Pijany jak poseł

Kiedy Elizabeth Braddock z Partii Pracy oskarżyła Winstona Churchilla o to, że jest nieprzyzwoicie pijany, ten odparł: „Bessie, moja droga, ty jesteś brzydka, co więcej, jesteś obrzydliwie brzydka. Ale jutro będę trzeźwy, a ty dalej będziesz obrzydliwie brzydka”. Premier Wielkiej Brytanii został jednak zapamiętany dzięki swoim dokonaniom podczas Drugiej Wojny Światowej, a nie przez swoje pijaństwo. Nasi „wybrańcy” mogą nie mieć tego szczęścia.

Dobremu politykowi, który jest znany ze swoich zasług i powszechnie szanowany, można wybaczyć pojedynczą, zbyt bliską randkę z alkoholem. Gorzej, kiedy parlamentarzysta nie jest ani dobrze znany, ani lubiany. Wystarczy jeden pijacki wybryk, by zepsuć sobie opinię wyborców i przekreślić szansę na reelekcję.

Preferencje alkoholowe europejczyków. Na niebiesko – wódka, na czerwono – wino, na żółto – piwo (źródło: Wikipedia)

Polacy, wbrew panującym stereotypom, piją raczej skromnie. Nie są nawet w czołówce europejskich państw z największym spożyciem alkoholu na osobę. Według danych WHO z 2012 roku, to Mołdawia wiedzie prym, a za nią plasują się Czechy i Węgry. My znajdujemy się dopiero na dziewiętnastym miejscu. Nieprawdopodobne? A jednak. Wbrew wszelkiej logice, zdrowemu rozsądkowi i patriotycznym powinnościom nie trafiliśmy do pierwszej dziesiątki. Może dlatego alkoholowe wybryki posłów traktowane są zazwyczaj jako rzecz zabawna lub niesmaczna? Uśmiech politowania budzą zarówno ich późniejsze tłumaczenia, jak i rzeczy, których dopuszczają się na rauszu.

„Choroba filipińska” atakuje!

Parlamentarzyści niestety nie uczą się na swoich błędach (albo nie nauczyli się dobrze ukrywać), bo co jakiś czas wybuchają nowe afery z alkoholem w roli głównej. Jedną z najsławniejszych jest wizyta prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w Charkowie na grobach polskich oficerów, gdzie najwyraźniej bardzo mocno wiał wiatr, ponieważ ówczesna głowa naszego państwa miała poważne problemy z utrzymaniem równowagi. Pił podobno do spółki z biskupem Sławojem Głódziem, który również jest znany z zamiłowania do dobrych trunków.

W 2003 roku, dwóch posłów Samoobrony RP, Jerzy Pękała i Mieczysław Aszkiełowicz (ciekawostka: pochodzi z Olsztyna), będąc w stanie upojenia pobiło się przed Nowym Domem Poselskim. Ten pierwszy w dodatku udawał Niemca i dał swój dowód osobisty dziennikarce „Życia Warszawy”, myśląc, że to wizytówka. Panowie otrzymali upomnienie od Komisji Etyki Poselskiej.

Przyszedł rok 2007, a Aleksander Kwaśniewski znowu pokazał się od swojej „głębszej” strony. Podczas wykładu w Kijowie chwiał się i miał kłopoty z mówieniem. To właśnie wtedy pierwszy raz pojawił się termin „choroba filipińska”, będący dziś synonimem upojenia alkoholowego. Takim schorzeniem tłumaczył swoją niedyspozycję polityk.

W 2008 roku były wiceminister zdrowia (!) w rządzie PO, Krzysztof Grzegorek, zasnął snem sprawiedliwego na podłodze sejmowego korytarza. Parlamentarzysta przyznał się do tego, że wypił za dużo. Nie przyznawał się za to rok później, gdy prokuratura przedstawiła mu cztery zarzuty korupcyjne. Został skazany na rok i 10 miesięcy pozbawienia wolności oraz karę grzywny.

Problemy miała też posłanka PiS i przewodnicząca KRRiT za czasów rządów tej partii, Elżbieta Kruk, która przyłapana przez dziennikarzy na podejrzanym zachowaniu, odpowiedziała na ich sugestie jakoby czuć było od niej alkohol: „Potrafię coś tam, coś tam.” Nie podzieliła losu Krzysztofa Grzegorka, dalej możemy ją ujrzeć w sejmowych ławach.

A jednak poszedł tą drogą

Rok 2010 zostanie zapamiętany głównie przez tragedię, która podzieliła Polaków. Ciężko jednak zapomnieć o wyczynach Andrzeja Pałysa. Poseł PSL, w stanie wskazującym na poważną niedyspozycję, bełkotał, poruszał się chwiejnie i… wsiadł do cudzego samochodu. Został po tym zawieszony w prawach członka swojego klubu parlamentarnego. „Wirus filipiński” dopadł także Ludwika Dorna, który nie usłuchał w 2007 roku Aleksandra Kwaśniewskiego i poszedł „jego drogą” (pamiętne „Ludwiku Dorn… i Sabo, nie idźcie tą drogą. Nie idźcie tą drogą!”). Po jednym z sejmowych głosowań, dopadli go dziennikarze, którzy wyczuli od niego alkohol. Niewzruszony były marszałek Sejmu dyplomatycznie milczał i przebijał się (dosłownie) przez tłum reporterów.

Bieżący rok również przynosi nam nowe sytuacje, które będziemy wspominali. Poseł Ruchu Palikota (obecnie Twój Ruch), Adam Rybakowicz, w swoim rodzinnym mieście – Bydgoszczy, postanowił „wymyć ulice” i będąc w stanie nietrzeźwości, ulżył sobie w centrum miasta. Nieobyczajne zachowanie zauważyli policjanci, którzy musieli być bardzo zdziwieni, gdy dowiedzieli się, że mają do czynienia z parlamentarzystą.

Immunitet nie ochroni przed wszystkim

Na pewno, nie byli jednak tak bardzo zdziwieni jak funkcjonariusze z Warszawy. Musieli oni stanąć do walki z prawicowym posłem Przemysławem Wiplerem, który w stanie wskazującym zaatakował policjantów. Gaz pieprzowy oraz kajdanki uspokoiły polityka, jednak jego kondycja nie pozwalała na badanie alkomatem. Gdy doszedł do siebie, oskarżył funkcjonariuszy o pobicie, ale też zrezygnował z przewodnictwa swojemu Stowarzyszeniu Republikanów. Rzeczywiście, miał wiele otarć oraz siniaków, które chętnie pokazywał przed kamerami. Niewiele jednak pamiętał ze swoich nocnych przygód. Sława posła prawdopodobnie nie przeminie szybko, bo jak donosi „Fakt”, przyłapano go na łamaniu prawa drogowego. Jechał ulicą z zakazem wjazdu i mknął po buspasach.

Niestety, nie dla każdego parlamentarzysty mocno zakrapiany wieczór kończy się tylko kompromitacją w gazetach. W 2003 roku, poseł Samoobrony, Józef Żywiec, rozbił się samochodem pod Puławami. Był w stanie nietrzeźwości. Zginął na miejscu. Immunitet jest w stanie ochronić przed odpowiedzialnością prawną, ale nie jest w stanie uratować życia. Wszyscy jesteśmy ludźmi, ale wymaganie od reprezentujących naród posłów pewnego poziomu, wydaje się dość rozsądne. Dla ich własnego dobra.

(Tekst ukazał się w internetowym wydaniu gazety studenckiej Tworzywo:
http://www.tworzywo-online.pl/?p=31
)

Zagrożenie ze strony islamu a dezinformacja – sprawa Siv Kristin Sællmann

Fanem agresywnego islamu zdecydowanie nie jestem. Świadczą o tym moje dawne wpisy, w których dawałem przykłady chorych sytuacji będących efektem zderzenia kultury wschodu i zachodu oraz komentowałem, dlaczego należy tę religię uznać za złą. Boli mnie jednak skala propagandy i dezinformacji, jaka od jakiegoś czasu przelewa się przez polski internet. Na portalach antyislamskich prezentuje się teksty, które z prawdą nie mają nic wspólnego, a potem płyną one dalej, na Facebooka, na różne kwejki i wiochy, stanowiące źródło informacji o świecie (!) dla młodych ludzi.

Ostatnio internautów zszokowała sprawa Siv Kristin Sællmann, norweskiej dziennikarki, która po protestach ze strony muzułmanów, została zwolniona z telewizji publicznej NRK, za noszenie krzyżyka na łańcuszku. W polskim internecie informację tę opublikował portal „Nie dla islamizacji Europy”, gdzie przetłumaczono ją z gazety „Komsomolskaja Prawda”, a gdzie wcześniej trafiła za sprawą „la Repubblica”. Błyskawicznie dotarła do innych zakątków internetu, oburzając internautów. Wszystko pięknie, komentatorzy mogą się oburzać na zły islam. „Zaraz zaraz, a szmaty noszone przez muslimki to nie obrażają chrześcijaństwa i normalnych Norwegów? Jak dobrze że żyję w Polsce, kraju biednym ale paradoksalnie zaskakująco normalnym.” – pisze Michał pod artykułem. „Takich skutkow moze sie cywilizacja spodziewac jesli dopusci to bydlo do UE.Czy nikt naprawde nie zauwaza ze to bydlo chce opanowac swiat swoja chora ,, kultura,, czy ta cywilizacja jest tak uposledzona?” – komentuje Grzegorz. I wszystko by było pięknie, gdyby nie to, że informacja jest najzwyczajniej w świecie NIEPRAWDZIWA.

Otóż pani Kristin nie została zwolniona. Została poproszona przez swoich pracodawców by ograniczyć używanie symboli religijnych w neutralnej światopoglądowo telewizji publicznej. W Polsce może to być dla nas nie do końca zrozumiałe, ale dziennikarze, jeżeli chcą być godni zaufania i wiarygodni, powinni jak najmniej prezentować swoje przekonania religijne. Nie mówię tutaj o publicystach, tylko o osobach prowadzących na przykład serwisy informacyjne. Neutralność oraz dystans są zapisane w niektórych kodeksach etyki dziennikarskiej. Może nas oburzać, że poproszono kogoś by ograniczył epatowanie swoją wiarą, ale w wielu telewizjach na świecie – jest to oczywisty standard. Ani krzyż, ani burka, ani inny symbol religijny w telewizji (i wśród takich zawodów jak sędzia czy policjant) nie będą mile widziane. Protestów muzułmanów… nie było. Nie wspomina o nich żadna z czołowych norweskich gazet (włącznie z tabloidami, które bardzo chętnie żerowałyby na takiej informacji).  Sama Kristin powiedziała, że nie ma zamiaru sprawiać problemów i dostosuje się do prośby NRK: „Jeśli myślą, że ja i kanał tracimy wiarygodność przez to, że chodzę z takim małym krzyżem na szyi, to oczywiście nie zamierzam go więcej nakładać” (źródło: „Vårt Land”).  Czemu tak pokornie ustąpiła? To proste. Dziennikarz musi umieć odróżnić sferę prywatną od sfery zawodowej. Wczoraj, prezenterka opublikowała filmik na którym opowiada o tym dlaczego krzyż i Jezus są dla niej ważni. Zrobiła to po pracy – zgodnie z etyką.

Wszystkie te informacje czerpię z norweskich mediów, czyli u źródła. Sprawa z krzyżykiem wyszła 4 listopada i wtedy Kristin miała zostać zwolniona. W internecie możemy znaleźć nagrania z tą panią w serwisie informacyjnym z 11 listopada. W żadnym norweskim tekście nie ma słowa o jej zwolnieniu, ani informacji o protestach muzułmanów. Jedynie w chrześcijańskiej „Vårt Land”, jest wzmianka o tym, że to strach przed islamem prowadzi do walki z krzyżem.

Ostatnio, bardzo często zauważam informacje godzące w islam, które po weryfikacji okazują się albo niepełne, albo najzwyczajniej w świecie fałszywe. Pojawiają się najpierw na radykalnych, antyislamskich portalach, a potem przenoszą na bardziej popularne strony, gdzie każdy z nas może na nie trafić przypadkiem. Krytyka wyznawców czyniących zło w imię swojej religii jest moim zdaniem jak najbardziej potrzebna i uzasadniona. Ale, prawdę mówiąc, im częściej natrafiam na tekst, który okazuje się nieprawdziwy, tym bardziej się zastanawiam, ile w tej nagonce przeciw islamowi jest propagandy i tworzenia fałszywego zagrożenia? Karmieni jesteśmy przykładami chorych, dzikich zachowań ludu ze wschodu, ale jak wiele z nich jest tak samo „prawdziwych” jak sprawa zwolnienia Siv Kristin Sællmann?

Źródła:


http://www.aftenposten.no/kultur/–Religiose-symboler-passer-ikke-inn-i-en-nyhetsredaksjon-7361815.html


http://www.vg.no/nyheter/innenriks/artikkel.php?artid=10144771


http://www.dagbladet.no/2013/11/04/kultur/siv_kristin_sellmann/nrk/tv_og_medier/kors/30136105/


http://www.vl.no/samfunn/tar-ikke-pa-seg-korset-igjen/


http://www.repubblica.it/index.html?refresh_ce


http://ndie.pl/w-norwegii-zwolniono-prezenterke-telewizyjna-za-to-ze-krzyzyk-na-jej-szyi-obrazal-muzulmanow/

Eco-Vital, odczepcie się!

Firma Eco-Vital znana jest głównie z wykorzystywania nieporadności starszych ludzi. Sprzedaje garnki, kołdry, przyrządy do masażu i inne przedmioty podczas spotkań (np. kulinarnych), połączonych z występami kabaretowymi. Artyści, którym żaden pieniądz nie śmierdzi, chętnie wspierają nieetyczną działalność firmy. Pod szyldem Eco-Vital występowały takie sławy jak Cezary Pazura lub Andrzej Grabowski.
Działalność polegająca na wciskaniu starszym osobom przedmiotów po niebotycznych cenach oraz praktyki, jakie stosują sprzedawcy by „zmiękczyć” klientów były szeroko opisywane w prasie, dlatego nie będę się nad nimi rozwodzić. Parę dni temu, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył na spółkę karę w wysokości 200 tys. złotych za naruszanie praw kupujących. Nieprawidłowości dotyczyły między innymi warunków rezygnacji z towaru i niewywiązywania się z obowiązków informacyjnych.
Wcześniej raczej z umiarkowaną uwagą śledziłem publikacje na temat tej firmy i jej podobnych. Ale zaledwie wczoraj, zdałem sobie sprawę z tego, że z Eco-Vital od dłuższego czasu się „przyjaźnię”. Otóż co najmniej parę razy w tygodniu, jakieś natręty dobijały się do mnie na telefon komórkowy, zazwyczaj w momencie, gdy byłem na wykładzie lub jechałem autobusem. Nie odbierałem, osoba, która chciała się ze mną połączyć dzwoniła z Poznania – nie mam tam żadnych znajomych, więc najzwyczajniej w świecie odrzucałem połączenia, wiedząc, że to nikt z kim miałbym ochotę porozmawiać.
W końcu, to napastowanie zaczęło mnie męczyć. Wczoraj, po powrocie z uczelni, wpisałem w przeglądarkę hasło „nękanie telefonami”. Nie musiałem długo szukać, błyskawicznie znalazłem informacje o pewnej firmie z Poznania, do której nie tylko ja nie miałem już cierpliwości – Eco-Vital. Wtedy mnie olśniło. Przecież to nie pierwsze moje spotkanie z nimi. Kiedyś zdarzyło mi się odebrać telefon komórkowy i jakaś dziewczyna zaczęła mi zachwalać spotkanie kulinarne. Odmówiłem oczywiście, bo tego typu imprezy mnie zwyczajnie nie interesowały.
O wiele częściej jednak zdarzało mi się odbierać telefon stacjonarny, przez który ta firma mnie męczyła. Czasem odbierałem ja, czasem rodzice. Gdy to mi przychodziło podnieść słuchawkę, zazwyczaj, kiedy tylko usłyszałem, że zaczyna się zwyczajowa gadka, imię, nazwa firmy, „chcę przedstawić” mówiłem: „dziękuję, do widzenia”. Moi rodzice udawali przez chwilę, że słuchają, a potem odmawiali tak czy siak. Zmęczoną matkę, która po całym dniu pracy chciała się zdrzemnąć, budziły telefony, nie mogła odpocząć. Z zaspanym wyrazem twarzy zazwyczaj wysłuchiwała przez chwilę zachwaleń spotkania, ale odpowiedź była zawsze taka sama – nie, dziękuję. Nigdy nie wyraziliśmy chęci wzięcia udziału w tych „imprezach”.
Atakowani byliśmy więc z trzech stron: mojej komórki, komórki mojej matki i telefonu stacjonarnego. Skąd Eco-Vital miała nasz numer? Nie mam pojęcia. Dzisiaj, jak by to powiedziała popularna postać, którą odgrywa aktor wynajmowany przez firmę na swoje imprezy – pałka się przegła. Dostałem trzy telefony, a jeden z nich ponownie obudził moją matkę. Odebrałem i usłyszałem, jak jakiś mężczyzna się przedstawia. „Eco-Vital?”. „Tak”. Nie zdzierżyłem, powiedziałem w dość dosadnych słowach telemarketerowi by już więcej nie dzwonił, usunął numer z bazy danych, że nie jesteśmy zainteresowani i nigdy nie będziemy. Wspomniałem też o tym, że sprawa podchodzi powoli pod artykuł 190a Kodeksu Karnego o nękaniu. Osoba po drugiej stronie słuchawki wysłuchała mojej tyrady i powiedziała „w porządku, do usłyszenia”. Warknąłem na pożegnanie: „właśnie nie do usłyszenia!”, po czym się rozłączyłem.
Jestem raczej cierpliwą osobą i rozumiem, że osoba dzwoniąca po prostu chce zarobić. Ale mogę być uprzejmy tak długo, jak ktoś nie zacznie naruszać mojej prywatności i zawracać mi głowę dzień w dzień, chociaż ani razu nie wykazałem zainteresowania ich produktem.
Firmo Eco-Vital! Odczepcie się!

Źródła:

http://www.polskatimes.pl/artykul/1034551,kabaret-z-garnkami-za-13-tysiecy-firma-ecovital-pierze-mozgi-i-lamie-prawa-konsumenta,id,t.html