótką i niezbyt widowiskową. Czy Konfrontacje Sztuk Walki będą odnosiły coraz większe sukcesy wśród polskiej publiki?

Kortowiada nadciąga!

Dzisiaj wpis ku chwale Warmii i Mazur. Szanowni państwo, za parę dni odbędą się olsztyńskie juwenalia, czyli Kortowiada! Jedna z największych imprez studenckich w całej Polsce, a już na pewno najbardziej klimatyczna i przepełniona niespożytą energią, którą zarazimy każdego kto przybędzie. Zaczynamy w środę (16.05) od konkursu na wystrój akademika, a kończymy w niedzielę (20.05) sceną poezji śpiewanej, na której wystąpi Wolna Grupa Bukowina i Tomasz Olszewski.

Na naszych scenach wystąpią takie gwiazdy jak Monika Brodka, Afromental, Zabili mi żółwia, Fokus, Kukiz i Piersi, Perfect, Pezet, Enej, T. Love, Farben Reggae, Łydka Grubasa i The Ukrainian Folk! Poza tym mnóstwo imprez klubowych, sławna parada wydziałów ulicami Olsztyna, wybory najpiękniejszej studencki Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, strefa bungee, pokazy tańca z ogniem, konkurs talentów muzycznych, turniej gier komputerowych, sportowy bój wydziałów, amatorskie zawody strongmanów, bicie rekordu Guinnessa na największą gwiazdę utworzoną z ludzi, występ kabaretu LIMO i wiele, naprawdę wiele innych atrakcji w których nigdzie indziej nie będziecie mieli okazji wziąć udziału. A przede wszystkim – wspaniali ludzie, przystojni studenci oraz piękne studentki!

Oczywiście większość hoteli w Olsztynie, na hasło „Kortowiada” zapewni Wam spore zniżki. Oferujemy też pomoc osobom niepełnosprawnym, by mogły tak jak wszyscy uczestniczyć bez przeszkód w imprezie. Jesteśmy przygotowani na każdą ewentualność. Nie wierzycie? Przekonajcie się sami.

Zapraszam na główną stronę Kortowiady:
http://kortowiada.pl/
i pozdrawiam serdecznie.

Marcin Najman – obraz pseudopatrioty

Niestety, ale na łamach mojego bloga ponownie zagości niezwykle sympatyczny pan o ksywie „El Testosteron”.  Zaintrygowała mnie część jego oświadczenia, przesłanego portalowi Wirtualna Polska.

„Podsumowując ostatnia walkę nie sposób odnieść się do tej rzeszy litewskich pachołków na trybunach. Każdy z nich, mając walczyć z rywalem o tyle silniejszym i cięższym z jakim mi przyszło walczyć, narobiłby w gacie. To tchórzliwa hołota. Polska przez takich zdrajców zawsze traciła niepodległość…”

Dość przykro jest mi słyszeć, że jestem litewskim pachołkiem. Co prawda nie było mnie na trybunach podczas walki, ale ktoś mógłby pomyśleć, że pan Najman kieruje swoje słowa do wszystkich fanów Roberta Burneiki. Jestem też zdrajcą, bo mam czelność nie popierać osoby pysznej, chamskiej i zarozumiałej, ale za to z Polski. A jak wiadomo, nie ważne jaki Polak jest, ale trzeba go popierać. Bo to Polak i on tego wymaga.

Prawdę mówiąc sądzę, że Hardcorowy Koksu jest o wiele bardziej „nasz” niż Najman. Zyskał szeroką rzeszę zwolenników nie bez przyczyny. Jest sympatyczny, odpowiada swoim fanom, podchodzi do wszystkiego z humorem. Posługuje się naszym językiem, jego żona jest Polką, występuje w naszym kraju i promuje go. Z miejsca dałbym mu za to medal. Ale lecimy dalej.

„…Wystarczy wspomnieć Targowicę. Mam nadzieje, że wszyscy zdążyliście ucałować w tyłek swojego litewskiego idola, który otwarcie zachęca polską młodzież do brania koksu. …”

Przegrana Najmana to druga Targowica! No tak, sprzedaliśmy Polskę litewskiemu diabłu przez kibicowanie mu. Sama prawda. W dodatku całujemy tego demona w tyłek. Powoli, pan Najman zarabia na szacunek Polaków a zwracając się do nich w taki sposób, pokazuje, że prawdziwy patriota musi używać mocnych słów! Sugeruje, że Hardcorowy Koksu zachęca młodzież do brania koksu. A wiadomo, że tego robić nie powinien. Powinien uczyć młodzież jak musi się zachowywać patriota. Taki jak Najman na przykład, który miłość do kraju sygnalizuje obrażaniem Polaków. Pięknie.


„…Na gali obecny był mój 85-letni przyjaciel z Londynu, Sergiusz Papliński. Partyzant, który był żołnierzem jednego z najdzielniejszych polskich generałów, „Szarego”. Uwolnili ze swoją drużyna podczas okupacji kilkuset Polaków z więzienia z Radomia, tym samym ratując im życie. Powiedział mi po gali, że nie o taką Polskę walczył i wstyd mu było za obecnych na hali. Jako jeden miał odwagę wstać i powiedzieć, co o tym myśli jeszcze podczas trwania imprezy.”

W tle jeszcze partyzant, żołnierz. Jedyny miał odwagę wstać i powiedzieć co sądzi o zachowaniu kibiców. A czemu inni nie mieli odwagi wstać? Pewnie dlatego, że krzyki „wypierd*laj!” uważali za słuszne. Dlaczego? Marcinowi Najmanowi brakuje już refleksji na ten temat. Ale po co się zastanawiać nad tym co myślą zdrajcy ojczyzny całujący dupę Litwinowi?

Pseudopatriotyczny orgazm Marcina Najmana  to ukoronowanie jego miałkości oraz prawdziwe zakończenie „ogromnej” kariery. Bo wątpię by ktokolwiek chciał kibicować osobie, która po żenującej przegranej wyciera sobie gębę własnym krajem oraz polskością. Żegnam panie Najman! I na pewną autorefleksję jednak w głębi serduszka liczę.

Koko Euro Spoko

Już z samego rana, źródła poufne przekazały mi ważną informację, że jako polski hymn Euro 2012 została wybrana świetna piosenka. Włączyłem TVN24, przejrzałem portale informacyjne, w końcu odsłuchałem wspomnianej piosenki. Jarzębina. „Koko Euro Spoko”.

Nie wiem prawdę mówiąc czy się śmiać czy płakać. Fakt, piosenka fajna, rytmiczna, osobiście lubię taki folklor. Ale będzie patrzyła na nas cała Europa. A podobno kreujemy się na państwo minimalnie rozwijające się. Rozumiem, połączenie rocka i folku czy rapu i folku. To mogłoby przejść. Wiadomo, łączymy tradycję oraz obecne trendy. Ale całkowicie stawiając na niezwykle sympatyczne starsze panie śpiewające „koko koko euro spoko”, strzelamy sobie samobója. Niepierwszego zresztą, bo od początku przygotowań co chwila wpada jakaś gafa. A to orzełek na koszulkach, a to stadiony, a to piłkarze-pijacy. Wstyd.

Co w ogóle znaczy początek refrenu? „Koko koko” – no tak, musiało się jakoś rymować, element wiejski, kury i w ogóle. Ambitnie. „Euro”,  trzeba było wstawić, bo piosenka jest stworzona właśnie na potrzeby tej imprezy. I „Spoko”. Czyli pseudomłodzieżowe słowo, mające najwyraźniej wnieść tutaj ładunek nowoczesności oraz luzu. Aha.

I tym razem nie ma nawet jak zrzucić całej winy na PZPN czy rząd, bo wybór piosenki dokonywał się poprzez głosowanie Polaków. Może nie było lepszej konkurencji? Może naprawdę, „Koko Euro Spoko” to wszystko na co nas stać? Może to ja mam zwichrowane wyczucie marketingowe mówiące, że ta piosenka to klapa? A może nasi rodacy zagłosowali dla śmiechu? W końcu jesteśmy bardzo wesołym narodem, zawsze podchodzącym nawet do najpoważniejszych spraw z humorem. Potrafiliśmy zrobić z katastrofy, śledztwa oraz serii pogrzebów cyrk, to czymże jest dla nas jakieś tam Euro 2012? I tutaj pokażemy na co nas stać!