Tortury są spoko

Polska w końcu oberwała za naruszenie zakazu tortur i nieludzkiego traktowania. Nie kiwnęliśmy podobno palcem przy samych okrutnych ekscesach, ale za to pomogliśmy CIA znaleźć miłe, zaciszne miejsce w którym mogło katować i podtapiać terrorystów. I to nie byle jakie miejsce, bo Stare Kiejkuty, czyli na Warmii i Mazurach, mojej ukochanej Krainie Tysiąca Jezior, pełnej lasów, kormoranów i jelonków.

Przede wszystkim jednak, więzienie było na terytorium Polski. A to sprawia, że nasze władze powinny czuć się za nie odpowiedzialne. Samo umożliwienie stworzenia Amerykanom miejsca do przeprowadzania tortur było głupie, nieważne jakie pieniądze ci wyłożyli i czego nie obiecali. Nie trzeba być geniuszem by przewidzieć, że taka sprawa wcześniej czy później wypłynie na wierzch, a cała wina spadnie na Polskę, wiecznego kozła ofiarnego narodów. Pani Janina Paradowska na antenie TOK FM powiedziała, że to wyjątkowo niesprawiedliwe. Oczywiście, ma rację. Ale moim zdaniem to kara za głupotę, cwaniactwo i włażenie w dupę USA. Przyznana słusznie, chociaż na te kontrowersyjne decyzje paru osób złożymy się wszyscy z naszych podatków.

Przy okazji objawił się dziwny trend wśród polityków, dziennikarzy i „gadających głów” – usprawiedliwianie tortur. To jest coś w stylu „tortury są brzydkie, ale potrzebne, bo jak nie będziemy torturować to ludziom stanie się kuku”. Mówią to mniej lub bardziej otwarcie osoby, które sprzeciwiały się wprowadzeniu kary śmierci lub zakazu aborcji, a każdy akt przemocy uznają za niedopuszczalny. Nagle okrucieństwo i bestialstwo stały się słusznym, dopuszczalnym środkiem, gdy „wymaga tego sytuacja”.

Ten atak hipokryzji ze strony chociażby Leszka Millera i Andrzeja Morozowskiego jest przerażający. W cywilizowanym państwie nie powinno się stosować tortur ze względu na parę podstawowych spraw:

1. Można się pomylić i torturować niewinną osobę (tak jak w przypadku kary śmierci).

2. Tortury są nieefektywne, bo po skatowaniu i poniżeniu większość osób powie to, czego chce przesłuchujący, a nie to co jest prawdą (tak jak podczas polowań na czarownice).

3. Trudno określić granicę kiedy tortury są dopuszczalne, a kiedy nie. Zamęczanie psychiczne i fizyczne może zostać wykorzystane w walce z opozycją oraz zwykłymi mieszkańcami. (tak jak za czasów Stalina)

4. Łatwo też „przegiąć” i uśmiercić przesłuchiwanego albo doprowadzić go do stanu, gdy będzie zaślinionym, bełkoczącym warzywem.

5. Żyjemy w świecie, gdzie zasada „oko za oko, ząb za ząb” została uznana za niegodziwą. Odrzucamy przemoc i okrucieństwo na rzecz sprawiedliwego osądu oraz izolacji od społeczeństwa, by nie stać się tak samo brutalnymi istotami, jak osoby, które chcemy karać.

6. W związku z powyższym uznaliśmy, że wszyscy mają jakieś podstawowe prawa – do życia, co wolności sumienia i myśli, do wolności od tortur. Jeżeli zaczniemy anulować podstawowe prawa człowieka pojedynczym jednostkom, to czemu by nie ograniczyć ich szerszemu gronu obywateli?

To podstawy o których wszyscy wiedzą i które nie są niczym nowym. Sprawiają one, że tortury są uważane za złe. Można się z nimi zgadzać lub nie, jednak w momencie gdy zaczniemy usprawiedliwiać katowanie innych ludzi, nawet tych „złych”, otwieramy puszkę Pandory z przemocą. Bo skoro uczciwym jest bicie, duszenie i okaleczanie innych w imię jakiejś idei sprawiedliwości i bezpieczeństwa, to czemu zabijanie ich by miało być niegodziwe? Czasami lepiej umrzeć niż żyć w cierpieniu. Skoro można negować prawa człowieka do wolności od tortur w imię jakiejś „ważniejszej” rzeczy, to czemu zmuszanie kobiet do rodzenia wbrew ich woli, w bólach, z szansą na zgon lub urodzenie różowego ziemniaka z nogami, tudzież po gwałcie, miałoby być złe? Przecież robi to w imię „ważniejszej” rzeczy, życia ludzkiego (jakie by ono nie było i w jakim „etapie”) i prawa boskiego, a to usprawiedliwia katusze. Skoro przemoc pomaga rozwiązywać problemy i chronić ludzi, to czemu nie odrąbać ręki siekierą sąsiadowi, który chciał wsiąść za kółko po pijaku?
Ostatni przykład jest oczywiście kompletnie przejaskrawiony, ale odwołuje się do instynktów, które budzą się w ludziach (a szczególnie w tłumie ludzi), gdy ci mogą się oddać zwierzęcej, pierwotnej naturze. Te same popędy obudziły się w politykach i dziennikarzach, którzy próbują nieudolnie usprawiedliwić służalczość wobec USA i obojętność władz.

Robią to za cenę własnego człowieczeństwa, swych wcześniejszych słów i przekonań. Potem będą się śmiali, jak Korwin-Mikke powie, że gdy dojdzie do władzy, to zamknie w więzieniach wszystkich, którzy według niego działali na szkodę państwa. A przecież zrobi to samo, co oni poparli w swej krótkowzroczności. W imię „dobra” i „bezpieczeństwa”. Za cenę „człowieka” i „człowieczeństwa”.

Bojkot Korwin-Mikkego w TVP – wtopa dziennikarzy

W swoim ostatnim wpisie mocno zbeształem Janusza Korwin-Mikkego. Zarzuciłem mu brak honoru, trudności w porozumieniu się z innymi, chamstwo, infantylność i barbarzyństwo. Teraz muszę stanąć w jego obronie.

Chodzi oczywiście o wycofanie zaproszenia do programu „Woronicza 17” prowadzonego przez Tomasza Sekielskiego. Gdy Janusz Korwin-Mikke był już na miejscu, gotowy by wejść na wizję, dostał informację, że inni goście – Mariusz Błaszczak (PiS), Krzysztof Gawkowski (SLD), Andrzej Halicki (PO), Barbara Nowacka (startowała z list Twojego Ruchu w wyborach do Parlamentu Europejskiego) i Adam Struzik (PSL), nie chcą wystąpić razem z kontrowersyjnym politykiem-bokserem. Pisząc krótko – zbojkotowali go. TVP odmówiło udziału Korwin-Mikkemu, a ten musiał po prostu wyjść z budynku.

Nie mam zamiaru nawiązywać do faktu, że w telewizji publicznej powinny być pokazywane wszystkie siły polityczne, bo można go interpretować różnie. Ale zwyczajnym brakiem profesjonalizmu i kultury, a także złamaniem etyki dziennikarskiej, jest zaproszenie gościa, a potem wyrzucenie go. Sam bojkot ze strony innych uczestników popieram, bo w polityce nie powinno być miejsca na przemoc, szczególnie podczas spotkań mających służyć współpracy i realizacji wspólnych celów dla dobra państwa. Jednak zachowanie dziennikarzy TVP było naganne.

Po pierwsze, odbija się czkawką trend zapraszania osób kłótliwych, wulgarnych, bezkompromisowych i kontrowersyjnych. Oczywiście, zapewniają one większą oglądalność, a dziennikarz nie musi nawet za bardzo prowadzić dyskusji. Gdy postawimy dwa „rottweilery” reprezentujące odmienne poglądy, to będą one na siebie szczekały bez ustanku. Prowadzący programy nie zdają sobie często sprawy, że do nich należy „władza”, a jako dobrzy „gospodarze” powinni umieć zapanować nad gośćmi. W przeciwnym wypadku ukazują słabość swego warsztatu dziennikarskiego.

Zapraszanie kontrowersyjnych postaci sprawia też, że część gości nie chce mieć z nimi do czynienia, a stacja zaniża swój poziom. Nieprzewidywalne postaci mogą też po prostu wyjść ze studia, oburzone tym, że zamiast dyskusji, muszą uczestniczyć w przepychance słownej. Albo tym, że zamiast uczestniczyć w przepychance słownej, zmusza się je do dyskusji.

Po drugie, prowadzący powinien wiedzieć kogo zaprasza (lub prędzej kogo zapraszają jego współpracownicy). Przed telefonem do potencjalnego uczestnika programu trzeba zrobić research, poinformować o czym będzie dyskusja, przedstawiciele jakich opcji zostaną zaproszeni. Każdy musi wiedzieć chociaż trochę czego się spodziewać. I dziennikarze, i goście. Bojkot Janusza Korwin-Mikkego był wcześniej zapowiadany. Prowadzący powinni być bardziej wyczuleni na tym punkcie.

Dlatego pełną winę za całą sytuację ponosi TVP. Goście mieli prawo odmówić uczestnictwa w programie, wiedząc, że rozmówca jest osobą agresywną. Janusz Korwin-Mikke miał prawo wystąpić, gdyż został zaproszony i jest reprezentantem coraz większej grupy wyborców. Jedynymi osobami, które mogły zapanować nad tymi emocjami, byli dziennikarze i prowadzący program. Nie udało im się, zadziałali nieprofesjonalnie. Nie zdziwiłbym się, gdyby część gości odmówiła przyjmowania zaproszeń od TVP, bojąc się podobnej sytuacji.

Januszowi Korwin-Mikkemu należą się porządne przeprosiny na piśmie. A na przyszłość, Tomasz Sekielski musi zadbać o to, by jego współpracownicy (lub on sam) ostrożnie dobierali gości i przygotowali dobry research. Bo inaczej naraża się na krytykę oraz oskarżenia o godzenie w etykę dziennikarską przez złe traktowanie zapraszanych osób.

Korwin-Mikke dał w mordę Boniemu – barbarzyństwo, chamstwo i radość „elity”

Czasami w telewizji pokazywane są nagrania z parlamentów Ukrainy, Gruzji czy Wenezueli, gdzie poziom kultury politycznej jest raczej mizerny, a posłowie, gdy nie dochodzą do porozumienia, rozwiązują sprawy w sposób siłowy, tłukąc się po mordzie i targając ubrania. Oglądam takie sceny z rozbawieniem, ale też z ulgą – bo wiem, że w naszym kraju ludzie mają jeszcze minimum godności i nie są barbarzyńcami, dlatego nie sięgają po przemoc fizyczną. Tylko rozmawiają. Albo nie rozmawiają, ale nie rozwiązują problemów siłą.

A tutaj szok. Na twitterze Michała Boniego, posła europarlamentu z ramienia PO, pojawiają się posty: „Spotk.posłów do PE w MSZ:powiedziałem „dzień dobry” posłowi Korwin Mikkemu,uderzył mnie w twarz. To nie jest normalne!!” i „Spotk.posłów do PE w MSZ – po spoliczkowaniu przez Korwina- za różne rzeczy już przepraszałem,, z pokorą przyjmuję ataki! Ale jest granica!„. Chwilę później pojawia się informacja – Korwin-Mikke potwierdza, że przyłożył! Za to, że ten w 1991 roku nazwał go idiotą, gdy sugerował powiązania Boniego o bycie agentem w czasach PRLu. Na Facebooku i portalach informacyjnych posypały się komentarze pełne… pochwał dla polityka Nowej Prawicy.

Czy wyście ludzie kompletnie zwariowali? Chwalicie gościa, który zamiast jak dorosły z dorosłym wyjaśnić sprawę przy butelce wina, niczym jakiś dzieciuch walnął go w mordę za to co ten powiedział ponad dwadzieścia lat temu? W siedzibie MSZ i to na spotkaniu, mającym na celu wypracowanie zasad współpracy polskich posłów w Europarlamencie dla dobra kraju? Poważny polityk zyskujący poparcie? Od kiedy to barbarzyńska przemoc ma być odpowiedzią w sporach?

Kiedy Lepper, Palikot, Niesiołowski czy Pawłowicz zachowywali się w sposób wulgarny i chamski, wszyscy płakali nad tym jaki poziom ma nasza polityka. Jaka jest zła i zepsuta. I że tylko Korwin-Mikke może ją uzdrowić. Gdy na nagranych taśmach ze spotkań prominentnych ministrów lecą „kurwy” i „chuje, też się oburzamy, bo jak tak można. Tymczasem polityk w muszce daje drugiej osobie w mordę, a ludzie cieszą się jak małe dzieci. Niczym gimnazjaliści oglądający za blokiem walkę dwóch szczyli, co się pokłócili o dziewczynę.

Honor? Jaki honor jest w zaatakowaniu z zaskoczenia drugiej osoby, która się tego nie spodziewa, co więcej, wita się i okazuje kulturę oraz szacunek? Tak zachowują się tylko szczury bez odwagi. To zagrywka godna najniższych instynktów, a nie mężczyzny czy dżentelmena. Godna menela pod sklepem, któremu odmówiono złotówki na wódę lub dresa chcącego kogoś skroić z komórki.

Dobrze, że Boni nie odpowiedział tym samym i nie zniżył się do poziomu Rowu Mariańskiego w którym żyją już tylko rurkowce. W normalnym kraju, polityk, który nie potrafi rozmawiać (co gwarantuje brak możliwości szukania kompromisów i wspólnych rozwiązań, tak niezbędnych w świecie polityki) tylko daje innemu w mordę, zostałby skreślony z życia politycznego. A zaraz za tym powinien być złożony pozew o naruszenie nietykalności osobistej. U nas, ludzie się cieszą, bo jeden dorosły facet dał innemu w mordę. Ale zabawa. Ale ubaw. I dobrze zrobił, a co! Bo ten to zły jest!

Chcecie być lepsi od innych, inteligentniejsi, rozsądniejsi, dumniejsi, patrzeć z góry na bydło, które rządzący i inne partie polityczne trzymają na sznurku. Ale sami nie potraficie nawet wyjść z cienia jaskiń i kultu pięści. O posiadaniu kultury, honoru, empatii i innych cech tak ważnych w życiu każdego człowieka nawet nie wspominając. A Korwin-Mikke gra na waszych najniższych instynktach jak na fortepianie.

Żenujące i niesmaczne.

Noł gejm Noł lajf Noł floł / recenzja anime No Game No Life

No Game No Life. Nie ma gry = nie ma życia. To nie jest fraza, którą można kojarzyć tylko z dzisiejszymi nastolatkami zafascynowanymi grami komputerowymi. Od wieków ludzie dawali się wciągać w hazardowy wir, często tracąc majątek, godność i rodzinę, a ufając tylko swoim umiejętnościom i szczęściu. Grali, bo mieli nadzieję na zwycięstwo i inne lepsze życie, lub nie mogli przestać, gdy choć raz poczuli jak smakuje tryumf nad przeciwnikiem oraz czysta radość jaką niesie ze sobą rozgrywka. Główni bohaterowie anime, które stało się hitem tego lata dobrze rozumieją tą miłość do gier. Dlatego uciekli z ponurego świata pełnego społecznych konwenansów i ograniczeń. Przed swoje komputery. I jeszcze dalej, do innego świata.

Dwunastoodcinkowy No Game No Life to anime oparte na light noveli autorstwa Yū Kamiyi. Jego głównymi bohaterami są osoby znane w sieci jako „『  』„. Tak, puste okienko, czyli “blank space”, ewentualnie chcąc się silić na umiarkowanie sensowne tłumaczenie: “bezimienni”. To anonimowi gracze, których imienia nikt na świecie nie zna. Są prawdziwą legendą, bo nie ważne w jakiej grze się pojawiają, szybko stają się najlepszymi użytkownikami, którzy mogą pokonać nawet najsprytniejszych cheaterów.

My poznajemy ich jednak od mniej “tajemniczej” strony. Za pustymi nickami kryje się japońskie rodzeństwo: osiemnastoletni Sora, który jest NEETem („Not in Education, Employment, or Training”), prawiczkiem z kompleksem braku dziewczyny, w dodatku cierpiącym na agorafobię, oraz Shiro, zmagająca się z antropofobią, zamknięta w sobie i mająca w nosie szkolną edukację. Nierozłączna dwójka “nołlajfów” całe dnie spędza przed komputerami, nie chcąc mieć jakiegokolwiek związku ze światem na zewnątrz w którym nie potrafi się odnaleźć. Pewnego dnia dostaje niepowtarzalną szansę by trafić do krainy ze swych marzeń. Zostają zaproszeni przez Jedynego Prawdziwego Boga Teta do świata Disboard, miejsca pełnego magii i dziwnych ras, gdzie każdy konflikt rozwiązuje się pojedynkami opartymi na grach – słownych, karcianych, szachach, komputerowych i tym podobnych. Rodzeństwo szybko odnajduje się w nowym miejscu, a ich umiejętności pomagają im zwyciężać w kolejnych “walkach” i wspinać się na sam szczyt…

Czyli mamy kolejne anime, gdzie bohaterowie trafiają do innego świata za sprawą swego przywiązania do komputerów i gier. Powinienem chyba wspomnieć o Sword Art Online i Log Horizon (recenzja: klik), które w tym roku doczekają swoich kontynuacji, ale poza ogólnym motywem przeniesienia do świata fantasy i głównymi bohaterami, legendarnymi na swoich serwerach, nie dostrzegam zbyt wielu podobieństw. Inaczej – nie są one na tyle zauważalne, bym oglądając No Game No Life miał poczucie, że widzę kalkę wymienionych tytułów.

Przypomina mi ono bardziej początki mangi Yu-Gi-Oh!, w której główna postać również rywalizowała ze swoimi przeciwnikami (dopiero później wszystko zaczęło się ograniczać do kart z potworkami) dzięki różnego rodzaju grom. Widzę też pewne podobieństwo do Death Note, czyli przewidywania ruchów przeciwnika daleko w przyszłość oraz starcia wielkich umysłów. Ostatnim tytułem do którego bym przyrównał NGNL jest sound novela Umineko No Naku Koro Ni. Charyzmatyczny, inteligentny główny bohater, który musi stawiać czoło rzeczom, które dopiero próbuje zrozumieć. Walka na słowa, taktyka, przewidywanie, szukanie odpowiedzi, tajemnica, humor, pomysłowość i wielki intelekt.

To wrażenie wzięło się też z tego, że Sora jest momentami bardzo podobny do protagonisty Umineko – Battlera. Pewny siebie, majestatyczny, gotowy rozwiązać każdą zagadkę i niezłomny. Miałem wrażenie, że tak jak on zaraz powie “dame da, zen zen dame da!” i rozbije w pył kolejną tajemnicę. Różni ich jednak podejście do innych ludzi, bo Sora jest budzącym zażenowanie hikikomori. No właśnie. Jest? Z jednej strony pokazywane są sytuacje w których rzeczywiście dostaje ataku socjofobii (na przykład gdy zostaje oddzielony od siostry lub pojawia się na ulicach Tokio). Z drugiej jednak większość jego zachowań tylko częściowo pasuje do osoby aspołecznej i powiedzenie, że źle się czuje w towarzystwie innych ludzi to spore nadużycie. Shiro wydaje się bardziej pasować do roli “nołlajfa”. Raczej małomówna, zamknięta w sobie, diablo inteligentna i zawsze stojąca u boku swego “dużego braciszka”, z którym łączy ją nierozerwalna więź. Jest też dość urocza. Można ją uznać za maskotkę serii, chociaż jej wkład w fabułę jest oczywiście znaczny, bo stanowi piękniejszą część duetu protagonistów.

Reszta postaci to łatwa do zapamiętania i barwna zbieranina. Każda z nich ma swoje cele, chociaż ostatecznie i tak większość z nich ląduje w łaźni Sory lub dołącza do jego “haremu”. NGNL jest przesiąknięte fanservicem, dlatego jeżeli ktoś nie lubi wielkich, podskakujących cycków lub majtek małych dziewczynek, to… w sumie powinien się z tym pogodzić i i tak obejrzeć to anime. Gołe ciała są zazwyczaj częścią różnorodnych gagów. Nie mogę narzekać na humor w tej serii, zachowanie postaci bywa komiczne i trzeba być chyba prawdziwym ponurakiem by ani razu się nie uśmiechnąć. Obok zabawnych scen są też iście monumentalne i majestatyczne obrazy (na przykład niszczenie całej planety by pokonać przeciwnika, słowo po słowie). Nie uświadczymy zbyt wielu przykrych momentów, dlatego warto oglądać to anime gdy mamy zły humor – nic nam już go nie pogorszy. Zdarzają się przemowy i rozmowy w stylu “teraz pogadamy o życiu i ludzkości”, które są przerażająco nudne, szczególnie w zestawieniu z resztą dynamicznej akcji. Da się jednak je przeżyć.

Kompletnie zauroczyły mnie nawiązania do innych gier i japońskich seriali animowanych. Nie jestem jakimś gigantycznym fanem mangi i anime, ale udało mi się bez trudu znaleźć kilkanaście takich smaczków, które natychmiast dostrzegą fani m.in.: Jojo Bizarre Adventure (WRRRYYYY i animacja), Phoenix Wright: Ace Attorney (sędzia, OBJECTION!), Podniebny Zamek Laputa, Doraemon, Evangelion, Sayonara Zetsubou Sensei, Rosen Maiden, Yu-Gi-Oh!, Dead or Alive, Melancholy of Haruhi Suzumiya, Persona, Stein’s Gate, Akiba’s Trip czy Gal*Gun. Więcej nie zauważyłem (chociaż w openingu dwie sceny przypominają mi obrazy z czołówek Death Note), ale na pewno są gdzieś ukryte inne nawiązania, które sprawiają, że aż się człowiekowi robi ciepło na serduszku. Miłego szukania!

Oprawa graficzna serii jest bezbłędna. Mimika postaci prezentuje się ciekawie, widoki są interesujące (zarówno widoki półnagich pań, jak i te krajobrazowe), a prezentacja walk świetna. Mamy bardzo dużo jaskrawych barw, które odrzuciły mnie w openingu, ale podczas oglądania reszty serii nie sprawiały kłopotu. Wręcz przeciwnie, spodobały mi się. Nie zauważyłem uchybień w animacji ani obrazów o żałosnej jakości. Grafika zdecydowanie na piątkę z plusem.

Muzyka za to nie porywa. Kawałki dobrze odzwierciedlają wydarzenia i są… niezłe, ale nie zapadają w pamięć. Nie mogę się do nich przyczepić, tym bardziej, że twórcy ścieżki dźwiękowej sięgnęli pełnymi garściami po rytmy “electro” i “techno”, które uwielbiam w anime. Opening i ending również nie porywają, ani graficznie, ani muzycznie. Są poprawne, ale nie można ich jakoś wyjątkowo wyróżnić. Biją po oczach przeciętnością.

Seria anime kończy się cliffhangerem, a w light noveli jest ciągle mnóstwo wydarzeń, które można przenieść na ekrany telewizorów i komputerów w formie animowanej. No Game No Life zyskało sobie wielu fanów, dlatego zapewne doczekamy się dalszych przygód rodzeństwa. Rzadko mam w zwyczaju recenzować coś za czym nie przepadam (bo rzeczy, których nie lubię po prostu nie oglądam) dlatego oczywiście polecam serię. Poza tym, hej, są wakacje, a to anime ma dwanaście odcinkow. Warto spróbować!