Golgota Picnic, cenzura kościelna i kultura kibolska – Polska to Pakistan Europy

Jest sobie taki spektakl – Golgota Picnic. Podobno jest straszliwie kontrowersyjny bo nawiązuje do niedoszłego Króla Polski (i bynajmniej nie mam na myśli Korwin-Mikkego), który lata z gołą fujarą czy coś tam, coś tam. Szczerze? Gówno mnie to obchodzi. Przykro mi to powiedzieć, lecz w sferze kultury współczesnej jestem kompletną zakałą. Nie odwiedzam filharmonii, nie chodzę do teatrów czy muzeów, ba, nawet do kina mi się nie chce ruszyć szanownej na cztery litery. Za mój rozwój estetyczny odpowiadają „chińskie bajki”, gry RPG i hip hopowe remixy klasyków oraz imć Jacek Kowalski. No dobra, ostatnio obejrzałem operę Leoncavalla „Pagliacci” z Pavarottim w roli Cania, ale patrzyłem na YouTube, więc się nie liczy i tak czy siak, jestem chamidło.

W związku z tym, że nie chce mi się obejrzeć spektaklu Golgota Picnic, tak jak już raczyłem niekulturalnie napisać, gówno mnie on obchodzi. Niechaj i Jezusek na scenie uprawia seks oralny z Maryją. Niechaj i wystawią na deskach teatru „120 dni Sodomy” de Sade ze szczegółowymi scenami, ale czemu miałoby to zdobywać moje wyjątkowe zainteresowanie? Nie mam ochoty tego obejrzeć – nie oglądam. Są ludzie, którzy chcą obejrzeć? Proszę bardzo, w czym problem? To wolni ludzie, mogą robić co chcą. Będą to robili za zamkniętymi drzwiami.

No właśnie. Tymczasem pojawiła się grupa ludzi, która stwierdziła, że ich gusta kulturalne są ważniejsze od czyjejś wolności. I że w imię swojego czystego sumienia ocenzurują im spektakl. Prowadzona przez mesjasza Terlikowskiego grupa kiboli, katoli i fanatyków (bo tylko tacy są na tyle zaślepieni by dostawać ataku furii z powodu czyjegoś występu) dopięła swego – zastraszyła aktorów i zmusiła ich siłą, chamstwem oraz groźbami do zrezygnowania z przedstawienia.

Co więcej, są teraz z tego dumni! To tak jak dać komuś w mordę, gdy robi coś co się nam nie podoba i jeszcze się tym chełpić. To tak jak wtrącić kogoś do więzienia za wypowiedzianą opinię i mówić, że robimy to w imię wolności słowa. To tryumf kultury bejsbola, maczugi i miecza. Dumnym można być ze zwycięstwa w dyskusji, dojścia do porozumienia czy rozwiązania sporu drogą pokojową. Katoliccy awanturnicy nie mieli szans zwyciężyć słowem i piórem bo nie mają tak naprawdę sensownych argumentów przeciw występowi poza wyciem „bluźnierstwo”, „bluźnierstwo!”. Dlatego zabrali się za topory. Właśnie takie osoby chcą wyznaczać co jest dobrym spektaklem zgodnym z zamysłem Pana, a co nie. Czy to nie jest… przerażające?

I dopięli swego. Władze wsadziły ręce do kieszeni, gwiżdżąc niewinnie, tak jak gdyby nic nigdy się nie stało. A potem wielkie zdziwienie, gdy padają zarzuty, że Polska sfera publiczna jest zasmrodzona katolickim fanatyzmem. Cenzura wyboru człowieka. Cenzura sztuki. Cenzura opinii. Cenzura religijna. I ci ludzie mają potem czelność mówić, że ograniczana jest ich wolność słowa.

Golgota Picnic jednak zyskuje na popularności. Działa prosty mechanizm, który był widoczny również w PRLu – ocenzurowany spektakl oglądany jest „w podziemiu” i rozchodzi się na całą Polskę. Wcześniej nikt o nim nie słyszał, dziś Golgota Picnic jest na ustach całego kraju oraz większości mediów.

Do czego można przyrównać tę sytuację? Do pakistańskiej cenzury z 2010 roku. Sąd uniemożliwił tam dostęp do Facebooka na dwa tygodnie, po tym jak użytkownicy opublikowali obrazoburcze ilustracje Mahometa. Sytuacja powtórzyła się dwa lata później, gdy zablokowano Twittera. Ten sam powód – religijne bluźnierstwo. To samo rozwiązanie – cenzura. Efekt? Internauci poszli na inne portale społecznościowe, gdzie dalej robili to samo, tylko jeszcze częściej i jeszcze bardziej wulgarnie.

Jak widzimy, część społeczeństwa polskiego nie różni się od islamskich fanatyków z Pakistanu. Stosują te same metody – uzyskują taką samą odpowiedź, czyli środkowy palec od osób szanujących wolność słowa. Porównywanie katolików do wyznawców Mahometa jest często odbierane z oburzeniem. Bo tam, na Bliskim Wschodzie, cenzurują i zabijają za obrazę.

A kiedy zaczną u nas zabijać? Zaczęli już zabraniać ludziom oglądania spektakli, które nie są zgodne z prawem szar… z ich „uczuciami religijnymi”. Czemu by nie pójść dalej? Przecież wcale się tak bardzo nie różnią, a jak widać po akcji z Golgota Picnic, czerpią z islamskich, współczesnych sposobów rozwiązywania problemów pełnymi garściami.

Smutny Autobus – animowany thriller Ministerstwa Spraw Wewnętrznych

Dzieci i dorośli, dzisiaj obejrzymy bajeczkę jaką zafundowało nam (w sumie to sami sobie zafundowaliśmy, wiadomo) Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Bajeczka ta, jest o smutnym, zniszczonym autobusie, z którego wszyscy się śmieją, który jest zbyt stary i słaby, aby móc się na cokolwiek przydać. Ma ona promować aplikację umożliwiającą sprawdzanie stanu pojazdów.

Tym, którym nie chce się oglądać chętnie opowiem co widzimy na filmiku. Tak jak pisałem, mamy biedny, ponury, zdezelowany autobus, nazwiemy go S4D 2562, bo ma taki numer rejestracyjny (co już świadczy o jego niedoli). Inne autobusy z zajezdni go nie lubią i popychają go, a biedaczyna musi spać pod śmietnikiem. Rano, wredne gówniarze piszą na nim „brudas”. Stary autobusik chce być taki jak inne, piękne pojazdy. Dlatego przebiera się  i jedzie na przystanek. Niestety, wiatr zrywa płachtę, którą się przykrył by przypominać nowoczesny autobus, a dzieci na jego widok płaczą i mdleją.

Znamy ten motyw, prawda? Z Brzydkiego Kaczątka, Dzwonnika z Notre Dame, Shreka albo Pięknej i Bestii. Sama klasyka na której wychowywało się pokolenie. Biedna i brzydka postać odrzucona przez innych, bez szansy na miłość, pełna kompleksów i smutku, ostatecznie odnajduje drogę do spełnienia swych marzeń – albo przez zmianę, albo przez bycie sobą. Mamy bohatera – S4Da. Mamy marzenie – znów móc jeździć po drogach z uniesioną… uniesionym zderzakiem. Zapowiada się na klasyczną historię. Oglądamy dalej.

Pojawia się pewna innowacja. Autobus chce popełnić SAMOBÓJSTWO, które jak wiadomo jest grzechem i MSW za samo dopuszczenie tego wątku w KATOLICKIM KRAJU powinno się jarać w ogniach piekielnych razem z Jerzym Urbanem (co odpala od diabelskich płomieni cygara). S4D chce odebrać sobie życie na złomowisku przez zmiażdżenie w zgniatarce. Trzeba przyznać, że sposób szybki i bolesny tylko przez chwilę, chociaż cholera wie jak to z autobusami jest, może całkowite zmiażdżenie nie zabije go od razu i będzie zdychał w agonii przez długie godziny.

Nie, to się nie stanie, zostanie uratowany. TAK! Pojawia się motylek z plasterkiem na skrzydełku, który ukazuje autobusowi, że jest po co żyć i go ratuje! Wyłącza zgniatarkę! Od teraz będą żyli razem i szczęśliwie, a filmik zakończy się na tym jak reperują autobus i oddają do użytku by znów mógł jeździć po polskich autostra…

Chwila. Co kurwa? Jakaś ruda dziwka z sadystycznym uśmiechem włącza zgniatarkę a nasz autobus z którym zdążyliśmy się zżyć zostaje zmiażdżony. Na szybie urządzenia pokazuje się ciemna ciecz, będąca zapewne krwią S4Da. Na ekranie pojawia się napis „Nie miej litości dla niesprawnego autobusu, który wozi twoje dziecko”. Po chwili, widzimy naszego zmiażdżonego bohatera z toczącym się na ścięgnie (kabelku?) okiem. Przycupuje na nim motylek, przyjaciel, który pokazał mu, że można żyć szczęśliwie a odebranie sobie życia nie jest wyjściem. Dalej tam jakieś reklamy aplikacji na komórkę, who cares. A, i autobus, który wcześniej tłukł S4Da, jadący szczęśliwie z dzieciakami.

What. The. Fuck. Urzędnicy z MSW, czy wy macie rozum i godność człowieka? Co wam ten biedny autobus zawinił, bando sadystów! Człowiek się tutaj przez ponad półtorej minuty wczuwa, dopinguje S4Da, a przychodzi jakaś wypudrowana lampucera i go zabija. Minister Sienkiewicz, wkurzony ostatnimi podsłuchami, najwyraźniej daje do zrozumienia politycznym oponentom oraz potencjalnym podsłuchiwaczom, co może ich spotkać, jeżeli będą podskakiwać.

Tak jak każda historia, ta również ma morał. A nawet parę morałów, które chętnie wypiszę, aby oglądający nie musieli marnować swojego potencjału intelektualnego:

  • Jeśli jesteś brzydki, biedny i stary, powinieneś się zabić.
  • Możesz być dupkiem, ale jeżeli jesteś piękny i sprawny, to i tak wszyscy cię będą kochać.
  • Gorsi i słabsi do śmietnika.
  • Możesz dokuczać ludziom mającym wady bo to nic nie warte śmiecie.
  • Na widok kogoś brzydkiego, starego i chorego, w dobrym tonie jest się popłakać, zemdleć, a może i porzygać.
  • Trzymać dzieci z dala od „gorszych”.
  • Miłość, chęć poprawy i bycie sobą to kupa krowiego łajna. I tak wszyscy zdechniecie.
  • Rude jest wredne.
  • Zabijaj tych, którzy właśnie odkryli sens życia i zdobyli przyjaciół, z szerokim uśmiechem na ustach.
  • Zamiast naprawiać pojazdy, lepiej je niszczyć i wyrzucać, a kupować, no nie wiem, Pętolino albo Drimlajnera.
  • Nie trzeba dbać o swój majątek i starać się, by nie został doprowadzony do ruiny. Tu akurat wpływy ministrów, którzy mają stały dopływ kasy na różne głupoty i pewnie nie dostrzegają, że o swoje zabawki trzeba dbać.

To tyle, jeżeli chodzi o żarty. A teraz na serio – filmik jest po prostu głupi i budzi zdecydowanie negatywne emocje. Owszem, szokuje, dzięki czemu dotrze do szerszej publiczności. Ale szczerze? Jako że nie jestem sadystą, to po jego obejrzeniu odczuwałbym pewien dyskomfort korzystając z promowanej aplikacji. Reklama wywołuje jednoznacznie negatywne emocje wobec jej twórców oraz „niszczycieli autobusów”. Są dziesiątki innych sposobów, którymi można nakłonić ludzi do obejrzenia spotu. Ten styl szokowania, gryzie się z celem kampanii, bo zniechęca do niszczenia niesprawnych autobusów. Zresztą, na cholerę niszczyć, można było naprawić biednego S4Da. Klip jest denny w wymowie. Ma tylko szokować, ale wywołuje współczucie i złość na twórców. Głównie przez uczłowieczenie pojazdu.

Druga poważniejsza sprawa – abstrahując od tego czy filmik jest dobry, czy zły, wydawanie na niego jakiegokolwiek szmalu (bo raczej za darmo go nie zrobiono, chociaż nie mogę znaleźć informacji o tym ile kosztował) to głupota i marnowanie zasobów. Jego skuteczność zapewne będzie umiarkowana, a emocje jakie ze sobą niesie nie zachęcą do sprawdzania stanu autobusów. Klip wskazuje na problem, będziemy go pamiętali przez dzień, może dwa, i zapomnimy. Bo jesteśmy zajętymi ludźmi, którzy muszą płacić duże podatki i muszą na nie mieć pieniążki, więc ciężko pracują. Tak się w sumie dzieje z większością reklam oraz akcji społecznych, dlatego nie ma sensu by państwo (czyli podatnicy) na nie łożyło. Kto więc powinien? Właśnie podatnicy. Ale na własny rachunek – fundacje, organizacje społeczne, stowarzyszenia, zajmujące się tym problemem. Rząd i jego instytucje powinny co najwyżej wspierać mieszkańców jeżeli chodzi o promocję materiałów. Inaczej marnujemy pieniądze wszystkich, a nie tylko grupki osób, która, kto wie, może nawet zrobi sensowny spot, który zostanie zapamiętany.

A że marnujemy – nie ma wątpliwości, bo takie akcje są zwyczajnie nieskuteczne. Przedstawił to w kwietniowym numerze „NIE” (nr 14) Maciej Mikołajczyk w tekście „Premier, pijak dwa bratanki”. Mimo wydawanych na profilaktykę, przeciwdziałanie i akcje przeciw używkom grubych milionów, rośnie zarówno alkoholizm, uzależnienie od nikotyny, jak i zamiłowanie do narkotyków. Bardzo szeroki zakres akcji społecznych promowanych przez władzę (o większości z nich i tak nigdy nie usłyszymy) można by określić jednym zwrotem: „program aktywizacji zawodowej urzędników państwowych”. A kasa płynie…

Pochwała dziennikarstwa – dlaczego wolność mediów jest tak ważna i dlaczego służby strzeliły sobie w stopę

No i jesteśmy po kolejnej, godzinnej konferencji premiera Donalda Tuska, którą można by streścić słowami: „nic nie wiem, to nie moja sprawa”. Jej przebieg był dość burzliwy. Mimo zapewnień premiera, że stara się wyrażać precyzyjnie, to prawdziwych konkretów nie uświadczyliśmy zbyt wielu. W tle jakiś wyjec, bodajże z TV Republika, który chyba po raz pierwszy był na konferencji prasowej, postanowił powydzierać się jak dziecko w piaskownicy, uniemożliwiając rozmowę innym dziennikarzom, mającym coś mądrego do powiedzenia (spodobało mi się pytanie Moniki Olejnik, po którym premier nie wiedział co odpowiedzieć). Irytowało mnie też „jojczenie” o „jakichś tam” liderach „jakiegoś tam” Ruchu Narodowego, którzy co prawda nikogo nie obchodzą, ale zostali już przez niektóre kręgi uznani za „więźniów politycznych”, bo poharcowali podczas „jakichś tam” protestów. Tak czy siak, mimo usilnych prób wyżej wymienionego „wyjca”, nie udało się zepsuć konferencji, a Donald Tusk dostał po łapach i raczej nie wpłynie to pozytywnie na pozycję Platformy w sondażach. A zostało nam zaledwie parę miesięcy do wyborów samorządowych…
Tymczasem w sieci pojawiają się jak grzyby po deszczu komentarze popierające działania ABW i potępiające redakcję Wprost oraz dziennikarzy jako takich. Bo wolność prasy nie usprawiedliwia zdobywania informacji z nielegalnych źródeł. Jak to jest z tą niezależnością dziennikarzy? Po co ona komu?
Co zabawne, większość takich komentarzy pojawia się na stronach należących do jakiejś redakcji lub na portalach informacyjnych. Media określane są często jako „IV Władza”, mająca czuwać nad działaniami państwa i demaskować nieprawidłowości. W tym celu powstało prawo umożliwiające zachowanie anonimowości informatorom, a także seria innych, drobnych przywilejów, mających umożliwiać redaktorom skuteczną pracę. Rodzi się pytanie: kto czuwa w takim wypadku nad mediami? W sferze prawnej – sądy. W sferze społecznej – „V Władza”, czyli mieszkańcy i dziennikarze obywatelscy, którzy dbają również o to, by informacje w prasie, radiu oraz telewizji, były prawdziwe, a reporterzy zachowywali się w sposób zgodny z etyką zawodową (inna sprawa, że większość obywateli nie zna się na etyce zawodu dziennikarskiego).
Dlaczego wolność mediów jest tak ważna? Bo bez mediów (szczególnie prywatnych), nasze postrzeganie świata byłoby bardzo ograniczone. Ci, którzy żyli w czasach PRLu, wiedzą zapewne o czym piszę. Dziennikarze sprawują pieczę nad tym, by władza odpowiednio wykonywała swoje obowiązki i ujawniają sytuacje o których normalnie nikt by się nie dowiedział (szukać nie trzeba daleko – afera taśmowa). W tym momencie nie piszę tylko o profesjonalistach, ale też o tzw. dziennikarzach obywatelskich (citizen journalism), czyli amatorach wykorzystujących środki masowego przekazu do informowania społeczeństwa.
Władza musi bardzo uważać, gdy bierze się za bary z mediami. Wiele osób mówi, że dziennikarze to nie są „święte krowy”. Ależ jak najbardziej to są „święte krowy”. Branie ich za pysk to najgłupsza rzecz jaką władza może zrobić – to cios wizerunkowy, który może odbić się na postrzeganiu danej partii w przyszłości, tym bardziej, że środowisko potrafi (w przeciwieństwie do polityków) się zjednoczyć, mimo głębokich podziałów. Sama specyfika zawodu sprawia, że dziennikarze muszą być nieco jak święte krowy. Dziennikarze muszą mieć prawo do niezależności, wolności wypowiedzi i pełen dostęp do informacji. Nie róbmy z nich malkontentów, którzy nic nie robią tylko się czepiają – taka jest ich rola, a z tego „czepiania się” czerpią zazwyczaj korzyści wszyscy obywatele.
Tymczasem, gdy dochodzi do afery na szczycie, w prasie zagranicznej określanej jako największy kryzys władzy od 2007 roku, w dodatku mającej związek ze służbami, ABW wchodzi „z buta” do redakcji, a potem z prokuratorem zakłócają przebieg pracy dziennikarzy (w dziennikarstwie każda minuta jest czasami na wagę złota, wiedzą to wszyscy ci, którym do końca deadline’u została godzina, a materiału udało się złożyć raptem połowę). Co więcej, tłuką redaktora naczelnego, co zostało przecież zarejestrowane na nagraniach oraz zdjęciach, i chyba nikt temu nie zaprzeczy. Sylwester Latkowski miał pełne prawo do ochrony swoich materiałów prasowych, tym bardziej, że zasięgnął wcześniej opinii prawników.
W wielu krajach już sam fakt, że służby wchodzą do jakiejś redakcji zostałby uznany za skandal. Tymczasem mamy przepychanki, pyskówki i protesty (uzasadnione). W dodatku po całej sprawie debilne, za przeproszeniem, tłumaczenie, że zdrowie i bezpieczeństwo funkcjonariuszy było zagrożone. Szczególnie Latkowski pewnie nastawał na ich życia, ze swoim czarnym pasem w karate i posturą rosłego wikinga. Przecież na miejscu pojawiła się policja (kolejny skandal, że w ogóle musiało do tego dojść), która też zabezpieczała całe zajście. Czy ci funkcjonariusze (w liczbie bodajże kilkunastu) są zrobieni z waty?
Jeżeli są wątpliwości co do tego, czy dziennikarze mogą wykorzystywać nielegalnie zdobyte materiały, to w związku z brakiem porozumienia powinno się poprosić sąd o możliwość uchylenia tajemnicy dziennikarskiej. A nie wchodzić ze służbami do redakcji. Tylko jakiś głupek mógł na to wpaść, znowu za przeproszeniem. Eskalacja konfliktu nigdy nie wychodzi nikomu na dobre, a działalność prokuratora powinna zmierzać do uspokajania nastrojów i korzystania z odmiennych środków prawnych, jeżeli jest taka konieczność. A nie walenia pałą po łbie tych, którzy bronią swoich interesów.
Są komentatorzy, którzy zarzucają, że dziennikarze tylko jęczą o sobie, a nas ta sprawa nie dotyczy. Wręcz przeciwnie. Zwyczajnych odbiorców ta sprawa powinna najbardziej dotyczyć, bo to nam ma zależeć na tym, by dostawać informacje zgodne z prawdą, nieograniczone przez cenzurę i mogące demaskować niegodziwe działania władzy. Brak tego zainteresowania skutkuje obniżeniem poziomu mediów oraz traktowaniem czytelników/oglądających/słuchaczy jak debili. Na co też narzekają ludzie, których „nic to nie obchodzi”. To dziennikarze (przynajmniej w redakcjach prywatnych) muszą się dostosowywać do odbiorców jeżeli chcą mieć zyski ze swojej działalności. Nigdy na odwrót. I to robią.
Z drugiej strony przestrzegam przed tezami, że mamy w kraju cenzurę a wolność słowa jest skrajnie zagrożona. W Światowym Rankingu Wolności Prasy na rok 2014, Polska zajmuje bardzo wysoką, 19 pozycję. Rzeczywiście, mimo działań pewnych grup i pojedynczych osób, nie ma problemu z dostępem do informacji, a publikacje są rzadko blokowane. Zdarzają się jednak sytuacje bulwersujące – jak właśnie sprawa wejścia służb do redakcji dziennika Wprost, czy wytoczenie Jerzemu Urbanowi procesu przez Donalda Tuska o primaaprilisowy żart.
Dlatego dbajmy o to, byśmy nie spadli z tej wysokiej pozycji i by jeśli miała się zmienić, to tylko na lepszą. Musimy się interesować działaniami zarówno mediów, jak i władzy. Wkraczamy powoli w erę rozwoju dziennikarstwa obywatelskiego. Mieszkańcy mają do powiedzenia więcej niż kiedykolwiek. Warto z tego skorzystać.

Edit (13:15): Tak z innej beczki, czy cała ta akcja ABW i prokuratora nie wygląda jak scena z jakiejś słabej komedii sensacyjnej? Wchodzą raz, drugi, przerywają pracę dziennikarzom na cały dzień, tłuką redaktora naczelnego gdy pod oknami i w pokoju obok mają całą watahę reporterów z kamerami i aparatami (sic!), nie mają nikogo kto by umiał zgrać dane z laptopa, a ostatecznie zostawiają swoją teczkę i płaczą, że ich zdrowie i bezpieczeństwo było zagrożone. A wszystko to w sytuacji, gdy służby są krytykowane za brak profesjonalizmu. Nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać.

Sejmowa banda debili i półgłówków

Nie lubię obrażać innych. Wyznaję zasadę „nie rób innemu co tobie niemiłe”. Czasem, w emocjach, wymsknie mi się  jakaś nieuprzejmość. Czasem nie zauważam, że przekraczam granicę przyzwoitości. Wolę jednak wytknąć rzeczowo błędy w rozumowaniu, aby druga strona zrozumiała, co uważam za nielogiczne i błędne. Obrażanie chyba nigdy nie przekonało drugiej osoby do czyichś racji. Jestem też człowiekiem dość młodym, dlatego rzucać inwektyw wobec blogerów, którzy mogą być ode mnie starsi, zwyczajnie nie przystoi.

Jednak są jakieś granice. Kiedy banda starszych ode mnie osób zachowuje się jak przedszkolaki i wykazuje skrajnym skretynieniem, to nie mogę pokiwać nad nimi głową. Nawet nie mogę wytykać błędów, bo wykazują się skrajną ignorancją oraz pogardą dla pozyskiwania jakiejkolwiek wiedzy.

Dlatego z pełną odpowiedzialnością piszę: w Sejmie Rzeczpospolitej Polski mamy debili, kretynów, idiotów, ignorantów, półgłówków, zaprzańców i tłuków. I bynajmniej nie piszę tu o sprzątaczkach, obsłudze kateringowej czy Straży Marszałkowskiej. Podłączam się tym pod słowa Tomasza Sekielskiego, który w radiu TOK FM zauważył, że posłowie zachowują się jak osły.

450 posłów głosujących w sprawie uchylenia immunitetu Mariuszowi Kamińskiemu, nie zapoznało się z wnioskiem prokuratury. Nawet Paweł Sajak z Twojego Ruchu, który rekomendował wybrańcom odebranie immunitetu Kamińskiemu i był sprawozdawcą wniosku z komisji regulaminowej (i dziwicie się, zwolennicy Twojego Ruchu, że spada wam poparcie?). Jak miał przedstawić posłom zarzuty, skoro nawet nie przeczytał wniosku prokuratury? Tragedia. Zresztą, dziesięcioro członków komisji regulaminowej też nie miało zamiaru się bawić w czytanie. A może po prostu nie potrafią składać literek w zdania?

10 posłów raczyło przeczytać ten wniosek. Nie będę pisał, że ich za to pochwalam, bo to ich obowiązek i po prostu nie okazali się tak jak reszta posłów debilami, ignorantami i leniami. Reszta nie wiedziała nad czym głosuje, co zresztą sami przyznają ci, którzy głosowali wbrew linii swojej partii. Że-na-da.

Ta sytuacja jest przykładem degeneracji i zidiocenia całej klasy politycznej, w dodatku w niebywałym zakresie. Zaufanie do polityków, po tym głosowaniu, powinno spaść do zera. Skąd mamy wiedzieć, że w podobny sposób nie przegłosowują innych ważnych ustaw i wniosków? Skąd mamy wiedzieć, że czytają je wcześniej? Ten wybryk powinien się spotkać z kompletnym bojkotem i pogardą dla wszystkich polityków, którzy „nie mieli czasu przeczytać tego tam”. Nie można wam ufać. Okazaliście się niekompetentni i gardzicie obywatelami, z których podatków żyjecie i których życia próbujecie układać.

Dziwicie się, że Korwin-Mikke zdobywa takie poparcie, bo chce wszystko rozpieprzyć. Boicie się, że może coś zepsuć, a jego kontrowersyjne poglądy przebiją się do ludzi. Po tym występie, nie dziwię się zwolennikom Nowej Prawicy, że mają was dość, wy zadufane w sobie, prymitywne buce. Nie dziwię się ludziom, którzy nie chcą głosować. Nie dziwię się nikomu, kto nie chce by o kształcie ojczyzny decydowały takie ignoranckie, parszywe durnie.

Media po tym żałosnym spektaklu powinny ogłosić upadek klasy politycznej. Postępował od dawna, tak, to że posłowie są idiotami nie jest niczym nowym. Ale przekracza się kolejną granicę. To ostatnia, czerwona linia, oznaczona taśmą z napisem „do not cross”. Po niej, będzie już tylko nieposkromiona pogarda – całkowity brak zaufania do polityków. Są jakieś granice.

Wszyscy ci, którzy nie przeczytali wniosku i udawali mądrych, powinni w tym momencie klękać przed kamerami. Albo chociaż przyrzec, że jeszcze jeden taki wyskok i złożą immunitet oraz zrezygnują z bycia posłami Rzeczpospolitej. To się oczywiście nie wydarzy. Naród nie jest suwerenem. „Wybrańcy” sami są sobie sterem, żeglarzem, okrętem. I tak długo jak nie zniszczą całkowicie zaufania do Sejmu, instytucji państwa i demokracji, nie spoczną, ani się nie pokajają. Bo skoro zanikła u nich umiejętność czytania ze zrozumieniem, to i zdolność do refleksji musiała dawno zaniknąć.

Tfu!