Rząd „Majdanu” stoi nierządem – powrót do punktu wyjścia?

Konflikt w Ukrainie śledzę od samego początku, jednak do tego momentu, nie zamieściłem o nim żadnego wpisu na blogu. Sytuacja była zbyt nieprzewidywalna, nie dało się określić, czy Janukowycz pozostanie u władzy i rozgoni protestujących, czy dojdzie do porozumienia (osobiście, właśnie na to obstawiałem) między stronami konfliktu, czy zwycięży rewolucja i zlinczuje prezydenta. Ostatecznie, spełniła się opcja numer trzy, a choć głowa Janukowycza nie potoczyła się po bruku, to „naród” osądził już jego czyny.

Łamiąc prawo i konstytucję ludzie z Majdanu przejęli władzę w sposób siłowy – nie bójmy się użyć tego stwierdzenia. Sytuacja nie była jednostronna, chociaż większość mediów tak ją przedstawiała. Polecam tekst Agnieszki Wołk-Łaniewskiej i Macieja Wiśniowskiego „Czarno-biała pomarańcza” (NIE, nr 8 [1222]), gdzie możemy przeczytać: „Czarno-białe sytuacje są wtedy, gdy jedni zabijają, a drudzy giną. Czarno-biała sytuacja jest wtedy, gdy wojsko rozstawia karabiny maszynowe i strzela do nieuzbrojonego tłumu. Jeśli z 26 zabitych w starciach 10 to milicjanci – uwodzicielska czarno-biała prostota znika”. Głos wschodu Ukrainy (który w wyborach w 2010 roku poparł Janukowycza), jest tak samo ważny jak głos zachodu (popierającego Tymoszenko), to jeden kraj, jeden naród. Lecz rząd nie będzie reprezentował narodu. Nie będzie reprezentował Krymu i wschodniej Ukrainy. One zostają z pustymi rękoma i wściekłość ich mieszkańców jest poniekąd zrozumiała. Rząd będzie reprezentował Euromajdan, bo władza została wydarta z rąk poprzedniej elity. Powołane zostaną dwa nowe urzędy: Biuro Antykorupcyjne i Komitet Lustracyjny, które na pewno zadbają o to, by wrogowie rewolucji zostali odpowiednio ukarani.

Zwycięzca bierze wszystko. Ukraina jest w tragicznym stanie, jej skarbiec świeci pustkami, wszechobecna jest korupcja i bieda, pojawiają się rozłamy w społeczeństwie. Nikogo jednak to nie obchodzi. Kwalifikacje nowego rządu (nie wszystkich jego członków oczywiście) są dyskusyjne, a rozdawnictwo pozycji ministrów wśród „swoich”, można uznać za przedłużenie tradycji poprzednich rządów i cień dawnego kolesiostwa. To populistyczna laurka dla Euromajdanu. Nawet oportunista Witalij Kliczko nie skorzystał z okazji do obsadzenia rządu swoimi ludźmi, bo wie, że to nie ma prawa wypalić.

Jacy kandydaci pretendują do miejsc w rządzie? M.in. ludzie z dawnego rządu Julii Tymoszenko – Jurij Prodan (minister energetyki) i Borys Tarasiuk (wicepremier ds. integracji europejskiej), osoby z prywatnego uniwersytetu, który wspierał protesty – Serhij Kwit (minister edukacji) i Paweł Szeremeta (minister gospodarki), a w końcu: bohaterowie Majdanu: pobita aktywistka-dziennikarka Tatiana Czornowoł (Biuro Antykorupcyjne), skatowany szef Automajdanu Dmytro Bułatow (minister młodzieży i sportu), komendant Majdanu Andrij Parubij (sekretarz RBN) i spiker, który wspierał protestujących Jewgienij Niszczuk (minister kultury).

Skład w pewnej części niedoświadczony i niegotowy na tak krytyczne sytuacje, przed którym stoi zadanie piekielnie trudne – szczególnie w momencie, gdy „Ukraina płonie”, lud oczekuje, Krym się „gniewa”, Rosja i UE naciskają, a bieda, niepewność i chaos szaleją.

To scenariusz dość znany. Bohaterowie stają przeciwko złej władzy, a gdy uda się ją w końcu zdobyć – sami stają się wrogami. Ukraina, po śmierci kilkudziesięciu osób i miesiącach protestów ma dużą szansę na powrót do punktu wyjścia. Tak jak stało się to po Pomarańczowej Rewolucji, równie emocjonalnie odebranej przez Zachód, po której obiecywano sobie wiele zmian. Wtedy zginęła jedna osoba. Nie minęła nawet dekada i ponownie ludzie wyszli na ulicę. Zginęło 96 protestujących i 29 milicjantów. Jak będzie wyglądała sytuacja za kolejnych dziewięć lat?

Legendy, wilki i Rumpelsztyk / Helroth – „Wataha”

Legendy i baśnie – element w dużej mierze zapomniany w nowej rzeczywistości XXI wieku. Legendy zostały zastąpione przez teorie spiskowe, baśnie przez filmy, komiksy i gry komputerowe. Czasami człowiek ma ochotę powrócić do tamtych czasów, gdy czytał z otwartymi ustami „Konika Garbuska” lub twórczość braci Grimm. Da się połączyć dawne historie z dynamiką dzisiejszego świata? Da. Na co dowodem jest album warszawskiego zespołu Helroth – „Wataha”, który wyszedł pod koniec 2013 roku.

Na debiutanckiej EPce znajduje się pięć utworów (ok. 25 minut muzyki), a każdy z nich to inna historia, choć we wszystkich mamy nawiązania do polskich legend, baśni, historii i kultury Słowian. Kawałki są dość różnorodne, jedne mocne, inne nieco delikatniejsze, jedne bardziej folkowe, inne bardziej metalowe. Poziom jeżeli chodzi o warstwę muzyczną jest jednak niezmiennie dobry, a nawet bardzo dobry. Mamy flety, skrzypce, gitary, perkusję, a wszystko połączone w sposób rozsądny, tak, że każdy instrument jest zaprezentowany i uwypuklony. Płyta prezentuje się naprawdę zróżnicowanie, dlatego „skreślanie” jej po przesłuchaniu jednego utworu jest wysoce niewskazane.

Na samym początku wita nas „Prząśniczka”, moim zdaniem najlepszy kawałek z całej EPki. To ubrany w muzyczną formę fragment historii z baśni braci Grimm „Titelitury” (oryg. „Rumpelstilzchen”, a według innych polskich przekładów: „Rumpelsztyk” lub „Hałasik”). W utworze bardzo podoba mi się podział na „głosy”: narrator śpiewa wyraziście i mocno, prząśniczkę obrazuje chórek, a karła podstępny, chrapliwy growl. Miłym zaskoczeniem byłoby, gdyby w przyszłości muzycy podążyli tym nurtem, łącząc metal z baśniami (nawet w dłuższej formie, tak, by przedstawić całe historie a nie tylko kawałki), bo to właśnie ten utwór wydaje mi się najbardziej interesujący i nadający całej płycie charakteru.

„972”, następny na liście, w warstwie muzycznej kojarzył mi się z utworem „Rusalka” Striboga, chociaż nie ma z nim za wiele wspólnego jeżeli chodzi o tekst. Rok w tytule nawiązuje oczywiście do Bitwy pod Cedynią. Dużo growlu, ciężki do zrozumienia, mocny, bojowy. Powiem szczerze, że nie zachwycił mnie, bo miałem już do czynienia z utworami w podobnym stylu, jednak nie można niczego zarzucić warstwie instrumentalnej.

„Silitian Tale”, śpiewany jest po angielsku i opowiada legendę o skarbie ze Ślęży. Tutaj również zastosowano przejście głosu, ze zrozumiałego, normalnego w coraz bardziej opierający się na growlu i „wściekłości”, dostosowując go do zmian w bohaterze i jego zachowaniu. Ogromny plus, choć historia jest raczej… nudna.

„Karczma Rzym” w tytule ma kolejne nawiązanie do polskich legend (do „Pana Twardowskiego” oczywiście), jednak tekst nie rozwija wyraźnie tego motywu (a szkoda!). To piosenka karczemna, którą można posłuchać przy piciu, jednak nie ma ona zbyt wyrazistej treści ani „historii”, tak jak reszta utworów. Zaciekawić za to może samo wykonanie, bo jest ono nagrane w czterech językach: polskim, serbskim, angielskim i w dialekcie alemańskim.

Tytułowa „Wataha”, jest bardziej udanym kawałkiem w stylu „bojowym” od „972”, chociażby dlatego, że mimo żywiołowego growlu da się zrozumieć tekst, a refreny są wykonywane czysto (mniej więcej). Motyw „wilka” i ofiary dla Świętowita jest na swój sposób ciekawy, utwór przypadnie do gustu fanom mocnego metalu i brzmień bojowych, mających obudzić bestię.

Damian „Mer” Pacholak z Helroth, zapytany o to co jego zespół chce przekazać w swojej muzyce, odparł: „Energię! Nasze utwory mają za zadanie poruszyć słuchacza. Muzyka nadaje odpowiedniego klimatu, który w każdym numerze jest odmienny. Nie chcemy przynudzać, przez co niejednokrotnie nasza muzyka była oskarżana o nadmierny ciężar kompozycyjny, czy natłok wydarzeń. Dokładnie taki efekt uzyskać chcieliśmy! Dynamika!” Muszę przyznać, że to się udało, kawałki rzeczywiście są zmienne i energiczne. Właśnie takiego „natłoku wydarzeń” brakuje często w muzyce. Brakuje tekstu, który stanowić będzie opowieść i warstwy dźwiękowej, która sprawi, że nie będzie to suche „słuchanie historyjki” albo „słuchanie metalowego łupania”, a zgrabna całość, działająca na odbiorcę. Utworem pokonującym ten brzydki trend jest na pewno „Prząśniczka”.

Żeby nie było zbyt cukierkowo, muszę się przyczepić do… okładki oraz logo zespołu. Są one nudne, oklepane do bólu i straszliwie nieciekawe. Album, co zaznaczam przez całą recenzję, jest różnorodny, tymczasem okładka płyty nawiązuje tylko do tytułowego kawałka, jest sucha i bez fantazji, niepasująca do całości. Nieco mnie to dziwi, bo chociażby strona internetowa Helroth jest o wiele bardziej interesująca pod względem graficznym i kolorystycznym. Co do logo – niczym się ono nie wyróżnia, podobne mają setki, jeśli nie tysiące metalowych zespołów. Nie zapada ono w pamięć i z miejsca wrzuca zespół do jednego wora z całą resztą szarej, niewyróżniającej się masy.

Ta EPka jest dobrym początkiem. „Mer” przyznaje, że to tylko swoista zapowiedź albumu, który ukaże się w przyszłości. Trwają również prace nad „drugim, koncepcyjnym krążkiem”, którego tematu muzyk nie chciał zdradzić. Helroth wystartowało z grubej rury i warto mu poświęcić chociaż chwilę. Jestem jednak ciekaw w jakim kierunku pójdzie zespół. Umieszczenie „Watahy” jako tytułowego utworu jest znakiem, że może on skupić się na mocnym, bojowym, drapieżnym brzmieniu z rozmytym przesłaniem, którego… mamy mnóstwo na polskiej scenie muzycznej i czym zespół się raczej nie wyróżni. Bliższy mojemu sercu jest ten nurt skupiony wokół legend oraz reżyserowaniu wyjątkowo barwnej „muzyczno-głosowej opowieści”, reprezentowany przez „Prząśniczkę”. Którą drogę wybierze Helroth? A może w nowym albumie zaprezentuje nam coś zupełnie nowego?

Strona zespołu:
http://www.helroth.com/

Strona zespołu na Facebooku:
https://www.facebook.com/Helroth

Tekst ukazał się również na stronie Gazety Studenckiej „Tworzywo”:
http://www.tworzywo-online.pl/?p=848

Parzystokopytna demolka – premiera symulatora KOZY już wiosną

Czy ktokolwiek z was, chciał kiedyś poczuć jak to jest być kozą? Jeść trawę, skakać na trampolinie, biegać z siekierą przyczepioną do języka i niszczyć wszystko na swojej drodze? Marzenia tysięcy graczy zostaną spełnione, gdyż na wiosnę wyjdzie jedyny w swoim rodzaju Goat Simulator – symulator kozy.

Początkowo koncepcja była tylko żartem studia Coffee Stain (twórcy Sanctum), które opublikowało filmik z gry na portalu YouTube. Rozszalała koza niszcząca wszystko na swojej drodze wzbudziła tak duże zainteresowanie internautów, że producenci postanowili „poważniej” podejść do projektu i wydać go na platformę PC.

W trailerze pokazane są niektóre z możliwości groźnego zwierzęcia. Koza w którą się wcielamy, może skakać na trampolinie, manipulować i rzucać przedmiotami z pomocą swojego języka (np. siekierami i stołami), atakować ludzi, niszczyć wszystko na swojej drodze i szurać zadem po ziemi. Twórcy nie planują trybu multiplayer, nie starają się też ukrywać, że jest to pozycja mało ambitna.

Jak opisują na swojej stronie: „Goat Simulator jest skromną, wadliwą i głupią grą. Została stworzona w parę tygodni, więc nie oczekujcie produkcji o wielkości i zasięgu GTA z kozami. Tak naprawdę, lepiej żebyście nie oczekiwali niczego. Jeśli mamy być całkowicie szczerzy, najlepiej byście wydali swoich 10 dolców na hula hop, kupę cegłówek lub prawdziwą kozę”.

Gra ukaże się na wiosnę (za pośrednictwem platformy Steam, chociaż oficjalna data nie jest znana), jednak  można ją już kupić w przedsprzedaży za 9,99$ na oficjalnej stronie projektu –
http://www.goat-simulator.com/

Wpis ukazał się również na:
http://www.tworzywo-online.pl/?p=815

Nightcore – znane kawałki na speedzie i helu

Szybkie tempo, piskliwe głosy, znani wykonawcy i obrazki z anime. Przeglądając portal YouTube można natknąć się na oryginalne style muzyczne, których próżno szukać w mainstreamowych mediach. Jednym z takich gatunków jest właśnie Nightcore.


W 2002 roku dwójka studentów z Norwegii, Thomas Nilse (DJ TNT) i Steffen Søderholm (DJ SOS) w ramach szkolnego projektu stworzyli płytę „Energized” skomponowaną przy pomocy programu komputerowego (mieli wtedy szesnaście lat). Swój duet nazwali „Nightcore”, ponieważ: „Nightcore oznacza, że jesteśmy duszą nocy, więc będziesz tańczył aż do świtu” (tłumaczenie własne). Muzycy rozwijali swój projekt i nagrali cztery kolejne płyty, aż w końcu zniknęli na dłuższy czas z sieci.

Internet jednak nie znosi pustki. W 2006 roku nastąpił boom na Nightcore, a od 2008 roku coraz popularniejsze stawały się fanowskie przeróbki. Obecnie, najpopularniejszym autorem muzyki z tego stylu na Youtube (nie licząc oryginalnego zespołu) jest Maikel631, którego kanał subskrybuje ponad 67000 osób.

Utwory nightcorowe nie są oryginalną muzyką, to tylko przeróbka istniejących utworów. Autorzy przyspieszają je i zmieniają głos na wysoki, piskliwy. W większości przypadków warstwę obrazu w filmikach umieszczanych na YouTube stanowią żeńskie postaci rysowane w mangowym stylu. Przyjmuje się, że Nightcore powinien być tworzony z muzyki techno, dance, trance lub hardcore. Z czasem jednak zaczęły pojawiać się nowe odmiany tego nurtu.

Najpopularniejszym są chyba Nightstep, czyli przyspieszenie i podwyższenie głosu w utworach dubstepowych i Nightronic, w utworach electro. Pojawiły się również style kontrastujące: Negative Nightcore (przyspieszona muzyka i niski głos), Daycore (niski głos, wolniejsze niż normalnie tempo) i Daystep (niski głos i wolniejsze tempo przy dubstepowych utworach). Przeszukując internet można też trafić na inne wersje Nightcore, jednak są to wersje nieliczne, ograniczone zazwyczaj do twórczości pojedynczych autorów.

Mimo że wśród wielu piskliwe, szybkie przeróbki wywołują co najwyżej uśmiech zażenowania, to popularność gatunku ciągle rośnie. Na koniec dwie ciekawostki: na albumie „Caliente” oryginalnego zespołu Nightcore, znajduje się zremiksowany utwór zespołu Bajm „Ta sama chwila”, a według statystyk Google Trends frazę „nightcore” najczęściej wyszukują w internecie… Polacy. Zamiłowanie mieszkańców kraju nad Wisłą do tego typu muzyki jest dość enigmatyczne, podobno jednak „o gustach się nie dyskutuje”…

Tekst ukazał się również na stronie gazety studenckiej „Tworzywo:
http://www.tworzywo-online.pl/?p=796

Pornografia dziecięca, ludzkie szczątki i materiały wybuchowe w celi Trynkiewicza

Jak donosi TVN24, na trzy dni przed zwolnieniem z więzienia znanego celebryty, Mariusza „Bestii” Trynkiewicza, w celi odbywającego wyrok odnaleziono pornografię dziecięcą i ludzkie szczątki. Dyrektor Zakładu Karnego w Rzeszowie złożył do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa.

Sytuacja wygląda, mówiąc delikatnie, żenująco. Nie dlatego, że to „nagłe odnalezienie pornografii dziecięcej na trzy dni przed wyjściem Bestii po dwudziestu pięciu latach jego odsiadki” brzmi niczym jakaś mizerna prowokacja mająca na celu nagięcie prawa do celów politycznych. Nie, nie wchodźmy w sferę domysłów i teorii spiskowych. Sprawa jest bulwersująca, bo służby penitencjarne z zakładu w którym przebywał Trynkiewicz okazały się skrajnie nieudolne.

Zrozumiałbym, gdybyśmy mówili o jakimś „szarym więźniu” skazanym za włamanie lub drobną kradzież, który w celi „kitrał” gramową działkę heroiny dostarczoną przez znajomego gitowca. Kto by się takim przejmował? Ale nie, tu przecież chodzi o celebrytę, o którym media drą zaślinione pyski dzień w dzień, malując przed prostym ludem wizję co najmniej apokaliptyczną w razie, gdyby ten miał opuścić luksusową celę zaopatrzoną w telewizor, perski dywan, konsolę PS3 i, bo ja wiem, saunę?

Mówimy o „Bestii”, o tym, którego większość ludzi określa jako potwora, diabła, odbiera mu prawo do bycia człowiekiem. Który według psychologów ma zabijać po wyjściu na wolność, który sprawił, że cały wymiar sprawiedliwości zamarł w bezruchu, nie wiedząc co począć z jego przypadkiem.

Tymczasem ten sławny Trynkiewicz, bez najmniejszego problemu, chowa sobie po kątach w celi pornografię dziecięcą (skąd ją u diabła mógł wziąć skoro był podobno pod bardzo dobrym nadzorem?) i w wolnych chwilach bawi się ludzkimi szczątkami? Kto to był, jakiś jego współwięzień, z którego postanowił sobie zrobić bransoletkę? A może tajemniczo zaginiony pracownik służby penitencjarnej, który teraz się odnajdzie w celi, a którym „Bestia” uzupełniła sobie dietę? Nie zdziwiłbym się, gdyby w izolatce Trynkiewicza odnaleziono materiały wybuchowe i na wpół ukończoną bombę, bo najwyraźniej strażnicy, tak czujnie pilnujący więźnia będącego na ustach wszystkich polskich mediów, byli zajęci jakimiś innymi ważnymi sprawami.

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdego więźnia da się upilnować. Jednak w tym momencie, zakład penitencjarny daje świadectwo swojej skrajnej niekompetencji i niedbałości w dość nieodpowiednim momencie. Na dwa dni przed opuszczeniem przez skazanego murów więzienia. Pominę też jakość ewentualnych zabiegów resocjalizacyjnych, bo nie zdziwiłbym się, gdyby takowe ograniczone były do minimum (w 2010 roku populację więzień stanowili w niemal 50% recydywiści).

Media obrzydziły mi  sprawę Trynkiewicza na tyle, że nie obchodzi mnie co się z nim stanie. Uważam histerię jaką wywołuje jego wyjście za żenującą. Interesuje mnie natomiast, czy służby więzienne poniosą jakąś odpowiedzialność za umożliwienie najbardziej znanemu przestępcy ostatnich miesięcy nazywanego „Bestią” (trochę mi to przypomina Borysa Bestię z Facetów w Czerni III) posiadania pornograficznych obrazków nieletnich i ludzkich szczątków (!). Znam jednak polskie realia. Dyrektor więzienia otrzyma premię za „dobre poradzenie sobie ze sprawą”. A gdy tylko Trynkiewicz zostanie ponownie zamknięty, nikt nie będzie o nim pamiętał przez kolejnych dwadzieścia pięć lat.

I tylko media będą miały problem. Bo czym zapełniać serwisy informacyjne, gdy nie będzie już męskiej Matki Małej Madzi II?

Zły wodnik, piękne ciała i mętna woda / Percival Schuttenbach – „Wodnik”

Zespołu Percival Schuttenbach chyba przedstawiać nie trzeba. Muzyka folkowa, którą bez wyrzutów sumienia można zaliczyć do ścisłej czołówki najlepszych słowiańskich brzmień w Polsce. Co by się stało gdyby do tej grupy dołączyła legendarna Masha z Arkony? Czwartego lutego ukazała się odpowiedź na to pytanie.

Wtedy bowiem nastąpiła premiera teledysku „Wodnik”, nagranego we współpracy z rosyjską wokalistką. Obydwa zespoły zaprezentowałem w tekście „TOP 7 słowiańskich zespołów” i trzeba przyznać, że połączenie wyszło… nie najgorzej. Folk metalowy kawałek co chwila się zmienia, a śpiew Mashy stanowi niezły kontrast dla growlu (powiem szczerze, że nie przepadam za tą techniką wokalną, ale biorąc pod uwagę charakter utworu, da się ją ścierpieć). Można też usłyszeć ludowe instrumenty. Mi, osobiście, najbardziej się podoba moment w, mniej więcej, połowie utworu, przywodzący mi na myśl motyw z „Lotu Trzmiela” Nikołaja Rimsky-Korsakowa (lub z vocaloidowego „The Fox’s Wedding”). Percival Schuttenbach przyzwyczaił nas jednak do wysokiej jakości utworów, a w tym nie ma niczego potężnego, nowego, co zwaliłoby z nóg. To świetny kawałek, ale… ale nic więcej. A apetyt na coraz lepszą muzykę rośnie przecież w miarę jak coraz lepiej poznaje się zespół.

Fabuła teledysku odbiega od tego co prezentuje nam tekst. Na swojej facebookowej stronie, zespół tak opisał obraz: „Samotny myśliwy, podstępem zwabiony przez rusałkę , rzuca się jej na ratunek w przekonaniu ze ta jest w tarapatach. Demoniczna boginka zwabia go do podwodnego królestwa Wodnika i wraz ze wspólniczkami, mamią go i zsyłają wizje jego własnej śmierci. Usypiając jego czujność czarodziejskim napojem, i pozorem cielesnych uciech, naprawdę go zabijają i ćwiartują ciało. Serce oddają swojemu Panu, Wodnikowi a resztę na pożarcie demonom leśnym, swoim pobratymcom”. W tekście jednak, władca odmętów wydaje się być przedstawiony pozytywnie, jako mędrzec, doradca. Ten rozdźwięk, chociaż wprowadzony zapewne świadomie przez artystów, wydaje mi się jednak nietrafiony. Wizja okrutnego, krwiożerczego potwora jest oczywiście dość interesująca, ale kiedy obraz mówi swoje, a tekst swoje i nie widać tego dopełnienia, można odczuć pewien niedosyt.

Sam teledysk jest oczywiście wykonany całkiem… nieźle. Charakteryzacja (wykonana przez Dianę Kożuch i Różę Tarchałę) zasługuje na dobrą ocenę, chociaż nie najwyższą. Dało się jeszcze bardziej uwidocznić dziką naturę rusałek i momentami zabrakło po prostu wyrazu. Potworzyce są piękne, są też paskudne, jednak nie ma pewnej przesady, czegoś co pokazałoby, że postaci nie są mdłe. Sztuka oparta na wierze Słowian zawsze wydawała mi się nijaka jeżeli chodzi o przekaz. Może to wina całkowitego zapomnienia tradycji przodków? Jej nieobecności w mainstreamie? W literaturze i mediach częściej widzimy obrazy oparte na mitologii nordyckiej czy celtyckiej. W porównaniu z nimi, opuszczona i zapomniana kultura Słowian przegrywa w przedbiegach. Owszem, jest piękna, ma w sobie to coś, ale… no ma tego za mało. A w tym obrazie nie było tego „więcej”.

W teledysku mamy też całkiem ładne elementy erotyczne (chociaż znowu, wydają mi się nijakie i nudne), które spodobają się większości panów (i pań, coby nie dyskryminować). Słowianki znane są ze swojej urody i chyba tylko tutaj doszukiwać się można jakiegoś mocnego wyrazu. Nie zobaczymy niestety Mashy z Arkony, możemy jedynie usłyszeć jej głos. Sceny zabójstwa, odcinania głowy oraz chodzenia z sercem – dobre, mrożące krew w żyłach. Zabrakło może jeszcze jakiegoś elementu zaskoczenia, już od chwili, gdy woj trafia w ręce rusałek wiadomo, jaki będzie jego koniec.

Podsumowując, teledysk wydaje mi się przeciętny, chociaż należy docenić ogrom włożonych w niego przygotowań i sam fakt promowania kultury Słowian. Potrzeba jednak więcej tej tożsamości, tego „noża kulturowego”, w nowej, bardziej wyrazistej, indywidualnej formie, która przebiłaby wizję celtycką lub nordycką królującą w mainstreamie. Muzyka – dobra, ale czegóż innego oczekiwać po Percivalu jak nie dobrej muzyki? Szału nie ma, poprzeczkę przy ocenianiu jednak postawiłem dość wysoko, wiedząc, na ile stać muzyków. Życzę im by dalej rozwijali tę wizję ale jeszcze bardziej agresywnie! Odbijcie pamięć Polaków z łap współczesności i „cywilizacji chrześcijańskiej”!

PS: Już 13 lutego startuje ogólnopolska trasa zespołu. Zachęcam do zajrzenia na ich facebookową stronę i przekonania się na własne uszy jak można przedstawić kulturę Słowian:
https://www.facebook.com/PercivalSchuttenbach

Od dziś internetowa Gazeta Wyborcza jest płatna. Czy ten pomysł wypali?

Od 4 lutego, czyli z dniem dzisiejszym, Gazeta Wyborcza wprowadziła nowy system dostępu do treści internetowych. Miesięcznie, dziesięć tekstów na portalach: wyborcza.pl, wyborcza.biz, wysokieobcasy.pl i serwisach lokalnych gazeta.pl, można przeczytać za darmo. Za następne trzeba będzie uiścić opłatę. Za pierwszy miesiąc obowiązuje promocyjna cena 99 groszy, później wzrośnie ona do minimum 17,90 złotych. Będzie można za to przeczytać więcej niż wcześniej, bo na stronie ukażą się artykuły z dodatków („Duży Format”, „Ale Historia” etc.) i głównego grzbietu Gazety Wyborczej.

Ta decyzja nie zaskakuje – wiele cyfrowych wydań gazet z całego świata jest płatnych. Wyborcza, będąca najlepiej sprzedającym się dziennikiem opinii w Polsce, który praktycznie nie ma konkurencji (Rzeczpospolita ma trzykrotnie mniejszą sprzedaż) może sobie pozwolić na taką zmianę. Nie mam zamiaru nawet dyskutować z tym, czy pomysł się opłaci. Osoby odpowiadające za strony internetowe na pewno obliczyły dokładnie na jaki zysk mogą liczyć, skoro zdecydowały się podjąć taką decyzję. Od strony informatycznej akcja też wydaje się nieźle zaplanowana. Gazeta ochroniła się przed najprostszymi próbami oszukania systemu (przez czyszczenie ciasteczek lub przeglądanie w trybie prywatnym), co świadczy o dobrym przygotowaniu.

Jedno jednak jest pewne – ilość czytelników artykułów internetowych Wyborczej spadnie. Każdy woli mieć coś za darmo niż płacić, to całkowicie naturalne. W sieci mamy dostęp do tysięcy portali informacyjnych, które mogą nam zastąpić dowolną gazetę, nie wspominając już o telewizji, radiu i blogach prowadzonych przez dziennikarzy obywatelskich. Wyborcza.pl tak czy siak może liczyć na dużą poczytność z racji na swoją markę i pozycję w świecie mediów. Bardziej mnie martwi stan portali miastowych w domenie gazeta.pl (prowadzonych przez redaktorów lokalnych wydań papierowej Gazety Wyborczej). Mają one poważną konkurencję w postaci gazet lokalnych i ich stron internetowych (zazwyczaj bezpłatnych). Taka rywalizacja z darmowymi portalami, które również zamieszczają dobre jakościowo i pełne informacje z okolicy może być niezwykle trudna, tym bardziej, że wiadomości z regionu są zazwyczaj łatwiej dostępne, nie tylko dla profesjonalistów, ale i amatorów (co niektóre gazety regionalne próbują wykorzystać, tworząc podstrony dla dziennikarzy obywatelskich).

To chwalebne, że Gazeta Wyborcza próbuje podnieść poziom swoich tekstów (czy się uda? Nie jestem w stanie powiedzieć), jednak obawiam się, że skutek, jeżeli chodzi o społeczność internautów, będzie odwrotny. Zamiast czytać dobre jakościowo artykuły (choć rozumiem, że nie wszyscy uważają za takowe teksty z Wyborczej), zwrócą się oni ku innym serwisom: wp.pl, interia.pl, onet.pl lub nawet takim portalom jak demotywatory.pl lub kwejk.pl (odnoszę wrażenie, że wielu moich znajomych czerpie informacje o świecie właśnie stamtąd). Ludzie będą po prostu czytali mniej ambitne teksty na innych, popularnych i przede wszystkim darmowych stronach. Wpłynie to oczywiście w jakimś stopniu na poziom mediów i odbiorców, po raz kolejny prowadząc do zaniżenia poprzeczki jeżeli chodzi o jakość przekazywanej informacji.

Osobiście, rezygnuję z czytania portalu Gazety Wyborczej (a głównie stamtąd czerpałem informacje o wydarzeniach z kraju i za granicą). Mnogość alternatywnych źródeł sprawia, że nie czuję potrzeby płacenia z góry za informacje, bo nie wiem jak często w miesiącu będę miał ochotę czytać teksty z ich strony. Jeżeli zapragnę sprawdzić czy rzeczywiście poziom artykułów się podniósł (bo poza pieniędzmi o to prawdopodobnie głównie chodzi) – wykorzystam tych 10 darmowych tekstów miesięcznie lub kupię wydanie papierowe.

Poszukiwanie innych serwisów wyjdzie mi tylko na dobre. Przywiązywanie się do jednego tytułu nie jest rozsądne, zawsze warto czerpać informacje z wielu źródeł. Wielu użytkowników wyborcza.pl zapewne też zdecyduje się na odnalezienie nowego portalu. Pytanie: czy wystarczająco wielu, by przyniosło to szkodę wydawcom? Nie sądzę. Główny portal gazeta.pl i radio TOK FM wciąż są darmowe, należą do wydawnictwa Agora (tego samego, które stoi za Gazetą Wyborczą) i będą zapewne pierwszym przystankiem dla tych, którzy zrezygnują z czytania wyborcza.pl…

O namiętności posłów – polskie seksafery

Polityczne skandale o seksualnym zabarwieniu to coś na co czekają wszyscy. Rywale zamieszanych w nie parlamentarzystów, żądni emocji obywatele i tabloidy, dla których tego typu tematyka jest chlebem powszednim. Afery związane z życiem erotycznym posłów są w Polsce rzadkością, jednak nie zawsze udaje się ukryć to, co powinno pozostać w sypialni…

Najnowszym skandalem jest sprawa Piotra Szeligi (Solidarna Polska), szantażowanego przez prostytutkę. Poseł miał nie zapłacić damie lekkich obyczajów za spędzone razem upojne chwile, a ta, razem z dwoma wspólnikami zagroziła, że przekaże kompromitujące nagrania mediom, jeżeli parlamentarzysta nie zapłaci trzech tysięcy złotych. Ostatecznie, Piotr Szeliga zgłosił sprawę organom ścigania i zawiesił swoje członkostwo w klubie. Kuriozum stanowi fakt, iż poseł za hotelowy pokój w którym spotkał się z prostytutką zapłacił… pieniędzmi podatników.

Sprawa przypominała tą z 2009 roku, kiedy to Krzysztof Piesiewicz z Platformy Obywatelskiej również był szantażowany przez prostytutki. Panie nagrały go w kwiecistej sukience, z pomalowanymi ustami i wciągającego biały proszek. Po tej kompromitacji zakończył swoją karierę polityczną.

Jednak już dwadzieścia dwa lata temu, gdy dopiero kształtowała się polska demokracja, dochodziło do obyczajowych skandali. Niewiele osób dziś pamięta historię Marzeny Domaros, która, podając się za hrabinę Anastazję Potocką, zaciągnęła do łóżka wielu znanych posłów. W swojej książce pisała między innymi o kontaktach seksualnych z Aleksandrem Kwaśniewskim, Leszkiem Millerem, ówczesnym wicemarszałkiem Sejmu Andrzejem Kernem i ministrem Zbigniewem Eysmontem. Dwóch najbardziej dziś znanych polityków pominęło publikację Domaros milczeniem i nigdy nie dowiemy się, czy najważniejsze twarze lewicy naprawdę prowadziły w Sejmie bogate życie erotyczne.

Najgłośniejszym skandalem była jednak „seksafera w Samoobronie”. Aneta Krawczyk oskarżyła Andrzeja Leppera i Stanisława Łyżwińskiego o załatwianie pracy w zamian za seks. Sugerowała też, że któryś z nich jest ojcem jej dziecka (co nie znalazło potwierdzenia w badaniach DNA), a radny Jacek Popecki nakłaniał ją do przerwania ciąży (dostał za to karę dwóch lat i czterech miesięcy pozbawienia wolności). Ostatecznie, Lepper został skazany nieprawomocnie na dwa lata i trzy miesiące, a Łyżwiński na karę pięciu lat pozbawienia wolności bez zawieszenia. Samoobrona nigdy nie pozbierała się po tym skandalu, a wybory w 2007 roku ostatecznie przypieczętowały jej klęskę.

Także w Olsztynie doszło do głośnej seksafery. Prezydent Czesław Małkowski oskarżony został o gwałt na swojej pracownicy. Sprawa nie została rozwiązana po dziś dzień, a urzędnik musiał pożegnać się z piastowaną funkcją. Olsztyn za to zdobył nową atrakcję, bo niektórzy turyści pamiętają o skandalu i podczas zwiedzania miasta zdarza im się pytać przewodników: „czy to ta legendarna wieża ratuszowa na której prezydent Małkowski i urzędniczka…”

Seks jest rzeczą piękną, jednak jest to też narzędzie formowania opinii publicznej i walki z oponentami. Afery o podłożu erotycznym są wyjątkowo szokujące, gdy prostytutki wynajmują żonaci posłowie, stający w obronie rodziny i uczący moralności. Ciężko jednak powiedzieć, czy gorsze w takim wypadku jest publiczne potępienie i przekreślenie kariery politycznej, czy wystawienie się na gniew oszukanej małżonki…

Tekst opublikowany również na:
http://www.tworzywo-online.pl/?p=752