Mały, egipski gwałcik

Zapraszamy do Egiptu! Plaże, słońce, piramidy, zdziczeli mężczyźni, znakomita kuchnia, wznoszące się z rewolucyjnego upadku państwo, wielowiekowa historia i sympatyczni ludzie. A kobiety w ramach „wzbogacenia kulturowego” mogą liczyć na mały gwałcik w którym pomogą dziesiątki Egipcjan. Kusząca oferta, prawda?

Plac Tahrir w Kairze. Dzień ogłoszenia wyników wyborów prezydenckich. Dziennikarka Natasha Smith (21 l.) razem ze swoimi dwoma przyjaciółmi kręci reportaż. Przed obiektywem jej kamery śmigają wesołe twarze starców, dzieci i całych rodzin, świętujących symboliczny koniec rewolucji. Wszyscy machają do niej krzycząc: „Welcome to Egipt!”. Nic nie zapowiada tego co stanie się za parę minut.

Nagle tłum gęstnieje. Natasha zostaje oddzielona od swoich towarzyszy. Otaczają ją mężczyźni. Szybko zostają jej wyrwane kamera i plecak. Ciągnięta przez dzicz skręca kostkę. Krzyczy. Boi się. Dziesiątki Egipcjan zdzierają z niej ubranie, aż w końcu jest niemal całkiem naga. Przed jej oczami śmigają rozszalałe twarze gwałcicieli, brutalnie dotykających jej piersi i wkładających palce w pochwę. Dziennikarka krzyczy nieliczne słowa które zna w tutejszym języku: „Salam! Allah!”. Nic nie pomaga. Mężczyźni ciągną ją po bruku za jej blond włosy.

W końcu kobiecie udaje się wyrwać z objęć gwałcicieli a w jej obronie staje parunastu Egipcjan. Zabierają ją do namiotu. Dzicz nie przerywa ataku, tymczasowe schronienie jest bliskie zawalenia się. Jeden z drani bije ją podpórką namiotu. Natasha nie jest wierząca, ale w tym momencie prosi Boga o to by się nad nią zlitował. Woli umrzeć niż zostać zgwałconą. Podjeżdża ambulans mający jej pomóc. Do środka samochodu wpada paru mężczyzn. Drzwi ambulansu się zamykają i ten odjeżdża…

Ostatecznie z pomocą życzliwych ludzi udaje jej się przejść do namiotu medycznego. Egipskie kobiety tłumaczą jej, że w tłumie rozeszła się pogłoska o agentach obcych sił. Próbują zakryć jej nagie ciało, gdy ta omdlewa. Płaczą, mówiąc: „To nie jest Egipt! To nie jest Islam! Proszę, proszę nie myśl, że tak wygląda Egipt!”.

Sprawa ma dobre zakończenie (chociaż ciężko mówić o dobrym zakończeniu po takim początku i rozwinięciu). Natasha, przebrana w burkę i przestrzeżona by nie płakać (bo to może ją zdradzić) umyka z placu Tahrir. W rządowym szpitalu nie chcą jej przyjąć, pytają czy jest mężatką, dziewicą i czy nie jest w ciąży. Trafia do ambasady brytyjskiej, a potem do prywatnego szpitala gdzie w końcu zostaje przebadana. Następnego dnia zgłasza sprawę na policji.

Historia niestety jest prawdziwa. Oto prawdziwy obraz porewolucyjnego Egiptu. Oto długo oczekiwane „zmiany”. Oto grzech Zachodu patrzącego beznamiętnie na „wyzwalanie się narodów spod jarzma niewoli”. Za szerokimi uśmiechami i wiwatami, czają się dzicy, niewyżyci, muzułmańscy gwałciciele, gotowi zaatakować dziennikarkę innego kraju by zaspokoić swoje żądze. Za iluzyjnym obrazem kraju wychodzącego z kryzysu, kryje się szara, religijna prawda. Oto fakty: niemuzułmanin jest gorszy od muzułmanina i muzułmanin może dysponować jego życiem jak tylko uzna za słuszne.

Pani Smith twierdzi, że nadal lubi Egipt i że wpadnie do niego następnym razem. Czy znowu zostanie wzbogacona kulturowo (cultural enrichment)? Miejmy nadzieję, że nie.

W ramach uzupełnienia – linki:


http://natashajsmith.wordpress.com/2012/06/26/please-god-please-make-it-stop/
– Wpis na blogu Natashy Smith


http://www.euroislam.pl/index.php/2012/06/niewierni-nie-sa-rowni-muzulmanom/
– Debata między szejkiem Omarem Bakri Muhammadem i doktor Wafą Sultan, dotycząca traktowania niewiernych

Świadkowie Jehowy – historia prawdziwa

Świadkowie Jehowy. Zapewne wielu osobom w tym momencie stanęła przed oczami starsza kobieta przed drzwiami z lekko nieprzytomną miną. Towarzyszy jej podobna osobniczka. W dłoni trzymają parę książeczek, a po chwili pada sakramentalne pytanie: „Możemy porozmawiać o Bogu?„. Nieco bardziej poinformowane osoby wiedzą, że Świadkowie „nie pozwalają na transfuzję krwi i są sektą”. Takie postrzeganie nie jest do końca bezpodstawne, bo rzadko mamy okazję porozmawiać z członkami zboru w komfortowych warunkach. Czy naprawdę zasługują na swoją negatywną opinię? Czy naprawdę tak bardzo różnią się od katolików?

Porozmawiamy na ten temat z Arletą z województwa pomorskiego (28 l.), która Świadkową Jehowy jest od urodzenia, tak jak jej rodzice. Odpowie nam na parę kluczowych pytań, najczęściej pojawiających się na ustach osób które nie zapoznały się z tą religią od bardziej jasnej strony. Nie przedłużając (bo wywiad jest długi), zapraszam do czytania:

Ślepowid: Wiara Świadków Jehowy wywodzi się z wiary Kościoła katolickiego. Czym tak naprawdę różni się od katolicyzmu i dlaczego doszło do „rozłamu”?

Arleta: Po pierwsze muszę zdementować twierdzenie jakoby nasza wiara wywodziła się z katolicyzmu. Według Biblii rodowód świadków na rzecz Jehowy ciągnie się aż od Abla. W liście do Hebrajczyków w rozdziale 11:4 możemy przeczytać „Przez wiarę Abel złożył Bogu ofiarę cenniejszą od Kaina za co otrzymał świadectwo, iż jest sprawiedliwy. Bóg bowiem zaświadczył o jego darach, toteż choć umarł, przez nią jeszcze mówi”. Natomiast o Jezusie napisano w księdze Objawienia (Apokalipsy) w rozdziale 3 i 14 wersecie: „To mówi Amen, Świadek wierny i prawdomówny, Początek stworzenia Bożego.” W przypisie można się dowiedzieć, że Amen symbolizuje tu Jezusa. Co ciekawe, niektórzy Żydzi chcieli się dowiedzieć, czy działalność Jezusa jest nowa nauką, o czym czytamy w ewangelii Marka w pierwszym rozdziale i wersecie 27: „A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: <<Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne.>>”. Później niektórzy Grecy myśleli, że apostoł Paweł chce głosić nową naukę, o czym napisano w Dziejach 17:19 i 20: „Zabrali go i zaprowadzili na Areopag, i zapytali: <<Czy moglibyśmy się dowiedzieć, jaką to nową naukę głosisz? Bo jakieś nowe rzeczy wkładasz nam do głowy. Chcielibyśmy więc dowiedzieć się, o co właściwie chodzi>>”. W uszach tych ludzi nauki te brzmiały jak coś absolutnie nowego, a przecież była to prawda zgodna ze Słowem Bożym.
W pierwszym okresie lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia powstała w Allegheny (stan Pensylwania, USA) grupa osób studiujących Biblię. Był to początek wiary Świadków Jehowy w czasach nowożytnych. Pierwotnie byli znani jako Badacze Pisma Świętego, ale w roku 1931 przyjęli biblijną nazwę „Świadkowie Jehowy”. Na potwierdzenie tego przytoczę wersety z księgi Izajasza, rozdział 43:10-12: „Wy jesteście moimi świadkami – Wyrocznia Jahwe – i moimi sługami, których wybrałem, abyście mogli poznać i uwierzyć Mi, oraz zrozumieć, że tylko Ja istnieję. Boga utworzonego przede Mną nie było ani po Mnie nie będzie. Ja, Jahwe, tylko ja istnieję i poza Mną nie ma żadnego zbawcy. To Ja zapowiedziałem, wyzwoliłem i obwieściłem, a nie ktoś obcy wśród was. Wy jesteście świadkami moimi – wyrocznia Jahwe – że Ja jestem Bogiem, owszem, od wieczności nim jestem. I nikt się nie wymknie z mej ręki. Któż może zmienić to, co Ja zdziałam?” Czym się różni wiara Świadków Jehowy od Katolickiej? Choćby bardzo podstawowym czynnikiem. Tym, że Katolicy nie używają imienia Boga, natomiast my używamy i jest to zasadnicza różnica.

Ślepowid: Świadkowie Jehowy są chyba najbardziej znani ze swoich wędrówek od mieszkania do mieszkania i prób nawrócenia ludzi na swoją wiarę (najczęściej z pomocą „książeczek o Bogu”). Dlaczego to robicie? To swego rodzaju obowiązek?

Arleta: Może nie obowiązek, ale nakaz, polecenie od Jezusa, które jest zanotowane w Biblii (przytaczam tu słowa z Biblii katolickiej, żeby nie było, że w naszej jest to przeinaczone na naszą korzyść) w ewangelii Mateusza, rozdział 28 i werset 19 „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.” Gdy Jezus wysyłał swoich uczniów, kazał im zachodzić do domów, by szerzyć Jego nauki. W Dziejach Apostolskich czytamy słowa Apostoła Pawła „(…) przemawiałem i nauczałem was publicznie i po domach, nawołując zarówno Żydów jak i Greków do nawrócenia się do Boga i do wiary w Pana naszego Jezusa” (Dzieje 20;20,21) oraz Dzieje 5;42 „Nie przestali też co dzień nauczać w świątyni i po domach i głosić Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie.” Robimy to po to, by jak najwięcej ludzi poznało prawdę o Bogu, by tych ludzi ocalić przed zagładą, jaka została przepowiedziana w proroctwach.

Ślepowid: O właśnie, sprawa zagłady. Naprawdę uważasz, że w najbliższym czasie czeka nas koniec świata? Ta pewność podobno również jest charakterystyczną cechą związku wyznaniowego.

Arleta: Ja tak nie uważam. Ja to widzę. W Biblii przepowiedziano charakterystyczne znaki, jakie będą towarzyszyć dniom ostatnim tego stanu rzeczy. Jak choćby w Ewangelii Mateusza 24;3-8 „A gdy siedział na Górze Oliwnej, podeszli do niego uczniowie i pytali na osobności <<Powiedz nam, kiedy to nastąpi i jaki będzie znam Twego przyjścia i końca świata?>> Na to Jezus im odpowiedział: <<Strzeżcie się, żeby was kto nie zwiódł. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: Ja jestem Mesjaszem. I wielu w błąd wprowadzą. Będziecie słyszeć o wojnach i pogłoskach wojennych, uważajcie, nie trwóżcie się tym. To mu się stać, ale to jeszcze nie koniec. Powstanie bowiem naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będzie głód i zaraza, a miejscami trzęsienia ziemi. Lecz to wszystko jest dopiero początkiem boleści.>>” W naszych czasach zmagazynowano dziesiątki tysięcy głowic nuklearnych, w każdej chwili gotowych do użycia. Wybitni naukowcy orzekli, że gdyby narody wykorzystały choćby tylko część swojego arsenału, wystarczyłoby to do położenia kresu ludzkości. Jednakże nie na taki finał wskazują proroctwa biblijne. W Ewangelii Mateusza czytam o tym, że zapanuje głód. W dziejach ludzkości nie raz zdarzały się klęski głodu, ale nie na taką skalę, jak to jest w naszych czasach. W następstwie wojen głód zapanował w rozległych obszarach Europy i Azji. W Afryce panuje susza, a co za tym idzie – głód. Według oenzetowskiej Organizacji do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) pod koniec roku 1980 na głód cierpiało 450 milionów ludzi, a blisko miliardowi doskwierał niedostatek żywności. Mimo, że niektóre kraje mają znaczne nadwyżki żywności i częstokroć jedzenie jest po prostu wyrzucane na śmietnik, nikomu nie udało się zapanować nad głodem w dotkniętych nim regionach świata. Oczywiście można powiedzieć, że we wcześniejszych czasach również zdarzały się klęski głodu, przestępczość i zarazy. Jednak tu chodzi o nałożenie się tych wszystkich znaków jeden na drugi. Jedno takie wydarzenie nie może być dowodem na to, że nadchodzi koniec świata, ale cała masa takich wydarzeń nakładających się na siebie, owszem.

Ślepowid: Katolicy uważają, że Świadkowie Jehowy są sektą. Jak odniesiesz się do tych słów?

Arleta: Najpierw zastanówmy się czym jest sekta. Według Wikipedii sekta, to „grupa społeczna stanowiąca odłam wśród wyznawców jakiejś religii.” W dzisiejszych czasach Świadkowie Jehowy sa prawnie zarejestrowaną religią, a nie odłamem religijnym. Ponadto sekta jest organizacją podążającą za jakimś człowieczym przywódcą. Świadkowie Jehowy nie mają takiego przywódcy. Podążają za Jezusem, jednak jego nie można w żadnym wypadku nazwać przywódcą sekty. Poza tym nie odprawiamy żadnych obrzędów, jak to ma miejsce nierzadko w sektach.

Ślepowid: Wiele osób krytykuje zakaz transfuzji krwi, który obowiązuje Świadków Jehowy. Czemu transfuzja jest zabroniona? Dzięki niej można uratować człowiekowi życie!

Arleta: Transfuzja jest zabroniona ponieważ w Biblii nakazano powstrzymywać się od krwi. Dzieje 15;29 (znów Biblia katolicka) „Powstrzymujcie się od (…) krwi”. Ciekawe słowa można przeczytać w księdze Kapłańskiej w rozdziale 17 i wersecie 10 „Jeżeli kto z domu Izraela albo spośród przybyszów, którzy osiedlili się między nimi, będzie spożywał jakąkolwiek krew, zwrócę oblicze moje przeciwko temu człowiekowi spożywającemu krew i wyłączę go spośród jego ludu”. Wobec tego można stwierdzić, że zakaz spożywania, nie zabrania transfuzji, jednakże byłoby to mylne. Gdy w szpitalu pacjent nie może jeść, jest żywiony dożylnie. Tak samo zastanówmy się, co by było gdyby lekarz zabronił pacjentowi spożywania alkoholu, a ten dozowałby go sobie dożylnie. Wszystko, co jemy trafia przecież do krwiobiegu, a więc droga podania nie ma znaczenia. W starożytności po prostu nie były znane metody dożylne, dlatego w Biblii napisano tylko o zakazie spożywania krwi. Gdyby natomiast znane były metody podawania substancji dożylnie, na pewno byłoby również o tym wspomniane. Ponadto transfuzje niosą za sobą duże ryzyko odrzucenia krwi dawcy lub też zakażenia chorobami. Tyle, że o tym się nie mówi. Często dla uzupełnienia objętości osocza wystarczy zastosować roztwór fizjologiczny, płyn Ringera lub dekstran, a są to środki dostępne niemal we wszystkich nowoczesnych szpitalach. Jakiś czas temu moja siostra przeszła skomplikowaną operację skrócenia dolnej szczęki. Wielu lekarzy, do których zwracaliśmy się o wykonanie operacji twierdziło, jakoby bez transfuzji moja siostra miała nie przeżyć. Znaleźliśmy jednak szpital, gdzie zgodzili się przeprowadzić tą operację bez podawania krwi. Zastosowano środki zastępcze. Moja siostra przeżyła, nie było żadnych powikłań i ma się dobrze. Dlatego operowanie bez podawania krwi jest jak najbardziej możliwe. Gdyby się zastanowić, to transfuzja niesie za sobą ryzyko zakażenia chorobami w momencie kiedy lekarze nie zadbają o dostateczne przebadanie krwi, a pamiętajmy, że niektóre wirusy we wczesnych stadiach rozwoju są trudne do wykrycia. Zatem w niektórych przypadkach nie podanie krwi, a podanie krwi z prawdopodobieństwem zakażenia jest tak samo ryzykowne. Ponadto to, ze nie przyjmujemy transfuzji nie oznacza, że nie cenimy życia. Jednakże bardziej zależy nam na życiu wiecznym niż życiu w tym niespokojnym świecie. Osoba wierząca w Jehowę, która zgodzi się na transfuzję automatycznie traci możliwość życia wiecznego w nowym, lepszym świecie obiecanym przez Boga. Czy to krótkie życie na ziemi w czasach konfliktów, problemów i chorób jest tego warte? Oczywiście, że nie.

Ślepowid: Świadkowie Jehowy mają mimo wszystko wiele pięknych założeń o których rzadko się mówi. Poczucie wspólnoty, brak „zbierania na tacę”, odcięcie się od życia politycznego… Przybliżysz nam nieco te aspekty?

Arleta: Tak. U nas jest silne poczucie wspólnoty i więź pomiędzy współwyznawcami. Nie ma u nas znaczenia narodowość, tak jak to bywa w religii katolickiej (nie chcę tu oczerniać Katolików). Przykładowo osoba o narodowości polskiej, nienawidzi osób o narodowości niemieckiej, pomimo, że są tego samego wyznania, czyli katolickiego. U nas czegoś takiego nie ma. Niezależnie od tego, kto z jakiego kraju pochodzi, jakiego jest koloru skóry i jakim językiem mówi, jesteśmy zjednoczeni i traktujemy siebie nawzajem jak rodzinę. Nie ma u nas czegoś takiego jak zbieranie na tacę, jednakże również prowadzimy zbiórki pieniężne. U nas to wygląda inaczej niż w Kościele. Nikt nie chodzi z tacą. Na ścianie wiszą specjalne skrzynki. Jedna, do której wrzuca się datki na potrzeby zborów uczęszczających na dana salę królestwa i druga, do której wrzuca się datki na potrzeby całej organizacji. Nikt nikogo nie przymusza do wrzucania pieniędzy. Wszyscy rozumiemy, że w naszych czasach nie jest łatwo o pieniądze i nierzadko wiele osób po prostu nie ma ani grosza. Każdy wrzuca tyle ile może i jaką odczuwa potrzebę. Co miesiąc odczytywana jest ilość zebranych pieniędzy (wszystko jest wykorzystywane na utrzymanie naszych budynków, prąd, woda, remonty, środki czystości itp), jeśli jest nadmiar, przechodzi on na następny miesiąc, jak również zostaje podany komunikat, żeby mniej wrzucać. Jeśli jest niedobór, bracia są proszeni o wrzucanie nieco więcej, ale nie są do tego zmuszani. Bywa też tak, że prowadzimy zbiórki na rzecz członków zboru dotkniętych jakąś tragedią. Na przykład osób, które straciły dobytek w pożarze lub zachorowały na ciężką chorobę i potrzebują pieniędzy na leczenie. Nie oznacza to oczywiście, że Świadkowie Jehowy rozdają pieniądze nowo przybyłym członkom, jak to niektóre osoby mniemają. Pieniądze są zbierane tylko dla tych, którzy tego bardzo potrzebują z nie swojej winy. Zatem osoba, która wydała wszystkie pieniądze na drogi samochód i przez to znalazła się w trudnej sytuacji, nie jest osobą, która kwalifikuje się do dofinansowania jej, ponieważ nie ma pieniędzy przez własny brak rozwagi. No chyba, ze ktoś z braci poczuwa się, by tę osobę wesprzeć, jednak takie sprawy są zwykle indywidualnie prowadzone we własnym gronie zainteresowanych osób, a nie na skalę całego zboru. Oprócz pieniędzy oczywiście staramy się wspierać osoby potrzebujące dobrami materialnym, na przykład ubraniami, jedzeniem, środkami higieny osobistej i czystości. Nie wspieramy życia politycznego, co nie oznacza, że kompletnie nie interesujemy się wydarzeniami na świecie. Obserwujemy poczynania polityków, choćby dlatego, że bez tego nie wiedzielibyśmy, że nadchodzą czasy końca, ponieważ niektóre tego znamiona są związane z polityką. Jak również musimy wiedzieć o nowych ustawach prawnych wchodzących w życie, by się do nich zastosować. Jednak z racji tego, że w Biblii wraz z końcem świata został przewidziany też koniec rządów ludzkich, nie popieramy żadnej partii politycznej. Skoro rządy ludzkie mają być zniszczone, nie ma sensu próbować ich naprawiać. To tak samo jakbyś dowiedział się, że twój dom zostanie za miesiąc wyburzony i nie ma możliwości, by to w jakikolwiek sposób zmienić, czy próbowałbyś go wobec tego remontować? Na pewno nie, bo byłaby to strata pieniędzy, sił i czasu. Staramy się też nie wchodzić w konflikty z prawem, ale to nie oznacza, że nam się to nie zdarza przez nieuwagę. Jesteśmy tylko ludźmi.

Czesław Obara, krzyż, komornik i ksiądz Warchoł

Stalowa Wola, osiedle Młodyn, rok 2009. Na terenie należącym do miasta zostaje bezprawnie postawiony krzyż. Tak na oko ze cztery metry. Sprawą zajmuje się prezydent Stalowej Woli Andrzej Szlęzak wraz z innymi urzędnikami i sądem. Ostatecznie sąd stwierdza, że symbol religijny został postawiony nielegalnie. Marian Pędlowski, powiatowy inspektor nadzoru budowlanego szuka firmy która podjęłaby się przeniesienia krzyża. W końcu takową znajduje. Cena „usługi” tania, zaledwie 4 tysiące złotych.

Oczywiście nadzór budowlany nie ma zamiaru płacić nawet takiej atrakcyjnej sumy za przeniesienie drewnianego symbolu. Na parafię która stoi za postawieniem krzyża, nasyła komornika by ściągnęła z jej konta pieniądze.

W tym momencie, po trzech latach obserwacji żałosnej przepychanki, w której nielegalnie stawia się symbole religijne, a za przeniesienie kawałka drewna płaci cztery tysiące złotych, wkracza pan Czesław Obara. Najpierw proponuje, że może zająć się transportem krzyża za symboliczną złotówkę. Parafia się nie zgadza. Więc pan Czesław w pojedynkę wyrywa krzyż z ziemi, bierze go pod pachę i wraca do domu. Swoją zdobycz stawia w ogródku, by już nikomu nie przeszkadzała. W parę minut dokonuje tego, czego wszechobecna biurokracja nie mogła dokonać przez trzy lata. Sprawa szczęśliwie się kończy – władze miasta mają problem z głowy, a kościół nie musi płacić czterech tysięcy złotych za fikcyjną usługę. Wszyscy są zadowoleni i dziękują panu Obarze za wzięcie sprawy w swoje ręce.

Żartowałem. No, częściowo żartowałem.

Władze miasta rzeczywiście były zadowolone z inicjatywy odważnego obywatela. Ale okoliczna parafia, która najwyraźniej ma za dużo pieniędzy i chce się ich pozbyć, nie ustąpiła. Ksiądz Jerzy Warchoł (nazwisko zobowiązuje), który jest „inwestorem krzyża” złożył doniesienie na policję. Nielegalnie postawiony krzyż został w końcu bezczelnie ukradziony. Reaguje nawet sandomierska kuria, która „z głębokim smutkiem informuje”, że czyn pana Obary był „wymierzony w święty znak naszego zbawienia i raniący uczucia religijne osób wierzących”.

No i tak to jest, w naszym polskim państwie, że urzędnik z księdzem pod ramię grają w kotka i myszkę, a gdy ktoś próbuje im zabawę przerwać, pojawia się święte oburzenie. Połączone z waleniem się po mordach krzyżami. Śmiać się? Płakać?

Olsztyńska Strefa Kibica

Stało się. Przegraliśmy i odpadliśmy, a w całej Polsce właśnie dogasają ostatnie podpalone z frustracji śmietniki oraz ucichają jęki zawodu. Strefy Kibica od początku meczu kipiące emocjami, powoli pustoszeją…

A Olsztyn gęsią nie jest i swoją Strefę Kibica miał również, postawioną przy plaży miejskiej. Może nie tak spektakularną jak w Warszawie czy Poznaniu, ale każde miasto organizuje imprezy na miarę swoich możliwości oraz ogólnego zainteresowania. Na początek wejście. Nie każdy z przybyłych miał niestety okazję obejrzeć nasz ostatni mecz, bo ilość miejsc ograniczono (do około 1000 miejsc). Oczywiście dla Polaka nie ma rzeczy niemożliwych – ochrona mogła wyłapywać pojedyncze osoby, które przechodziły pod barierką, ale gdy do ataku rzucił się cały tabun, musieli spasować. Tak więc, w samej Strefie i wokół niej, było jakieś dwa tysiące olsztynian.

Mimo problemów z wejściem (ochroniarze byli dość powolni, nieliczni i bardzo dokładnie przeszukiwali osoby mogące mieć przy sobie alkohol), organizacja nie była najgorsza. Ekran stał w widocznym miejscu, dzięki czemu nawet osoby za barierkami widziały co się dzieje. Ławek było sporo, nie czuło się też nadmiernego tłoku. Tak więc plusik dla naszej strefy kibica…

…i zarazem minusik, za młynową (osobę prowadzącą doping). Jej skrzekliwy, ostry głos tylko dokuczał obecnym, w dodatku zasób przyśpiewek miała skrajnie ubogi, przez co kibice się zniechęcali i ciężko było coś zaśpiewać naprawdę, wspólnie. Fakt, była ładna, ale to trochę za mało. Nieco świeżości wnosili wybrani z tłumu krzykacze, którzy na własną rękę skandowali takie hity jak „PZPN, PZPN je**ć, je**ć PZPN!” czy „Sędzia ch*j!”.

Olsztynianie mimo wszystko starali się. Eleganckie odśpiewanie hymnu, gorące zagrzewanie do walki, bardzo emocjonalne reakcje na wszelakie błędy polskich piłkarzy. Czuło się ten klimat. Nikt nie wystraszył się deszczu, grzmotów ani burzy. Przynajmniej na początku, potem, im gorzej nam szło, tym bardziej narastała frustracja. W końcu, doping zdominowały okrzyki: „ku**a, ależ on to zje**ł!”, „no jak grasz ty ch**u!”, „tak ku**a, brawo, zaje**ste podanie!”, wszystko okraszone niemalże teatralną mimiką i gestykulacją. Gol był prawdziwym coup de grace dla publiki. Takiego zawodu się piłkarzom i selekcjonerowi nie wybacza. Tylko Przemysław Tytoń zasłużył na niekłamany podziw, a każda jego akcja zbierała gorący aplauz.

Jedzenie? Kiełbaska/karkóweczka/kaszaneczka z chlebem/ketchupem/musztardą za siedem złotych, piwo (nie można było wnosić alkoholu z zewnątrz, 0,4 litra, 3,5% alkoholu) za sześć.

Strefa Kibica zyskała uznanie osób także spoza Olsztyna. Michał z Ostrołęki i Mateusz z Czeremchy, zostali wciągnięci przez niesamowitą atmosferę. Pierwszy z panów, bez ogródek skomentował spotkanie:
„Panie, daj Pan spokój. Po pierwszej połowie to ja byłem jeszcze optymistą ale w drugiej połowie to nasi zagrali niestety – przepraszam za wyrażenie – tak ch**owo, że Czesi nie mogli tego przegrać. Atmosfera w strefie kibica była bardzo dobra, publiczność się bawiła i nasi piłkarze mogą być dumni z tego, że grają dla takich kibiców. Kibice wierzyli do końca i to oni na tym Euro byli najlepsi!”
Pozdrawiam obydwu Panów serdecznie!

Strefę kibica opuściłem na cztery minuty przed końcem meczu, ale zdążyłem jeszcze usłyszeć jęki zawodu. Wracając przez miasto, człowiek słyszy wiele komentarzy. Podchmielony osobnik (który słuchał audycji z radia) wyraził swoją dezaprobatę przez rozpieprzenie puszki z piwem o chodnik. Inny rąbnął Bogu ducha winny samochód. Jakiś smutny kibic zarzekał się, że gdy wpadła bramka dla Czech, to prawie się popłakał. A grupa ludzi ściśnięta w autobusie niczym sardynki w puszce, skandowała nieśmiertelne „Nic się nie stało!”.

No i taka prawda moi drodzy. Nic się nie stało. Wrócimy ze swoją porażką do porządku dziennego. A olsztyńską Strefę Kibica oceniam na czwórkę z minusem. Za całokształt. Stać nas na więcej i mam nadzieję, że następnym razem (o ile się trafi) pokażemy prawdziwą siłę naszych kibiców!

Ruscy, rasiści i wpie**ol.

I zaczęło się! Wielkie igrzyska, walki na arenie i gladiatorzy, gotowi zginąć za swój kraj. Drapieżni niczym tygrysy, głodni zwycięstwa, ignorujący własny pot oraz krew by tylko osiągnąć cel. Wojownicy czasów dzisiejszych.

Słucham? Nie, wcale nie piszę o naszych piłkarzach. Rzeczywiście, byli niczym dumne orły, ale ostre szpony na nic się zdały w starciu z lisim sprytem Greków, którzy kryli się w norze i atakowali gdy tylko obróciliśmy się do nich plecami. Piszę o kibolach.

Pierwszy dzień mistrzostw i już mamy parę (chociaż zadziwiająco niewiele, jak na nasze warunki) nieprzyjemnych incydentów. Najpierw skok do Wrocławia. Tam właśnie zaatakowani przez rosyjskich „kibiców” zostali stewardzi w zielonych kamizelkach. Próbował ich rozdzielić mężczyzna w pomarańczowej kamizelce. Niestety otrzymał kopniaka w brzuch (lub miednicę) a gdy się złożył na ziemi, nasi „bracia Słowianie” dalej go katowali. Leżącego. Podobno to niejedyny incydent, na rynku też miało dojść do poważnych przepychanek (zakończonych odwiezieniem jednego Polaka do szpitala), a dwie knajpy zostały w mniejszym lub większym stopniu zdemolowane.

Teraz Lwów. Ukraińcy zaatakowali kibiców rosyjskich (ach, znowu ci Rosjanie!) wracających ze strefy kibica po meczu Rosja-Czechy. Tak naprawdę nie wiadomo kto zaczął. Pierwsi do walki rzucili się Ukraińcy, ale podobno zostali sprowokowani okrzykami „Rosja – mistrz, Ukraina – wstyd!”. Nikt nie trafił do szpitala, za to jeden z lwowian spędził parę miłych chwil z policjantami.

Tymczasem BBC donosi – polscy kibice intonowali ku czarnoskórym graczom Holandii małpie okrzyki. Roy Hodgson, angielski selekcjoner (który akurat razem z drużyną odwiedzał Auschwitz, toteż na tle wagonów którymi przewożono Żydów), zapewnił, że jest świadom iż nasz kraj ma „rasistowską historię”. Emmanuel Olisadebe ze smutkiem przyznaje, że swego czasu również był źle traktowany z powodu swojego koloru skóry. Financial Times, Reuters, Associated Press i CNN, także twierdzą, że „rasizm Polaków przyćmił otwarcie Euro”.

Nasi kibice (kibole?) zgodnie zapowiadają odwet na Rosjanach za „pobicie naszego”. „Tu już nie ma znaczenia reputacja, liczy się tylko zemsta i honor”. „Je**ć te ruskie ku**y”. „Spokojnie, na meczu z Polską dostaną sowity wpi***ol od naszych”. Mogę się założyć o sto… no, może dwadzieścia złotych, że swoje postulaty w mniejszym lub większym stopniu zrealizują. Osoby przed telewizorami dostaną swoje prawdziwe igrzyska z gladiatorami, BBC będzie miało o czym informować, a „nasi chłopcy” nieco rozładują emocje. Powinniśmy się cieszyć, wszyscy dostaną to czego pragną! Wszyscy będą się radować i uśmiechać…!

…przez rzewne łzy.

Debbie Schlussel to…

Pani Debbie Schlussel. Wielu z Was zapewne nie słyszało nigdy tego imienia, dopóki nie rozpętała się afera dotycząca wypowiedzi wspomnianej pani Schlussel. Szanowna dziennikarka, publicystka takich gazet jak New York Post (wychodzi od 1801 roku) i The Washington Times, rzuciła prosto w twarz Polakom, że to oni mordowali Żydów i utrzymywali obozy śmierci. Bolały Was słowa Baracka Obamy? Teraz dopiero dostaliście pożywkę.

Pominę całą treść wypowiedzi – możecie ją znaleźć wszędzie. Pominę niesławę tej dziennikarki, która najwyraźniej za bardzo wzięła do siebie niektóre sentencje Pulitzera i Hearsta. Pominę także furię z jaką Polacy już dali jej popalić, chociażby na Facebookowym profilu. Do ataku przyczynił się wpis na portalu Kwejk.pl, prezentuję:

Kwejk.pl

Obrazek zatytułowany „ZNISZCZYĆ SUCZ!!”. Wiele mądrych komentarzy na profilu pani Schlussel prezentuje podobny poziom, przykrywając poważniejsze opinie oraz dając pseudodziennikarce argument wprost do rąk.

A ja tylko przypomnę, tak jak przypominali niektórzy konkretniejsi ludzie w komentarzach na Facebooku, że Polacy stanowią największą liczbę osób wśród odznaczonych medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, najwyższym izraelskim odznaczeniem nadawanym osobom z zagranicy. 6195 naszych rodaków przyczyniło się do ocalenia chociaż części Żydów na naszych ziemiach (i nie tylko), nie obawiając się kary śmierci. Historyk Gunnar S. Paulsson twierdził, że nawet 100 000 Polaków zasłużyło na taki medal. Niestety, 704 Polaków zostało odznaczonych pośmiertnie, bo oddali życie by pomóc swoim braciom i siostrom.

Ciekawe czy według pani Schlussel oni również byli „Jew haters and anti-Semits”. Chociaż prawdę mówiąc, nie oczekiwałbym od niej tak głębokich przemyśleń. Przekaz ma trafić do tłumu, a im większy szum – tym lepiej. Słupki oglądalności oraz popularność skaczą. I tylko o to tutaj chodzi, bo zwyczajną głupotą tego nazwać nie można.

Norge – drømmers land? #3

I znowu, po ponad dwumiesięcznej przerwie mam przyjemność przedstawić kolejną część serii „Norge – drømmers land?”. Tym razem, Marta (Polka i gimnazjalistka, która mieszka w Norwegii) opowie nam o różnicach między szkołą skandynawską a polską. Czy rzeczywiście w innych krajach jest niższy poziom nauczania? Czy w Norwegii młodzież jest odpowiednio kształcona historycznie, by nie popełniać wpadek, podobnych do tej ostatniej, Baracka Obamy? A co z przygotowaniem do przyszłego, dorosłego życia? Zapraszam do czytania.

Pytania do bohaterki wywiadu oczywiście mile widziane, tak samo jak sugestie czy pomysły na motyw przewodni kolejnej części. Linki do poprzednich rozmów: I: Początek, II: Cudzoziemcy i Breivik.

Część III: Szkoła

Ślepowid: Więc po ukończeniu kursu językowego, trafiłaś do normalnej, norweskiej szkoły. Jak wyglądały początki?

Marta: Prawdę mówiąc uczęszczałam do szkoły cały czas. Wyglądało to mniej więcej tak, że spędzałam pierwsze trzy godziny szkolnego dnia na kursie, a następnie szłam na normalne lekcje. Na samym początku było ciężko, cały czas wspomagałam się angielskim i praktycznie nie miałam szans na uczestniczenie w lekcjach. Tak było przez pół roku ostatniej klasy podstawówki. Potem, czekało mnie gimnazjum. Muszę przyznać, że byłam dość zestresowana – czekała mnie nowa klasa, więcej przedmiotów i musiałam zacząć radzić sobie sama. Przez pierwszy semestr gimnazjum uczęszczałam jeszcze na kurs, a potem normalnie na lekcje.
Dostałam pomoc ze szkoły – dwie godziny w tygodniu miałam lekcje z nauczycielem, który miał za zadanie pomóc mi w nauce i zadaniach. Oprócz tego byłam po prostu normalną uczennicą. Oczywiście, na wiele rzeczy z początku nauczyciele przymrużali oko, po roku nauki języka, nie miałam szans by dorównać rodowitym Norwegom.

Ślepowid: Jakie różnice między szkołą polską a norweską najbardziej rzucają się w oczy?

Marta: Szkołę zaczynałam w połowie 7 klasy (6 klasa w Polsce). Była to jeszcze podstawówka, a ta rządziła się odrobinę innymi zasadami niż gimnazjum. Pierwszą rzeczą, która mnie zaskoczyła był obowiązek ściągania butów w szkole. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że chodziło się po korytarzach w samych skarpetkach, a czasem nawet na boso. Podłogi były oczywiście ocieplane – nikt nie marzł. Problem zaczynał się zimą, kiedy to trzeba było ściągać grube buty i na każdą przerwę je nakładać, gdyż przerwy spędzamy na świeżym powietrzu. Czy to mróz, czy deszcz, czy śnieg, nieważne. Norwegowie powtarzają ‚Nie ma złej pogody, są co najwyżej złe ubrania’. Przyznam, że nie mam nic przeciwko takiemu spędzaniu czasu między lekcjami, jednak kiedy było -15 stopni mrozu, wiał wiatr, a śnieg sypał ze wszystkich stron to przerwa była dość uciążliwa i wszyscy czekaliśmy na dzwonek.

Gimnazjum było już inne, tam pozwolono nam chodzić w butach w szkole, jednak przerwy nadal musieliśmy spędzać na dworzu.
Wraz z gimnazjum przyszło kilka innych możliwości, zaczęło się myślenie i rozmawianie o naszej przyszłości. Prawdę mówiąc zarówno dla mnie, jak i wielu moich znajomych jest to dość trudny temat. I tu z pomocą ponownie przychodzi szkoła. Mamy szansę zobaczyć jak pracują nasi rodzice już w 8 klasie! Raz w roku mieliśmy okazję iść do zakładu pracy rodzica, by zobaczyć jak wygląda praca. To już coś, a jakby tego było mało, w 9 klasie mamy szansę sami znaleźć interesujące nas miejsce pracy (niekoniecznie w Norwegii!), możemy sami załatwić sobie praktyki i na pracę mamy aż tydzień. Obowiązują nas normalne godziny pracy, a po wszystkim musimy napisać sprawozdanie.

A jeśli mowa o przyszłości, to odwiedzamy również licea, także w 9 klasie. W zależności od kierunku na jaki się zapatrujemy wybieramy trzy licea, a dwa z nich odwiedzamy. Kierunki są przeróżne, zaczynając od ogólnego liceum, poprzez przygotowanie do zawodu pielęgniarki, kucharstwo, idąc dalej przez media i komunikację (w skład tego wchodzi dziennikarstwo, fotografia i kręcenie filmów), aż do sportowych oraz muzycznych, bądź aktorskich liceów. Wybór jest ogromny. Oczywiście dostajemy też swój własny laptop, nauczanie jest na wysokim poziomie komputeryzacji.

Ślepowid: Pewnie w Norwegii są inne przedmioty szkolne niż w Polsce?

Marta: Niezupełnie. Przedmioty są mniej więcej takie same, jednak w gimnazjum nie ma fizyki, chemii itd. Jest przyroda i na przyrodzie mamy początki tych przedmiotów. To jednak tylko wprowadzenie, same podstawy. Wiedza o społeczeństwie, geografia oraz historia to jeden przedmiot, który zwie się ‚samfunnsfag’.

Dochodzi też gotowanie raz w tygodniu, a technika i plastyka są połączone w jedne zajęcia. Podczas techniki klasa jest podzielona na dwie grupy. Jedna grupa uczy się szycia, robienia na drutach, stawia się tam bardziej na kreatywność i pomysłowość. Druga pracuje z drewnem, zapoznaje się ze wszelkimi narzędziami, rzeźbi. Zwykle każda grupa ma 12 lekcji (2 lekcje tygodniowo) na ukończenie zadania i jest zmiana nauczycieli, a więc część, która rzeźbiła idzie szyć i odwrotnie.

Ślepowid: Dużo osób zza zagranicy uczęszcza do normalnej szkoły?

Marta: Ciężko powiedzieć, gdyż wiele dzieci ma rodziców zza granicy, ale urodziło się w Norwegii, więc mówią po norwesku i niczym od Norwegów się nie różnią. Jednak ze stuprocentową pewnością mogę powiedzieć, że we wszystkich klasach jest przynajmniej jedna, dwie osoby, które nie są tutejsze.

Ślepowid: A co z poziomem? Podobno w Norwegii jest o wiele niższy poziom jeśli chodzi o nauczanie.

Marta: Tak, naprawdę jest dużo niższy. Ale osobiście uważam, że to dobrze. Jeśli ktoś będzie chciał się dalej kształcić to zrobi to na własną rękę. Robienie z uczniów geniuszy w każdym zakresie jest niemożliwe. W Norwegii mamy początki wszystkiego. Duży nacisk kładzie się na naukę historii – I i II Wojna Światowa to tutaj podstawa, oglądamy wiele filmów historycznych i rozmawiamy na te tematy.

Ślepowid: A rówieśnicy? Są jakieś różnice między gimnazjalistami norweskimi i polskimi?

Marta: Trudne pytanie. Nie chcę nikogo obrazić, jednakże na pewno są spokojniejsi i mają większy szacunek do nauczyciela. Oczywiście zdarzają się wyjątki, ale raczej marginalne. Są życzliwi, czasem złośliwi względem nauczyciela, ale w dopuszczalny sposób, znają granicę.

Ślepowid: W poprzednim wywiadzie, powiedziałaś że byłaś na wycieczce w archiwum w Kristiansand. Często są organizowane szkolne wycieczki?

Marta: Letnią porą, owszem. Nie są to dalekie wycieczki – czasem to jedynie 6 godzin w parku. Czasem są to wycieczki na kręgle, choć to po szkole. No i w 10 klasie jest wycieczka do Niemiec i Polski, do Oświęcimia.

Ślepowid: Subiektywnym okiem – wolisz szkołę norweską czy polską?

Marta: Zdecydowanie norweską. Jest łatwiej i nie muszę siedzieć kilka godzin nad książkami. A potem i tak mam możliwość kształcić się w kierunku, który mnie naprawdę interesuje.