Rankingi Newsweeka – o poziomie i kłamliwej informacji

Choć publikuję na blogach Newsweeka, to przyznam szczerze – papierowego tygodnika Newsweek nie lubię. Były czasy, gdy kupowałem go dość często. Obecnie, nie wiem, czy to kwestia zmian w moim myśleniu, czy kwestia treści w samym periodyku, jednak tematyka mi kompletnie nie odpowiada. Może mam dość uderzania w dzwon kontrowersji by przyciągnąć czytelników? Może losy Kościoła nie są dla mnie tak ważne, by co tydzień o nich czytać? Może przytłacza mnie spora część poświęcona ekonomii? Nie jestem w stanie powiedzieć.

Tak czy siak, rozstałem się z Newsweekiem jakieś parę lat temu i kupowane okazyjnie numery (głównie na uczelnię) jakoś mnie nie przyciągnęły na nowo. Dziś, zrobiłem wyjątek. Kupiłem sobie świąteczny, noworoczny numer z rankingami. Byłem ciekawy, szczególnie po ostatnim wpisie o „najważniejszych wydarzeniach roku, czyli tryumfie matki małej Madzi”, co zaprezentuje nam Newsweek. Nie zaskoczę chyba nikogo jeżeli napiszę, że się zawiodłem.

Oczywiście, rankingi są subiektywnie (chociaż to słowo kompletnie nie pasuje do dziennikarstwa) dobrane. Zebrała się redakcja, wybrała parę wydarzeń i wrzuciła do gazety. Ludzie lubią takie podsumowania. Patrzą na sprawy, o których słyszeli w ciągu roku, o których informowały media. I mogą je „wartościować”. Wartościowanie, wybieranie od 1 do 10, jako takie już jest złe, bo bez przyjęcia jakiegoś określonego schematu wyboru „ważności” wydarzenia i zaprezentowania go czytelnikowi, taki ranking można sobie wsadzić tam, gdzie słońce nie dochodzi.

Dlatego łatwo mi krytykować umieszczenie na pierwszym miejscu „Światowych wydarzeń roku” rewolucji papieża Franciszka, która jeszcze się na dobre nie zaczęła i zresztą, jak nadmienia sam autor, dopiero „zapowiadają się” historyczne zmiany. Nie podoba mi się też tekst o „watykańskich aparatczykach” (takie słowo pojawiło się w tytule akapitu), gdzie autor pisze, że radykalne zmiany „każą przypuszczać”. Kojarzy mi się to z „dziennikarstwem gdybającym” braci Karnowskich, którzy też ostatnio „przypuszczali”, że Andrzej Turski, już świętej pamięci, ma problem z alkoholem.

„Polski temat roku”, na pierwszym miejscu „Kościół ma kłopot z pedofilią”, mówi samo za siebie. W rankingu pominięto awanturę przy próbach zaostrzenia prawa aborcyjnego, ustawę śmieciową (!) i ostatnie przepychanki z OFE. Na drugim miejscu co prawda są „Sześciolatki w szkole”, czyli w końcu jakiś temat, który dotyka wszystkich obywateli, niemal bezpośrednio, ale już na trzecim „Tragedia na Broad Peaku” (w której zmarło dwóch himalaistów, więcej osób ginie w ciągu godziny) i na piątym „Klęski polskiego futbolu”, czyli nic nowego, bo nasi piłkarze już od dłuższego czasu grają na niskim poziomie. Wydarzenia, które nie wstrząsnęły tak naprawdę opinią publiczną, bo zdarzają się zbyt często, by faktycznie kogokolwiek zszokować.

Uśmiałem się setnie, gdy przeczytałem ranking „Ksiądz roku”, bo taki prędzej powinienem zobaczyć w jakimś czasopiśmie religijnym. Ot, taka laurka dla duchownych z którymi się zgadzamy i którzy akurat nie palnęli jakiejś kompletnej durnoty. Reszta rankingów była albo w miarę normalna, albo tylko odrobinę niedorzeczna.

I dochodzimy do rankingu, który zmotywował mnie do napisania tego tekstu. „Obciach roku”. Sądzę, że jedno z czołowych miejsc powinni zająć redaktorzy Newsweeka, bo trzeba mieć naprawdę pecha, by w takim zestawieniu zrobić błąd, który tak godzi w sztukę dziennikarską. No, w tekście zamieszczono fałszywą informację i tyle. Po głowie powinni w szczególności dostać redaktorzy działu „Świat”, czyli Panowie Jacek Pawlicki, Michał Kacewicz, Maciej Nowicki i Marek Rybarczyk, którzy taką gafę powinni wychwycić w mgnieniu oka. Otóż na piątej pozycji w rankingu „Obciach roku” mamy „Słitfocia z pogrzebu Mandeli”. I cytuję:

„Najgłupsze selfie roku. Prezydent Obama i premier Cameron dali się namówić na wspólną fotkę ze smartfona premier Danii Helle Thorning-Schmidt. Miliony widzów oglądających relację z pogrzebu Nelsona Mandeli zobaczyły dwóch durniów umizgujących się do skandynawskiej blondynki”.

Gdy to przeczytałem, miałem ochotę wyrzucić gazetę przez okno.

Po pierwsze, to nie był pogrzeb, tylko uroczystości pożegnalne. 8 grudnia urządzono „dzień modlitwy i refleksji”, 10 grudnia miały miejsce właśnie uroczystości (kiedy wykonano to zdjęcie), a dopiero 15 odbył się pogrzeb. To jednak JEST różnica i porządny dziennikarz, z minimalną chęcią do weryfikacji swoich tekstów (tym bardziej, że cała sprawa była NAPRAWDĘ głośno omawiana i tłumaczona) nie powinien dawać takiego babola już na dzień dobry w tytule. Po drugie, ceremonia odbywała się w radosnej atmosferze, Afrykańczycy tańczyli, śpiewali, żegnali pięknie Nelsona Mandelę. Nawet gdy przemawiał prezydent USA to krzyczeli i machali kolorowymi flagami. „Selfie” Obamy, Camerona i Thorning-Schmidt nie było tak naprawdę niczym dziwnym. Gdy to przeczytałem, miałem wrażenie, że dziennikarz, który to napisał jest durniem umizgującym się do czytelników (korzystając z jego słownictwa). Ależ obciach!

Swego czasu, Tomasz Lis, podczas debaty na Uniwersytecie Warszawskim powiedział:

„Też wyjdę na idiotę, ale powiem, że jestem wystarczająco inteligentny, żeby występować w telewizji, ale nie, żeby ją oglądać. I trochę a propos tego zidiocenia, ja doszedłem do bardzo smutnego wniosku: widz w Polsce ogłupiany od lat, konsekwentnie przez wszystkich, bo tu jest straszna rywalizacja – zdebilenie w jednostce czasu – kto osiągnie największy sukces. Widz w Polsce wybaczy wiele, bardzo wiele, ale jednego nie wybaczy nigdy: nigdy, przenigdy nie wybaczy tego, żeby go potraktować poważnie. Włączyłem sobie dzisiaj kanał TVN 24 i oglądałem go całkiem długo (…) i byłem tym zafascynowany, bo w telewizji informacyjnej przez trzy godziny właściwie o niczym mnie nie informowano. Przez trzy godziny się do mnie mizdrzono. Wszystko sprowadzone do anegdoty. Nie możemy mówić poważnie, bo poważny, to znaczy nudny, a jak nudny, to te barany wezmą pilota i przełączą.”

I miał rację, chociaż może nie wiedział, że w 2010 roku, te same słowa będzie można skojarzyć z jego tygodnikiem. Niestety, nie zanosi się na to, bym w 2014 roku powrócił do czytania Newsweeka. Można powiedzieć, że jestem „wystarczająco inteligentny” by tego nie robić. Jestem w stanie znieść zasypywanie „głupimi” informacjami, ale te fałszywe i nieprawdziwe mnie dosłownie odrzucają, nie ważne, czy w gazecie prawicowej czy lewicującej.

Tak czy siak, czytelnictwo Newsweeka ciągle rośnie. „Barany” otrzymują to czego chcą. Nawet, jeżeli karmione są kłamstwem.

Najważniejsze wydarzenia roku, czyli tryumf matki małej Madzi

Dzisiejszy wpis początkowo chciałem poświęcić wydarzeniom w Rosji. Zamachom w których giną ludzie, brutalnej walce o „wolność” i temu co nas czeka w lutym, kiedy w końcu rozpoczną się Zimowe Igrzyska Olimpijskie 2014. Jednak napiszę o Katarzynie W. aka Matce Małej Madzi. Czemu? Bo o tym z chęcią przeczytacie. Kogo obchodzą jakieś zamachy w dzikiej Rosji, kiedy możemy śledzić z wypiekami na twarzy losy dzieciobójczyni skazanej na 25 lat więzienia?

Teraz na poważnie.  TVN24 zorganizował głosowanie na najważniejsze wydarzenie roku 2013 w Polsce i na świecie. Do każdej kategorii wybrano 10 spraw z bieżącego roku, które redakcja uznała za najciekawsze (zapewne na podstawie ilości wejść w artykuły). W „Polsce” możemy głosować m.in. na pierwszy przeszczep twarzy w naszym kraju (i pierwszy na świecie przeprowadzony dla ratowania życia), referendum w Warszawie, rekonstrukcję rządu i zmiany w OFE. Na „Świecie” zaś, według TVN24 najważniejsze były takie wydarzenia jak przejęcie władzy w Korei Północnej przez Kim Dzong Una, ujawnienie PRISM, zamach stanu w Egipcie i śmierć Nelsona Mandeli.

Ankieta dość ograniczona, bo nie da się zmieścić w dziesięciu wydarzeniach tego, co działo się przez cały rok. Każdy ma też jakieś subiektywne odczucia i inaczej potraktuje daną informację. Można jednak powiedzieć, że mamy jakiś wybór, mamy alternatywy. Głosowanie trwa, chociaż wątpię, by jego ostateczne wyniki jakoś diametralnie różniły się od aktualnych.

Teraz, na pierwszym miejscu w Polsce króluje, no zgadnijcie, co? Skazanie Katarzyny W. Sprawę dzieciobójczyni o której miesiącami rozpisywały się tabloidy internauci obecnie uznają za NAJWAŻNIEJSZE WYDARZENIE ROKU 2013. Na drugim miejscu uplasowały się skandale pedofilskie w Kościele, na trzecim rekonstrukcja rządu. Czyli najbardziej znaczącą sprawą dla nas, obywateli (a raczej dla osób oglądających TVN24) było to, że „jakaś baba z którą nigdy nie mieliśmy do czynienia zabiła dzieciaka”. Wydarzenia, które dotkną nas, osobiście, takie jak zmiany w OFE i posyłanie sześciolatków do szkół, uplasowały się na odległych miejscach – ósmym i dziewiątym. Dziwicie się, że politycy tak naprawdę nie muszą się obawiać suwerena jakim jest naród i mogą robić co chcą? Mniej ważny według internautów był tylko pierwszy, udany w Polsce przeszczep twarzy. Zajął marną, dziesiątą lokatę.

A co z głosowaniem na najważniejsze wydarzenie na świecie? Tu jest lepiej. Na pierwszym miejscu – przejęcie przez Kim Dzong Una władzy w Korei Północnej. Na drugim ujawnienie przez Edwarda Snowedena projektu PRISM. Trzecie miejsce bruka nieco usunięcie piersi przez Angelinę Jolie (rzeczywiście, wśród konfliktów w Afryce i na Bliskim Wschodzie, walce z przestępczością w Ameryce Południowej i problemów seksualnych w Azji, ta sprawa jest najgodniejsza na trzecie miejsce). Jednak narodziny „royal baby”, dzięki Bogu, uplasowały się na ostatniej pozycji. Wiara w ludzi odzyskana.

No, może nie do końca. Pozostaje ta nieszczęsna „matka małej Madzi”. Często spotykam się z opinią, że media karmią nas, za przeproszeniem, gównem. Że informacje w nich są dla idiotów, że koncentrują się tylko na złych rzeczach, że ogłupiają. Mówią to często osoby, które śledzą właśnie te media których tak nienawidzą. Z bólem serca oglądają te wszystkie TVNy, Polsaty i TVP, aby potem móc pomarudzić, na swoją urażoną ściekiem informacyjnym inteligencję. I to jest chyba powód, dla którego ludzie łakną takich kontrowersji, które ani nie wpłyną na ich życie, ani nie zmienią niczego w społeczeństwie. Ot, historyjka, niczym bajka dla dziecka, tyle, że z dzieciobójczynią i duszonym niemowlakiem w roli głównej.

Kto chce, ten odnajdzie źródła, które mu będą odpowiadać. Poszuka w internecie, mamy naprawdę ogromny dostęp do różnorodnych informacji. Mamy dziennikarstwo obywatelskie, mamy media spoza mainstreamu. Wystarczy wklepać w Google frazę, która nas interesuje i mamy informacje z setek źródeł.

Media z głównego nurtu dostosowują się do odbiorców. Dalej się dziwicie, że tak wiele pisano i mówiono o „matce małej Madzi”?

Kultura słowa posłów, czyli dziwki, cioty, murzynki i kurewstwo

W 2011 roku, John Godson, ówczesny poseł PO (obecnie niezrzeszony) przeprowadził ankietę. Spytał ponad 500 osób o to, jakie cechy powinien mieć idealny polityk. 34% najbardziej ceniło „uczciwość”, 11% „słowność” a 9% „pracowitość”. W czołówce nie pojawiły się za to „kulturalność” i „szacunek dla rozmówcy”. Efekty tego widać w Sejmie, bo posłowie często mają problemy z utrzymaniem nerwów na wodzy…

Najświeższym przykładem na to, że parlamentarzyści potrafią mieć cięty język i nie powstrzymują się przed najbardziej wymyślnymi ripostami, jest starcie Janusza Palikota i Leszka Millera podczas debaty na temat OFE. Przewodniczący SLD, którego imię często pojawiało się w przemówieniu szefa Twojego Ruchu, powiedział, że skoro ten „w stanie bezrozumnego oszołomienia” oczekuje riposty, to odpowie słowami polskiego poety, Juliana Tuwima (zapewne nieprzypadkowo, bo rok 2013 został ogłoszony uchwałą Sejmu, Rokiem Juliana Tuwima). Nie przywołał jednak fragmentu „Lokomotywy” czy „Słonia Trąbalskiego”, a sięgnął po fraszkę „Na pewnego endeka, co na mnie szczeka”. Miller wyrecytował: „Próżnoś repliki się spodziewał, nie dam ci prztyczka ani klapsa. Nie powiem nawet pies cię…, bo to mezalians byłby dla psa”. Sala Sejmowa wybuchnęła śmiechem, a zdenerwowany Janusz Palikot, wkroczył na mównicę, próbując wybrnąć z sytuacji.

Pan jest zerem, panie pośle”

Rzucanie rękawicy Leszkowi Millerowi jest niebezpieczne. Do czasu deklamacji ostatniego wiersza, najostrzejszymi słowami polityka SLD o posłach Twojego Ruchu, było: „Pani marszałek, ta naćpana hołota nie jest w stanie mi przeszkodzić”, kiedy to członkowie przeciwnej partii próbowali zagłuszyć jego przemówienie. Leszek Miller potrafi być jednak o wiele ostrzejszy, a jego słowa zapisują się w pamięci na lata. Chyba jedną z jego najbardziej znanych wypowiedzi była ta, skierowana do Zbigniewa Ziobry, podczas przesłuchań sejmowej komisji śledczej w sprawie tzw. afery Rywina. To właśnie wtedy padły pamiętne słowa: Pan jest zerem, panie pośle”. Nie skończyło się tylko na nich, podczas programu „Co z tą Polską” Tomasza Lisa, Leszek Miller powiedział o Zbigniewie Ziobro: „Mój problem polega na tym, że ja uważam pana posła Ziobro za zdolnego człowieka… tylko niestety zdolnego do wszystkiego”. Po raporcie prawicowego polityka w sprawie afery Rywina mówił: „Goebbelsowskie kłamstwo wprowadzone goebbelsowską metodą; jeśli jest sprawiedliwość na tym świecie, to zwolennicy takich rozwiązań powinni skończyć tak jak Goebbels”. Jedną z jego bardziej znanych ripost, są też słowa skierowane do Stefana Niesiołowskiego: „Mówię do ludzi rozumnych, a więc nie do pana.”

…zachowuje się jak katolicka ciota”

Janusz Palikot jednak najwyraźniej nie boi się starszego weterana, bo sam potrafi nie gorzej ranić słowem. Jego wypowiedzi, które miały jawnie urazić interlokutora jest tak wiele, że nie sposób ich wszystkich przytoczyć. Oto niektóre z nich: „Duch Belzebuba z Torunia pomieszał panu język” (do Jacka Kurskiego), „Gowin zachowuje się jak katolicka ciota”, „Michalik jest taki sam, jest takim samym chamem jak Rydzyk”, „PZPN to burdel, w którym dziwki zarażają HIV-em”, „Bronisław Komorowski pójdzie na polowanie na wilki, zastrzelimy Jarosława Kaczyńskiego, wypatroszymy i skórę wystawimy na sprzedaż”, „Jest kurewstwo w polskim państwie”. Znany z kontrowersji polityk, oczywiście ma wyjaśnienie na to, dlaczego używa tak ostrych słów: „Ja ten język tylko doprowadziłem do absurdu, pokazując, jak bolesne dla nich jest, gdy się taki język obraca przeciwko nim. To był wynik pewnej bezbronności”.

Wasz murzynek głosuje razem z Wami”

Nie każdy poseł jednak potrafi obrażać innych z pomocą porównań czy metafor. Niektórzy wolą zwięzłe, krótkie riposty. Brakiem polotu wykazały się posłanka Krystyna Pawłowicz (PiS) i była minister pracy i polityki społecznej Jolanta Fedak (PSL), które swoim rozmówcom kazały po prostu „spierdalać”. Poseł Rynasiewicz (PO), również nie szukał barwnych sformułowań, podczas jednego z głosowań na komisji infrastruktury, nieświadomy tego, że mikrofon bardzo dobrze potrafi nieść dźwięk, wymruczał pod nosem, że jego kolega z partii jest męskim przyrodzeniem (a konkretniej: „Borowiak kutas”) i zagroził, że jeśli nie podniesie ręki to zrobi mu krzywdę (czyli przypierdoli). Poza użyciem najprostszych inwektyw, można też odnieść się chociażby do czyjegoś koloru skóry lub płciowości. „Wasz murzynek głosuje razem z wami”, powiedział poseł PiS Marek Suski o Johnie Godsonie z PO. A posłanka Krystyna Pawłowicz (PiS) skomentowała całą postać transseksualnej posłanki Anny Grodzkiej (Twój Ruch) słowami: „Do tego Grodzkiego, bo jak widzę faceta obok siebie, to jak mogę się zwracać „proszę pani”, mówię: „Jak się człowiek nażre hormonów, to nie staje się kobietą”.

Ale pieprzy”

Większość swoich negatywnych opinii, posłowie wygłaszają z dala od osoby obrażanej, co jest zrozumiałe, bo można się narazić na szybką odpowiedź albo cios w ucho. Wyjątkowe możliwości w tym wypadku daje internet. Parlamentarzyści mogą na przykład używać wulgarnych sformułowań na Twitterze. Z tej opcji skorzystał rzecznik prasowy PSL Krzysztof Kosiński, który podczas konferencji prasowej Władysława Serafina „zaćwierkał”: „Kończ waść wstydu oszczędź (…) Ale pieprzy”. Poseł PO, Maciej Zieliński, chciał w jakiś mądry, ciekawy sposób skomentować zamieszanie wokół organizacji meczu Polska-Anglia (ten, podczas którego na Stadionie Narodowym w Warszawie powstał basen), więc napisał: „JEBAĆ PZPN!!!”. Stanisław Pięta z PiS, planował „ogólnopolską akcję oczyszczania kraju z lewackiej hołoty”, po tym jak członkowie Ruchu Palikota zapowiedzieli objazd po Polsce.

Nasi politycy chcą bardzo przypodobać się „ciemnemu ludowi” (słowa Jacka Kurskiego) i próbują pokazać się od tej bardziej swojskiej, niemal prymitywnej strony. Ciężko określić czy są to zabiegi celowe, czy raczej problemy z opanowaniem emocji i języka. Niektórym parlamentarzystom, takim jak Leszek Miller, udaje się zapisać w historii dzięki swojej ripoście. Po słowach innych pozostaje jedynie niesmak, który z czasem mija, bo pojawiają się nowe obelgi, a o starych się zapomina. Czy naprawdę „ciemny lud to kupuje” i wolimy słuchać chamskich odzywek niż rzeczowych, merytorycznych debat?

Wersja ocenzurowana na:
http://www.tworzywo-online.pl/?p=333

Wielcy obrońcy moralności, czyli festiwal prawicowej hipokryzji

No i kolejna sprawa w której obrońcy moralności z prawej strony politycznej pokazują swoje prawdziwe (?) oblicze. Wyjątkowo mi bliska, bo miała miejsce w Olsztynie, a na nagraniach ujawnionych przez Wprost pojawia się nawet pani Iwona Arent, dość znana postać w mieście (na nagraniach: w pozytywnej roli). To właśnie na jej imieninach, poseł Tomasz Kaczmarek, reprezentant partii znanej ze swego poczucia prawa, sprawiedliwości, uszanowania wartości oraz moralności, wyzywał męża kobiety, która prawdopodobnie jest jego kochanką. Groził Arkadiuszowi Sztylcowi, że da mu w mordę, że poszczuje go swoimi kolegami z CBA i kazał, mówiąc niedelikatnie, spierdalać.

To już nie pierwszy wybryk naszego boskiego 007. Może będę nieuprzejmy, ale trzeba być dupkiem z natury, by pracować dla służb specjalnych jako żigolak, rozkochiwać w sobie kobiety i wbijać im nóż w plecy. Nijak to się ma do miłości wobec bliźniego czy poszanowania zasad życia społecznego, którymi tak stara się kierować prawica. Tymczasem Tomasz Kaczmarek zostaje posłem prawicowej, konserwatywnej partii. I nikt nie ma o to do niego pretensji. Bo jak ktoś udupia innych po naszej myśli to dobrze. A jak ktoś nie zgadza się z naszymi opiniami to „niszczy rodzinę”, „sieje zgorszenie” i „atakuje patriotów”. Naszym można wybaczyć. Robią w dobrej wierze.

Ot, tacy patrioci z fajfusami na wierzchu, że nawiążę do „gróźb” Adama Hofmana, który chciał koleżankom prezentować swoją knagę. Ci, którzy tak warczą na odsłonięte dekolty, pornografię, pedałów i nieobyczajne zachowania, sami prezentują poziom godny rynsztoku. Na takim właśnie poziomie był chociażby Przemysław Wipler, również prawicowy polityk, który obiecał żonie, że nie będzie pił, a tutaj wtopa – przyłapany na alkoholowych wojażach podczas których bił policjantów. Małżonka musiała być bardzo dumna ze swego męża reprezentującego w Sejmie „zdrowe myślenie zgodne z naukami Kościoła i moralnością”. Miłością do bliźnich tętni też posłanka Krystyna Pawłowicz, która podczas jednej z obrad poprosiła serdecznie i z dobrą wiarą Marka Balta, by ten spierdalał.

Kochanki, alkohol, bójki, niemoralne prowadzenie się – nie powiem, że to esencja dzisiejszej prawicy. Jednak zachowanie niektórych posłów oraz przedstawicieli konserwatywnej myśli, odbiegające w znacznej mierze od prezentowanych poglądów, zostawia ogromną rysę na ich wizerunku, psując opinię tym, którzy naprawdę chcą żyć moralnie, „tak jak przykazał Bóg”.

Hipokryzja tych indywiduów oraz bezczelność z jaką mówią ludziom jak mają się zachowywać przekracza wszelkie granice. To jest po prostu skandal i, przepraszam za mocne wyrażenie, skurwysyństwo. Takie zakłamanie osób, które „bronią moralności” to nie nowość. Już w średniowieczu papieże lubili się zabawić z paniami/panami, podczas gdy ciemny lud uważał myśl o „grzesznym” uczynku za zbrodnię. Dziesiątki, setki, jeżeli nawet nie tysiące, prawicowych polityków z różnych krajów jest nakrywanych na dewiacjach (którymi tak gardzą) lub niemoralnym prowadzeniu się (które tak potępiają w trosce o dobro rodziny i państwa).

Co jest przyczyną tej hipokryzji? Mogę tylko zgadywać, że to przez:

-strach przed reakcją społeczeństwa

-ślepą wiarę w ustalone, stereotypowe normy społeczne

-zazdrość

-chęć ustawienia wszystkiego po swojej myśli

-kompleksy

-chęć użycia sfery ludzkiej moralności i seksualności do kontroli ludzi

-zwyczajne skurwysyństwo

-chorobę psychiczną

…prawicowi wybrańcy jedno mówią, a drugie robią, zatracając się w swojej pogardzie dla wszelakiego człowieczeństwa oraz szacunku wobec innych (w szczególności wyborców). Ktoś ma inne pomysły? Jest jakiś psycholog na sali?

Chciałoby się wierzyć w prawicę reprezentowaną przez wyedukowanych, patriotycznych, kulturalnych, tolerancyjnych, odważnych ludzi. Polscy politycy jednak bardzo dbają o to, by ta strona ideologiczna kojarzyła się z zapijaczoną, zdradziecką, agresywną, tępą kanalią. Ludziom jednak chyba pasuje taka wizja. Przeciwnikom prawicy – bo mają powody do jej krytyki. Zwolennikom… bo widzą podobieństwa? Przecież to swój chłop jak lubi wypić, przekląć, a winny zdrady nie jest „nasz”. Ręce opadają. Prawicy, niestety ciągle stoi.

Sesje RPG w internecie – o PBFach (cz. II)

W poprzednim tekście o PBFach, z pomocą Kelana, określiłem mniej więcej czym jest „play by forum” i jak wygląda gra na tego typu portalach. Skoro już znamy podstawy, to zagłębmy się w świat seksu, kłótni oraz ploteczek, które są nieodłącznym elementem sceny PBF.

Ale najpierw garść statystyk, które wyciągnąłem od adminów. Złotym miesiącem dla forów fabularnych jest październik. To wtedy dołącza najwięcej graczy i panuje największy ruch. Związane jest to zapewne z rozpoczęciem roku akademickiego – ludzie nudzą się, mają za dużo wolnego czasu, skończyły się ich wakacyjne wyjazdy, więc próbują jakoś zagospodarować sobie czas. W tygodniu najbardziej aktywne są poniedziałki i niedziele. Ruch jest największy w godzinach 18 – 22, a gracze pochodzą głównie z Warszawy, Gdańska, Krakowa, Lublina i Wrocławia (graczy z Olsztyna można pewnie policzyć na palcach jednej ręki). Użytkownicy spędzają na forum 15 minut dziennie, jednak jest to statystyka mocno zaniżona, bo wiele kont to „userzy widmo”, którzy wchodzą na chwilę, oglądają forum i wychodzą, nigdy już nie wracając. Koniec suchych statystyk.

Ciężko określić przedział wiekowy w którym znajduje się największa grupa graczy PBFów. Na pewno dominują młodzi, ale nie brakuje też starszych osób. Użytkownicy powyżej 30 roku życia nikogo nie dziwią, a sporadycznie zdarzają się też staruszkowie, którzy poradzili sobie z „rewolucją informatyczną” i spędzają czas w wirtualnym świecie. Elitę na forum (co szczególnie mocno widać na tekstówkach typu „vallheru”, tzw. vallherówkach) stanowią zazwyczaj ludzie w trakcie lub po studiach, z dość bogatym życiem towarzyskim, często związane ze środowiskiem fanów fantastyki i mangi, bywające na konwentach, nie mogące narzekać na brak znajomych.

Elity bywają problemem, bo odcinają się od reszty graczy i, nawet jeżeli sami tego nie zauważają, to tworzy się bariera między starą a nową ekipą, której nie da się łatwo zburzyć. Brak wyczucia sytuacji prowadzi do zniechęcenia potencjalnych użytkowników. A elita zazwyczaj nie trwa wiecznie, bo albo się nudzi grą, albo zostaje rozbita przez wewnętrzne niesnaski (które musi razem z nimi przeżywać całe forum). Jeżeli admin nie wyczuje momentu, w którym trzeba dopuścić „świeżą krew” do głosu, może zostać na forum sam, albo nie mieć ani trochę poważania wśród „nowych”. Czyli walka klas przeniesiona do świata wirtualnego.

PBFy i tekstówki są też miejscem rewolucji seksualnej. Szczególnie te drugie są narażone na zalew młodych erotomanów, bo jest tam większa anonimowość, a kontakt między graczami odbywa się głównie na prywatnej poczcie. Na forum trudniej ukryć „seksje”, a i użytkownicy chętniej o sobie plotkują i wiedzą co w trawie piszczy. Dyskusja o zbyt bliskich interakcjach między postaciami na grach fabularnych toczy się od lat. Chyba nie skłamię, jeżeli powiem, że zdecydowana większość akceptuje ten rodzaj cyberseksu i nie utożsamia go z prawdziwym działaniem czy uczuciem. „To tylko postaci, nie my. Co z tego, że gram prostytutką? A jeżeli ty grasz zabójcą, to znaczy, że jesteś zabójcą w prawdziwym życiu?”. O to się głównie rozbija cała sprawa. Czy seks, gdy wcielamy się w fikcyjną postać to już cyberseks czy tylko „odgrywanie fabularne”? Prawdziwy boom na ladacznice miał miejsce parę lat temu i to wtedy dochodziło do najostrzejszych dyskusji, w których przewijała się sprawa wierności (bo partnerzy, aktualni i przyszli, nie zawsze mogą być zadowoleni z tego, że ich druga połówka uprawiała cyberseks), demoralizowania młodzieży i tego „jak żałosnym trzeba być by uprawiać TO przez internet”. Obecnie, prostytutka na grze PBF lub tekstówce nikogo nie zaskakuje, chociaż takie osoby, jeżeli nie mają związków z elitą, nie są darzone zbyt wielką estymą, a za ich plecami huczy od złośliwych komentarzy.

O złośliwe komentarze zresztą na PBFach nie jest trudno. Zbierają się tam różni ludzie, jedni bardziej sympatyczni, inni mniej. Największą zarazą są oczywiście trolle, które rejestrują się tylko po to, by napsuć komuś krwi, a banowanie ich i kasowanie kont nie przynosi efektu na dłuższą metę. Troll po prostu robi sobie nowe konto (zazwyczaj mają zmienne IP, więc nie da się ich całkowicie zablokować). Musimy też uważać, by nie dać się przez nich oszukać. Znam historię znajomego, który przez cztery lata pisał z uroczą dziewczyną (poznaną właśnie na PBFie). Wiązał z nią swoje nadzieje na przyszłość. Po tak długim czasie okazało się, że dziewczyna ma na imię Igor. Ała. Kłótnie, obgadywanie się i knucie za plecami to też normalka na PBFach. Ludzie poniekąd traktują to jak drugie, alternatywne życie oraz odskocznię od codziennych wyzwań.

Na forach rodzą się nie tylko złe emocje, ale też… związki. Znam sporo osób, które poznały się przez internet właśnie podczas sesji rpg i ostatecznie skończyły razem na ślubnym kobiercu. To zasługa tego, że na konkretnego PBFa trafiają zazwyczaj ludzie o podobnych zainteresowaniach, którym łatwiej dogadać się ze sobą. Odszukanie forum na którym spotkamy osoby ze wspólnymi pasjami nie jest trudne z racji na szeroką tematykę gier fabularnych. Forum w klimatach renesansowej Wenecji? Proszę bardzo. Wszelakie Harry Pottery, Naruto, Pokemony, Megamany i kucyki? Proszę bardzo, takich PBFów jest od groma. Filozofia w klimatach horroru? Pewnie. Postapokalipsa z gwałcącymi wszystko hipopotamami? Oczywiście. Na pewno znajdziemy coś dla siebie. Trzeba tylko chcieć.

„Dziennikarstwo gdybające” braci Karnowskich

Jestem naprawdę oczarowany. Na naszych oczach kwitnie nowy rodzaj dziennikarstwa, wywracający do góry nogami stare zasady. Nie, przesadzam. Funkcjonuje on już od dłuższego czasu w tabloidach, a teraz zaczął się wkradać na salony poważniejszych mediów. I to jak skutecznie! Wystarczyła jedna „gdybająca publikacja” by poruszyć wiele osób związanych z mediami, polityków oraz zwykłych obywateli.

Piszę tutaj oczywiście o sprawie zdjęcia Tuska i Putina z okładki „odważnego tygodnika młodej Polski” wSIECI, braci Karnowskich. Zdefiniować „dziennikarstwo gdybające” można bardzo łatwo – 100% insynuacji, 0% faktów. Tak właśnie zaprezentowano to zdjęcie ze Smoleńska. Wrzucili je na okładkę, by każdy czytelnik mógł sobie pogdybać, co tam Tusk z Putinem zmajstrowali przy Tupolewie. Premier Polski uśmiecha się po katastrofie. Jaki to fakt? Nudny. Ale już przy insynuowaniu co tam się działo, możemy puścić wodze wyobraźni.

„Dziennikarstwo gdybające” nie ma na celu informowania, poszerzania horyzontów, wyjaśniania zjawisk, zmuszania do dyskusji. Autorzy takich publikacji chcą po prostu komuś dowalić. Ot, „odważni, młodzi Polacy” – zamiast posługiwać się faktami, wolą odwoływać się do sfery wyobraźni, podsycać antagonizmy i żerować na czymś, nad czym można tylko pogdybać.

Prawdę mówiąc, sprawa zdjęcia Tuska i Putina mnie jakoś nie poruszyła. Media grzmiały nad biednym, małym wSIECI, a mi to zwisało. Publikacja świadczyła sama o sobie i o poziomie tej „gazetki”. Poirytowały mnie dopiero insynuacje portalu wPolityce.pl, również należącego do braci Karnowskich, szkalujące chorego prezentera TVP, Andrzeja Turskiego.

Po prostu nie wiem jak trzeba być obrzydliwym człowiekiem, by promować swój portal słowami: „UCZCIWY PUNKT WIDZENIA. Zawsze po stronie prawdy, zawsze po stronie Polski”, a potem w prymitywny, bezczelny sposób publikować informacje kłamliwe, niesprawdzone i opierające się głównie na insynuacjach. Na stronie wPolityce.pl pojawił się tekst o Andrzeju Turskim, prowadzącym „Panoramy”, który jakiś czas temu zrezygnował z pracy w telewizji. 70-letni mężczyzna, który zmagał się z chorobą nowotworową, cierpi na cukrzycę, a w czwartek trafił do szpitala, gdzie był trzykrotnie reanimowany, według „nieznanego informatora” miał opuścić pracę bo… pił alkohol. Jedynym źródłem tego tekstu jest artykuł z bliźniaczego portalu – wSumie.pl. Obecnie już tego tekstu tam nie znajdziemy, a odnośnik z wPolityce.pl prowadzi do niedziałającej strony.

Telewizja TVP wysłała list do redakcji portalu, a ten… opublikował częściowo prośbę o sprostowanie i dalej szydził z chorego, starszego człowieka. Ostatecznie, sprawa prawdopodobnie będzie miała swój finał w sądzie. Według Hanny Lis, Karnowskim należy się tytuł „Hieny Roku”.

To doskonały przykład „dziennikarstwa gdybającego”. „Tajemniczy informator” pisze o alkoholowych problemach starszego, chorego człowieka, bez żadnych dowodów, materiałów, ot tak sobie gdyba, że coś „jest na rzeczy”. I sygnuje to słowami „zawsze po stronie prawdy, zawsze po stronie Polski”. Za przeproszeniem, ale trzeba być po prostu skurwysynem by coś takiego zrobić.

Panowie Karnowscy odpowiedzialni zarówno za ten portal, jak i za publikacje we wSIECI, powinni spalić się ze wstydu. Pisanie bajek, wbijanie komuś szpil, antagonizowanie społeczeństwa i dyskredytowanie ludzi bez poparcia faktami, nie mają nic wspólnego z dziennikarstwem, a psują tylko jego wizerunek (który i tak jest mocno nadszarpnięty). Jakim trzeba być człowiekiem, by robić te rzeczy pod szyldem patriotyzmu i prawdy?
Źródła:


http://wyborcza.pl/1,75478,15090468,wPolityce__Turski_pijany_prowadzil__Panorame___Hanna.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta_Wyborcza


http://wpolityce.pl/artykuly/68858-wsumiepl-ujawnia-prawdziwe-powody-odejscia-turskiego-z-panoramy-wystapil-pijany-na-wizji


http://wsumie.pl/gwiazdy/85947-turski-naduzyl-alkoholu