Edukacja seksualna – po co uczyć dzieci, skoro one już wszystko wiedzą?

Dzisiaj, w programie satyrycznym „Tomasz Lis na żywo” rozmawiali fachowcy od spraw seksu wyspecjalizowani w pierdoleniu, czyli politycy. Wybitny autorytet od spraw masturbacji, Mariusz Dzierżawski, mówił, że edukacja seksualna to wpychanie dzieci w ręce pedofilów. Wtórowała mu żelazna dziewica, Marzena Wróbel, która jest pewna, że dzieci do 13 roku życia w ogóle nie interesują się seksem.

Jakiś czas temu, odrzucono poselski projekt ustawy przewidujący wprowadzenie „wiedzy o seksualności człowieka” jako obowiązkowego przedmiotu w szkołach. Obywatelski projekt by każdego kto informuje osobę poniżej 15 roku życia o tym, że siusiaczek i pipusia służą do robienia dzieci, zamykać w więzieniu też nie przeszedł. Posłowie i posłanki urządzają zbiorową orgię, debatując nad tym czy szczeniaki mają wiedzieć co to znaczy „penis”, „seks” i „masturbacja”, czy nie.

A ja sobie wspominam jak to było z wiedzą moją i moich znajomych. Oczywiście, nim skończyła się podstawówka, wiedzieliśmy już WSZYSTKO. Jeden kolega ukazywał swoją rozległą wiedzę za każdym razem gdy zobaczył coś białego. Nie ważne, czy była to ściana, rozlane mleko czy czyjeś buty, gdy tylko ujrzał białą rzecz wołał: „sperma, sperma!”. Na podwórku, po tym jak docieplano bloki, walały się żółte „spermentynki”, czyli resztki materiału termoizolacyjnego.

W pierwszej klasie podstawówki, za namową kolegi, narysowałem wspaniały komiks „Oczko na planecie Huj”, gdzie tytułowy Oczko walczył z Cycolami. Niestety, opiekunka świetlicy znalazła arcydzieło w kuble na śmieci, i chociaż to kolega dyktował mi co mam rysować (był w moim wieku), to na mnie spadł cały opieprz i to moi rodzice zostali wezwani. Życie jest niesprawiedliwe.

Kiedyś, też w podstawówce, jeden kolega upadł na drugiego. Znaleźli się w pozycji, od której posłanka Marzena Wróbel dostałaby hemoroidów, ułożeni na sobie niczym gejowscy kochankowie. Przez cały dzień musieli znosić dogadywania, że mają teraz HIV. Pewnie byli tym tak samo urażeni, jak mała dziewczynka, którą widziałem jakiś czas temu pod sklepem. Kolega, zarzucił jej, że ma owłosioną cipę, a ta, biedna, nie wiedziała jak wybrnąć z takiego skandalicznego oskarżenia.

W podstawówce, może nawet wcześniej, w zerówce, prawdziwym tryumfem było znalezienie resztek porno magazynu. Gdy takowy trafił w ręce niewinnych dzieciaków, przez resztę dnia był obiektem zainteresowania połowy podwórka. Nieco mniej zabawnie było, gdy odnaleziono zużytą prezerwatywę. Nadziana na kij stanowiła przepotężną broń biologiczną od której wszyscy uciekali. Z kondomów robiło się też pukawki. Były wytrzymalsze od balonów i lepiej się z nich strzelało owocami jarzębiny.

Tak czy siak, do szóstej klasy podstawówki znaczna większość z chłopaków wiedziała już, że ma coś takiego jak penis. Mogę nawet podejrzewać, że wiedziała do czego służy, bo pojawiały się pytania w stylu „miałeś wytrysk?”. Pojęcia takie jak „walenie konia”, „pizda”, „chuj”, „pedał” i „dziwka” były znane wszystkim (chociaż muszę przyznać, że rzadko ich używano, tylko w sytuacjach konfliktowych). Prawdziwym hitem, szczególnie na wydziale szpitalnym w którym się znajdowałem jako dzieciak, były nagrania grupy Huta 99. Historie o głodnym Kopciu, który „wyważa drzwi kutasem” i któremu „chuj krwawi” po tym jak stara grzybiara ucięła go nożykiem, wzbudzały wybuchy nieopanowanej radości.

Miały też miejsce początki „sztuki fallicznej”, czyli rysowania wszędzie penisów w ramach objawiania swego niebywałego poczucia humoru i artystycznego ducha.

Piszę cały czas o podstawówce. Końcówka XX wieku, początek XXI. Teraz, wszyscy mają dostęp do internetu. Wtedy, tylko garstka dzieciaków cieszyła się z sieci i wpisywania w przeglądarkę hasła „www.bikini.pl”, a opcja „przeglądaj incognito” nie istniała. Moi rodzice nigdy nie wprowadzali mnie w tematy seksualne, ani nie przeklinali przy mnie. Szkoła w której się uczyłem nie była patologiczna, to była normalna placówka edukacyjna, takich jakich tysiące w naszym pięknym, katolickim kraju. Na podwórku byli młodzi gangsterzy, ale raczej trzymali się z dala od dzieciaków.

O gimnazjum nie będę wspominał, bo wątpię, by nawet Mariusz Dzierżawski i Marzena Wróbel łudzili się, że są tam osoby nieuświadomione. Tam jednak pojawił się dziwaczny twór, nazywający się „wychowanie do życia w rodzinie”. Wszyscy liczyli na to, że będzie coś o seksie. Zamiast tego, było nudne gadanie o odpowiedzialności, więziach, miłości, a nawet jakieś socjologiczne schematy. Boże, kogo to obchodzi. Na dwóch zajęciach mówiono o tym jak się zabezpieczać i że AIDS i HIV są złe i w ogóle. Poza tym – nic, czyli to samo co mieliśmy na religii.

Nie wiem czy jest sens wprowadzać nowy przedmiot w szkole, gdy można po prostu rozszerzyć stary (bo życie w rodzinie to też seks – bardzo źle jeżeli z własnym dzieckiem, dobrze jeżeli z żoną, jeszcze lepiej gdy w związku poligamicznym). Nie wiem czy jest sens blokować nauczanie tego czym jest masturbacja i jak penis wchodzi w waginę, kiedy przeciętny piętnastolatek mógłby nauczyć posłankę Marzenę Wróbel czym jest „fisting” i „na hiszpana” (w teorii, nie w praktyce).

Przede wszystkim jednak nie wiem czy jest sens, by osoby wybrane do decydowania o losach Polski, stawały się „specjalistami od pierdolenia” i pierdoliły głupie głupoty i smutne smuty, o tym czy przypadkiem jakiś pedofil nie bzyknie czternastolatka jak ten będzie/nie będzie wiedział czym jest masturbacja.

Dzieciństwo i tak będzie niewinne, pełne pięknych wspomnień, dobrej zabawy i wszystkiego co wiąże się z okresem dojrzewania. Nawet, jeżeli dziecko będzie wiedziało, że „chuj wchodzi w pizdę”.

UWAGA! ANKIETA: Czy w podstawówce wiedziałeś/aś, że masz penisa/pochwę i do czego to cudo służy?

„Abonament jest haraczem” Donald Tusk, 2008. Minęło sześć lat. KRRiT wprowadza nowy haracz.

„Mamy zbyt wiele informacji na temat nieracjonalnego wydawania pieniędzy publicznych, pieniędzy podatnika, jeśli chodzi o media publiczne. Zakładamy, że nie wynika to ze złej woli, tylko ze złego systemu. Uważamy także, że abonament jest archaicznym sposobem finansowania, także dlatego, że bardzo niewygodnym z punktu widzenia zwykłego obywatela (…) Nie do zaakceptowania jest też sytuacja, w której we wnętrzu telewizja publiczna przypomina komercyjną m.in. ze względu na bardzo wysokie wynagrodzenia dla gwiazd ekranu, a na zewnątrz staje się publiczna tylko z tego tytułu, że ściąga haracz publiczny z ludzi.” Donald Tusk, 2008

Niemal sześć lat temu, premier Donald Tusk dał ludziom nadzieję na normalność. Abonament radiowo-telewizyjny w obecnej formie rzeczywiście jest haraczem, bo płacimy za sam dostęp do usługi, nawet z niej nie korzystając. Ot, płacąc za „możliwość”. Takie rozwiązanie miało może sens wiele lat temu (nie, tak naprawdę nie miało, próbuję być miły), lecz obecnie, gdy mamy rozwinięte media prywatne, a komputery/komórki/inne wynalazki pełnią rolę telewizji i radia naraz, jest ono po prostu głupie.

Misja telewizji publicznej? Czy ktoś w to jeszcze wierzy? Wystarczy przecież przejrzeć program. „Rolnik szuka żony”, to dopiero hit. I cudowna publicystyka z „Tomaszem Lisem na żywo”. Dobranocka dla dzieciaków zdjęta. Wcześniej głupie programy taneczne/muzyczne. A ostatnio TVP strzeliło sobie w stopę, wypinając się na kibiców siatkówki. Mogę się założyć, że wynagrodzenia dla gwiazd ekranu są niemałe. Oczywiście, tylko celebryci cieszą się dużymi wypłatami. Spora część pracowników strajkuje, a do opinii publicznej przedostają się informacje o podejrzanych machlojkach i podejrzeniach o korupcję (czego przykładem jest tekst Bożeny Dunat „Ssaki telewizyjne”, NIE, nr 20 (1234).

Minęło sześć lat od pamiętnych słów Donalda Tuska. Sześć lat, które miało przynieść zmiany. I co? I gówno. Wiadomości z ostatnich dni:

„KRRiT chce pobierać abonament od firm nawet przy braku odbiorników radiowych czy TV”

„KRRiT zalana wnioskami o umorzenie abonamentu. 61 dodatkowych etatów, żeby na nie odpowiedzieć”

Czyli nowy haracz i wyciąganie rąk po jeszcze więcej kasy. Takie samo bagno jak było, kto wie, może nawet jest jeszcze gorzej niż wcześniej (czy to w ogóle możliwe?). Podczas gdy rada KRRiT zastanawia się jak wyszarpnąć jeszcze więcej pieniędzy z kieszeni podatników, podatnicy rozmyślają jak dać do zrozumienia KRRiT, że mają ją w dupie i że nie chcą wspierać tak spaczonej, zdeformowanej instytucji. Jeszcze gdyby to było dobrowolne. Ale zmuszanie każdego kto ma nadajnik do opłaty jest niczym innym jak haraczem. Definicja haraczu ze słownika: „wymuszona, wygórowana, bezprawnie ściągana przez kogoś opłata za coś; okup”. Pasuje, prawda?

Inna sprawa, że Polacy mają o tyle dobrze, że pracownicy ściągający abonament radiowo-telewizyjny są nieudolni i ściągalność wynosi tylko 35% (podczas gdy w Wielkiej Brytanii i Niemczech mamy do czynienia z 90%). Jesteśmy pod tym względem na ostatnim miejscu w Europie. Nie ma się co dziwić. 73% Polaków jest za zniesieniem „archaicznego sposobu finansowania”. A jak ktoś nie chce płacić, to nie będzie tego robił. I słusznie, bo czemu by miał to robić?

Co zamiast tego? Na początek – wliczenie abonamentu w kablówkę i platformy satelitarne. Potem mocno promowane konsultacje społeczne w celu określenia ramówki. Jednak najważniejsze jest odbudowanie zaufania podatników do telewizji publicznej. Według wyników badania European Trusted Brands 2013, TVP jest na trzecim miejscu, daleko za TVNem i Polsatem, jeśli chodzi o zaufanie do marki. Po ostatnich aktach chciwości kosztem podatnika i wpadkach, będzie trzeba odbudować bardzo dużo.

Bo z czasem będzie spadać oglądalność telewizji, a gdy KRRiT zechce narzucić podatek każdemu kto ma dostęp do internetu (a wcześniej czy później tak się stanie, telewizja i prasa przenoszą się powoli do sieci), to będziemy mieli powtórkę z akcji przeciwko ACTA. Jedynym co może uratować nadawcę publicznego jest wyrobienie sobie dobrej marki, do której widzowie mają sentyment. Szczególnie w sytuacji, gdy w skali roku następuje spadek oglądalności o 28%.

UWAGA! Ankieta: Czy uważasz programy TVP za dobre, spełniające misję i warte płacenia abonamentu?