Uwaga! Znów wirusy na Facebooku!

Ostatnio coraz częściej zdarza mi się zauważać, że na kontach znajomych z Facebooka pojawiają się tajemnicze linki. Oczywiście zawirusowane. Wystarczy na nie wejść, a szkodliwy trojan już się wciska na nasze komputery i laptopy. To nie pierwszy raz, gdy na portalach społecznościowych rozsyłane są tego rodzaju potworki. Ale na zapas, ostrzegam wszystkich, przed postami z dużą liczbą oznaczonych osób i mających w sobie frazy: „wspanialy!” oraz „śmieszne wideo!”. Jest w nich też liczba „obejrzeń” i link ow.ly, co przedstawiam poniżej.

Po wejściu na stronę, ściąga się wirus „Win32:Evo-gen [Susp]” (a przynajmniej tak było w moim przypadku), przez którego zainfekowany komputer jest narażony na ataki trojanów. Będzie też przekazywał dalej przez Facebooka niebezpieczny link. Trzeba się z nim z miejsca rozprawić. Program Avast w miarę skutecznie radzi sobie z problemem, a po przypadkowym pobraniu wirusa, wrzuca go do kwarantanny, skąd można go łatwo usunąć. Dobrze też przejrzeć komputer programem Malwarebytes Anti-Malware.

Polski kult śmierci, cierpienia i sadyzmu

Obejrzałem wczoraj film „Dom w głębi lasu”. Horror komediowy, raczej nie najwyższych lotów, ale całkiem przyjemny. Pojawiła się tam pewna nieumarła rodzina – Bucknerowie. Czcili oni ból i śmierć, poniekąd przymuszeni przez ojca, który gdy zabijał innych miał „mężowskie wybrzuszenie”. Ogólnie, cała fabuła filmu związana jest z wystawianiem innych na cierpienie w imię „wyższego dobra”, a „ci źli” oddają cześć boskim istotom, właśnie przez zadawanie bólu.

Nawet takie mizerne, weekendowe kino z niskimi ocenami na filmwebie może skłonić do jakichś refleksji. Mam wrażenie, że żyjemy w kraju, gdzie panuje podobny kult katuszy i tortur. Co prawda nikt nie pochwala otwarcie zadawania bólu (chociaż wiara w to, że mordowanie innych na wojnie przyniesie wyzwolenie kotłuje się w narodzie) własnymi rękoma. Ale cierpienie na własny rachunek lub przymus by inni cierpieli, jest jak najbardziej w porządku. Matka, powinna urodzić zdeformowane, bezgłowe dziecko w imię „moralności”, nie bacząc na traumy oraz własne postanowienia. Ludzie muszą umierać za kraj, bo tak wypada, tak jest patriotycznie. Powstania, które doprowadziły do wymordowania tysięcy niewinnych ludzi, są świętowane przez najwyższe władze państwowe. A największą religią w państwie jest ta, która oddaje cześć facetowi, który dał się zabić i cierpiał za grzechy innych.

Według wielu ból nie jest czymś złym. Ból uszlachetnia. Warto czasem pocierpieć w imię czegoś. Nieważne czego – religii, ojczyzny, orientacji seksualnej, poglądów…

Poniekąd jest to zrozumiałe, bo nic nie poradzimy na ból. Każdy z nas ma w życiu takie momenty, że zwija się z cierpienia – psychicznego lub fizycznego. To jakaś próba ucieczki od tego ogromu udręki. Ludzie próbują nadać mu sens, o czym zresztą mówił dzisiaj w Poranku Radia TOK FM, rzecznik kurii warszawsko-praskiej Mateusz Dzieduszycki:

„To nie chodzi o to, żeby powiedzieć, że cierpienie jest czymś dobrym. Nie, jest czymś złym. Ale jeżeli ono nas spotka, rzeczą centralną w naszej religii jest to, że ono ma sens. Może być włączone w cierpienie Chrystusa, który umarł za nas na krzyżu. Jeśli ksiądz wskazuje na to, że cierpienie nie ma sensu, to albo czegoś nie rozumie, albo padły dwa słowa za dużo.”

Z jednej strony mówi, „tak, tak, cierpienie jest fe i nie jest dobre”, ale z drugiej „hej, ale ma sens! Nie cierpicie na marne!”. To usprawiedliwianie bólu. Próba nadania czemuś nieuniknionemu charakteru czegoś moralnie wielkiego, czegoś wspaniałego, ważnego, cennego. Jest to całkowicie sprzeczne z ludzką naturą i ogólnie z naturą istot żywych. Chcemy żyć. To tak naprawdę nasz cel – żyć. Korwin-Mikke w swojej pamiętnej rozmowie z „towarzyszem rurkowcem” powiedział: „Ludzie mają swoje cele, swoje ambicje, swoje ideały i za to walczą i umierają, a pan chce tylko żyć”. Ale jak realizować te cele i ambicje gdy jesteśmy martwi? Kto przeniesie dalej nasz głos? Gdyby wszyscy ginęli i umierali za to, co uważają za słuszne, to nie byłoby nikogo, kto doceniłby te ideały i komu by służyły.

Skąd pomysł, że mając do wyboru życie w imię ideałów i śmierć w imię ideałów, powinniśmy wybrać to drugie? To oczywiście mniej kłopotliwa droga – szybki strzał w głowę lub kilkudniowe tortury, po czym odpoczynek, które są uwolnieniem od katuszy. Ciężka praca, dyskutowanie, promowanie własnej wizji, przekonywanie ludzi przez dziesiątki lat – to o wiele trudniejsze. No i trzeba żyć przy tym.

Wiedząc, że wszyscy cierpimy na ten, czy inny sposób, nie powinniśmy się z tym godzić. Mówienie, że „cierpienie jako takie ma sens” nie jest rozsądne. To objaw masochizmu, a niestety, często i sadyzmu. Nasze pojedyncze czyny, motywowane jakimś zyskiem lub ochroną tego co mamy mogą być wytłumaczalne. Ale samo oddawanie czci cierpieniu, nadawanie mu „wyższego sensu” czy tworzenie kultów, których centralnym elementem jest ból, wydaje mi się nieco makabryczne.

Piszę o tym nie dlatego by potępić jakoś pojedyncze akty „poświęcenia”. Sami decydujemy o tym co czynimy (inna sprawa, że ma to wpływ też na innych ludzi, co udowodniło Powstanie Warszawskie). Poza tym masochizmem jednak, w przestrzeni publicznej jest też sporo sadyzmu, nie tak bezpośredniego jak ten Bucknerów z „Domu w głębi lasu”, ale opartego na tej samej zasadzie – ktoś ma cierpieć, w imię tego co ktoś inny chce i ktoś inny wyznaje. W imię tego by na spodniach „prowokatora” pojawiło się „mężowskie wybrzuszenie” spowodowane agonią drugiej osoby.

Osoby, które nie godzą się na katusze, są nazywane tchórzami, zdrajcami, pizdami, śmieciami lub, jak ostatnio błysnął pan Terlikowski, leszczami. To sztuka manipulacji. Generał George Patton mówił: „Celem wojny nie jest śmierć za ojczyznę, ale sprawienie, aby tamci skurwiele umierali za swoją”. Osoby, które uważają, że mają prawo mówić kiedy ktoś ma cierpieć i domagać się tego cierpienia, są tak zdeprawowane, że one nie chcą śmierci „tamtych skurwieli” a swoich „pobratymców”. Których zresztą w głębi serca mają za nic nie warte śmieci, skoro bez mrugnięcia okiem namawiają ich do cierpienia. Kto nie jest z nami, ten jest przeciw nam. Gdyby torturowany całymi dniami i nocami był ktoś obcy, biliby brawo. Gdyby to była córka takiego „mędrka”, ten rwałby włosy z głowy. I to poniekąd wskazuje, na jego człowieczeństwo, które tak stara się odtrącać przez brak empatii.

Dlatego apeluję – nie cierpcie na siłę. Starajcie się unikać bólu, nawet jeśli jest nieunikniony. Trzymajcie się od niego jak najdalej, a gdy już musicie przechodzić przez katusze, nie dorabiajcie sobie do tego pięknej ideologii, bo sprawi to, że będziecie chcieli przekonać do niej innych. I zmusić ich do takiego samego cierpienia. Od osób które was obrażają lub nazywają tchórzami, gdy nie chcecie umierać za ich ideały, trzymajcie się z dala. To sadyści, różniący się od nieumarłych Bucknerów tylko tym, że sami nie trzymają noży, a wciskają wam je w dłonie, szepcząc: „umrzyj za x”.

Samemu często tylko stojąc z boku lub znając historie o „poświęceniach” z książek lub od innych ludzi.

Trumny, Sabotażyści i… nic nowego. / recenzja anime Hitsugi no Chaika

Ostatni z dwunastu odcinków pierwszej części anime Hitsugi no Chaika wyszedł 25 czerwca i już zapowiedziano na październik drugi sezon. Twórcy nie czekają i starają się jak najszybciej odcinać kupony od chwilowej popularności, która, prawdę mówiąc, po miesiącu mocno przybladła. Znowu uraczono nas oklepanymi do bólu motywami, chociaż trzeba przyznać, że ubrano je w dość interesujący świat. Ale… nic poza tym.

Akcja Hitsugi no Chaika (czyli „Chaika – Księżniczka z Trumną” w wolnym przekładzie) ma miejsce pięć lat po wielkiej wojnie przeciwko potężnemu magowi-imperatorowi Arturowi Gazowi. Podczas ostatecznej bitwy zginął on z rąk Ośmiu Bohaterów, a sojusz sześciu krajów, które stanęły do walki z tyranem, próbuje od tego czasu zaprowadzić pokój na podzielonych ziemiach starego Imperium. W nowej rzeczywistości próbuje się odnaleźć rodzeństwo Sabotażystów, brat Toru i siostra Akari, wychowani na sprawnych zabójców, szpiegów i wojowników. Szczególnie temu pierwszemu doskwiera brak wojen, podczas których mógłby wykorzystać swoje umiejętności. Ich los odmienia się, gdy natrafiają na białowłosą dziewczynę, która podaje się za córkę Artura Gaza. Chaika Trabant, bo tak się nazywa, wynajmuje ich do pomocy w… próbie odszukania szczątków swojego ojca, stanowiących także potężne źródło magicznego paliwa używanego do rzucania zaklęć.

Świat w którym ma miejsce fabuła anime jest całkiem interesujący. Akcja dzieje się właściwie na zgliszczach upadłego Imperium i podupadłych państw, które wciąż mają problemy gospodarcze. Zwolennicy zmarłego Artura Gaza próbują przywrócić chwałę jego państwu, wszędzie czają się bandyci i zaklęte bestie. Czary używane są za pośrednictwem specjalnych karabinów snajperskich zasilanych magicznym paliwem. Magią można też wprawiać w ruch pojazdy i gigantyczne, latające fortece.

O ile uniwersum uważam za interesujące dzięki połączeniu magii i techniki, to nie mogę tego samego powiedzieć o postaciach. Są one tak oklepane, że aż odczuwam pewien niesmak. Wiadomo, niemal w każdym anime powiela się pewne schematy. Jednak w tym, jedyną postacią, która jako tako umknęła byciu kalką jest chyba główny bohater, Toru, a i on nie jest nikim wyjątkowym. Jego główną zaletą jest to, że na początku nie jest niezdarną ciotą i wydaje się być w miarę kompetentny. Samo fakt, że dąży do wojny, bo tylko podczas niej czuje się przydatny, jest ciekawą motywacją. Potem jednak staje się coraz bardziej miękki, aż dochodzimy do momentu romantycznego, którego co prawda mogliśmy się spodziewać, ale i tak budzi on spore rozczarowanie. Takich przewidywalnych sytuacji jest bez liku. Od pierwszego lub drugiego odcinka, wiadomo, że Chaika nie będzie jedyną „córką Imperatora Gaza”, a jednak próbuje się nieudolnie ukrywać tożsamość innych potomkiń, tak jakby to było coś naprawdę tajemniczego. Gdy postać „ginie”, to wiadomo, że zaraz jakoś cudownie wstanie i się uratuje. Kiedy pojawia się jakaś strapiona duszyczka, oczywistym jest, że Chaika powie żeby ją ratować, a Toru westchnie niechętnie, powie coś mądrego, ale posłusznie wykona rozkaz. W tym anime, sytuacje, których nie dało się przewidzieć można policzyć na palcach jednej ręki. A fabuła, nie dość, że jest okrojona względem wersji mangowej, to jeszcze traci cały blask, bo już po pierwszych odcinkach wiadomym będzie, że Chaika nie jest jedyną córką Gaza (dlatego nawet nie kłopoczę się by pisać o spoilerach). Bez tego, to nudna historia o zbieraniu kończyn jej ojczulka. Jedyne na czym można zawiesić oko to psychopatyczni wrogowie i walki.

Wracając do postaci, siostra Toru, Akari, kocha swojego braciszka. I pisząc „kocha” nie mam na myśli miłości siostrzanej. Kolejny oklepany motyw, który coraz częściej przewija się w anime, „zakazana miłość rodzeństwa”. Akari jest małomówna i walczy młotem, co niezbyt pasuje do skrywającego się w cieniach Sabotażysty. Ogólnie, czasami można odnieść wrażenie, że pasują oni bardziej na wojowników walczących w pierwszej linii, a nie działających po cichu, bo ostatecznie i tak wszystko ogranicza się do tłuczenia młotem lub nożami. Bardzo irytujące są też sceny, kiedy używają mocy Transformacji Żelaznej Krwi (chyba dodającej im siły, jednak nie zostało to dobrze wyjaśnione), bo po pierwsze, formułka potrzebna do przemiany jest przydługawa i pada zbyt często, a po drugie… tak naprawdę niewiele daje. Rodzeństwo nie dostaje jakiegoś potężnego „power-upa”. Momentami można odnieść wrażenie, że jedyną zmianą są czerwone włosy i podłużne znaki na twarzach.

No i ostatnia z trio (tak naprawdę nie ostatnia, ale tym razem daruję sobie spoilery), tytułowa Chaika Trabant, córka Imperatora Gaza. Jest głupia, naiwna, nieporadna i ma problemy z wysławianiem się (które wydały mi się bardzo irytujące, a nie urocze). W dodatku urodę lolitki-albinoski. Idealny materiał na obiekt westchnień męskiego protagonisty, czyż nie? To pytanie retoryczne. Również ona nie wyróżnia się niczym specjalnym, poza nazwiskiem. Trabant. Mamy mnóstwo nawiązań do marek i producentów samochodów w imionach postaci. Toru ma na nazwisko Acura, a na swojej drodze natrafi na Gilleta, Steinmetza, Skodę, Callawaya, Lancię, Scanię i parę innych „samochodów”.

Poza głównymi bohaterami mamy też Herosów, członków Agencji Kliemanna (mającej na celu odbudowę krajów po wojnie z Imperatorem), inne Chaiki i całą masę innych postaci. Momentami wydają się bardziej wyraziści od protagonistów, innym razem – są równie oklepani co oni. Znowu, uważam, że postaci nie są mocną częścią tej serii co przekłada się poniekąd na fabułę. Chyba tylko Oddział Gillete’a z Agencji Kliemanna trzyma poziom, chociaż nie mogę z czystym sercem napisać, że wśród nich jest jakaś „nowa, ciekawa postać, której odpowiednika nie znalazłbym w starszych anime”.

Grafika jest na dobrym poziomie, nawet bardzo dobrym, chociaż znowu – to nic nadzwyczajnego przy dzisiejszych możliwościach technicznych. Muzyka jest nie za specjalna, a przynajmniej na tyle pospolita, że nie wzbudziła mojego zainteresowania. Osoby podkładające głos też są… normalne. Naprawdę, warstwa graficzna i dźwiękowa jest po prostu przeciętna. Trzyma poziom i tyle. Nie powiem by mnie wyjątkowo oczarowała, zaskoczyła czy zniesmaczyła.

Na opening też ponarzekam. Jego jedynym elementem, który mi się naprawdę spodobał, była scena pod koniec, jak Akari robiła obroty ze swoim młotem. Chwilę później jednak pojawił się moment, kiedy to razem z Toru idą na tle płomieni, po zgliszczach, a ona macha swoją bronią i w… dziwny sposób niszczy jakieś skrzynki. Animacja tego uderzenia jest po prostu brzydka, a drewno (czy to na pewno drewno?) rozpada się paskudnie. Ładna jest za to muzyka openingu. To utwór „DARAKENA” autorstwa Iori Nomizu, który ratuje czołówkę. Ending to nudy, zarówno jeżeli chodzi o oprawę wizualną, jak i dźwiękową, jednak jest to stała bolączka endingów. Nie pamiętam kiedy ostatni raz widziałem naprawdę fajny, ciekawy ending z dobrą muzyką.

Podsumowując, to anime nie ma potencjału jeżeli chodzi o postaci i jest oklepane do bólu. Otoczka na którą składa się świat i akcja, jest dosyć kusząca, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że została zmarnowana kompletnie przewidywalną historią. Grafika jest dobra, muzyka przeciętna. Nic lepszego nie da się o nich powiedzieć. Hitsugi no Chaika można obejrzeć, jeżeli mamy ochotę na luźne, krótkie anime. Ale jest wiele lepszych tytułów, za które można by się chwycić podczas deszczowych, nudnych dni.