Quo vadis, Korwinie?

Januszowi Korwin-Mikkemu urosło w sondażach po raz pierwszy od paru lat. Powód? Moim zdaniem prosty – ludzie mają dość powtarzających się, takich samych mord przy korycie i pragną, by poprowadził ich ktoś nowy, inny, mający jakąś wizję, odróżniający się od zgrai. Mamy więc charyzmatyczną osobowość, mamy wroga (lewacy i inne partie), mamy młody elektorat, który łatwo kształtować, mamy obraz nowego, lepszego państwa bez złodziei i skurwieli u żłobu. Przede wszystkim jednak, mamy kogoś, kto może się odróżnić od całej reszty. Być sprawiedliwym, konkretnym, bezpardonowym. Robić swoje, zmieniając system.

I tutaj zaczynają się problemy. Bo Korwin ostatnio pokazuje, że od reszty polityków nie różni się niczym, poza ostrym językiem (chociaż nie jest tu wyjątkiem) i odmiennym spojrzeniem na gospodarkę (i tu również nie jest wyjątkiem…). Stosuje dokładnie takie same zagrania wyborcze jak cała reszta. Robi to jednak nieudolnie, a pociski, którymi miota, odbijają się rykoszetem i trafiają w niego.

Pierwszym przykładem mogą być zaprezentowanie na listach Nowej Prawicy panie. Młode, urodziwe i… i tyle. To by się poniekąd zgadzało z powszechnym odbiorem poglądów Korwina na temat płci pięknej – że kobieta ma ładnie pachnieć i robić mężowi obiad. Dlatego wystawiono damy o skromnym zakresie wiedzy (często jeszcze studiujące, wiele kandydatek ma 21 lat), ale mogące śmiało wylądować w tzw. „fap folderze” przeciętnego kuca. Może to jakaś forma sprzeciwu wobec (idiotycznego, debilnego i bezsensownego) parytetu płciowego, ale Korwin robi to, co reszta partii, wystawiając celebrytów. Gdzie ta nowa jakość? Gdzie ludzkie nadzieje na zmianę sytuacji?

Inna sprawa, że o wiele łatwiej powiedzieć jak wyglądają dekolty pań z Nowej Prawicy, niż wymienić kandydatów płci męskiej. Partia Korwina jest stricte wodzowska. Tak jak Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość czy Twój Ruch. Mamy jednego przywódcę, a reszta się nie liczy. Stoi w cieniu. W przypadku Nowej Prawicy – nie jest nawet znana, ani za specjalnie promowana.

O wiele głupsza (no zwyczajnie głupia, bo nie wiem jak inaczej nazwać) była jednak ostatnia sprawa ze zgwałceniem kelnerki. Opiszę pokrótce. We Wprost, w formie godnej tabloidu, posłowie PO Sławomir Nitras i Tomasz Tomczykiewicz powiedzieli, że Korwin-Mikke pił piwo z gwinta i nie zapłacił za siebie rachunku. Szok, skandal, niedowierzanie. Doniesienie godne Faktu lub Super Expressu. Sensacja Pudelkowa, na którą normalny człowiek spojrzałby z politowaniem i pominął milczeniem. Coś, co każdy by olał ciepłym moczem.

Jak reaguje Korwin-Mikke? JEB! TOMCZYKIEWICZ GWAŁCIŁ KELNERKĘ, A NITRAS ZAJĄŁ SIĘ RUDYM KELNEREM. Tak poważne oskarżenia spotkały się już z większym zainteresowaniem mediów. Oczywiście negatywnym. Zasada „nie ważne jak mówią byleby mówili”, czyli mówienie debilizmów, żeby tylko nas ktoś dostrzegł i pokazał w telewizji. Kolejna zmora obecnej polityki. Typowy „korwinizm” – chlapnięcie czegoś, co zniechęci każdego, normalnego człowieka, a wzbudzi zachwyt „kuców” (które, jak mi relacjonował kolega z jednego ze spotkań z Korwin-Mikkem, ostatnio przerobiły się na łyso i przybrały na masie).

Gdy Tomczykiewicz zagroził, że złoży pozew przeciw szefowi Nowej Prawicy, okazało się, że Korwin-Mikke po prostu skłamał, a raczej „zażartował”. Premier Donald Tusk, ocenił całą sprawę w sposób dość powściągliwy: „To chęć zwrócenia uwagi na siebie, bo jest kilka komitetów wyborczych, które balansują w okolicach progu wyborczego”. A Nowa Prawica… złożyła pozew w trybie wyborczym, o próbę zdyskredytowania Korwin-Mikkego. Do Sądu Okręgowego w Warszawie. Niczym jakiś, tfu, polityk, który teraz jest w Sejmie i się obrusza o byle pierdołę, w dodatku sprowokowaną przez niego samego.

Przypomina mi to sytuację, gdy Donald Tusk złożył pozew przeciw Jerzemu Urbanowi, za żart prima aprillisowy. Była to sytuacja równie idiotyczna i niepotrzebna. Znowu Korwin-Mikke pokaże się w mediach głównego nurtu. Z tym, że będzie wystylizowany na przewrażliwionego szaleńca. Co tylko zniechęci potencjalnych wyborców, nie tylko do samej osoby kandydata Nowej Prawicy, ale też do tego co prezentuje.

Pisałem już o tym kiedyś, że jeżeli chcemy promować wolny rynek, by wyrwać się spod jarzma socjalu, należy przede wszystkim edukować ludzi. Od podstaw. A wrzucenie czystej formy kapitalizmu do bagna, jakim jest polski Sejm, tylko obrzydzi ludziom tę ideę i wyrządzi ogromne szkody w świadomości, na całe lata. Niestety, biorąc pod uwagę zachowanie Korwin-Mikkego, mam wrażenie, że tak się właśnie stanie.

Jego zachowanie wskazuje na to, że nie będzie się zbytnio różnił od ludzi zasiadających w Sejmie. Postulaty są dobre. Równie dobre były postulaty Platformy Obywatelskiej, która też stawiała na wolny rynek. Dobre były też postulaty Twojego Ruchu, który chciał większy wolności obywatelskiej. Ci, którzy wierzą, że Korwin-Mikke zbawi Polskę, niech przyjrzą się jego działaniom. Temu jak promuje swoją osobę. Jak wygląda jego polemika z obecnym systemem.

I niech się zastanowią, czy za parę lat nie będą sobie pluli w brodę, tak jak plują sobie wyborcy PO i Twojego Ruchu. Bo rewolucji o której marzą – nie będzie.

„Jeżeli mam wybierać między złem a złem, wolę nie wybierać wcale.”

Uchwała przeciętnego blogera z dnia 26 kwietnia 2014 r. w sprawie potępienia Sejmu i Senatu za brak wyczucia w kwestiach religijnych oraz brak poszanowania dla neutralności światopoglądowej państwa

Blogernia Newsweeka, dnia 26 kwietnia 2014 r.

Poz. 1 (?)

Uchwała przeciętnego blogera w imieniu nieokreślonej liczby osób zniesmaczonych działaniami polskich władz w związku z kanonizacją Karola Wojtyły

z dnia 26 kwietnia 2014 r.

w sprawie potępienia Sejmu i Senatu za brak wyczucia w kwestiach religijnych oraz brak poszanowania dla neutralności światopoglądowej państwa

.

W przeddzień kanonizacji Ojca Świętego Jana Pawła II, głowy Kościoła powszechnego, bloger wyraża niesmak i oburzenie związane z poczynaniami reprezentantów narodu, wybranych do Sejmu i Senatu Rzeczpospolitej. Bloger potępia szczególnie wszystkich polityków, którzy na co dzień przyjmują twarz dystansu i rozsądku, lub sugerowali, że zajmą się rozdziałem Kościoła od państwa, a dnia 24 kwietnia poddali się medialnej histerii, krytykując osoby mające czelność mieć odmienne, zgodne z zasadą neutralności światopoglądowej państwa, zdanie. W o wiele mniejszym stopniu niesmak blogera obejmuje konserwatywne partie, mające za nic wspomnianą powyżej neutralność światopoglądową państwa – gdyż po nich można się było tego spodziewać.

Bloger zauważa, że sporą część obywateli umiarkowanie obchodzi, co Sejm i Senat Rzeczpospolitej Polskiej „uważa” i jakie „wyraża nadzieje” w kwestiach religijnych, gdyż uchwała musiała być przegłosowywana, co oznacza, że nie wszyscy posłowie, reprezentujący naród jako taki, są zgodni z hołdem oddanym Karolowi Wojtyle – co sprawia, że jest ona wymuszeniem i zanegowaniem woli części osób, a nie aktem dobrej wiary i kłamliwej jednomyślności narodu.

Tym samym, bloger apeluje, by w związku z poszanowaniem opinii mniejszości (?) w kwestiach religijnych, patriotycznych czy światopoglądowych, zaprzestać przepychania na siłę uchwał, które godzą w dobre imię Sejmu i Senatu, a wydane z podpisem pani Marszałek Ewy Kopacz, stają się dokumentami rynsztokowego poziomu w związku z sejmowymi kłótniami i medialną ipsacją. Kwestie wiary, oddawania czci, decydowania o tym kto był wielkim człowiekiem, proszę pozostawić osądowi obywateli, którzy, żyjąc w demokratycznym państwie, mają możliwość samodzielnego wyrażania swoich poglądów, a także wyrażania poglądów w szerszym zakresie, przez tworzenie organizacji lub związków wyznaniowych. Bloger uważa, że taki sposób przedstawiania szacunku dla zmarłych osób jest o wiele bliższy idei demokracji oraz wolności osobistej, niż przyjmowanie odgórnych dyrektyw sejmowych kto jest „wielkim Polakiem”, „Ojcem niepodległości” lub „człowiekiem pokoju i nadziei”, a kto nie.

Jednocześnie bloger, mimo pewnych wątpliwości, nie ma zamiaru ujmować czci jaką posłowie i senatorowie oddają błogosławionemu Karolowi Wojtyle, jednak uprzejmie prosi tychże, by zamiast apelować o godne świętowanie wydarzenia (co osoba miłująca papieża i tak by zrobiła, nawet bez zachęty grupy ludzi, którzy na co dzień z przekazem świętego mają niewiele wspólnego) czy wyrażać nadzieję, która jak wiadomo jest matką głupich, zajęli się sensowną pracą, mającą na celu prawdziwą pomoc obywatelom, a nie żenującym, przedwyborczym żerowaniem na kanonizacji błogosławionego. Uhonorować osoby stanu duchownego o wiele umiejętniej potrafią związki wyznaniowe oraz sami wyznawcy religii. Szanowni panowie i panie, posłowie i posłanki, potrafią co najwyżej zrobić z takiegoż uhonorowania cyrk i kabaret.

Ostatecznie, w wyrazie skrajnego, wulgarnego buntu, bloger dopomina się również m.in. o podniesienie poziomu kultury debaty jako takiej w murach Sejmu i Senatu, przypomnienie sobie czym jest neutralność światopoglądowa państwa, zajmowanie się sprawami naprawdę kluczowymi dla społeczeństwa, a także o pamięć, że obywatele nie potrzebują wątpliwych wskazówek „wybrańców narodu” odnośnie obiektu czci i szacunku, gdyż swój rozum mają i sami wiedzą kto jest bliski ich sercu.

Przeciętny Bloger

W związku z:

W przeddzień kanonizacji Ojca Świętego Jana Pawła II, głowy Kościoła
powszechnego i wielkiego Polaka, Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wyraża mu wdzięczność i
szacunek.

Dziewięć lat temu, kilka dni po śmierci Ojca Świętego Jana Pawła II, posłowie i senatorowie zebrani na uroczystym zgromadzeniu oddali Mu hołd, nazywając Go głosicielem ewangelii Jezusa Chrystusa, wielkim moralnym autorytetem, Ojcem i Nauczycielem, a także „człowiekiem pokoju i nadziei” oraz „najważniejszym z Ojców niepodległości Polski”.

Sejm Rzeczypospolitej Polskiej uważa, że określenia te nie straciły niczego ze swojej aktualności.  Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wyraża nadzieję, że kanonizacja Ojca Świętego Jana Pawła II będzie dla wszystkich Polaków okazją do radosnego i solidarnego świętowania, a także zachętą do głębszego poznania Jego intelektualnej i duchowej spuścizny oraz do podejmowania i kontynuowania Jego dzieła. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej apeluje do wszystkich członków narodowej wspólnoty o godne uczczenie tego wydarzenia.

Zamieszki w ukraińskiej armii – rezerwiści buntują się przeciw złemu traktowaniu (?)

Wczoraj, w internecie pojawiły się amatorsko nagrane filmy, rzekomo nakręcone dwa dni temu przez rezerwistów, stacjonujących w obwodzie dnietropietrowskim i opatrzone opisem sytuacji. Włączeni do 93. zmechanizowanej brygady Ukraińcy protestowali przeciwko złym warunkom w obozie oraz naruszaniu ich praw. Przewidziany termin treningu (10 dni) został wydłużony o cały miesiąc, co bardzo zaszkodziło rezerwistom, którzy prowadzą firmy lub realizują się w jakimś zawodzie. Szczególnie teraz, w okresie kryzysu i zmian na szczytach, potrzebują oni pieniędzy by utrzymać rodziny, a przedłużająca się nieobecność uniemożliwia im pracę.


Dowódcy brygady pacyfikowali zamieszki grożąc użyciem broni. Oddawali też ostrzegawcze strzały, mające uspokoić rozgniewanych rezerwistów.

Trudno określić wiarygodność nagrania, bo osoba, która je opublikowała jest zdecydowanym przeciwnikiem rządów Jaceniuka. Według użytkownika @Marlowa, po raz pierwszy film został opublikowany w tabloidzie internetowym L!feNews, należącym do Arama Aszotowicza Gabrielanowa, który znany jest jako „król photoshopa”.


Twój Ruch tonie – o zawiedzionych nadziejach

Janusz Palikot od pamiętnego występu ze sztucznym penisem i pistoletem zaczął budzić zainteresowanie potencjalnych wyborców, którzy ujrzeli w nim Stańczyka, inteligentnego błazna, martwiącego się losami ojczyzny. Gdy uformował partię to głównie jego imię pociągało ludzi. Reszta kandydatów i członków ugrupowania zeszła na dalszy plan, była po prostu zbędna, przy charyzmatycznym przywódcy.

Miało być pięknie. Rozdział państwa i Kościoła. Walka o tolerancję. Darmowy dostęp do internetu. Darmowy dostęp do kondomów. Walka z biurokracją. Likwidacja Senatu. Ograniczenie liczby posłów. Finansowanie partii przez obywateli. No i oczywiście legalizacja marihuany, która okazała się właściwie jedynym argumentem, docierającym do młodych ludzi.

Wyborcy przepadają za błaznami. Są oni najlepszym wyrazem sprzeciwu wobec starej, zatęchłej struktury. „Nie spełniacie swojej roli jako politycy? To my wybierzemy wam na złość osobę niepoważną, lubującą się w happeningach”. Kogoś zabawnego, kto przełamie się przez beton i wytknie rządzącym błędy w sposób dosadny. Mówiącego prosto z mostu. Taki miał być właśnie Palikot.

Wyniku jaki jego Ruch osiągnął w wyborach (2011 rok) chyba nikt się nie spodziewał. Według sondażu przeprowadzonego przez TNS OBOP dla TVN24 i TVP, głosowali głównie ludzie młodzi (32% to osoby w wieku od 18 – 25 lat, 30,5% osoby w wieku 26 – 39 lat), z wykształceniem średnim, uczniowie i studenci, którzy wcześniej popierali PO (też swego czasu będące nadzieją na wyrwanie się z potrzasku jaki zgotowała lewica, a potem PiS). To był niesamowity sukces.

Na Ruch Palikota głosowała większość moich znajomych. Argument? „No, bo o kościele dobrze ten, i ten, i marihuana aby zalegalizować, nie?”. Młodzi ludzie oszaleli na punkcie Janusza Palikota. Stał się on politycznym idolem.

Nie na długo. Nie wiem czy to kwestia prawdziwej nieudolności Ruchu Palikota, czy nieumiejętnej promocji. Jedyny obraz jaki przedzierał się do mediów, był obrazem posłanki Anny Grodzkiej i Roberta Biedronia. Osób… odmiennych, które nie zostały przyjęte z takim entuzjazmem jak zapowiedź palenia trawki. Na ekranie błyszczały tylko te postaci, a jedynymi słowami, które dało się usłyszeć, były rozmowy o aborcji, gejach, lesbijkach i Kościele. Tak, posłowie na pewno mówili też o innych sprawach. Lecz tylko to przebijało się do głównego nurtu.

Nic się nie zmieniło. Ruch Palikota miał być i walczyć – a nie było go w ogóle. Od czasu do czasu poseł „jakiś tam” powiedział coś kontrowersyjnego. Innym razem, zorganizowano „jakiś tam” mini-happening, który media skwitowały milczeniem. Sam lider ugrupowania stał się nijaki. Kolejna, niewyraźna twarz przy korycie. Ludzie po prostu o nim zapomnieli. Nie było już tej euforii, gdy padło imię „Janusz Palikot”. A, no i marihuany też nie było. No kurde.

Kolejnym strzałem w stopę stała się zmiana nazwy. Twój Ruch wyzbył się jedynego elementu, dzięki któremu zaistniał w polityce – nazwiska swego wodza. Obecnie, gdy spyta się osobę umiarkowanie zainteresowaną sprawami kraju, czy wie co to jest „Twój Ruch”, to zrobi niewyraźną minę i pokręci głową. Doszło w międzyczasie do pogorszenia relacji ze środowiskami kobiecymi. A jakby tego było mało – posłowie z tej partii okazali się jednymi z najgorszych piratów drogowych w Sejmie.

Nie ma się co łudzić. W tych wyborach, Twój Ruch oberwie mocno po mordzie od wyborców, zawiedzionych kierunkiem w jakim popłynęła partia po której tak wiele oczekiwali. Będę zaskoczony jeżeli w ogóle dostanie się do Europarlamentu. Nawet jeśli – nie wieszczę powtórki sprzed trzech lat. Tym razem, miejsce Palikota zajmie inna kontrowersyjna postać. Charakterystyczna, charyzmatyczna, nieco dziwaczna, przez wielu uważana za błazna. Nowa Prawica jest świeżym (?) idolem młodych, zmęczonych dotychczasowym porządkiem. Ona również ma kuszące postulaty (też marihuana!) i daje nadzieję na zmiany. Nie mam wątpliwości, że Janusz „1%” Korwin-Mikke pozbędzie się skromnego przydomku i tym razem zatryumfuje. Działa dokładnie ten sam mechanizm co swego czasu przy Ruchu Palikota, chociaż obydwie partie są bardzo różne, jeżeli chodzi o ideologię.

Niszowe ugrupowanie kochane przez młodych, serwujące proste rozwiązania i kontrowersyjne postulaty, uderzające w ustalony porządek, rozrywające układ PO-PiS-SLD. Jeden lider, reszta – bezimienne pionki. Coś nowego. Nowa nadzieja. Obstawiam, że Nowa Prawica też obrzydnie wyborcom po wyborach do parlamentu. Sejm jest niczym wielkie bagno, każdy kto do niego wejdzie, wyjdzie brudny, śmierdzący i odpychający. Nawet konsekwentnemu w swoich działaniach Korwin-Mikkemu grozi to samo co Palikotowi – zapomnienie.

Sondaże są skrajnie nieprzychylne. Twój Ruch tonie.  Nie uratuje go jęczenie, że Tusk jest zły bo czyta z komórki obraźliwe SMSy. Nie uratuje Hartman ze ściętą głową. Co więc może ocalić Twój Ruch? Nic. Zawiódł nadzieje młodych, a ci nie wybaczają łatwo. To już nie jest Ich Ruch. Znajdą nowy obiekt czci. Już znaleźli. Ugrupowaniu Janusza Palikota pozostało już tylko staczanie się w skrajności i płakanie, że okładka elementarza jest rasistowska, bo nie ma na niej murzynka…

Tekst można znaleźć również na stronie:
http://www.tworzywo-online.pl/?p=1450

Euromajdan machnął maczugą i trafił się nią w łeb – do zmian trzeba być przygotowanym

Oficer Służb Bezpieczeństwa Ukrainy zginął, a pięciu innych funkcjonariuszy zostało rannych w walce z prorosyjskimi separatystami. Terroryści używali „żywych tarcz” utworzonych z popierających ich ludzi. Próbują oni przejąć posterunki policji i budynki władz. Mieszkańcy w wielu miastach przeganiają protestujących, uważając ich za rosyjskich prowokatorów. Liczba ofiar po stronie separatystów jest nieznana.

Zginęło wielu protestujących, a czterdziestu zostało rannych! Ukraińskie służby „Berkut” otworzyły ogień do mieszkańców Kijowa, wśród których były kobiety i dzieci. Proeuropejscy Ukraińcy zdobyli posterunki policji i budynki władz w sprzeciwie wobec krwawego reżimu Janukowycza. Protesty odbywają się w całym kraju. Zginęło też paru funkcjonariuszy służb czy coś.

Nie mam zamiaru jakoś specjalnie się upierać przy tym, że inicjatorem obecnych protestów nie są Rosjanie. Po prostu tego nie wiem. Swego czasu, niektórzy przeciwnicy Euromajdanu (w tym ten największy, co macha kałasznikowem siedząc na niedźwiedziu) mówili, że wyrażanie niezadowolenia przez mieszkańców Ukrainy jest winą prowokatorów z Zachodu. Nieostrożnie byłoby na pewno mówić, że ci wszyscy ludzie, którym nie podoba się nowa władza, są agentami Putina. I należałoby ich „rozstrzelać z broni atomowej”. Większość z nich, to zapewne normalni ludzie, którzy nie godzą się na rewolucje. Nie są pewni co się w ogóle dzieje, i czy nowa władza została wybrana uczciwie. Mają inne poglądy. A robienie z nich wściekłych, rosyjskich agentów chcących rozszarpać kraj, budzi frustracje i nie pomaga w próbach porozumienia.

Przeciwnicy nowego rządu (nie ważne czy prorosyjscy, czy chcący się po prostu odseparować od władzy) stosują podobne metody do tych, które stosowali ludzie z Euromajdanu. Ich działania mogą się wydawać ostrzejsze, jednak pamiętajmy, że jesteśmy po kolejnej rewolucji – społeczeństwo dalej kipi złością, a bunt wcale się nie zakończył, a wręcz przeciwnie. Mury rosną.

Mamy marsze i protesty. Mamy zajmowanie budynków państwowych. Mamy próby przekonywania, że jeden sojusznik jest lepszy od drugiego. Mamy broń. Mamy rannych i zabitych.

A jednak atmosfera jest inna. Tam mieliśmy protestujących, tu mamy terrorystów. Tam mieliśmy mieszkańców Ukrainy, tu mamy żywe tarcze.

Ukraińcy, prowokatorzy, Majdanowcy, separatyści, Rosjanie… to tak naprawdę nie ma znaczenia. Mówi się, że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Ukraina zmierzała drobnymi kroczkami ku Europie. Teraz rzuciła się w jej ramiona – przypłacając to Krymem oraz wewnętrznym konfliktem, przy którym mordobicie między fanami PiSu i PO w Polsce to pikuś.

To kolejny przykład, obok tych z Bliskiego Wschodu, że rewolucja nie jest rozsądnym wyjściem ze złej sytuacji. Że potrzeba przemyślanych, spokojnych zmian. O wiele lepiej jest pokonać wroga technicznie, dbając o obronę, ostrożnie dobierając broń i ucząc się jego zachowania. Bo gdy rzucamy się na przeciwnika na ślepo, niczym szaleni berserkowie to jesteśmy wystawieni na atak – nie tylko oponenta, ale też czyhających w cieniach kruków, chcących uszczknąć z ciała walczącego chociaż kawałek mięsa.

Brutalni barbarzyńcy może byliby w stanie przeżyć takie cięcie. Jednak Ukraina nie dość, że straciła po nim rękę, to jeszcze jej rany są brudne, a zakażenie może strawić resztę ciała… Warto było?

„Don’t lose your way in your mind” / recenzja anime Kill la Kill

Organizacja nudystów walcząca z uciskiem, mundurki szkolne obdarzone potężną mocą, półnagie bohaterki i absurdalnie przerysowane schematy. Błyskotliwe, dynamiczne, pełne humoru, ale i poważnych, emocjonalnych scen. Do tego świetna muzyka oraz niezgorsza animacja. Ta swoista fuzja Tengen Toppa Gurren Lagann i Panty & Stocking with Garterbelt okraszona wszystkim co najlepsze w anime musiała odnieść sukces. Kill la Kill było niewątpliwie jednym z najgorętszych hitów tej zimy.

Jeszcze przed rozpoczęciem pierwszego odcinka, fani japońskich animacji drżeli z podniecenia i odliczali dni, godziny, minuty, by móc w końcu zapoznać się z dziełem studia Trigger. Nie ma się co dziwić – do Kill la Kill rękę przyłożyli Hiroyuki Imaishi i Kazuki Nakashime, twórcy Tengen Toppa Gurren Lagann (wtedy jeszcze pracowali w studiu Gainax), które miażdżyło zajebistością umysły biednych otaku. Od nowego dzieła oczekiwano czegoś podobnego – szybkiej akcji, dobrej historii i braku rozczulania się nad postaciami. Można powiedzieć, że Kill la Kill sprostało większości tych wymagań.

Fabuła toczy się wokół Matoi Ryuko, niepokornej dziewczyny, próbującej odkryć tajemnicę śmierci swojego ojca po którym zostało jej tylko jedno z bliźniaczych ostrzy. Dociera ona do Akademii Honnouji, znanej z obdarzających nadnaturalnymi mocami „mundurków goku”. Matoi próbuje zdobyć informacje o ojcu od despotycznej przewodniczącej samorządu szkolnego, Kiryuin Satsuki, jednak kończy pokonana przez jej podwładnych. Gdy wydaje się, że nie ma szans w starciu z siłą potężnych ubrań, znajduje tajemniczy, mówiący mundurek, który… wkłada ją. Od tego momentu, główna bohaterka wraz z pomocą uroczej, choć niezbyt bystrej przyjaciółki – Mako, może walczyć jak równy z równym przeciwko sługom Kiryuin Satsuki…

Brzmi niezbyt zachęcająco? Oklepanie? I tak trochę jest. Kill la Kill przerysowuje schematy i je zniekształca, serwując pozornie coś znanego, ale w nowej formie. Znowu będziemy mieli do czynienia z ewolucją, rozwojem bohaterów, zwycięstwami „siły przyjaźni” oraz magicznymi ubrankami dającymi moc. W dodatku z nagością i fanserwisem. Jednak wszystko połączone jest w tak interesujący sposób, że przy oglądaniu nie można się nudzić lub narzekać na niedopracowanie. Zwroty akcji są często nieprzewidywalne, a postaci raczej ładnie przedstawione.

Twórcy wrzucili do Kill la Kill sporo golizny (bez szczegółów). Jednak półnagość bohaterek (i nagość bohaterów) jest… wyjaśniona. Nie można powiedzieć, że autorzy mieli akurat taki „kaprys”, bo wszystko ma logiczne, sensowne uzasadnienie, ujęte w fabule. Widzowie otrzymają odpowiedzi na większość pytań nim zakończy się seria, chociaż trzeba przyznać, że finałowy odcinek pozostawił pewien niedosyt.

Niestety, ci, którzy liczyli na śmierć głównych postaci rodem z TTGL (uwaga, spoilery!), nieco się rozczarują. Od samego początku fani upatrzyli sobie pewną uroczą, sympatyczną bohaterkę, która miała zginąć. Twórcy puścili do nich oczko, umieszczając ukrytą zapowiedź zgonu tejże. Spekulacje i teorie nie miały końca. Ale niestety, miła postać nie zginęła. I inni bohaterowie (no dobrze, nie wszyscy, ale zdecydowana większość) również pozostali przy życiu. Wzbudziło to niezadowolenie fandomu, który liczył na pełne emocji, dramatyzmu i męskich łez chwile. A tu lipa. Ni mo.

Jednak i bez częstych zgonów udało się stworzyć tragiczne, smutne lub poruszające serca sceny. Naprawdę, jest ich mnóstwo, a niemal wszystkie są udane. Przeplatają się one z elementami komicznymi oraz scenami walki, tworząc udaną, wybuchową mieszankę. Nie wyobrażam sobie, by ktoś oglądał Kill la Kill i przy nim zasypiał. Koneserzy wschodniej kultury mogą dodatkowo wyłapać elementy z wierzeń buddyjskich i tradycji chińskich. Nie brakuje też nawiązań do popkultury, a także parodii motywów z innych anime. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Postaci są bardzo różnorodne i nie sposób ich nie lubić. Matoi Ryuko wpisuje się w typowy schemat zadziornej bohaterki walczącej do samego końca za przyjaciół, która jednak często się waha i zdarza jej się zejść z drogi, którą powinna podążąć. Jej przeciwieństwem jest Kiryuin Satsuki, bezlitosna, despotyczna, doskonale wiedząca co musi zrobić i gotowa poświęcać innych w imię wyższego celu. Sam motyw trzymania się własnych postanowień (mający zresztą odzwierciedlenie w soundtracku, o którym potem) jest mocno widoczny. Ryuko bywa słaba, nieprzekonana do tego co robi, ciągle musi walczyć ze sobą. Satsuki zaś jest ideałem, z perfekcyjnie wytyczoną drogą, której nie porzuciła nigdy. Ostatecznie ich drogi łączą się, a wtedy słabość zamienia się w siłę.

Inną ważną postacią jest Senketsu – „boski mundurek”, który odnalazła Matoi pod gruzami swego domu. Senketsu, mimo że jest ubraniem, ma rozum, umie mówić (tylko ze swoją właścicielką), a jego więź z główną bohaterką staje się coraz mocniejsza wraz z postępem fabuły (a przynajmniej do pewnego momentu…). To dzięki niemu i Mako, Ryuko powraca na swoją drogę w momentach zwątpienia.

Sama postać Mako również jest bardzo interesująca. Jest ona elementem wprowadzającym humor, raz po raz prezentując mini-scenki w których bardzo obrazowo demonstruje swoje poglądy, ratując tym samym Matoi lub motywując ją. Oczywiście poza zabawnymi wstawkami, ma też momenty poważne, czasem nawet samemu stając do walki. Można odnieść też wrażenie, że jej przyjaźń z główną bohaterką to nie tylko… przyjaźń, ale może jest to zbyt daleko posunięte teorie. Mi, osobiście, najbardziej przypadł do gustu jej ubiór w późniejszej części anime – który bardzo przypomina strój Jotaro z Jojo’s Bizarre Adventure.

Bardzo ważna jest też Elitarna Czwórka podwładnych Satsuki, gotowa poświęcić za nią swoje życie. Potężny Ira Gamagori, mistrz kendo Uzu Sanageyama, mózgowiec Hoka Inumuta i przewodnicząca klubu muzycznego Nonon Jakuzure. Przedstawiona została ich nierozerwalna więź ze swoją przywódczynią oraz bezgraniczne oddanie, jednak każda z postaci ma też własne historie (chyba najwięcej czasu poświęcono Gamagoriemu, który w dalszej części anime skrycie podkochuje się w pewnej bohaterce…) oraz motywy. Poza nimi mamy również członków Nudist Beach (organizacji rebeliantów walczących ze szkolnym reżimem), Revocs (korporacja należąca do matki Satsuki – Kiryuin Ragyo), rodzinę Mako i wielu, wielu innych. Postaci nie zostają zapomniane nawet po epizodycznych rolach, i pod koniec część z nich powraca (nawet, jeżeli tylko na sekundę lub dwie). Ogólnie to fajna, pozostająca w pamięci zgraja. Naprawdę, ciężko narzekać na ich budowę lub motywy. Chociaż bywają one czasem zbyt wyolbrzymione.

(Drugi opening w wersji coverowej)

To jednak element stały tego anime, który dobrze odzwierciedla także grafika. Gdy pada jakaś ważna nazwa, imię postaci lub sentencja, na ekranie pojawiają się gigantyczne, czerwone (lub białe) napisy, ukazujące wypowiedzianą frazę. Gdy wkracza majestatyczna postać, spowita jest mocnym światłem oślepiającym „śmiertelników”. Rozmiary Iry Gamagoriego zmieniają się zależnie od upodobań i potrzeb rysowników. Nieznaczący tłum jest przedstawiony jako banda identycznych, bezmyślnych karków. Krew leje się strumieniami i tryska na wszystkie strony (bardzo widoczne w drugim openingu). Przesada jest mocno widoczna, lecz to element całego anime, stanowiący swoistą parodię oklepanych motywów. Celowa kiczowatość paradoksalnie sprawia, że widz nie ma poczucia zażenowania. Heroiczne sytuacje są tak majestatyczne, że nawet skażone sztucznością, nadal są świetne – a może nawet lepsze, niż gdyby w pewnym momencie scenarzysta powiedział: „nie, dość, nie przesadzajmy, starczy”.

Jeżeli chodzi o jakość grafiki, to można ją podzielić na dwa elementy. Z jednej strony, mamy sceny (głównie walki i emocjonalne) zrobione świetnie, perfekcyjnie, tak, że widać iż twórcy potrafią stworzyć naprawdę dobre animacje. Z drugiej, upraszczają i, zapewne specjalnie, nie dbają momentami o jakość jako taką, prezentując różne „potworki” lub całkowicie rozmazane twarze (przy scenach komicznych). Te kontrasty mogą nieco zaboleć tych, którzy przywiązani są do nieustannie wysokiego poziomu grafiki, ale taka jest specyfika tej serii – w imię rozbawienia widza, wprowadzono pewne uproszczenia i niestaranności.

No i na koniec przechodzimy do muzyki, która jest naprawdę mocną stroną Kill la Kill. Może nawet najmocniejszą. O ile openingi są raczej nijakie (tak samo dźwiękowo jak i graficznie, chociaż druga czołówka zdecydowanie przebija pierwszą), to soundtrack z anime, za którym stoi Hiroyuki Sawano, po prostu miażdży. Chyba najbardziej charakterystycznym motywem (który można śmiało porównać do Libera me from Hell z TTGL) jest „Before my body is dry (don’t lose your way)”. Pojawia się ona chyba w każdym odcinku, podczas najważniejszych momentów. Ukazuje też ciągłą walkę o to, by nie zboczyć ze ścieżki jaką postaci sobie wytyczyły. Tekst piosenki (w wykonaniu Miki Kobayashi) odnosi się bezpośrednio do więzi między dwoma głównymi bohaterami: Matoi (głos kobiecy) i Senketsu (męski rap). To ich muzyczny motyw. Większość postaci ma swoje „theme” – wszyscy z Elitarnej Czwórki, matka Satsuki i jej podwładna, sama Satsuki… i są to kawałki naprawdę świetne, doskonale odzwierciedlające ich charaktery oraz sceny w jakich występują. Warty wspomnienia jest „Blumenkranz”, theme Kiryuin Ragyou, w języku niemieckim, który śmiało można uznać za kolejny najbardziej charakterystyczny utwór serii. Najsłabszym kawałkiem jest zdecydowanie „Suck your blood”, śpiewany przez Benjamina Andersona. Bardzo infantylny i po prostu słaby utwór. Anderson jednak się zrehabilitował genialnym, przewspaniałym „I want to know”, który rozświetlił jedną z najbardziej emocjonalnych scen z całego anime (21 odcinek). Muzyka jest zazwyczaj perfekcyjnie dobrana do sytuacji, chociaż razić mogą suche przejścia między jednym utworem a drugim.

Podsumowując – Kill la Kill jest zajebiste. Niezbyt eleganckie to podsumowanie, ale w pełni odzwierciedla odczucia autora recenzji. W tej historii mamy pewną wulgarną drapieżność, połączoną z ciągłym rozwojem rasy ludzkiej (jak w TTGL), świetne elementy humorystyczne, poruszające serce momenty pełnymi heroizmu, trzymającą w napięciu akcję, dobrze zbudowaną fabułę, postaci których nie można nie lubić, genialną muzykę i interesującą grafikę. Na pewno znajdą się osoby, którym wybuchowa, przesadzona mieszanka nie przypadnie do gustu (albo z miejsca będą zniechęceni z powodu chociażby nagości, która, jak wiadomo, w niektórych kręgach powoduje święte oburzenie) i które stwierdzą, że „co za dużo to niezdrowo”, ale polecam zapoznać się z chociażby pierwszymi siedmioma odcinkami, by móc poczuć sam klimat serii, tak bliski temu, co kiedyś zaprezentowano w kultowym Tengen Toppa Gurren Lagann.

Tekst można znaleźć również na stronie:
http://www.tworzywo-online.pl/?p=1360