Nielegalna eksmisja włamywaczy-anarchistów i legalne włamywaczy bytowanie na czyjejś posesji, czyli komedia poznańska.

Skandal, łamanie praw człowieka i atak na bezbronnych ludzi w Poznaniu! Policjanci uzbrojeni w karabiny maszynowe bezprawnie wdarli się do zamieszkanej przez młodzież kamienicy! Brutalnie potraktowana młoda kobieta łka z bólu! Pani Maria mówi: „Młodzi ludzie byli bardzo mili i kulturalni. Oddałam im swoje meble.” Tak można streścić dwa teksty (link i link, źródła komentarza) pana Piotra Żytnickiego w poznańskiej Gazecie Wyborczej. Ale zacznijmy od początku…

Parę miesięcy temu, grupa anarchistów zajęła bezprawnie kamienicę przy ulicy Podgórze. Włamywacze (to słowo nie najgorzej opisuje osoby które bez pozwolenia właściciela włamują się do jego domu) mieszkali tam przez jakiś czas, dostosowując miejsce do swoich upodobań. Potem, o rezydentach dowiedział się właściciel budynku. No i jak łatwo można się domyśleć, nie był zbyt zadowolony. Tłumaczenia skłotersów, że „prawo do zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych jest ważniejsze od prawa własności” nie bardzo przekonały „gospodarza”. Spójrzmy prawdzie w oczy, kto z nas byłby zadowolony, gdyby jacyś nieznajomi ludzie zajęli naszą własność? Na którą ciężko pracowaliśmy, którą kupiliśmy za własne pieniądze i która, nawet jeżeli aktualnie jej nie używamy, należy do nas? Wezwano więc policję, by pozbyła się lokatorów.

I tu zaczyna się najzabawniejsza część. Bo policja miała czelność wziąć ze sobą broń – karabiny maszynowe. Obydwa teksty pana Żytnickiego bardzo mocno piętnują ten element wyposażenia. Pomijając już to, że funkcjonariusze nie mieli przy sobie „karabinów” tylko pistolety maszynowe (a to wbrew pozorom różnica, chociaż nie tak istotna jak myślą niektórzy komentujący artykuły), ciężko określić jaki ekwipunek ukontentowałby redaktora. Gotujący się do akcji policjanci, którzy nie wiedzą co spotkają w zajętej przez anarchistów kamienicy („oni są raczej niegroźni” to kiepskie zapewnienie o bezbronności włamywaczy), powinni przyjść uzbrojeni w nadmuchane balony? A może mieli ścierać się z agresywnym tłumem tylko z pomocą słów (co i tak czynili, ale o tym potem)?

Najbardziej rozbawiła mnie odpowiedź rzecznika policji – na pytanie „dlaczego przeciwko nieuzbrojonym anarchistom wysyła się policjantów z pistoletami maszynowymi?„, odpowiada do bólu logicznie: „Bo taką broń mają na wyposażeniu.” I wszystko jasne.

W momencie gdy funkcjonariusze próbują dostać się do kamienicy, dziennikarz słyszy nikczemne słowa z policyjnej radiostacji: „Darku, uważaj bo macie na plecach ludzi z aparatami!”. Co za chamstwo. „Władza” nie chce, by media dowiedziały się o nikczemnym, bezprawnym szturmie na biedną młodzież. No… nie bardzo. Na filmikach wyraźnie widać, jak operatorzy kamer pchają się od tyłu na oddział, chcąc złapać jak najlepsze ujęcia. Robi się o tyle zabawniej, że w pewnym momencie policjanci są między młotem a kowadłem, z tyłu mają dziennikarzy a z przodu anarchistów. I jak wyjść z takiej pułapki?

Ale jeszcze wcześniej, udaje się w końcu sforsować bramkę a stróże prawa wchodzą razem z właścicielem na teren kamienicy (chyba nielegalnie, bo jeden z filmików zamieszczonych przy artykule nosi tytuł „Nielegalna eksmisja skłotu…”). Anarchiści w geście prawdziwego pokoju oraz niewinności łapią się za ręce (stawiając dwie dziewczyny najbardziej z przodu) i… pchają się na funkcjonariuszy, wykrzykując różnorakie hasła. Na przykład: „Policja broni bogatych przed biednymi!” (formułka „policja chroni prawowitych właścicieli przed włamywaczami zajmującymi prywatną własność” była chyba zbyt długa i za mało melodyjna), „Terroryści! ZOMO!” albo „To jest Wasza demokracja!” (temu się akurat nie dziwię, anarchiści i polska demokracja się mimo wszystko nie komponują).

Nieco mnie smuci, że pan Żytnicki nie zamieścił w swoim tekście także krzyków policjantów, którzy wołali: „Proszę się uspokoić, tak do niczego nie dojdziemy!”. Chociaż muszę przyznać, że zepsułoby to wspaniałą, proanarchistyczną wymowę. Szkoda też, że nie ukazało się w nich wycie włamywaczy, którzy prowokowali: „Strzelać do ludzi! Strzelać! Strzelać!”. Jeden z młodych buntowników chciał nawet naładowaną broń od policjanta (niestety jej nie otrzymał).

Niestety, „odważne” zachowanie anarchistów nie trwało zbyt długo. Skończyło się, gdy poirytowani ciągłymi przepychankami, opluwaniem, krzykami, brakiem współpracy oraz nieustanną blokadą przejścia do kamienicy funkcjonariusze, sięgnęli po gaz pieprzowy. Najgłośniej krzycząca dama (przypominam, wystawiona w samym centrum „ludzkiej bariery”) chyba straciła nieco pewności siebie po ostrej kuracji, chociaż jej wycie stało się jeszcze bardziej dotkliwsze dla uszu. Zresztą, chyba nie cierpiała tak bardzo, skoro zamiast wycofać się z kręgu obrońców, jeszcze bardziej pchała się pod nogi funkcjonariuszy. Pan Żytnicki znowu trafnie ocenia sytuację: „Dziewczyna szamotała się, ale nie atakowała policjanta”. Zastanawiam się więc, co ta kobieta tam robiła, pchając się prosto na uzbrojonych służbistów i na co liczyła, plując im w twarze. W sondzie Gazety („Czy użycie gazu wobec demonstrantki było uzasadnione?”) została nazwana demonstrantką. Można i tak nazywać nielegalnych lokatorów, włamujących się na czyjąś własność prywatną.

Ostatecznie udaje się dostać do środka. W międzyczasie anarchiści zdążyli czmychnąć (chociaż policja spisała część z nich). Jeden z nich narzeka, że w budynku do którego się włamali, zostały narzędzia używane przy remontach. Dostali TYLKO 15 minut na zabranie ich. Mężczyzna który „podaje się za właściciela” (jak pisze pan Żytnicki), jak na czarny charakter przystało nie chce odpowiadać na pytania. I cała sprawa szczęśliwie się kończy…

Ale, nie chcę wyjść na drania! Dlatego apeluję! Wy, którzy popieracie zachowanie tych biednych, zdolnych, pokrzywdzonych i pragnących tylko propagować alternatywny styl życia młodych ludzi, okażcie odrobinę serca! Nie mają teraz gdzie mieszkać, więc przygarnijcie ich do siebie! Przygarnijcie ich z własnej woli, póki jeszcze na własną rękę nie zajęli Wam mieszkań. Bo „prawo do zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych jest ważniejsze od prawa własności”.

Edit: Jeszcze filmik od blogera @surbit, na którym widać obezwładnianie jednego z anarchistów. Opinia na jego temat znajduje się w komentarzach  – klik.

Tryumf Andersa Breivika

Wszystko dokładnie zaplanował. Sprowadził z różnych krajów (między innymi z Polski) odpowiednie materiały. Skonstruował ładunki wybuchowe. Zaopatrzył się w broń oraz strój służbisty. Na chwilę przed swym pierwszym atakiem wysłał odpowiednie wiadomości do mediów: zdjęcia, plany, postulaty. Rozpowszechnił w internecie swój manifest „2083 – A European Declaration of Independence”. To było jego pierwsze zwycięstwo. Niezauważony przez służby, perfekcyjnie przygotował wszystko do swojej akcji.

Następnie zamach na siedzibę premiera. Wykorzystał opieszałość urzędników, którzy od dłuższego czasu mieli zablokować przejazd ulicą, na której postawił swój wóz Anders Breivik. To drugie zwycięstwo. Wybuch co prawda nie zabił żadnego czołowego polityka czy ministra, ale stanowił tylko zasłonę dymną dla ostatecznego ciosu.

W końcu atak na obóz młodzieżówki Partii Pracy. Nikt nie próbował go powstrzymać. Służby były zajęte wcześniejszym zamachem. Wiele osób obarcza placówkę policji najbliższą Utoyi, której policjanci stali bezradnie na brzegu nie podejmując akcji. Ale z wyspy docierały informacje o paru strzelcach uzbrojonych po zęby. Młodzież której udało się zadzwonić, nie była zbyt precyzyjna – jak każdy w takiej sytuacji. A co mógł zrobić byle funkcjonariusz przeciwko grupie terrorystów? W tym momencie nie możemy winić policjantów. Ale możemy ich winić później, do spółki ze służbami specjalnymi, bo gdy w zbyt licznym towarzystwie weszli do motorówki, ta… zaczęła tonąć. Kolejne minuty mijały…

W tym czasie, Anders Breivik skończył swoją rzeź, odnosząc trzecie zwycięstwo. Wręcz się zniecierpliwił i dzwonił na policję, czekając aż nieudolni funkcjonariusze w końcu dotrą na wyspę. Gdy nareszcie raczyli dotrzeć, Norweg spokojnie się poddał.

Przez całe śledztwo oraz proces, ani razu nie wykazał skruchy. Nie był niczym przymulony James „Jestem Joker” Holmes, wlepiający się tępym, przestraszonym wzrokiem w ławę. Anders Breivik siedział spokojnie, uśmiechał się, unosił tryumfalnie pięść ku swym nowym zwolennikom. Zapłakał rzewnie tylko raz – gdy pokazano założenia jego antyislamskiej, skrajnie prawicowej ideologii. To było jego czwarte zwycięstwo. Nie złamał się, odgrywał swoją rolę aż do samego końca.

A dzisiaj wyrok – i dwa zwycięstwa w jednym. Po pierwsze, został skazany na 21 lat więzienia. Więzienia w którym będzie miał wymarzone warunki by dalej pracować nad założeniami swojej ideologii, by rosnąć w siłę, zdobywać wiedzę. Dał prztyczka w nos liberałom, ku niezadowoleniu zgrzytających zębami rodzin ofiar. Było to poniekąd konieczne, bo kara śmierci, dożywocia lub ciężkich robót, zbliżyłaby norweskie władze do Breivika. Postawiono bardzo wyraźną granicę – tu mamy prymitywnego mordercę, a tu cywilizowany naród który nie ma zamiaru zniżać się do jego poziomu.

Po drugie – nie uznano go za osobę chorą psychiczną. Może być idiotą, jak pisze na przykład blogerka Newsweeka, Daria Siemion (Wyrok w sprawie Breivika- wyższość liberalizmu, czy kopniak dla systemu?), ale nie jest szaleńcem. W związku z czym, jego ideologia nie jest czymś kompletnie bezsensownym, nie jest bełkotem świra, nie jest wytworem umysłu który nie panuje nad sobą. Założenia manifestu „2083 – A European Declaration of Independence”, mogą być uważane za niepoprawne, głupie, szkodliwe, drastyczne, nieprzemyślane, debilne. Ale nie zostały napisane dłonią chorego człowieka, który nie myśli, który nie jest w stanie panować nad swoim zachowaniem.

Wątpię, by Anders Breivik wierzył, że porwie do działania tłumy, które z miejsca rzucą się na muzułmanów. Celował w pojedyncze jednostki, nie w masę. Jego założenia, zachowanie oraz podejście do niektórych spraw, trafiły zapewne do setek ludzi. Kto wie, może do tysięcy. Dziesiątek tysięcy. Ludzi których nie podejrzewamy, tak jak nikt nie podejrzewał Andersa Breivika. Wcześniej czy później podniosą swoje głowy oraz pięści, odpowiadając na „wezwanie”. Czy pójdą bardziej pokojową i poprawną politycznie ścieżką, dążąc jednak do tego samego celu co ich idol? A może wybiorą rozwiązanie siłowe? O tym się dopiero przekonamy. Kto wie, może niedługo… I dlatego, ten dzień jest przerażającym, niekłamanym, niepodważalnym, tryumfem Andersa Behringa Breivika, na który złożyło się pięć niepowstrzymanych zwycięstw.

Palikot vs Cyryl: „Hańba, zamach i wstyd”

No i stało się. Znów słowa o wstydzie i zamachach. Ci którzy przewidywali, że po wizycie patriarchy Cyryla ktoś wyjdzie przed szereg by szastać hańbą, nie przeliczyli się. PiSowcy nie mogli sobie przecież odpuścić antyrosyjskich ataków, nawet, gdy Kościół przyjął gościa z otwartymi ramio…

O, pardon, nie PiSowcy. Tym razem znany i lubiany Janusz Palikot, postanowił „pohańbować”. „To był cichy zamach na świecki charakter państwa za zgodą prezydenta Komorowskiego i innych polityków. To wstyd i hańba”. Ponadto przyjmowanie przywódców Kościołów niczym głów państwa jest niezgodne z Konstytucją (pewnie tak samo jak przyjmowanie kandydatów na prezydentów). Po raz kolejny nasza polska, świecka racja stanu pada ofiarą ataków. Jak nie katolików to prawosławnych. Dobrze, że rodzimowierców u nas mało, bo Ci dopiero by namieszali w większej liczbie. Kto wie, może doszłoby nawet do spalenia Palikota niczym Marzanny na Jare Święto.

Czy Janusz Palikot swymi słowy obejmuje również papieży? Czy po licznych wizytach Jana Pawła II, Janusz Palikot również gwałtownie protestował? Chyba nie, bo jeszcze niedawno (przy prezentowaniu aktu apostazji) twierdził, że Kościół należy odebrać hierarchom i przywrócić tradycję Karola Wojtyły. Jaka to tradycja? Ekumenizm i pokazywanie się na świecie? Czy w innych krajach, gdzie liczba katolików jest mniejsza, a gdzie bywał papież, lokalne Palikoty również podnosiły rumor, że nie można przyjmować hierarchów niczym głów państw? A może ten „nasz” był takim niby-katolikiem, a nie prawdziwym papieżem. W końcu swojak, można wybaczyć, nie to co jakiemuś tam Cyrylowi.

Znowu pudło, bo Palikot wiele razy krytykował Karola Wojtyłę. I dojdź do porozumienia z tym politykiem. Raz przywracanie tradycji Karola Wojtyły, drugim razem krytykowanie go. Ptaki szepczą na drzewach, że Bronisław Komorowski ma zostać królem i potrzebny mu nowy błazen. Mamy wielu mocnych kandydatów. Palikot jest jednym z nich, on potrafiłby zabawić władcę gumowym prąciem lub świńskim łbem (podczas uczt). Pan Bratkowski twierdzi, że pan Janusz jest inteligentnym uczestnikiem życia sejmowego, czemu nie przeczę. Będziemy mieli nowego Stańczyka! A może pewien polityk PiSu, który odsunięty od środowiska książęcego, mówi, że dostępuje zaszczytów? Taki nigdy nie będzie narzekał! Zawsze możemy też poszukać za granicą. Obiecującym błaznem jest Todd Akin, mówiący, że zgwałcona kobieta nie może zajść w ciążę… Inne propozycje?

Siatkówka okiem… sędziego, cz. 1 – polscy siatkarze na Olimpiadzie

Igrzyska, igrzyska i po igrzyskach. Polacy wrócili do domu z dziesięcioma medalami – lepiej niż zakładała ministra Mucha, która w jednym z wywiadów prorokowała osiem trofeów. A mimo to, wynik w perspektywie innych występów jest jednym z gorszych. Wiele rozgoryczenia wzbudziła porażka naszych osławionych siatkarzy, którzy ostatnimi czasy cieszyli się niewiarygodnym pasmem sukcesów. Złoty medal w Mistrzostwach Europy (2009), brązowy medal w Mistrzostwach Europy (2011), srebrny medal w Pucharze Świata (2011), brązowy medal w Lidze Światowej (2011) i najnowsza duma naszych zawodników oraz trenera Andrea Anastasiego – złoty medal w Lidze Światowej (2012). Co złamało naszych podczas występów w Londynie? I co z siatkarzami plażowymi?

Na te dwa pytania odpowie nam Adam Jan Awiżeń, student Uniwersytetu-Warmińsko Mazurskiego i sędzia klasy I Warmińsko-Mazurskiego Związku Piłki Siatkowej, który na swoim koncie ma już funkcję arbitra podczas spotkań PlusLigi Mężczyzn, Pucharu Polski, Ogólnopolskiej Licealiady 2011, Mistrzostw Polski Młodzików i finałów Mistrzostw Europy Juniorów 2012.

Ślepowid: Jak oceniasz grę naszych siatkarzy halowych i ich formę? Po sukcesie w Lidze Światowej, było wobec nich wiele nadziei i oczekiwań, a ostatecznie odpadliśmy w ćwierćfinale po ciężkiej przeprawie w fazie grupowej.

Adam Jan Awiżeń: Niestety, ja od początku turnieju olimpijskiego byłem sceptykiem jeżeli chodzi o występ naszej reprezentacji i niewątpliwie wiele osób będzie mieć o to do mnie pretensje. Sporo ludzi zapewne powie, że po fakcie można się mądrzyć, ale moja opinia kształtowała się już wcześniej. Jeszcze kiedy trwała Liga Światowa miałem złe przeczucia co do przyszłej formy zawodników na Igrzyska Olimpijskie.

Polacy tak naprawdę od początku sezonu byli w dość wysokiej dyspozycji. Bez najmniejszych problemów wygrali prestiżowe zawody odnosząc tylko dwie porażki na szesnaście spotkań (w tym na pięć meczy z Brazylią pokonali ich aż cztery razy, przełamując fatalną passę niemocy do Canarinhos trwającą od przeszło 10 lat)! Polska reprezentacja była w gazie prawie dwa miesiące: od początku Ligi Światowej do pierwszego meczu Igrzysk Olimpijskich w Londynie.

Mecz z Italią mimo, że zaczął się niefortunnie zakończył się bardzo pomyślnie zwycięstwem 3-1. Po pierwszym meczu z teoretycznie najtrudniejszym rywalem, wszyscy byli pewni zwycięstwa w grupie i ćwierćfinału z czwartą drużyną drugiej połówki. Przez ogromne oczekiwania narodu oraz mediów „balonik” rósł i rósł do ogromnych rozmiarów.

Ślepowid: I musieliśmy przełknąć pierwszą porażkę…

Adam Jan Awiżeń: Przyszedł czas na mecz z potencjalnie niegroźną, rozbitą drużyną Bułgarii (bez gwiazd Mateya Kaziyskiego, Andreya Zhekova oraz trenera Radostina Stoycheva) którą Polska rozbiła kilka tygodni wcześniej w półfinale Ligi Światowej w Sofii. To miał być spokojny mecz – a zamienił się w pogrom. „Junaki” zagrali najlepsze spotkanie w sezonie i w potyczce z naszą reprezentacją zaprezentowali się świetnie, w głównej mierze dzięki młodemu, zdolnemu Tsvetanovi Sokolovovi. Ja osobiście ucieszyłem się z takiego obrotu spraw, bo wiedziałem ,że „ujdzie trochę powietrza z balonika” i presja nieco spadnie. Większość uznała to za „wypadek przy pracy”.

Przyszedł czas na kolejne spotkanie, z Argentyną. Biało-czerwoni wygrali pewnie 3-0, jednak było już widać że coś może być nie tak jak wcześniej. Następny mecz to formalność z totalnym outsiderem, reprezentacją gospodarzy Wielką Brytanią, szybkie 3-0 dla Polski. Wydawało się, że wszystko już wraca na dobre tory i polska „lokomotywa” znowu zacznie się rozpędzać i „taranować” rywali. Pozostał ostatni mecz z przeciętną reprezentacją Australii. On decydował o tym czy Polska wygra grupę i trafi na potencjalnie najsłabszego rywala. Nikt nie przypuszczał, że reprezentacja Polski potknie się po raz drugi w tym turnieju – i to na takim przeciwniku! Jak sport pokazuje wszystko jest możliwe. Podopieczni Anastasiego byli bezradni w meczu z Australią (z wyjątkiem trzeciego seta). Kadra Polski ulegając w ostatnim meczu grupowym „Kangurom” bardzo skomplikowała swoją sytuację.

Ślepowid: Ale mimo wszystko przeszliśmy do ćwierćfinałów i mieliśmy szanse.

Adam Jan Awiżeń: Jak się okazało ostatecznie zajęliśmy drugie miejsce za niedocenianą Bułgarią i po losowaniu, w ćwierćfinale czekała na nas już Rosja, bardzo dobrze przygotowana do tego turnieju. Polacy w kuluarach mówili, że woleliby grać nawet z Brazylią, więc logiczne było, że nasi reprezentanci po dwóch wpadkach nie czują się tak pewnie jak wcześniej. Pojedynek o wejście do półfinału przeciwko „Sbornej” stał się chyba najważniejszym meczem w życiu dla naszych siatkarzy. Niestety, brakowało jakichkolwiek argumentów na pokonanie Rosjan. Polacy byli bez szans w tym pojedynku, przegrywając 0-3, a „balonik” pękł całkowicie. Reprezentacja siatkarzy, jedna z największych nadziei na Igrzyska, zamiast wrócić z medalem, wraca z niczym i ostatecznie plasuje się na miejscach 5-8.

Może jestem zbyt surowy dla naszych, bo jednak sukces w tym sezonie jakiś był. Wygranie Ligi Światowej i 1 000 000$ to spore osiągnięcie. Aczkolwiek jestem przekonany że każdy z tych siatkarzy wolałby zamienić złoto i pieniądze z Ligi Światowej na jakikolwiek medal Igrzysk Olimpijskich. Wydarzenia z Londynu nie zmieniają faktu jak potężną, zaliczającą się do bardzo ścisłej czołówki światowej reprezentacją, dysponujemy. Pociesza mnie to, że dla siatkarzy odpadnięcie w ćwierćfinale Igrzysk Olimpijskich to klęska, a dla piłkarzy samo dostanie się do tego turnieju byłoby sporym sukcesem.

Ślepowid: Śledziłeś na pewno również zawody siatkówki plażowej. Jak oceniasz występy i formę naszych reprezentantów?

Adam Jan Awiżeń: Owszem, śledziłem poczynania naszych zawodników. Siatkówka plażowa wzbudza we mnie spore zainteresowanie, szczególnie na imprezie takiej rangi jak Igrzyska Olimpijskie. Nasza najlepsza para Grzegorz Fijałek i Mariusz Prudel to debiutanci na Igrzyskach, wystąpili jako pierwszy polski zespół w historii w tej dyscyplinie sportu. Jak wiadomo z debiutem wiążę się ogromne napięcie i było to widać w pierwszym spotkaniu z łotewską parą Samoilovs/Sorokins. Mimo, że nasi wygrali pierwszego seta bez większych problemów, to w dalszej fazie wkradło się sporo nerwów i ostatecznie Grzegorz z Mariuszem musieli uznać wyższość przeciwnika. Jednak pokazali jak bardzo groźnym oponentem będą dla następnych duetów.

W swoim drugim meczu fazy grupowej musieli podjąć rękawice z najlepszą parą w tym sezonie, Amerykanami Jakem Gibbem i Seanem Rosenthalem. Wielu znawców i fanów nie dawało naszym większych szans w tym spotkaniu. Niesłusznie. Fifi i Prudi zagrali swój najlepszy mecz w sezonie i pewnie pokonali parę numer jeden w dwóch partiach – co było sporą niespodzianką tego turnieju. W ostatnim meczu grupowym nasza para musiała dopełnić tylko formalności z egzotyczną parą z RPA Chiya/Goldschmit. I tak też się stało. Wygrali 2-0 i awansowali do 1/16 finału z 2 miejsca w grupie. No i niestety, a może stety spotkała ich nieprzyjemna sytuacja.

Ślepowid: Która zaważyła na naszym zwycięstwie przez niedbałość organizatorów.

Adam Jan Awiżeń: Polacy byli przekonani, że w dalszej fazie będą grać swój mecz o godzinie 14 nie znając jeszcze rywala. Niestety przez nieprofesjonalne zachowanie władz FIVB mecz został przesunięty na godzinę 10 rano. Nasi zawodnicy śpiąc przez jakieś pięć godzin musieli udać się na kolejny mecz ze Szwajcarami Saschą Heyerem i Sebą Chevallierem. Aby awansować dalej nie można było już przegrywać. Fijałek i Prudel udowodnili mimo niedogodności swoją wysoką formę i po bardzo dobrej grze wygrali w dwóch setach, tym samym awansując do ćwierćfinału gdzie trafili na… potencjalnie najmocniejszą parę, mistrzów świata Brazylijczyków Alisona Ceruttiego i Emanuela Rego.

Polacy byli już w najlepszej ósemce Igrzysk Olimpijskich i w obliczu poważnej kontuzji Grzegorza Fijałka oraz możliwości trenowania razem w parze dopiero od maja – nie mieli nic do stracenia. Na nich po prostu nie ciążyła żadna presja tak jak na reprezentacji siatkarzy w siatkówce halowej. Grzegorz i Mariusz na Igrzyska jechali bez określonego celu jak to sami powiedzieli po tej imprezie. Podobnie jak przed meczem z Amerykanami, naszym zawodnikom nie dawało się wielkich szans, również bukmacherzy to potwierdzili wysokimi kursami. Polacy byli naprawdę bardzo blisko ogromnego sukcesu i awansu do strefy medalowej. Po dwóch partiach remisowali 1 do 1. W decydującym tie-breaku prowadzili praktycznie do końca, odnotowując prowadzenie nawet 11-8. Co istotne, mieli nawet piłkę meczową na wagę medalu przy stanie 14-13, niestety dwa proste błędy nakręciły doświadczonych Brazylijczyków i nasz duet zszedł z boiska pokonany. Jak wyżej wspomniałem nasza para jechała w cieniu kontuzji i bardzo opóźnionych przygotowań bez określonego celu ale „apetyt rósł w miarę jedzenia”, Polacy byli o jedną piłkę od upragnionej strefy medalowej. Niestety, pozostał spory niedosyt, bo jednak się nie udało.

Jednak po czasie można stwierdzić, że Grzegorz Fijałek i Mariusz Prudel w swoim debiucie zaprezentowali się powyżej oczekiwań, bardzo dobrze. Jak się okazuje dla wielu zostali nawet bohaterami dzięki swej waleczności i nieustępliwości na boisku. Świadczy o tym fakt, że kiedy wylądowali na Okęciu razem z naszą mistrzynią świata w skoku o tyczce, Anną Rogowską, to cała rzesza dziennikarzy lgnęła do siatkarzy plażowych, a do Rogowskiej podszedł tylko jeden …

CDN.

Demon to twój wróg, więc go w mordę lej!

Demony są wrogami nas wszystkich. Nieczyste istoty wiodące nasze słabe umysły ku samozagładzie i grzechom, występujące przeciwko jedynemu, prawdziwemu Bogu. Czają się wszędzie, w naszych uczynkach, w naszych myślach, w tym co nas otacza, wszędzie. Ale nikt chyba nie przewidział, że diabeł może zaatakować także z napoju! Dla fanów wina o krwistoczerwonej barwie, ta sytuacja okazała się nie do przyjęcia – skoro demony znajdują się już w energetykach, to tylko parę kroczków dzieli nas od szturmu na alkohole! A tego prawdziwy katolik nie przeżyje. Rozpoczęła się walka na śmierć i życie.

Napój energetyczny „Demon” został wprowadzony na rynek niedawno (w maju), przez firmę Agros-Nova (pod jej szyldem wydaje się również tak nikczemne produkty jak: soczki Pysio i Tarczyn, napoje Fortuna i Garden czy produkty oznaczone symbolem Łowicz, Kotlin, Włocławek i Krakus). Cena niewygórowana, za litrową butelkę zaledwie trzy złote. Na twarz nowej marki został wybrany Adam Darski, czyli znany Nergal. Nie bez powodu – jego zaangażowanie w kampanię promocyjną wynagrodziło współpracą z Fundacją DKMS Polska, wspierającą osoby chore na białaczkę. Część zysków ze sprzedaży napoju energetycznego miała być przekazywana fundacji, na opakowaniach miały się znajdować informacje o jej działalności a Agros-Nova zobowiązała się do wspólnego organizowania dni dawców szpiku. Wszystko to pod sympatycznym hasłem „Obudź w sobie dobrego Demona”. Ale nad nowym produktem zawisły czarne chmury…

Na wojnę z nowym produktem sygnowanym symbolem Szatana (pentagramem), osobą satanisty (Nergalem) i już w samej nazwie niszczącym wszystko co chrześcijańskie i piękne, wyruszyli katolicy, internauci, Kościół, portale konserwatywne oraz prawicowi publicyści. Pod wspólnym sztandarem ruchu „Satanizm nie przejdzie”, rozpoczęli ciężki bój o uratowanie grzesznych duszyczek spod wpływu Lucyfera, Asmodeusza i innych, najgorszych bestii. Uczestnicy akcji jakże słusznie podkreślają, że używanie zła i antykatolickich wartości (takich jak pomoc dzieciom chorym na białaczkę, w końcu tylko Bóg może decydować kto ma przeżyć a kto nie) w kampanii promocyjnej, może doprowadzić do fali zainteresowania satanizmem oraz niepowetowanych strat moralno-duchowych. Pierwsze starcie wygrało dobro. Z opakowania napoju usunięto szalenie niebezpieczny znak pentagramu oraz stonowano ich „ociekający satanizmem i rozwiązłością” wygląd. Polska katolicka odetchnęła z ulgą…

…a producenci napoju wzruszyli ramionami. W końcu spodziewali się takich reakcji i dzięki nim, rozsławią zarówno swój produkt jak i organizację charytatywną którą wspierają. Kto wie, czy dzięki świętemu oburzeniu nie ocalą życia paru osobom chorym na białaczkę? Joanna Bancerowska, przedstawicielka firmy, zapewnia, że „nasz produkt i dotychczasowa komunikacja nie mają nic wspólnego z religią, złem czy demoralizacją” a nadal „będziemy prowadzić pozytywną komunikację marki. Pokażemy różne oblicza dobrych Demonów”. No i takie podejście się chwali.

Oto parę osób prywatnych oraz portali (z długiej, dłuuugiej listy), które swoim imieniem popierają bojkot napoju na oficjalnej stronie akcji. Dziękujemy tym osobom/instytucjom/portalom za dzielną, nieustanną i zgodną z katolickim duchem walkę aż do śmierci ze straszliwym napojem, dziećmi chorymi na białaczkę oraz dawcami szpiku kostnego. „Bóg zapłać za okazaną pomoc”:

-Gość Niedzielny

-Ruch Odparcia Palikota

-Konserwatyzm.pl

-Fronda.pl

-Gazeta Polska Codziennie

-Niezależna.pl

-Obiektywnie.com.pl

-ks. Adam Skwarczyński

-ks. Krystian Charchut

-ks Jacek Bartyzel

-ks Michał Misiak

-poseł Stanisław Pięta

-ks. Grzegorz Świercz

-Prokapitalizm.pl

-PiS okręg Sosnowiecki

-Solidarna Polska Śląsk Opolski

-Obóz Narodowo-Radykalny

-Ronald Lasecki

-poseł Artur Górski

-Igor Janke

-Ruch Światło Życie Diecezji Kieleckiej

I link do strony akcji Satanizm Nie Przejdzie, byście mogli zapoznać się jeszcze z innymi panami i paniami:
http://satanizmnieprzejdzie.pl/

A ja… ja nabrałem nagłej ochoty na jakiegoś energy drinka…