Jak sobie poradzić gdy trafisz do świata MMORPG: Poradnik / recenzja anime Log Horizon

Log Horizon od początku cieszyło się sporym zainteresowaniem wśród fanów japońskich animacji. Było to kolejne anime po Sword Art Online w którym wykorzystano motyw graczy uwięzionych w grze multiplayer. Inaczej jednak niż w poprzednich seriach, przedstawiono szerzej zasady rządzące wirtualnym światem i próby uporządkowania życia w nowym uniwersum. Te elementy wyszły świetnie. Aż żal, że reszta nie jest równie perfekcyjna.

Elder Tale jest wielką MMORPG w której zarejestrowanych jest ponad milion użytkowników. Wraz z wyjściem nowego dodatku, „Pionierzy Novasphery”, dochodzi do wydarzenia, które potem nazwane zostanie „Apokalipsą”. Wszyscy gracze zostają przeniesieni do wirtualnego świata i nie mają żadnej drogi powrotu. Nie mogą zginąć (po śmierci w walce przenoszą się po prostu do katedry w mieście), mają swoje specjalne umiejętności i czary, ich wygląd odpowiada temu z gry, jednak to co odczuwają jest jak najbardziej realne. Jednym z tych „pionierów” jest Shiroe, członek legendarnej grupy „Debauchery Tea Party”, znany też jako „Strateg” ze względu na swoje umiejętności planowania. Razem ze swoimi przyjaciółmi postanawia doprowadzić pogrążony w chaosie świat do porządku.

Log Horizon różni się od Sword Art Online czy chociażby .hack//SIGN, tym, że wątek próby wydostania się z wirtualnego „więzienia” jest na dalszym (dalszym, jeszcze dalszym niż dalszym…) planie. Bohaterowie nie chcą szaleńczo uciec z gry. Wręcz przeciwnie, dostosowują się do niej i pracują nad tym, by uwięzionym w niej ludziom żyło się jak najlepiej. To właśnie najlepszy element fabuły, którego zabrakło w innych anime tego typu – próba opanowania sytuacji, stworzenia konkretnej władzy i zachowania porządku w skali całego regionu. Shiroe i jego towarzysze próbują wprowadzić nowe prawo uniemożliwiające „złym użytkownikom” wykorzystywanie słabszych, połączyć najpotężniejsze gildie, wpływać na gospodarkę, a także utrzymywać dyplomatyczne (i nie tylko) kontakty z NPCami (którzy nie są już dłużej bezwolnymi marionetkami z paroma linijkami dialogowymi).

NHK

(NHK)

Właśnie te wszystkie wielkoskalowe wydarzenia są najciekawszym elementem Log Horizon. Bitwy, gospodarka, prawo, gildie, dyplomacja – wszystko po to, by połączyć graczy i jakoś żyć w nowym świecie (trochę jak w Maoyū Maō Yūsha). W dodatku elementy opisywania świata, klas, działania skilli, podstaw gry w MMO (tego niemal kompletnie nie było w SAO!), zależności między postaciami – bomba! Gdyby na tym całkowicie skupili się twórcy (studio Satelight, znane chociażby z takich produkcji jak Fairy Tail, Hellsing Ultimate, Macross Frontier czy Senki Zesshō Symphogear) anime byłoby perfekcyjnie.

Mój zachwyt nad serią rozbił się jednak o emocje. Te, Log Horizon próbowało ze mnie wycisnąć tragicznymi scenami, łzami głównych bohaterów, straszliwymi rozterkami uczuciowymi, ponurymi opowieściami o przykrych wydarzeniach. Wszystko przesadzone do bólu, kiczowate, oklepane i nadmiernie histeryczne. A wyjątkowo irytujące wydawały mi się wątki romantyczne rozbudowane nieco pod koniec. Był może jeden moment, w którym się choć trochę przejąłem (związany z postacią Rudieg), przez resztę czasu przewracałem oczyma i modliłem się, by przestali w końcu jęczeć i dramatyzować. O wiele lepiej wyszły elementy humorystyczne, do których zwyczajnie trudno się przyczepić, bo zrobiono je z umiarem, a przy tym naprawdę zabawne.

Postaci są wyraziste i interesujące. Shiroe, introwertyczny Czarownik i mistrz strategii, należący do elity graczy. Znany też jako „Łotr w okularach”, bo jego plany bywają podstępne, a sam magik nie dba zbytnio o swoją reputację. Jego najbliższymi towarzyszami są zboczony strażnik Naotsugu, służąca Shiroe niczym „mistrzowi” skrytobójczyni Akatsuki o wyglądzie gimnazjalistki i szermierz Nyanta, kotołak wtrącający co chwila „miau” (po japońsku: „nyan”), najstarszy z całej czwórki. Do drużyny dołącza potem duża grupa młodych poszukiwaczy przygód, stanowiących poniekąd odbicie doświadczonych graczy, którym poświęcona została duża część anime (za duża!). Poza nimi mamy mnóstwo innych postaci: reprezentantów gildii, przywódców NPC i czarnych charakterów. Wszyscy są ciekawi, mają własne charakterki, angażują się w ważne wydarzenia i ogólnie są barwną, ciekawą grupą, która dość mocno przysłania głównych bohaterów (ciężko mi w sumie powiedzieć czy to dobrze, czy źle).

(NHK)

Muzyka jest na przeciętnym poziomie – ciekawa, ale nie pozostaje w pamięci, a czasami można odnieść wrażenie, że twórcy nie zastanowili się za bardzo przed wstawieniem soundtracku do danej sceny. Opening („Database” Man With a Mission) raczej nie porywa, chociaż jest bardzo dynamiczny. Ending („Your song” Yun*chi) to chyba najmocniejszy element jeżeli chodzi o muzykę (spokojny, sympatyczny, w dodatku poświęcony w całości Akatsuki, która w fabule anime jest mocno pominięta).

Do grafiki oczywiście nie można się przyczepić. Stoi ona na bardzo wysokim poziomie, motywy 3D wprowadzone są umiejętnie, jest mnóstwo kolorów, emocje postaci łatwo rysują się na twarzach, widoki w większej skali są piękne. Gdybym przyjmował numeryczną skalę ocen jeżeli chodzi o grafikę, Log Horizon na pewno dostałoby mocną ósemkę lub dziewiątkę.

Ostatni odcinek (wyszedł tydzień temu) stawia przed nami nowe pytania i jest wprowadzeniem do drugiego sezonu, który rozpocznie się w październiku bieżącego roku. Chętnie sięgnę po Log Horizon raz jeszcze by po raz kolejny posmakować prób odnalezienia się wszystkich graczy w nowym świecie. Niestety, będę też musiał znosić dalsze jęczenie niektórych bohaterów i ich denerwujące „rozterki”, które widziałem już w dziesiątkach innych anime. Ale jakoś to zniosę. Innym też polecam przeboleć te wady (które dla niektórych mogą być tak naprawdę zaletami) i zapoznać się ze światem Elder Tale po Apokalipsie.

Tekst można znaleźć również na stronie:
http://www.tworzywo-online.pl/?p=1221

Władimira Putina zwycięstwo absolutne nad Europą

Po czym poznać bezlitosnego, dobrego stratega? Po tym, że z banalnego, pozornie błahego starcia, potrafi przejść do kontrataku i odnieść tryumf, druzgocząc przeciwnika.

Konflikt na Ukrainie od samego początku toczył się w atmosferze rywalizacji między Rosją a Unią Europejską. Protesty na Majdanie miały jedno z głównych źródeł (poza ubóstwem i korupcją wyższych sfer) w politycznej grze Janukowycza, który chciał złapać dwie sroki za ogon by móc licytować się o profity. Wyszło mu to kiepsko, lud nie zaakceptował kroku w tył na drodze do Unii Europejskiej, a kraj ogarnęła rewolucja. Wspierana oczywiście przez Zachód, bo obywatele walczyli o zbliżenie do UE, dzielnie stawiając odpór wizji prorosyjskiej.

Potem padły strzały, walka się zaostrzyła, doszło do przejmowania urzędów, regularnych starć (103 zabitych po stronie protestujących, 29 po stronie funkcjonariuszy), a ostatecznie do… zawarcia porozumienia (do którego doprowadził m.in. minister Sikorski). Rewolucja w tym momencie mogła się zakończyć. Lud (a może nie tylko?) chciał jednak krwi. Od tego momentu Unia Europejska straciła przewagę jaką wyrobiła sobie w trakcie zamieszek. Prezydent Janukowycz został obalony, władzę przejęły co prawda proeuropejscy działacze, ale kraj był w ruinie. A co gorsza, w końcu podniósł łeb rosyjski niedźwiedź, działający wcześniej w cieniu i tylko pomrukujący co jakiś czas. To błahe starcie, ta rywalizacja o wpływy, która podzieliła naród ukraiński stała się pretekstem do kontrataku.

Ostatecznie, Ukraina jest zdestabilizowana i bezbronna, niedźwiedź ma już Krym pod łapą kończąc erę bez bezprawnych aneksji, a Unia Europejska boi się ruszyć. Nie, „boi się” to złe określenie. Nie chce. Interesy gospodarcze są ważniejsze od jakiegoś tam półwyspu, dlatego sankcje nałożone na Rosję są skromne, albo pisząc dosadniej – żenujące. Polska i USA mogą prężyć muskuły, ale zainteresowanie sprawą wśród innych państw jest raczej przeciętne i nikt nie pomoże Ukrainie, gdy niedźwiedź zechce wziąć sobie jeszcze jeden kawałek z tortu.

Próbę sił i walkę o wpływy, która rozpoczęła się na Majdanie, zakończyło miażdżące zwycięstwo Rosji, która nie dość, że doprowadziła do upadku Ukrainy, to jeszcze przyłączyła bezkarnie Krym i zastraszyła resztę świata. Możliwe jednak, że jej największym tryumfem będzie oczernienie swojego rywala w oczach Ukraińców. Unia Europejska, na którą tak bardzo liczyli prozachodni działacze (dla której walczyli i ginęli na Majdanie!), wykazała się bezradnością i niechęcią w działaniu. Nie kiwnęła palcem gdy Rosja wyrwała część Ukrainy (tak, kiwnęli, nałożyli śmieszne „sankcje”), stała z boku, ukazała swoją słabość. Nie wysiliła się na bardziej spektakularne działania, które można by odebrać za wyjątkowe zaangażowanie w sprawę czy chęć pomocy krajowi idącemu drogą ku UE. Które zostałoby docenione przez tych, którzy widzieli jak ich rodacy giną.

Pokazała, że naród ukraiński może liczyć tylko na siebie, bo ta wymarzona Europa ma naród ukraiński w dupie.

Piłkarki w hidżabach, piłkarze w turbanach – co z tego wyniknie?

Jak donoszą media, Międzynarodowa Rada Piłkarska dopuściła możliwość brania udziału w rozgrywkach piłkarskich z nakryciami głowy, takimi jak chusty lub turbany. Nowe zasady umożliwią muzułmańskim kobietom grę w hidżabach (muszą być one w kolorach drużynowych). Na prośbę kanadyjskiej wspólnoty sikhów prawo zostało rozszerzone również na mężczyzn. Jego wprowadzenie poprzedził 20-miesięczny okres próbny.

Sytuacja budzi głównie rozbawienie. Nieliczni komentatorzy na portalach informacyjnych oburzają się, że postępuje islamizacja, robi się wszystko by muzułmanie przejęli władzę nad światem, lewactwo atakuje i tak dalej, i tak dalej. Co związek z tematem ma skromny. Sam fakt, że ludzie potrzebują takiej symbolicznej demonstracji swojej wiary i gotowi są rezygnować z rozgrywek piłkarskich bo „nie można nosić szmaty na głowie” jest prymitywny, nieracjonalny i, niestety, uwarunkowany kulturowo. Podejście „pozwólmy im na to bo taką mają religię” jest durne, równie durne co karanie za „obrazę uczuć religijnych”(!).

Jednak podejście „pozwólmy im na to bo możemy mieć z tego zyski” to już inna sprawa. Płacz nie płacz, piłka nożna opiera się na pieniądzu i jęki fanów, że „to coś więcej niż gra, to emocje, to rywalizacja, to coś czym nie powinna rządzić kasa”, są niczym więcej jak tęsknym, nieuzasadnionym buczeniem. Już w 1867 roku, podczas The Youdan Cup, każda osoba, która chciała wejść na finał rozgrywek musiała zapłacić trzy pensy. Pieniądze są potrzebne na treningi, ekwipunek, wyjazdy, wpisowe, transakcje, opłacanie zawodników. To w ramach samej drużyny, że już nie wspomnę o całych federacjach i organizacjach sportowych. Od kasy się nie ucieknie, nie ma przebacz.

Wracamy do kwestii nakryć głowy. Podczas rozmów ze znajomym o decyzji Międzynarodowej Rady Piłkarskiej spotkałem się m.in. z argumentami przeciw niej:

-Będzie się wymuszało na klubach by przyjmowali graczy w turbanach


-Muzułmanie zaczną masowo nosić nakrycia głowy i przez to obniży się poziom rozgrywek.


Są to oczywiście argumenty osoby wpatrzonej w ideał piłki nożnej jako szlachetnej rywalizacji, gdzie pieniądze mają drugorzędne znaczenie. Pierwszy punkt jest bez sensu, bo nikt nie może zmusić klubu by przyjął jakiegoś gracza. Wiąże się to z drugim punktem – nikt nie przyjmie gracza, który zaniża poziom rozgrywek. To jakieś dziwne założenie, że managerowie drużyn będą się katowali i strzelali sobie w łeb, inwestując w graczy słabych. Idąc tym torem, możemy dojść do wniosku, że każdy, nawet słaby piłkarz, jest lepszy od dobrego piłkarza w chuście na głowie. Zakładam w tym momencie, że nakrycie głowy RZECZYWIŚCIE obniża możliwości. Jednak powiem szczerze, że nie mam pojęcia jak turban czy inne nakrycie głowy wpłyną na rozgrywkę. Istniały obawy, że mogą prowadzić do kontuzji, jednak po okresie próbnym przyjęto nowe zasady i ustalono konkretne wymiary, sposób noszenia itd. Najwyraźniej więc spełniają wymogi i da się w nich grać.

Założenie, że nagle, piłkarze grający już w rozgrywkach zaczną masowo nosić nakrycia głowy jest głupie. Czemu by mieli to robić? Turbany są niewygodne, a skoro już udało im się przełamać religijne tabu, to czemu by mieli nagle do niego powracać? Te osoby już przesiąkły do zachodniego kręgu kultury sportowej.

Inaczej jednak ma się sprawa z osobami, których religijny fanatyzm jest tak mocno zakorzeniony, że z powodu wiary nie mogły brać udziału w rozgrywkach sportowych. Tutaj przechodzimy do bezpośrednich zysków z pozwolenia na noszenie nakryć głowy. A konkretniej – otwieramy sporą część świata na możliwość uczestniczenia i ładowania kasy w rozgrywki piłkarskie. Zakaz noszenia turbanów, na który uwagę zwrócili kanadyjscy Sikhowie, uniemożliwiał ich dzieciom (podobno paru setkom) branie udziału w zorganizowanych rozgrywkach. Oczywiście, to wina rodziców, którzy bardziej dbają o tradycję niż zdrowy, sportowy rozwój potomstwa (i jego marzenia ;_;), jednak nie da się ruszyć tej religijnej, zabobonnej góry. Dlatego lepiej poszerzyć krąg odbiorców i uczestniczących wprowadzając, w sumie niezbyt szkodliwą, zasadę, zamiast upierać się przy swoim.

Umożliwienie gry w nakryciu głowy pozwoli religijnym konserwatystom na uczestniczenie w oficjalnych rozgrywkach. Po pierwsze, to otwarcie na nowych zawodników, którzy wcześniej nie mogli profesjonalnie uprawiać piłki nożnej, bo uniemożliwiała im to wiara. Zwiększenie „oferty”. Wśród piłkarzy z Azji i Afryki, mogą się trafić perełki, które wcześniej nie miały okazji zabłysnąć. Po drugie, to otwarcie na kraje, w których piłka nożna była mało popularna z racji na tradycję. A nawet umiarkowany wzrost popularności, prowadzi do rozwoju tego sportu i wzrostu wpływów dla organizacji piłkarskich. Po trzecie, to (możliwe, że pozorna) szansa dla kobiet. Jerome Valcke, sekretarz generalny FIFA, mówi o wprowadzeniu możliwości gry w nakryciach głowy: „była prośba z krajów muzułmańskich, które twierdzą, że to pomoże we wspieraniu kobiecej piłki nożnej”.

Jak widzimy, wprowadzenie takich zmian w zasadach to głównie zyski. FIFA nie obchodzi jakaś tam walka z islamizacją Europy (!), tylko kasa i rozszerzanie wpływów. Decyzja którą podjęli wydaje mi się dość logiczna, mimo że odnosi się do rzeczy nieracjonalnej. Należy pamiętać, że FIFA jest organizacją światową, międzynarodową, a 23% populacji ziemskiej to właśnie wyznawcy islamu, a sikhów jest 26 milionów. To sprawia, że taka otwartość na obcą wiarę, nawet, jeżeli nam się wydaje idiotyczna i bzdurna, jest całkiem uzasadniona ekonomicznie…