Naga posłanka Anna Grodzka w sieci!

Dzisiejszego ranka, w sieci pojawiły się zdjęcia, filmiki i wpisy, na których rzekomo uwieczniona jest posłanka Ruchu Palikota, Anna Grodzka. Transwestyta na nagraniach, wypina się lubieżnie do kamerki i pokazuje… penisa.

Bomba wybuchła. Portale plotkarskie podchwytują. Fala uderzeniowa jeszcze nie dotarła do większości internautów, ale to tylko kwestia czasu, nim prawicowi komentatorzy zaczną opluwać posłankę. Komentarze pod zdjęciami oczywiste: „ku**wa rzygam na widok tego zboczeńca !”, „Obrzydliwe. Nie mogę na to patrzeć”, „Ja pier****. Co za obleśny spedalony skur*****. Zróbcie prosze cenzure!”.

Niestety, muszę zasmucić adoratorów Anny Grodzkiej i wspomóc dziennikarzy, którzy jakimś cudem mogli by się nabrać na tę prowokację. Kobieta (a właściwie mężczyzna) przedstawiana na zdjęciach i nagraniach to nie znana posłanka Ruchu Palikota. Czemu? Po pierwsze, nie ma pieprzyka. Po drugie, ma inny kolor oczu. Po trzecie, Anna Grodzka najzwyczajniej w świecie… nie ma penisa, bo poddała się operacji. A po czwarte, persona z szokujących fotografii to niejaka Adriana33 z Francji, a zdjęcia pochodzą z jej konta na erotycznym portalu CAM4.


http://pl.cam4.pl/adriana33
(+18)

Bomba wybucha… i cisza. Ciekaw jestem, ilu dziennikarzy oraz komentatorów, nie tylko prawicowych, da się nabrać na prowokację? I czy będą się tłumaczyli, gdy niesprawiedliwie oskarżą posłankę Annę Grodzką o pokazywanie swoich wdzięków w internetowych kamerkach? Mam nadzieję, że ten wpis uchroni chociaż parę osób przed skandaliczną pomyłką.

Pomysł PiS na naukę hymnu w szkołach. Jesteś patriotą czy psem?

Nowy pomysł PiS na wzmocnienie patriotycznego ducha młodzieży. Marcin Horała i Dorota Arciszewska-Mielewczyk, członkowie Prawa i Sprawiedliwości z Gdyni, znaleźli sposób na wpojenie dzieciom podstawowych wartości, jakimi cechują się wszyscy prawdziwi Polacy. Na początku każdego tygodnia, w szkołach, miałyby się odbywać apele, na których uczniowie recytowaliby słowa hymnu. Propozycję przesłali do Krystyny Szumilas, pani minister edukacji narodowej.

Inicjatywa piękna, ale jak zawsze, pojawiają się pewne wątpliwości. Nie chodzi mi już nawet o powtarzane bez przerwy argumenty, dotyczące znajomości hymnu przez członków PiS i jego interpretacji (o tym możecie przeczytać u @Krzysztona: link). To sprawa mniej istotna, bo związana nie z dziećmi i szkołami, a z partią polityczną. Ważniejsze są trzy inne aspekty: czas, obecny stan i potrzeba serca.

Przy przesadnym nacisku na takt oraz powolnym mówieniu, wyrecytowanie hymnu zajmuje maksymalnie półtorej minuty. Ale nim zbierzemy dzieci na auli, nim zapanujemy nad nimi, minie mnóstwo czasu. Potem musimy jeszcze je odprowadzić do klasy. Trzeba będzie poświęcić część porannych zajęć, by odśpiewać hymn. A część uczniów po prostu ominie nudne recytacje, bo nauczyciele przecież nie będą sprawdzali obecności. Dlatego apele dla całej szkoły mogą być nietrafionym pomysłem. A w klasie? Czemu nie. To tak czy siak będzie zajmowanie czasu, który można by przeznaczyć na rozpoczęcie zajęć, ale trudno, skoro tego wymaga polska myśl patriotyczna, to nauczyciel pewnie się poświęci.

Tylko czy jest sens by każdy nauczyciel prowadzący rano zajęcia tracił początek lekcji, gdy część zajęć jest już poświęcona nauce hymnu? Parę razy do roku, w większości szkół, organizowane są apele, których początek i koniec uświetnia Mazurek Dąbrowskiego. Chyba nie ma placówki edukacyjnej, gdzie podczas rozpoczęcia roku szkolnego nie puszcza się hymnu. A lekcje muzyki? Na nich przecież również uczy się polskich pieśni patriotycznych. Do dzisiaj pamiętam, jak sympatyczny, pulchny nauczyciel uczył mnie słów Pałacyku Michla. Na zajęciach z języka polskiego, WOSie i historii również przypominano nam o hymnie. Nie śpiewaliśmy go, ale przerabialiśmy kiedy powstał, kto go napisał, jakie odzwierciedlenie miał w przeszłości naszego kraju. Nie wspomnę już nawet o tym, że jeżeli ktoś ma rodziców-patriotów, to już od przedszkola będzie znał słowa Mazurka.

Tylko czy patriotyzm można mierzyć znajomością piosenki, która nie odzwierciedla ducha dzisiejszych czasów? Czy śpiewanie hymnu ma się stać wymuszonym odklepywaniem formułki, tak jak ma to bardzo często miejsce w kościołach? Zastanówmy się czy, nawet teraz, podczas uroczystości, śpiewamy by pokazać swój szacunek dla Polski? Czy może jednak śpiewamy bo tak wypada? Bo „się przyjęło”? Jeszcze większe uprzedmiotowienie hymnu, zrobienie z niego kolejnego przedmiotu szkolnego, który można wklepać do głowy, zapamiętać i zapomnieć, to nie jest dobre wyjście. Przecież gdy ktoś już się nauczy hymnu (a wystarczyłby na to jeden apel), to będzie potem tylko powtarzał coś co już wie. Nie, będzie wręcz zmuszony powtarzać coś co już wie, bo „tak wypada i trzeba”.

Śmiem postawić dość kontrowersyjną tezę, że patriotyzmu nie da się nauczyć. To coś co człowiek sam musi „nabyć”, zagłębiając się w historię narodu, patrząc na innych ludzi i zastanawiając się nad swoim podejściem do państwa jako pewnego symbolu. Prawda, możemy kogoś wytresować by był patriotą, tak jak tresujemy psa. Nauczymy go pewnych rytuałów, mówienia regułek, unikania sytuacji w których będzie musiał się martwić o to „co powiedzą sąsiedzi”, bo będzie postępował zgodnie z ich oczekiwaniami. Ale czy będziemy mieli wtedy do czynienia z osobą świadomą, która przemyślała dokładnie swoje emocje i odczucia? Bardzo dobrze skomentował to doktor Janusz Sibora dla gazeta.pl (link): „Śpiew hymnu powinien rodzić się z potrzeby serca, a nie odgórnie narzuconego przymusu.” Ciężko się nie zgodzić z tymi słowami.

PiS, ale także wszyscy Polacy, których problem współczesnego patriotyzmu nawiedza w koszmarach, powinni sobie zadać pytanie: chcemy ilości czy jakości? Chcemy prawdziwych patriotów, którzy kochają swój kraj, są gotowi na wszelkie poświęcenia i sami wybrali swoją drogę? Czy tresowane psy, które klepią regułki i słowa tylko po to, by nie zostać pogryzionym przez inne psy, gdy wyjdą z szeregu?

I najważniejsze pytanie, na które bardzo trudno odpowiedzieć: czy my, sami, jesteśmy patriotami,  tresowanymi psami czy ani tym, ani tym?

Tomasz Sekielski w Olsztynie

Parę dni temu, w olsztyńskiej Kawiarni Literackiej i Filmowej w pobliżu starówki, swoją nową książkę („Sejf”) promował Tomasz Sekielski. Na spotkanie przyszło sporo ludzi, ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że 1/4 gości była studentami dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Powód? Musieli (w sumie musimy) przygotować na jedne z zajęć recenzję z wydarzenia kulturalnego. Sławny Tomasz Sekielski był najbardziej smakowitym kąskiem, o wiele ciekawszym od malarzy lub mniej znanych autorów książek.

Jak łatwo można się domyślić, spotkanie koncentrowało się bardziej na działalności dziennikarskiej, niż na książce. Muszę przyznać, że Tomasz Sekielski zaprezentował się bardzo neutralnie światopoglądowo. Nawet żartobliwie zauważył, że nie ważne czego by nie zrobił, to dla części odbiorców będzie PiSowcem, a dla innych psem Tuska. Rzeczywiście, patrząc na internetowe komentarze dotyczące jego osoby, bardzo wyraźnie widać, że obrywa z każdej strony.

Podczas spotkania, Tomasz Sekielski powiedział wiele mądrych rzeczy z którymi można się zgadzać, lub nie. Wspominał między innymi o ciągłej inwigilacji, instalowaniu wszędzie kamer oraz nasłuchu telefonicznym stosowanym przez służby. Oczywiście mocno je krytykując i sugerując, że tylko „raz na jakiś czas kamera pomoże kogoś złapać”. Nie lekceważyłbym tak mocy nowoczesnych technologii. O ile nasłuch telefoniczny niewinnych obywateli rzeczywiście woła o pomstę do nieba, to instalowanie kamer na ulicach miast oraz w sklepach, może być naprawdę przydatne. Człowiek czuje się po prostu bezpieczniej, wiedząc, że czuwa nad nim czujne, elektroniczne oko, którego boją się przestępcy. Pomaga też przy identyfikowaniu bandytów, odkrywaniu dróg którymi mogli podążać, a nawet rozwiązywaniu poważnych spraw kryminalnych. Ceną usprawnienia działań policji jest niestety nasza prywatność. Jednak sam Sekielski, zapytany o to czy boi się, że ktoś może go podsłuchiwać, wzruszył tylko ramionami i nie wydawał się przejęty wizją obserwacji przez nikczemne służby specjalne.

Ciężko odnieść się do jego słów o współczesnych mediach. Słusznie powiedział, że liczy się tylko kasa, poziom programów jest zaniżany by sprostać wymaganiom odbiorców, a wszystko kręci się wokół oglądalności. Zauważył jednak również, że jest w tym dużo naszej winy, bo to my siedzimy przed telewizorami, oglądając durne produkcje (przy omawianiu tego tematu, przybliżył uczestnikom spotkania sposób określania poziomu oglądalności). W dodatku bardzo łatwo przyczepiamy etykietki mediom. Mając poglądy prawicowe i słysząc negatywne opinie o TVNie, od razu ujrzymy w programach na tym kanale atak na naszą osobę. I vice versa, miłując się w lewicy, nie będziemy w stanie podejść obiektywnie do informacji w TV TRWAM.

Było też sporo opowieści o życiu dziennikarza, sprawach sądowych, niedawnej akcji z bombą w Sejmie i stosunkach z politykami. Pewna starsza pani skrytykowała zarobki Tomasza Lisa idące w dziesiątki tysięcy, co również wywołało dyskusję, nie tylko o gażach dziennikarzy, ale też o tabloidach. Pan Tomasz Sekielski był bardzo otwarty, chętny do rozmowy, sam wręcz do niej zachęcał. Spodziewałem się spotkania z ponurą, zadufaną w sobie gwiazdą telewizji. Sam nie wiem czemu. Tak mi się po prostu kojarzył. I bez zażenowania przyznaję, że się myliłem. Tomasz Sekielski jest naprawdę sympatyczną osobą, która w bardzo prosty i przejrzysty dla odbiorcy sposób, potrafi wyjaśnić mechanizmy rządzące współczesnym dziennikarstwem. Każdemu, kto będzie miał możliwość, polecam udanie się na spotkanie z nim by samemu się o tym przekonać.

Biały dym! Mamy papieża! JORGE BERGOGLIO Z ARGENTYNY!

Media dzisiaj zwariowały. Od samego rana, w serwisach informacyjnych straszył swoją obecnością brzydki komin na dachu Kaplicy Sykstyńskiej. Ot, komin jak komin, podobne widziałem na olsztyńskich kamienicach. A jednak, w tym kominie było coś wyjątkowego. Zapraszani eksperci wyświetlani byli w małym okienku, obok wielkiego obrazu przedstawiającego KOMIN. A ten, jak na złość nie chciał zrobić żadnej sztuczki. Ani go nie porwali kosmici, ani nie zaatakowali islamscy terroryści. Stał. W planie amerykańskim, bo widać było dolną rurę tylko do kolan.

Aż nagle! Pojawił się dym! Czarny! Niestety, kardynałom było zimno i postanowili ogrzać się, paląc karteczki z nazwiskami kandydatów. Ten zastrzyk akcji postawił jednak wszystkich na nogi. To było dopiero preludium do prawdziwej sensacji.

Bowiem komin, został w pewnym momencie zaatakowany przez chytrą mewę! Ptak-terrorysta chciał przerwać wybór nowego papieża i ustawił się od nawietrznej. Nie odważył się na szczęście na atak bombowy – ależ telewizję miały by wtedy zagwozdkę! Pokazywać dalej komin, który jest ubrudzony ptasią kupą czy jednak uszanować dobry smak odbiorców? Na szczęście nikczemna mewa odleciała w siną w dal. Po jakimś czasie powróciła, ale ponownie, nie miała odwagi, by przeciwstawić się rzeszy wiernych na Placu Świętego Piotra.

I nagle dym. Biały. Emocje sięgają zenitu. Ludzie cieszą się, wiwatują, wznoszą okrzyki chwalące nowego papieża. Prawie jak na Nowy Rok. Brakuje tylko fajerwerków. Nie zdziwiłbym się, gdyby to komin został wybrany na nowego ojca świętego. W końcu media poświęcały mu tak ogromną uwagę, jakby to on miał zdecydować, jakby to on był Duchem Święty, który pokieruje wyborem kardynałów. Kto został nowym papieżem?

Obstawiam, że ktoś z Ameryki Południowej! (19:31)

(20:14) Tak jak obstawiałem! Nowym papieżem jest kardynał Jorge Bergoglio z Argentyny! Przyjmie on imię Franciszek, więc nie musimy się już obawiać o następcę, wspomnianego w przepowiedniach, który miał pochodzić z Rzymu i przyjąć imię Piotr (Piotr Rzymianin). Tłum szaleje. Nikt się chyba nie spodziewał takiego wyboru! Arcybiskup Buenos Aires, Prymas Argentyny! A teraz papież! Niemalże całkowicie pominięty w mediach, chociaż podczas poprzednich wyborów był o krok od objęcia tronu Piotrowego.

Wikipedia już zdążyła zmienić stronę z imieniem nowego papieża. Nowy papież ma 77 lat. Kardynałowie nie zdecydowali się jednak na młodszego kandydata.

Wybór imiona Franciszek, oznacza nawiązania do prostoty, otwartości i bliskości z ludźmi. Czy będziemy świadkami reform w Kościele? Czy odejdziemy od starych, zatęchłych struktur? Czy w końcu uszanujemy ustalenia II soboru watykańskiego i oddamy wiarę w ręce ludzi? Czy będzie tak, jak śpiewał Jacek Kowalski: „Pan Bóg nas kocha więcej niż trocha, reszta rzecz płocha”?

Sprostowania, źródła, dane – kto jest kłamczuszkiem?

7 marca odbyła się debata nad konstruktywnym wotum nieufności wobec rządu Donalda Tuska, zapamiętana głównie dzięki występowi technicznego (dosłownie!) premiera. Ale nie tylko dzięki temu. Rozmawiałem z ludźmi, którzy wyjątkową uwagę przywiązali do przemówienia Jarosława Kaczyńskiego. Komentarze prawie się nie różniły: „no, ta akcja z tabletem była śmieszna, ale dobrze mówił, kraj jest na skraju upadku”. Rząd, po cyfrowym wystąpieniu profesora Glińskiego, nie mógł najwyraźniej pozbierać żuchw z podłogi, bo ich odpowiedzi podczas debaty były dość niemrawe. Zapowiedzieli, że sprostują wszystkie nieścisłości za jakiś czas.

Wczoraj, po pięciu dniach, na stronie Kancelarii Premiera ukazał się dokument. 20-stronicowa „odpowiedź na zarzuty prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego skierowane do rządu”. Donald Tusk powiedział wprost, że środowe przemówienie polityka opozycji, było zbudowane z prawdy, półprawdy i kłamstwa. I w tym dokumencie udowodnił dlaczego. Można go znaleźć tutaj:


http://www.kprm.gov.pl/wydarzenia/aktualnosci/odpowiedz-na-zarzuty-prezesa-pis-jaroslawa-kaczynskiego-wobec-rzadu.html

Łącznie, w tekście zawarto 48 sprostowań. Na końcu zastrzeżono, że urzędnicy przy tworzeniu dokumentu, pominęli wypowiedzi niepoparte żadnymi informacjami, do których można by się sensownie odnieść. Adam Hofman zapowiedział, że rząd nie ma na polu merytorycznym szans z PiSem, a liczby nie były przez nikogo wymyślane. Wszystkie dane są oficjalne.

I co mają myśleć biedni wyborcy, tacy jak my? Jedna strona podaje argumenty/fakty i twierdzi, że są one pewne, z oficjalnych źródeł. Druga strona odpowiada i również korzysta z prawdziwych danych. I co teraz? Kto jest kłamczuszkiem?

Chyba każdy po trochu. Politycy, bo zamiast dbać o państwo, wolą się tłuc ze sobą, czego najlepszym przykładem jest z góry skazany na niepowodzenie wniosek o wotum nieufności. Tak naprawdę, ciężko powiedzieć kto podaje prawdziwe dane. Bo każda partia, wyciągnie tylko te informacje, które pozwolą zgnoić, zniszczyć drugą stronę. To jest ta piękna, demokratyczna rywalizacja, o której często mówią politycy w telewizji z oczami pełnymi łez wzruszenia. Zwykłe plucie na siebie. A tymczasem, zawód posła jest od paru dobrych lat na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o brak zaufania społeczeństwa.W 2011 roku zaledwie 3% Polaków gotowych było uwierzyć politykom.

Chociaż nie wiem, czy jest sens powoływać się na jakiekolwiek statystyki. To samo robią przecież Donald Tusk i Jarosław Kaczyński. I z jakiegoś powodu mają różne dane. Z czego wynikają te różnice? Czemu obliczenia, które powinny być proste, czyli na przykład obliczenie ile wydaliśmy jako państwo pieniędzy na budowę autostrad, są tak niejednoznaczne? A może PiS tylko blefuje, twierdząc, że ma porządne źródło swoich danych? Z niecierpliwością czekam aż Prawo i Sprawiedliwość odpowie na treść dokumentu i odniesie się do WSZYSTKICH sprostowań.

Jest jeszcze nasza ulubiona wina – wina Tuska. Tym razem udało mu się przebić do mediów i zainteresować dziennikarzy sprostowaniami. Ale zazwyczaj, gdy opozycja obrzuca go gnojem oraz kłamstwami, milczy. Tak było w przypadku katastrofy smoleńskiej. Do dzisiaj forsowane są konspiracyjne teorie, na które nikt w konkretny i głośny sposób nie odpowiada. Dlatego teraz, można rząd uderzyć czym się tylko chce. Można powiedzieć, że bezrobocie wynosi 99% a podatek VAT 88%, a rząd i tak nie będzie się potrafił przebić do mediów ze sprostowaniem. Tym razem im się udało. Pisząc ten tekst, słyszę w sąsiednim pokoju, jak na TVN24 dziennikarka informuje o dokumencie ze strony Kancelarii. Ale czy Donald Tusk nie obudził się zbyt późno i czy milczeniem, w sprawie chociażby służby zdrowia, nie uczynił sobie i swoim wyborcom zbyt wielkiej krzywdy?

Ocena, kto w tej dyskusji był kłamczuszkiem, a kto mówił prawdę, leży teraz w rękach mediów, które powinny dojść do źródeł oraz konkretnych, jednoznacznych danych. Czy to zrobią? Oczywiście. Gazety prawicowe odnajdą informacje potwierdzające wersję PiS. Gazety prorządowe takie, które są na rękę władzy. Będą się przy tym oczywiście straszliwie gryźli i wyli, że druga strona łże, zamiast skonfrontować dane i wyciągnąć wspólne wnioski, oparte na wszystkich informacjach. A potem, podczas dyskusji między znajomymi mającymi odmienne poglądy polityczne, jeden wykorzysta tekst z Do Rzeczy, a drugi z Gazety Wyborczej, jeden wypowiedzi publicystów z TV TRWAM, drugi z TVN24. A jak zabraknie argumentów? Coś się wymyśli. A plotka przemieni się w informację, którą inni znajomi uznają za prawdziwą. I tak oto, zamiast paru kłamczuszków u górze, mamy cały naród kłamczuszków. Na nasze własne życzenie.

Od reklamy nie uciekniesz!

Reklamy są wszędzie. Budzimy się, włączamy telewizję by obejrzeć prognozę pogody na dzisiejszy dzień. Reklamy. Zaglądamy do internetu, sprawdzamy najnowsze informacje. Reklamy. Jedziemy samochodem słuchając radia. Reklamy. Idziemy parę kroków do miejsca swej pracy, mijając ogromne banery. Reklamowe. Po całym dniu wracamy do domu, a w skrzynce pocztowej czekają na nas ulotki. Znowu reklamy.

Wszechobecność reklam skrytykował profesor Andrzej Jaczewski, uznany specjalista od wychowania seksualnego oraz doktor habilitowany medycyny i pedagogiki. Na swoim blogu (
http://www.tokfm.pl/Tokfm/u,andrzej.jaczewski.html
), napisał, że żal mu znanych aktorów, którzy występują w „jakichś bzdurach”, a od internetowych reklam „trafia go szlag”. Jego wpis skomentowało grono osób, którym również nie jest w smak ogłupianie społeczeństwa i supremacja krzykliwych środków promocji produktu. Rozumiem ich. Bo mnie też często denerwują reklamy. Mojej rodzinie wyjątkowo spodobała się reklama, wyświetlana niemalże zawsze, kiedy jemy obiad. „Mój pies jest szczęśliwy i robi zdrową kupkę”.

Ale reklamy są potrzebne. W tym momencie, osoby, które nie przepadają za reklamami, patrzą pewnie złowrogo na te słowa. No niestety, piszę w tym momencie prawdę. Bo bez płatnych ogłoszeń, nie byłoby rozwoju naszych, ani zagranicznych mediów. Reklamy są często głównym źródłem dochodów stacji telewizyjnych oraz prasy. To dzięki nim mamy dostęp do nowych programów, tekstów, publicystów, dziennikarzy, specjalistów, technologii i formatów. Bo światem rządzą pieniądze. I rządzą one światem nie od dziś.

Już w XVII wieku, w Niemczech powstał nowy typ prasy – „prasa ogłoszeniowa”. W Relation Courier (1673 rok), wydawanym cztery razy w tygodniu, poza bieżącymi informacjami politycznymi, można było znaleźć także reklamy. Od 1727 roku zaczęto prezentowanie reklam leków i przyborów toaletowych. W 1812 roku, niejaki George Reynell zwęszył możliwość zysku i stworzył pierwszą agencję reklamową. Od tego czasu ogłoszenia płatne stały się niezbędnym elementem gazet.

W radiu i telewizji, reklamy ukazywały się niemalże od samego początku. W radiu, jako pierwsza rozpoczęła ich nadawanie stacja KDKA, w 1920 roku. Dwa lata później, dołączyło do niej przedsiębiorstwo AT&T i WEAF. W Polsce, Polskie Radio zaledwie parę miesięcy po swoim otwarciu w 1926 roku, również rozpoczęło emisję reklam. Zaś pierwsze płatne ogłoszenie telewizyjne ukazało się w 1941 roku. Za dziewięć dolarów pozwolono na wyemitowanie klipu, promującego mecz baseballowy.

Od tamtego czasu, reklamy zdominowały przestrzeń publiczną, a media złączyły się z nimi już na zawsze, czerpiąc obopólne zyski. Frankfurter Allgemeine Zeitung, który według jednego z moich profesorów jest najlepszą gazetą w Europie, ponad 70% swoich zysków czerpie właśnie z reklam. Włoskie radio publiczne RAI, 50% pieniędzy zdobywa dzięki abonamentowi. Druga połowa jest zasługą płatnych ogłoszeń. SAT1, niemiecka telewizja komercyjna, której udział w niemieckim rynku telewizyjnym wynosił w 2008 roku 10%, finansowała swoją działalność tylko dzięki reklamom! W 2010 roku podczas “prime time”, czyli w czasie największej oglądalności, cena 30 sekund reklamy w USA, sięgała dwustu tysięcy dolarów. To ogromne sumy!

Polska niczym nie różni się od innych krajów. W 2010 roku, za sam “product placement”, czyli lokowanie produktu w programach, TVN przez dwa miesiące zarobiła 466 tysięcy złotych. TVP w ciągu czterech miesięcy – 2,9 miliona złotych (źródło: Newsweek).

Dlatego nagłe natarcie reklam w internecie nie jest niczym zaskakującym. Tutaj też, im więcej pieniędzy uda się zdobyć, tym więcej środków mamy na ulepszanie produktów oraz usług. Kolejne prognozy dotyczące zysków z reklam na Facebooku są dobrym przykładem, że jeżeli chcemy zarobić – bez reklam ani rusz. W 2009 roku, Facebook wygenerował ponad 700 milionów dolarów przychodu. W 2010 roku prognozowano, że zyskają 1,6 miliarda dolarów. Potem analitycy zakładali, że 2011 rok, Facebook pożegna z sumą 3,2 miliarda dolarów. Tymczasem 2012 rok to zysk rzędu 5 miliardów dolarów, a do 2014 suma osiągnie 8 miliardów dolarów (źródło: socialpress.pl i spidersweb.pl). Imponujące? Wszystko dzięki reklamom, promocji i sponsorom.

Dlatego chcąc, czy nie chcąc, musimy przecierpieć te reklamy. Możemy krytykować ich formę, infantylność oraz żałosność. Możemy wieszać psy na aktorach w nich występujących. Ale nie uciekniemy przed nimi. Bo niewiele inicjatyw, które nie generują bezpośredniego zysku, jest w stanie utrzymać się samemu, bez pomocy reklamodawców. Mamy dwie strony, tych, którzy reklamy tworzą i tych, którzy reklamy publikują. I media publikujące reklamy muszą to robić, bo inaczej ich istnienie będzie zagrożone. A potem będziemy narzekać na brak różnorodności.

Więc jeżeli chcemy już na coś narzekać, to narzekajmy właśnie na formę, bo ich istnienia nie zniwelujemy. Ale czy na pewno obecne reklamy są takie złe? Jaki mamy inny wybór? I jak inny wybór odbiłby się na mediach?