Krzysztof Kononowicz – smutna historia człowieka o dobrym sercu #5

1, 2, 3, 4, 5, 6

Według statystyk Google, sława Krzysztofa Kononowicza przygasała już od 2008 roku. Rzeczywiście, na scenę weszły nowe gwiazdy internetu, a zdobywanie popularności przez sieć stało się nagminną praktyką. Białostocki działacz został zepchnięty z tronu „Króla YouTube” i znalazł się w tłumie innych osobistości. Na pewno wpłynęło to na jego popularność, tak jak każda gwiazda miał swoją chwilę sławy i ta chwila musiała się kiedyś skończyć.

Jednak Kononowicz nie został sam na lodzie. Ciągle miał wielu fanów, a na YouTube pokazywały się filmy z nim w roli głównej. Większość klipów była co prawda przeróbkami przemówień, ale Pan Krzysztof nie próżnował i doczekał się nawet roli filmowej…

Zacznijmy od zaległej garści statystyk z Google Trends, dotyczących hasła „kononowicz”:

Wnioski: moda na Krzysztofa Kononowicza zaczęła się na północy Polski i powoli przemieszczała na południe. Od 2008 roku głównie centralne oraz południowe województwa wyszukiwały nazwisko polityka w przeglądarce Google. W 2006 roku, szczyt popularności Kononowicza łączył się z pierwszymi publikacjami prasowymi o nim. W 2007 – z programami telewizyjnymi. W 2009 roku, internauci zainteresowali się publikacjami o starcie Pana Krzysztofa w wyborach do Parlamentu Europejskiego.

No właśnie. Wybory do Parlamentu Europejskiego. Filmik na którym Kononowicz razem z Adamem Czeczetkowiczem chwalą się swoimi ambicjami pojawił się 18 marca. Dzień później, nawet Newsweek nie oparł się pokusie opublikowania informacji o nim. Rzecznik prasowy niedoszłego prezydenta Polski, mówi w kiepskiej jakości nagraniu:

Dzień dobry państwu, chciałbym zakomunikować, że Podlasie XXI wieku wystawia oto tego pana na europosła. Tym razem z partii słowiańskiej o nazwie Związek Słowiański. I teraz niech Pan Krzysztof wypowie się na ten temat.”


I mówi Krzysztof Kononowicz:

Nazywam się Krzysztof Kononowicz, mieszkam w Białymstoku i proszę państwa, będę startować na europosła do Unii Europejskiej. I tu, pan Adam Stanisław Czeczetkowicz mnie zaproponował i bardzo mnie to miło, i będę startował z tego związku, ze Związku Słowiańskiego na europosła. I jak najprędzej wystartuję. I chcę, żeby pieniążki z Unii Europejskiej wpływali do Białegostoku, i do Warszawy, i i nie tylko, i do całej Polski…”

Pomysł wydaje się niedorzeczny, ale patrząc na zainteresowanie jakie wzbudziło oświadczenie Kononowicza, można dojść do prostego wniosku – każde wybory w których startował kontrowersyjny kandydat były niczym życiodajne tchnienie dla jego sławy. Kolejne wyzwania: prezydent miasta, prezydent Polski, prezes PZPN, europoseł, służyły rozpowszechnieniu wizerunku Pana Krzysztofa, przypomnieniu wszystkim o swojej osobie. Sądzę, że niewielu wierzyło w powodzenie przedsięwzięć (chociaż z drugiej strony, Krzysztof Kononowicz jako europarlamentarzysta byłby ciekawym urozmaiceniem).

Promocja okazała się skuteczna. Dzięki staraniom Adama Czeczetkowicza, Kononowicz został zaproszony na plan filmu „Ciacho”, gdzie wcielił się w postać prokuratora. Stanął u boku takich gwiazd jak Paweł Małaszyński, Tomasz Karolak, Marcin Bosak, Tomasz Kot i Marta Żmuda-Trzebiatowska. Gościnnie wystąpiła też znana internautom Baśka Kwarc, czyli Barbara Rogowska, aktorka-amatorka i Królowa Internetu 2009.

Krzysztof Kononowicz podobno początkowo niechętnie podchodził do pomysłu wystąpienia w filmie, ale dał się przekonać. Na planie nie był spięty, mimo że sceny z jego udziałem trzeba było powtarzać kilka razy. Jak już wspomniałem zagrał prokuratora, który oskarża główną bohaterkę o współudział w zabójstwie i udział w grupie przestępczej.

Zostaną pani postawione zarzuty udziału w grupie przestępczej, która na oddział antyterrorystyczny, współudział w zabójstwie dwóch gangsterów i policjanta na służbie. Będzie sprawa karna za to wyciągnięta. Dwadzieścia pięć lat dostanie pani. Bo narkotyki to zguba ludzkości. Z tego nie wyciągnie pani najlepszy adwokat.”

Powiem szczerze, że Krzysztof Kononowicz jest stworzony do tego typu ról. Krótkich, epizodycznych, parodiujących. To ktoś w stylu Piotra Florczaka, czyli Dariusza z Trudnych Spraw. Był znakomitym ubarwieniem komedii. Prawdę mówiąc, obejrzałem „Ciacho” tylko z powodu obecności Króla Internetu (i świetnej sceny z zabieraniem się do przesłuchiwania od dupy strony). Film polecam, chociaż nie ma szału.

Wiadomości roku 2009 z YouTube.

Filmik z 15 marca. Krzysztof Kononowicz informuje, że ciągle jest zainteresowany miejscowością Wasilków i wciąż czuwa nad rzeką Supraśl. Monitoruje sytuację, zobowiązuje się do dbania o resztę polskich rzek. Obiecuje też, że wystartuje w 2010 roku na stanowisko Prezydenta RP oraz burmistrza miasta.

30 kwietnia – „Krzysztof Kononowicz testuje rikszę Warszawskiej Masy Krytycznej”. Masa Krytyczna to inicjatywa rowerzystów, próbujących zwrócić uwagę społeczeństwa na problemy z jakimi muszą się zmagać fani dwóch kółek. Pan Krzysztof zasiadł za kierownicą rikszy „przy okazji wizyty w biurze stowarzyszenia Zielone Mazowsze, gdzie przyglądał się działalności największej warszawskiej organizacji ekologicznej”. Po raz kolejny widzimy, że priorytetem działalności Kononowicza jest ekologia. Zainteresowanie ochroną natury jest chyba większe niż chęć walki z alkoholem oraz przestępczością.

Nagranie z 22 lipca, jeden z ulubionych filmików moich znajomych. Spółka zarządzająca miejskim składowiskiem odpadów i sortownią śmieci zorganizowała wyjazd do Zakładu Utylizacji Odpadów w Hryniewiczach (pod Białymstokiem). Krzysztof Kononowicz został zaproszony przez Rafała Kosno, członka Stowarzyszenia Federacja Zielonych w Białymstoku. Była to odpowiedź na telefon kontrowersyjnego polityka, który skrytykował działania na rzecz likwidacji planów budowy wysypiska w Białymstoku i uważał, że spalarnia jest potrzebna.

Już na początku, w autobusie, obydwaj rozpoczęli agitację i wręczali obecnym ulotki. Pewien starszy mężczyzna zwrócił uwagę Rafałowi Kosno, że okleił swoimi ulotkami świeżo wymalowany przystanek (swoją drogą to zabawne, ekolog walczący o czystość środowiska, który śmieci papierkami i któremu muszą zwracać inni uwagę). Kosno odparował, że mężczyzna chce ocenzurować prawdę i, że prawda jest dla niego niewygodna. Kononowicz przerwał ostrą wymianę zdań:


„Rafale, Rafale, RAFALE, wtrącam się, przerywam, idę za panem tym, nie wiem jak pan masz na imię, proszę pana. To proszę pana, niech Rafał to sprzątnie swoje ulotki, proszę, jak najszybciej Rafał sprzątnij te ulotki. Bo poniesiesz karę.”

Cisza. Spokój. Jak makiem zasiał. Pan Krzysztof zaczął rozdawać wizytówki Biura Interwencji Obywatelskich. Jeden z wycieczkowiczów zwrócił Kononowiczowi uwagę, że się wygłupia. To był dopiero początek sporu. Z czasem, między nimi doszło do ostrzejszej sprzeczki (zaczyna wycieczkowicz):

-Jakim prawem pan tutaj jedziesz?

-Takim prawem, że ja jestem napisany proszę pana. Jest z prawa i godność… godność i prawa Podlasie XXI wieku.

-Zapisał się pan na ten wyjazd, tak?

-Tak, jestem na liście. A ja teraz zadam panu takie samo pytanie. Jakim prawem pan jedziesz tutaj?

-Bo się zapisałem.

-A to dziękuję bardzo.

-No to pan siadaj i pan cicho siedź.

-Nie, ja do ludzi mówię.

-Pan jesteś takim samym uczestnikiem wyjazdu.

-Może ktoś ma pytanie do mnie?

-Siadaj pan i siedź cicho.

-Proszę pana, pan mnie nie będziesz tu usadzać.

-No tak? Pan ważniejszy, mądrzejszy.

-A pan jest mądrzejszy, tak?

-Ja siedzę cicho i pan siedź cicho.

(…)

-Narkotyków nie biorę, papierosów nie palę od maleńkiego. Dziękuję.

-No pan coś musi brać jak pan tak się zachowuje.

-Proszę pana, krew pobrać? Zaprosić kierowcę na komendę? Zawrócić?

-Tak, no jedź pan, pobierz pan krew.

-Dobrze.

-No siadaj pan…

-Nie, proszę pana, z panem pojedziemy, ale pan wtedy mnie zapłacisz za pobranie krwi.

(…)

-Proszę pana, żeby pan tak wierzył, młody człowieku, powiem, jak ja, to by wiesz pan co było by? Polska byłaby bogata. Tak.

-Tak, i śmierdząca.

-Nie, proszę pana. Nie śmierdząca, proszę pana. Proszę mi tu boga nie obrażać. Zrozumiane?

-Kogo nie obrażać? Pańskiego boga?

-Nie. U mnie bóg tam jest, w górze. Tak. Ja w tego boga wierzę. To pan w diabła wierzy.”

Z tego co mi wiadomo, do rękoczynów ostatecznie nie doszło.

2 sierpnia, Kononowicz reklamuje napój energetyczny Electro Life. Krótkie hasełko: „Polecam napój Electro Life, Krzysztof Kononowicz. Bardzo smaczny jest napój”, chyba nie przysporzyło firmie klientów, bo obecnie sprzedają swoją domenę internetową (a filmiki z Kononowiczem są na głównej stronie jako zachęta do kupna).

Kononowicza odwiedziła też Polska Lubuska Telewizja Narodowa. Pan Krzysztof dość ciekawie opowiadał o Bitwie pod Grunwaldem i o podejściu do moralności:

Proszę państwa, takiej bitwy nie powinno być. Pan Jezus nie powiedział walczyć, człowiek z człowiekiem. (…) Że człowiek biedny, yyy, bogatszy, powinien rękę podać. Nie topić. Łyżka w najmniejszej łyżce wody. Tak ludzie robią, że jak już troszeczkę od ziemi się odbiłeś się, to od razu taki, to człowiek, człowieka, a dawaj tego utopimy. Dawaj jego w najmniejszej łyżce wody. (…) Nikt nie przyzna się prawdy, że okradł człowieka, zabił człowieka i tak dalej. Jak ten Judasz. Ukrzyżowali Pana Jezusa, a ręce Judasz umył i mówi tak: nie my ukrzyżowali, tylko wy ukrzyżowaliście, chrześcijanie ukrzyżowaliście. (…) Tak jak powiedziałem, katolik nie powinien brać broni do ręki. Bo kto wojuje z mieczem, ten od miecza ginie. Tak samo i to. Wzięli miecz i zginęli. I zginęli. I po mojemu to nie powinni walczyć. Nie powinno walczyć, dlatego że powinna być zgoda i wszystko. To tak głosi wiara nasza katolicka. (…) Każdy, który idzie na wojnę musi mieć uzbrojenie, żeby człowiek człowieka nie zabijał. A najlepiej ja mówię, tak jak powiedziałem, broń odłożyć. I iść słowem tak jak szedł Jan Paweł II. Pan Jan Paweł II zbroi nie nakładał, ani nic nie nakładał, szedł słowem bożym, katolickim i umarł z bogiem. Tak samo ja idę tą samą drogą. Nie biorę ani zbroi, ani niczego nie biorę, idę tylko słowem. (…) Bóg też wszystkich pokochał.”

Pomijając fakt, że „studenci historii” zadawali mechanikowi podchwytliwe pytania, sporo dowiadujemy się z tej przemowy o religijności Krzysztofa Kononowicza. Jest pacyfistą, przeciwstawia się użyciu broni, uznaje Jana Pawła II za autorytet, widzi jak ludzie siebie okłamują. Stara się żyć zgodnie z zasadami, które wpojono mu od małego. Czy mu się to udało? Można mieć wątpliwości, patrząc na dyskusję z wycieczkowiczem w autobusie…

W następnej części uzupełnienie pominiętych wydarzeń z poprzednich lat.

Źródła (także zdjęć, wszystkie zdjęcia to zrzuty ekranu zrobione z dostępnych dla wszystkich filmików Youtube podanych w źródłach. Przepraszam za słabą jakość):


















http://www.newsweek.pl/polska/kononowicz-chce-do-europarlamentu,37569,1,1.html


http://www.wspolczesna.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20090810/MAGAZYN/695061740

„Mordę mam może nie w tamburyn, ale mam zasady” – Rysiek z Klanu na ratunek psom!

Od poniedziałku, rekordy popularności bije kolejny internetowy hit. Klip „Rysiek z Klanu wraca do gry”, ma już ponad półtora miliona wyświetleń na YouTube. Piotr Cyrwus, aktor o bogatej karierze filmowej, znany głównie z roli Ryszarda Lubicza w Klanie, wciela się w rolę szefa mafii, a u jego boku stoją równie znane postaci polskiego kina: Michał Czernecki, Marcin Sztabiński i Piotr Bujnowski. W sposób przystępny i okraszony humorem znanym ze starszych, rodzimych filmów fabularnych, prezentuje na „psie” (policjant, w którego rolę wcielił się Michał Piela, znany z Ojca Mateusza) jak nie powinno się go traktować.

To element kampanii „Mafia dla Psa”, organizowanej przez Fundację Przytul Psa. Jest to przedsięwzięcie internetowe, z rozmachem, naprawdę docierające do internautów. Chwytliwe teksty, żartobliwe podejście, garść przekleństw oraz kawał naprawdę dobrego humoru jest czymś tak różnym od tego co widzimy zazwyczaj w telewizji, że niełatwo ukryć zaskoczenie produkcją. Dzisiejsze reklamy organizacji wspierających ludzi lub zwierzęta są strasznie… drętwe i suche, na co zresztą również zwraca uwagę reżyser tego klipu. Pokazujemy biedne dziecko/dorosłego/zwierzę, smutną scenę, dziecko/dorosły/zwierzę jest kochane i ma przyszłość, „I TY MOŻESZ POMÓC, DAJ PIENIĄDZE!”, koniec. A co mamy w „Rysiek z Klanu wraca do gry”?

Kampanie społeczne to zawsze niezłe gówno. Czerstwo zrealizowane i ten głos. <I ty możesz pomóc!> Nie wiadomo kurwa o co chodzi! A przekaz powinien być prosty jak aparycja przeciętnego chama ze Śląska. <Przekaż 1% podatku!> My przecież nie płacimy podatków. Mordę może mam nie w tamburyn, ale mam zasady.”

Niektórzy ludzie oczekują zapewne poważniejszego podejścia. A tutaj bum! Nagranie wpada do sieci, półtora miliarda wyświetleń, ponad cztery tysiące osób wpłaca pieniądze na akcję. Sumą docelową było pięćdziesiąt tysięcy złotych. Na chwilę obecną, w skrzynce fundacji wylądowało prawie siedemdziesiąt pięć tysięcy złotych (149% docelowej sumy). Kampania okazała się sukcesem. I dobrze! Może zamiast ponurych, smutnych reklam, przyjdzie moda na bardziej ciepłe i humorystyczne filmiki.

Niestety, osobiście uważam, że jesteśmy dość ponurym narodem. Każdą kampanię związaną z nieprzyjemnym tematem, musimy odpowiednio „przeboleć” i pokazać tragedię, aby ludzie poczuli wyrzuty sumienia. Jak to, jakieś małe dziecko jest chore, a Ty nie oddasz zaledwie 1% swoich podatków? To szantaż emocjonalny.

Jeszcze bardziej utwierdzają mnie w moich przekonaniach, reakcje niektórych internautów na kampanię. Podobno obraża ona… Ślązaków. Bo przecież przeciętny cham ze Śląska nie ma prostej aparycji. Zero dystansu i kompletne przeczulenie na punkcie stereotypów. Elżbieta Lipińska z fundacji Przytul Psa informuje, że nikt na razie nie telefonował do niej w tej sprawie: „jeśli ktoś nie ma kompleksów, to gdy to usłyszy, to się uśmiechnie. Nie chcemy nikogo obrażać.” (źródło: wyborcza.pl)

Jeżeli chcecie pomóc bezdomnym psom, zapraszam na stronę:


http://www.siepomaga.pl/r/dlapsa

Strona na Facebooku:


https://www.facebook.com/mafiadlapsa

Leszek Balcerowicz o państwie, wolności i byciu manipulowanym.

Dzisiaj, Uniwersytet Warmińsko-Mazurski odwiedził Leszek Balcerowicz, znany polityk i ekonomista. To kolejna uczelnia odwiedzona przez profesora w ramach promocji książki „Odkrywając wolność. Przeciw zniewoleniu umysłów”. Miałem okazję być na jego wykładzie poświęconemu zagadnieniu definicji państwa oraz wolności gospodarczej i muszę przyznać, że jestem zaskoczony. Szedłem na spotkanie ze świadomością, że zostanę zarzucony nudnymi faktami, tymczasem profesor Balcerowicz przedstawił swoje racje z zaskakującą fantazją, w łatwy do zrozumienia sposób.

Sala była pełna już na parę minut przed rozpoczęciem wykładu. Jeżeli dobrze policzyłem, było w niej około ośmiuset miejsc. Wszystkie były zajęte, sporo osób zwyczajnie stało. W pewnym momencie profesor Heller z Katedry Makroekonomii żartobliwie zaproponował, że goście mogą usiąść na jego kolanach.

Balcerowicz został przywitany oklaskami. Powiem szczerze, że odniosłem wrażenie iż jest zmęczony lub nie czuje się swobodnie. Bardzo żywo gestykulował, ale momentami nie wiedział co zrobić z rękoma. W dodatku ciągle poruszał nogami, tak jakby mu zdrętwiały (co w sumie nie dziwi, bo przez całe półtorej godziny wykładu stał, a wiek robi swoje). Tak czy siak, mowa ciała ustępowała mowie werbalnej, bo wykład był niezwykle interesujący.

Dwoma głównymi tematami były państwo i wolność. Na początku, profesor Balcerowicz przedstawił dwie koncepcje państwa: utopijną (sowiecką) oraz realistyczną. Nie obyło się też bez cytatów. Wyjątkowo w pamięć zapadł mi jeden, Frédérica Bastiata:
„Państwo to wielka fikcja, dzięki której każdy usiłuje żyć kosztem innych.”

Na potwierdzenie tych słów gość wyjaśnił, że państwo aby coś dać musi wcześniej zabrać. A często to co zabiera, zostaje zmarnotrawione i do nas trafiają mniejsze sumy niż te, które wydajemy. Z drugiej strony, ludzie często to dostrzegają zaczynając demonizować państwo. Jednak zamiast wtedy skupić się na działalności własnej, oczekują czegoś od państwa, równocześnie mówiąc jakie to ono jest nikczemne. Cały wykład był w bardzo ostrym, antymarksistowskim tonie i stanowił pochwałę dla kapitalizmu.

Szczególnie, gdy doszło do opisywania wolności oraz ograniczeń jednostek od strony prawa i gospodarki. Profesor zwrócił uwagę na to, że wyznaczanie granic wolności na podstawie moralności religijnej, powinno następować przez perswazję, a nie przymus państwowy. Zauważył też coś dość oczywistego: ludzie chcą mieć wolność, bez odpowiedzialności. Odnoszę wrażenie, że ta uwaga nie dotyczyła tylko relacji państwa z obywatelem, ale też sytuacji codziennych. Ile razy sami nagabujemy na czyjąś osobę, nie biorąc odpowiedzialności za swoje czyny? Przykłady? Picie do nieprzytomności i bycie wielce zdziwionym, że się z kimś spało po pijaku. Prowokowanie kłótni, a potem zaskoczenie, gdy dostajemy po mordzie. Próba odbicia dziewczyny, która już ma chłopaka i demonizowanie potem jego osoby, tak jakby to z jego winy nie udały się nasze próby. Profesor posłużył się nawiązaniem do afery Amber Gold, gdzie ludzie deponowali swoje pieniądze w bardzo podejrzanym parabanku, a teraz chcą, by to państwo im płaciło. Samemu nie biorąc odpowiedzialności za swoje wątpliwe decyzje.

Przy opisywaniu gospodarki socjalnej, Balcerowicz dał wyraz swojemu podejściu do nadawaniu zbytnich ulg finansowych obywatelom, sugerując, że duże rozprzestrzenienie socjalu w państwie prowadzi do rozleniwienia ludzi a to, ogranicza wzrost gospodarki. A przecież nikt tak naprawdę nie daje dobrobytu na tacy.

Dużą część wykładu, profesor Balcerowicz poświęcił znaczeniu słów. Wyjaśnił, że pojęcie „solidarności” z czasem zmieniło znaczenie, bo w swojej pierwotnej formie oznaczało dobrowolne pomaganie innym ludziom. Tymczasem państwo nie jest solidarne, nie działa z pobudek altruistycznych tak jakby niektórzy utopijnie sobie marzyli. Państwo działa na zasadzie coś za coś. A do nazw partii i urzędów dodaje się często „czułe słówka” takie jak: społeczny, narodowy czy rodzinny, które nie są ani trochę adekwatne do celów oraz efektów, jakie dana organizacja próbuje osiągnąć. Te wszystkie określenia mają nas „czarować”, w złudny sposób pomagać w pogodzeniu się z socjalizmem gospodarczym. Tymczasem określenia kapitalistyczne są demonizowane, czego przykładem mogą być słowa: umowy śmieciowe, biedni ofiarami bogatych czy wyzysk (które jak twierdził profesor Balcerowicz, wzięło się z dzieł Marksa).

W swoim wystąpieniu nie podał nazwy ani jednej partii politycznej, ale zwrócił uwagę na to, że dzisiejsze partie liberalne nie są wcale liberalne, a prawica i lewica używają określonych „czułych słówek”, które mają zmiękczać wyborców. Są to: naród (dla prawicy) i społeczeństwo (dla lewicy). Warto zauważyć, że całość wykładu była poświęcona ludziom młodym, próbie ich aktywizacji politycznej oraz zachęcenia do wzięcia losu we własne ręce. W bardzo otwarty sposób, profesor skrytykował ruchów wykorzystujących emocje jako główne paliwo napędowe, ruchów skrajnie ekologicznych czy faszystowskich, które swoją „religię” przekuwają w wyhodowany na plecach swojego „armatniego mięsa” zysk. Jak sam to określił: „głupio być mięsem armatnim populistów”.

W końcu przyszła pora na pytania. Pytało parę osób, ale zdecydowanie najważniejsze było pytanie jednego ze studentów, o to, co mają zrobić ludzie, którzy zawiedli się już na wszystkich partiach. Leszek Balcerowicz zaapelował, by nie kreować się na apolityczność, aby nie mówić, że się nie da. Nie możemy wycofywać się z odpowiedzialności za nasz kraj, nie możemy stać w miejscu i czekać na zmiany. Mimo że od dwudziestu lat w polityce mamy te same brednie, musimy wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć działać. Lecz nie w sposób agresywny czy prymitywny – po prostu poszerzać wiedzę i dążyć do wolności, także gospodarczej. Bo jak sam twierdził: „nie ma demokracji bez kapitalizmu”.

Pytanie, które mnie najbardziej zainteresowało? Pewna kobieta rzuciła, że media są kierowane przez polityków i że ciężko w takich warunkach budować lepszą przyszłość gospodarczą. Bardzo spodobała mi się odpowiedź profesora Balcerowicza. Zwrócił uwagę na to, że nie żyjemy już w komunie i teraz, media nie mogą być sterowane przez państwo (chyba, że publiczne). Co prawda lubią się podlizywać widzom, których uważają za osoby ograniczone, które będą oglądały tylko programy niskich lotów. Ale ciągle, mamy pluralizm mediów i jeżeli dobrze poszukamy, odnajdziemy informacje sensowne, te których potrzebujemy. Nie możemy oczekiwać od źródeł za którymi nie przepadamy, że stworzą taki serwis informacyjny o którym marzymy.

Na końcu, profesor Balcerowicz podpisywał swoje książki (20 złotych za naprawdę grube tomiszcze, w ramach promocji mikołajkowej) i udzielał wywiadów. Powiem szczerze, że nie wszystkie argumenty znanego ekonomisty mnie przekonały, ale uważam, że dobrze zagospodarowałem swój czas przychodząc na wykład. Jeżeli ktoś się chce zapoznać dokładniej z opiniami Leszka Balcerowicza, zapraszam na stronę Forum Obywatelskiego Rozwoju:


http://www.for.org.pl/

Przy okazji polecam wywiad mojego kolegi z dzisiejszym gościem Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, który ukazał się w UWM FM:



Polska gra narodowa, czyli Dreamlinerem w brzozę

„Pilocie, Ojczyzna wzywa! Musisz polecieć nowym polskim Narodowym Drimlajnerem daleko na Wschód z Panem Prezydętem na pokładzie. Nie licz jednak na to, że Wschód pozwoli ci tak łatwo wylądować! Omiń Mgły. Zetnij Brzozy. Zniszcz Trotyl.”


http://gra.narodowa.com/

To część tekstu z menu początkowego „Polskiej gry narodowej”. To dość świeża gra, jeszcze nie zdążyły wybuchnąć wokół niej kontrowersje. A te, wcześniej czy później będą, jestem tego pewien. Czy internauci, którzy krytykowali władze za zbyt zdecydowaną postawę wobec strzelanki ze strony Antykomor (do kogo strzelano wiadomo), i tym razem będą równie wyrozumiali?

Gra jest bardzo prosta (dosłownie, grafika zrobiona w Paincie). Strzałkami kierujemy Drimlajnerem, którym leci Prezydęt. Spacją pijemy wódkę. Butelki po wódce eliminują brzozy, o które bardzo łatwo zahaczyć. Nasza przygoda rozpoczyna się w roku 2010. W tle, pyrkotanie samolotu oraz krzyki rannych. Rozgrywkę umilają komentarze pilota i kontrolerów z lotniska. Oto niektóre ich teksty:

„Panie Prezydęcie, po jednym?”

„No to na drugą nóżkę!”

„Chyba słyszę strzały. Która to minuta? Która to minuta?”

„Drimlajner tu baza. Zmniejsz prędkość do pjatju kilometrów na godzinę.”

„Ja nie dolecę? Ku*wa, jak ja nie dolecę?”

„Jak to ku*wa, z pilotem się pan nie napije?”

„Tu kapitan do załogi. Czy ktoś widział mój kieliszek?”

„A w zeszłym roku Kowalski, to tak żeśmy się napier*olili!”

Każde zaliczone lotnisko jest kwitowane krótkim cytatem, w stylu: „jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy” lub „oni stoją tam, gdzie stało ZOMO”. Gdy przegramy, jakiś świetny piosenkarz śpiewa smutną piosenkę (w której są nawiązania do Jana Pawła II, co wskazuje nam nieco, jakie osoby stworzyły tę grę i w jakim celu).

Autor odpowiada na najpowszechniejsze pytania jakie mogą zadać internauci, pod grą. Z boku mamy tabelkę najlepszych Prezydętów. Obecnie, pierwszą trójką na Wawelu są: Dark Jarosław, Pis Joł Bejbi i Gwiazda Śmierci nas rozje*ała. Grę na Facebooku polubiło już ponad cztery tysiące użytkowników.

Oczywiście nie ma sensu rozpatrywać tego, czy gra jest „poprawna” czy nie, bo wiadomo, że poprawna politycznie nie jest. To zdecydowanie czarny humor, który nie trafi w każde gusta. To też otwarte obrażanie ofiar katastrofy smoleńskiej i… może nie promowanie, ale otwarte nawiązywanie do teorii o naciskach na pilota oraz alkoholowej libacji przed startem. Cel gry? Rozbawić osoby zdenerwowane teoriami o zamachu i sprawić, by zwolennicy „mordu smoleńskiego” zeszli na zawał serca z wściekłości.

Nie jestem zaskoczony tym, że taka gra powstała, tak samo jak nie byłem zaskoczony powstaniem gier w których strzela się do Komorowskiego, Busha, Obamy lub Kaczyńskiego. Co możemy z nią zrobić? Zakładam, że odpowiednie instytucje dość szybko zajmą się jej autorem, więc nie musimy nawet przywiązywać do tego problemu zbyt dużej wagi.

Nie pochwalam tworzenia takich gier. Ale też mnie one nie denerwują (a na pewno nie tak bardzo, jak mówienie, że na 99% doszło do zamachu bez przedstawienia niezbitych dowodów). Autor gry nadał jej bardzo trafną nazwę. „Polska gra narodowa”. Moim zdaniem ma rację. Rzeczywiście, to coś dla naszego narodu, skupionego na trotylu, brzozach, wybuchach, mgle, Dreamlinerze i katastrofie. To wręcz idealne przedstawienie rzeczywistości, w której z jednej strony mamy brzozy, trotyl i ruskich strzelających rakietami, a z drugiej teorie o alkoholowej wycieczce i naciskach na pilotów. Gra uderza w obydwie frakcje, chociaż wyraźnie widać, że raczej dąży do sprowokowania prozamachowej prawicy.

Boli Was ten twór? Irytuje? Zniesmacza? Kontynuujmy wojnę polsko-polską, nawołujmy do zamordowania członków rządu, rzucajmy bez uargumentowania teorie. Ciekaw jestem reakcji Brauna i Nicponia, gdy zobaczą tę grę. Prawdę mówiąc wątpię, by mieli z nią kiedykolwiek do czynienia. I prawdę mówiąc wątpię by zrozumieli, że kto mieczem wojuje…

Edit (13-12-2012, 17:40): Moim wpisem zainteresowali się twórcy gry, którzy umieścili go na swojej stronie, w zestawieniu „Przegląd prasy”. Ich opinię odnośnie tekstu możecie przeczytać pod tym adresem:
http://gra.narodowa.com/prasa.html

Oczywiście odpowiem na wątpliwości twórcy gry co do mojego tekstu.

1. Czarny humor - moim zdaniem jest to czarny humor, mam prawo do własnego zdania. Nie oszukujmy się, gra jest parodią katastrofy smoleńskiej, która była tragedią wielu ludzi. Nawiązywanie do niej i pokazywanie w zabawowej formie to zdecydowanie czarny humor.

2. Obrażanie ofiar katastrofy smoleńskiej - to kolejna kwestia, w której wchodzi własne zdanie. Przypominam, że blogi to formy luźne, gdzie autor wyraża swoje opinie. Tak samo robię to ja. Skoro gra nawiązuje do katastrofy smoleńskiej i jest jej parodią, to przedstawia pilotów oraz prezydenta jako pijaków. To jak najbardziej śmianie się i obrażanie zmarłych. W dodatku niezbyt smaczne są krzyki „KU*WAAAA, KU*WAAAA!”, imitujące ostatnie słowa sterujących samolotem. Moim zdaniem – to obraża zmarłych i na pewno nie jest miłe dla ich rodzin. Prawo i jego znajomość nie ma tu nic do rzeczy, to moja prywatna opinia.

3. Co możemy z nią zrobić? – chodzi oczywiście o to, co my we własnym zakresie możemy zrobić z tą grą. Czy ją zignorować? Czy potępić? Czy przyklasnąć? Czy rozprzestrzeniać? Tak, w momencie gdy gramy, to do nas należy to, co zrobimy z tą grą we własnym zakresie i w tym kontekście zadaję pytanie „co możemy z nią zrobić?”.

4. Zakładam, że odpowiednie instytucje dość szybko zajmą się autorem - a autor gry wyjeżdża mi ze służbami i zarzuca totalitaryzm, kiedy wyraźnie napisałem INSTYTUCJE. Nie pisałem o instytucjach państwowych, chodziło mi o instytucje, które prezentują na przykład zwolennicy PiSu czy rodzin zmarłych w katastrofie, które gdy zobaczą tę grę, to zrobią wszystko, by jakoś ją usunąć z internetu. W związku z tym, sami nie musimy sobie „zawracać głowy” i „czegoś robić”, bo znajdą się inni, którzy będą toczyli „swoje boje”.

I tyle. Panie autorze gry, ma Pan święte prawo do krytyki moich wpisów. I tak samo ja mam prawo do odpowiedzi. Odpowiedziałem. A że wyczytał Pan z tekstu to, co chciał Pan wyczytać, aby móc mnie obrażać, mimo, że poniekąd pochwaliłem pański „twór”? Pana wola. Nie masz Pan sobie podobno nic do zarzucenia, a bronisz się Pan przed wyimaginowanymi atakami jak kot przed zimną wodą? Pana wola. Chcesz Pan być cwaniakiem, co sam, niczym fanatyczny zwolennik pewnej partii politycznej, szuka wokół wrogów, wskazuje ich palcem i woła „BIJĄ!”, mimo, że patrzą tylko z boku i komentują? Pana wola.

Na przyszłość apeluję o odrobinę dobrej woli przy czytaniu czyichś tekstów i zastanowienie się nad własnymi, wyolbrzymionymi, ubranymi w pseudopropagandowe słownictwo komentarzami. Bo z Pana dupa, a nie Schopenhauer.