Jacek Kurski – demon szos (czy musi dojść do tragedii?)

Po raz kolejny, europoseł Solidarnej Polski, Jacek Kurski, zabłysnął swoją brawurą oraz pogardą dla prawa. Jak donosi „Fakt”, polityk jechał przez Warszawę z prędkością 156 km/h, w głębokim poważaniu mając światła drogowe. Czy zielone, czy czerwone, boski mistrz kierownicy daje w gaz.

To już nie pierwszy taki występ szanownego Jacka Kurskiego. W Parlamencie Europejskim przecierano oczy ze zdumienia i odmówiono rozliczenia podróży europosłowi (bo oczywiście za swoje drogowe szaleństwo nie musi płacić), gdy do Brukseli dotarła wiadomość, że przejechał 840 kilometrów w nieco ponad sześć godzin. Przedstawiciel Solidarnej Polski, niezbyt przejęty konsternacją jaką wywołał, udowodnił, że taka sztuka jest możliwa… przejeżdżając 840 kilometrów w pięć i pół godziny.

Od czasu do czasu, zdarza mu się jadąc na spotkanie z wyborcami, przejechać parę razy na czerwonym świetle, wyprzedzać na linii ciągłej, jeździć pod prąd, przekraczać prędkość i ignorować znaki zakazu wjazdu. Niektóre z tych popisów zdarzyły się w drodze do Elbląga, inne w Olsztynie. As szos musi się wyszaleć.

Chyba najbardziej znaną wpadką Jacka Kurskiego, było podłączenie się do konwoju CBŚ, w którym znajdowali się podejrzani. Policjanci, przestraszeni „atakiem” posła, wezwali posiłki i postawili blokadę. Jedno machnięcie legitymacją poselską, a król czterech kółek mógł się chwalić znajomym przy browarze, jaki to z niego agent specjalny 007, co uniknął sprawiedliwości.

Posłowie odznaczają się niepokojącą pogardą dla prawa, w szczególności drogowego. Pisałem już o tym we wpisach: Hipokryzją drogową po twarzy i Hipokryzją drogową po twarzy – dodatek specjalny o bezczelności posła Suskiego. Jestem niemalże pewien, że wcześniej czy później, któryś z mistrzów kierownicy się przeliczy i zrobi sobie, i oby tylko sobie, krzywdę. To, że część naszych polityków jeździ, nie bójmy się ostrych słów, niczym banda potencjalnych drogowych morderców, jest karygodne. Ale wystarczy błysnąć immunitetem, a problem przestaje istnieć. Klasa uprzywilejowana może dalej łamać prawo, które sama tworzy.

Zaskakujące jest milczenie obywateli i mediów. Posłowie, którzy łamią prawo drogowe nie są jakoś specjalnie potępiani. Czasami pojawi się w prasie artykuł lub informacja. I tyle. Nie będzie nawet jakichś szerszych komentarzy. A politycy będą dalej jeździli niczym potencjalni drogowi mordercy. Przypominam, że w samym styczniu, piętnastu posłów dostało mandaty. Demon prędkości, Wojciech Penkalski z Ruchu Palikota, mógł się pochwalić aż trzema. Tak oto reprezentują swoich wyborców i swoje partie, wybrani w demokratycznych wyborach posłowie. A ludowi to nie przeszkadza. Milczenie można uznać w końcu za zgodę.

Zastanawiam się, kiedy media lub zwyczajni obywatele, powstrzymają tych potencjalnych drogowych zabójców, mających w pogardzie życie swoje i innych. Ale najwyraźniej powiedzenie „Polak mądry po szkodzie”, nie jest ani trochę przesadzone. Póki nie dojdzie do tragedii, póty zwyczajni ludzie będą płacili grube pieniądze za łamanie kodeksu drogowego.

A wybrańcy narodu będą się z tych szaraczków śmiać prosto w twarz.

Sesje RPG w internecie – o PBFach (cz. I)

Fantastyka i sesje RPG nie są już domeną pryszczatych, grubych facetów w okularach. Grają wszyscy – młodzi, starzy, kobiety, mężczyźni, urodziwi i nieatrakcyjni. A jedyną cechą, która ich łączy jest bogata wyobraźnia, niezbędna do tego typu zabawy. Niektórzy mówią, że sesje RPG są niczym dawne spotkania przy ognisku, gdy najstarsi mieszkańcy wiosek opowiadali bajki, historie i legendy. Coś w tym jest.

Ja, swoją przygodę z fantastyką zacząłem w podstawówce. Tak się złożyło, że trafiłem wtedy do szpitala i natrafiłem na paru starszych chłopaków, którzy pokazali mi podręczniki do gry Dungeons & Dragons. Złapałem bakcyla. Od tamtego czasu szukałem okazji do zebrania się razem ze znajomymi, by wziąć udział w jakiejś przygodzie. Udało nam się zagrać raptem raz. Problemem był czas, miejsce i chęci niektórych osób. Przeprowadzenie chociaż jednego spotkania na miesiąc okazało się kłopotem. Parę miesięcy później, zostałem połączony z siecią. Wkroczyłem do świata nowych możliwości…

Internet jest miejscem, gdzie każdy może rozegrać sesję RPG. Wiele osób mówi, że to nie to samo co zabawa w realu. Tracimy kontakt z ludźmi, nie dogadamy się tak samo jak twarzą w twarz, brakuje więzi między graczami, nie usłyszymy szelestu kartek, cichych przekleństw Mistrza Gry i stukotu toczonych kości. Z drugiej strony, w sieci możemy zagrać kiedy chcemy, z kim chcemy i gdzie chcemy. Nie ogranicza nas brak spokojnego miejsca do gry, niechęć kolegów czy nieodpowiednia pora. Internet tętni życiem. W tej chwili toczą się tysiące, jeżeli nie dziesiątki tysięcy sesji RPG.

Są trzy formy rozgrywki sieciowej, cieszące się niesłabnącą popularnością. Pierwszą z nich jest typowa sesja internetowa. Ludzie spotykają się na komunikatorach lub czatach, gdzie w czasie rzeczywistym rozgrywają przygody. Zdarza się, że gracze używają kamerek i mikrofonów, ale w internecie dominuje słowo pisane, więc i tutaj, jest ono najczęściej używane. Drugim rodzajem są sesje przeprowadzane na „tekstówkach”. To portale, które łączą ze sobą typową dla gier przeglądarkowych warstwę mechaniczną („wbijanie leveli, kupowanie eq, wbijanie expa, lanie mobków”) i storytellingową warstwę fabularną. Nieodłącznym elementem takiej gry jest karczma, w której można rozgrywać przygody w czasie rzeczywistym. Można też prowadzić sesje przez pocztę, odpisując partnerowi raz na trzy godziny, dzień, tydzień itd. Najwybitniejszym, polskim przedstawicielem tego nurtu są bez wątpienia Kroniki Fallathanu.

W serii tekstów, chcę skupić się jednak na najbardziej elastycznym i różnorodnym rodzaju rozgrywki sieciowej. Opowie nam o nim Kelan, administrator portalu Vision Lighthouse, który zajmuje się tematyką sesji forumowych.

Najważniejsze pytania tego wywiadu: czym są PBFy? Jak wygląda rozgrywka na nich?

Kelan: PBF jest skrótem od określenia Play By Forum i już sama nazwa mówi wiele o charakterze rozgrywki. Na starcie, można tu rozgraniczyć fora jednosettingowe, czyli skupiające się na określonym uniwersum i ograniczające do niego swoją działalność, oraz fora multisesyjne. Te drugie pozwalają na rozegranie praktycznie dowolnej sesji. W obu przypadkach, pierwszym krokiem jest stworzenie i opisanie postaci, w którą będziemy wcielali się w trakcie gry. Po zaakceptowaniu opisu (karty postaci) przez określone osoby, możemy rozpocząć rozgrywkę. W grze uczestniczy jeden lub paru graczy, oraz Mistrz Gry, który jest odpowiedzialny za prowadzenie przygody. Można ją przyrównać do pisania fragmentów książki, gdzie MG odpowiedzialny jest za kreację opisywanego świata i postęp głównego nurtu fabularnego. Na niektórych PBFach pojawiają się również znane z tradycyjnych sesji RPG statystyki i rzuty kośćmi, decydujące o powodzeniu naszych działań.


Jakie są zalety gry na PBFach?

Obcowanie ze słowem pisanym, nie tylko z pozycji odbiorcy. Grając na jakimś PBFie i starając się sensownie opisywać poczynania naszej postaci, doskonalimy swój warsztat. W czasach, gdy słowo pisane zaczyna pełnić coraz mniej znaczącą rolę na rzecz obrazu, który nie pozostawia wyobraźni pola do popisu, PBFy są właśnie miejscem, gdzie jest ona naszym jedynym ograniczeniem. Jesteśmy twórcami, a nie odbiorcami gotowych historii. Równocześnie, jeśli prowadzimy zwykłą rozgrywkę, nie wymaga ona ogromu poświęcanego czasu. Wystarczy otworzyć konkretną stronę i zanurzyć się w wyimaginowanym świecie. Mamy też zalety typowo społeczne, czyli poznawanie nowych, ciekawych ludzi…


Nie lepiej poznawać nowych ludzi w realu?

A na ulicy podejdziesz do osoby, bo wygląda jakby grała na PBFach i miała podobne zainteresowania?


Fakt. A przecież PBFy łączą ludzi.

Słyszałem o przypadku małżeństwa, które zrodziło się ze wspólnej gry na jednym z PBFów.


Więc społeczność PBFów jest bardzo zżyta ze sobą? Spotykacie się w realu?

Łatwo zaobserwować sporą integrację członków danych PBFów, także poza nimi. Na Mgławicy Mocy – forum, którego jestem jednym z trzech administratorów – poznałem grupę fantastycznych ludzi, z którymi raz na jakiś czas spotykamy się w którymś z polskich miast. Również Vision Lighthouse jest owocem kilkuletniej, administracyjnej znajomości z Mgławicy, gdyż pomysł narodził się właśnie w głowach naszej trójki. Rozumiemy się często bez słów, za rozmowy telefoniczne płacimy krocie i choć jesteśmy z kompletnie różnych części kraju, stworzyliśmy grupę bliskich sobie przyjaciół, którzy będą utrzymywali kontakt, nawet jeśli pewnego dnia zakończymy PBFową działalność


Czy PBFy mają jakieś wady?

Nie dostrzegam zbyt wielu. Jest to rozgrywka za pomocą internetu – medium zapewniającego względną anonimowość, stąd nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi. Osoby dopiero rozpoczynające swoją przygodę z PBFami, mogą się szybko zniechęcić, kiedy trafią na jakiegoś trolla. Rozgrywka przez fora jest też dość niszowa, co przekłada się na ograniczone środowisko.


Ale na niektórych forach są setki zarejestrowanych użytkowników. Samych PBFów jest mnóstwo, co chwila powstają i upadają nowe. Czy to środowisko jest na pewno takie niewielkie i niszowe?

Osoby zarejestrowane nie zawsze są użytkownikami, którzy uczestniczą aktywnie w rozgrywce. Zresztą fora upadające i po chwili powstające, w minimalnie odmiennej formie, tworzone są często przez tych samych ludzi. Jeśli podliczymy liczbę osób grających na PBFach wyjdzie nam liczba czterocyfrowa. To w skali całego kraju nie jest zbyt liczna grupa…


http://visionlighthouse.pl/

Wiedza z demotywatorów a protesty w Turcji

Portale typu kwejk.pl czy demotywatory.pl są w dzisiejszych czasach bardzo popularne. Na tyle popularne, by kształtować światopogląd młodych ludzi. Zapewne wiele osób czerpie swoją wiedzę o świecie właśnie z tego typu stron, gardząc mediami i portalami informacyjnymi. Bo wiadomo, nikczemne telewizje kłamią, a kwejk.pl mówi samą prawdę.

Jakiś czas temu zbulwersowało mnie dość mocno, gdy na stronie demotywatory.pl, ukazał się tekst, w którym zarzucano mediom, że nie mówią nic o wydarzeniach w Turcji. Trwa tam właśnie ogromna fala protestów, która rozpoczęła się od sprzeciwu paru osób przeciwko budowie centrum handlowego w Istambule. Po brutalnej akcji policji, która spacyfikowała bezbronnych ludzi, cały kraj wybuchnął gniewem. Liczba rannych idzie w setki, są też informacje o zabitych. Jakaś światła osoba, nie zadała sobie chyba nawet trudu wejścia na ogólnodostępne portale informacyjne, gdzie trąbiono o tych wydarzeniach. Gazeta.pl, Polsat, TVN24… one wszystkie przekazywały wiadomości z Turcji. Tymczasem wystarczył jeden obrazek losowego użytkownika, kliknięcie „akceptuj” przez moderatora i fama poszła w świat. O protestach nie piszą ŻADNE media.

Części osób nie będzie się chciało weryfikować tej informacji i uwierzą, utwierdzając się w negatywnym nastawieniu do telewizji czy prasy. To po prostu pozostanie im w głowie, tak jak dziesiątki innych, kłamliwych wiadomości. O wiele łatwiej jest obejrzeć coś „buntowniczego” na portalu ze śmiesznymi obrazkami, niż przeczytać konkretny artykuł na portalu informacyjnym. I na jego podstawie wyciągać wnioski co do świata, który nas otacza.

A potem te osoby komentują. Na portalu kwejk.pl pojawił się obrazek (też z fałszywą informacją, że protestów nie ma w mediach mainstreamowych), przedstawiający sytuację w Turcji. Pod nim pojawiły się opinie światłych osób o wybitnej inteligencji. Oto niektóre z nich:

„nie ma niewinnych turasów”

„za bitego ciapatego zawsze propsy :D”

„Na pohybel kozojebcom!”

„kogo to rusza Turcja też ciapate.”

„My im pomożemy a oni przyjaadą do nas i zaczną spermą rozsiewać terror , to ja dziękuje”

„Przecież to islamiści.. Niech giną.”

„tępić islamskie ścierwo”

„Nie ma bata, na pewno udostępnienie tego na FB przez was sprawi, że swiat stanie sie lepszy… Poza tym, dla ciapatych nie mam już żadnego szacunku po tym, co zrobili w europie. Niech giną.”

Oczywiście komentowały też osoby bardziej rozsądne, z dystansem podchodzące do obrażania osób, protestujących przeciwko niesprawiedliwym działaniom rządu Erdoğana. Ale nie oszukujmy się. Ci użytkownicy, którzy w prymitywny sposób obrażali Turków, myślą tak naprawdę. Nie żartują. To styl, którego nauczyli się właśnie z tego typu portali. Tak naprawdę, osoby, które tak pragną śmierci muzułmanów, nieważne w jakiej postaci i sytuacji, nie różnią się niczym od najbardziej radykalnych wyznawców islamu. Dlaczego? To proste – bo widzą w ludziach tylko wrogów. Tak jak ultrakonserwatywne bojówki ze wschodu nie mają problemów z postrzeganiem świata: my – dobrzy, oni – niewierni, źli, tak samo ci „odważni, niepokorni komentatorzy” również widzą rzeczywistość w czerni i bieli. My – dobrzy. Każdy muzułmanin – ścierwo, zabić go. Te osoby nie wiedzą, że wśród muzułmanów też są wierzący niepraktykujący i osoby, które z dystansem podchodzą do swojej religii (miałem okazję poznać taką osobę, przez trzy lata znajomości, ani razu nie padło słowo o islamie z jej ust). Nie wiedzą, że są różne odłamy, takie jak hanafi, maliki czy jafari, odmiennie podchodzące do treści według których stanowi się prawo. Podczas rozmowy nie wspomną o polskich Tatarach.

One chcą mieć wrogów i chcą widzieć wszystkich ludzi podpadających pod daną grupę jako wrogów. A niestety, jeżeli nie poznamy drugiego człowieka, to nie dowiemy się, czy jest osobą traktującą religię jako zbędną, nudną tradycję, czy zagorzałym dżihadystą. Stawianie kogoś z góry w roli prymitywnego zwierzęcia wyklucza dyskusję. Ale komentatorzy nie chcą dyskutować. Podnieca ich wyrażenie swojej „opinii” i dowalenie komuś. Co jeżeli ktoś skrytykuje takiego prymitywa? Diagnoza jest oczywista – przydupas muzułmanów, wyznawca Allaha i politycznej poprawności.

Niestety, świat nie jest łatwy i przyjemny. Podział „my – dobrzy, oni – źli”, nigdy nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości. Sam kiedyś tak patrzyłem na te sprawy, o czym zresztą wyskrobałem wpis we wrześniu (pod tytułem „Islam jest ZŁY”). Ale nawet najbardziej tępy dureń musi się z tym pogodzić, że oceniać powinniśmy pojedyncze jednostki lub ideologie/religie i dopiero wyciągać wobec nich konsekwencje.  Nie, żeby tym „wybitnym” komentatorom z portali ze śmiesznymi obrazkami zależało na myśleniu. Nasrać na kogoś jest o wiele śmieszniej.

Na koniec apel: nie czerpcie swojej wiedzy z portali pokroju demotywatory.pl czy kwejk.pl. Informacje tam zamieszczane są często wątpliwe, niepełne lub po prostu kłamliwe. Wyrabiajcie swoją opinię czytając strony informacyjne i gazety, słuchając radia i oglądając telewizję. Najlepiej kilka, aby mieć porównanie, bo media też często pomijają niektóre aspekty wydarzeń.

Bo opieranie swojego światopoglądu na tym, co pisze losowy „hejter” na portalu ze śmiesznymi obrazkami, jest po prostu oznaką głupoty, a nie powodem do dumy.