Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich – samica alfa wśród Hien

W stadzie hien zazwyczaj rządzi samica alfa – największa, najagresywniejsza, najsprytniejsza i najsilniejsza. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich jest taką ułomną samicą alfa pośród dziennikarskich hien, która, co prawda nikim nie rządzi, nie jest najsilniejsza, a i sprytem się nie pochwali, ale biorąc pod uwagę symbolikę z jaką wiąże się postać „hieny”, możemy śmiało powiedzieć, że dumnie i godnie reprezentuje swój gatunek.

Na początek cytat ze strony Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich: „Co roku przy okazji nagród SDP przyznawany jest tytuł „Hieny Roku” dziennikarzowi, który wyróżnił się szczególną nierzetelnością i lekceważeniem zasad etyki dziennikarskiej.” Super. Wiemy już wszyscy za co jest przyznawana ta nagroda. W tym roku otrzymali ją Piotr Stasiński, zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” oraz Wojciech Czuchnowski, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, za, ponownie cytuję: „lekceważące i pozbawione empatii oraz zawodowej solidarności wypowiedzi na temat zatrzymania i aresztowania dziennikarzy”. Chodzi o sprawę zatrzymania dziennikarzy PAPu i TV Republika podczas protestu w warszawskiej siedzibie Państwowej Komisji Wyborczej.

Pojawił się jednak pewien problem. Otóż Wojciech Czuchnowski w swoich publikacjach bronił aresztowanych. Kapituła, co zresztą przyznał Cezary Gmyz… pomyliła nazwiska. Antynagroda miała zapewne trafić do Wojciecha Maziarskiego. To właśnie tekstem tego publicysty próbował bronić decyzji SDP Rafał Ziemkiewicz – gdyby ktoś nie kojarzył, to ten co kazał na twitterze spierdalać osobom łączącym się w bólu z redakcją Charlie Hebdo i ten co wyzywał papieża od idiotów, bo nie potrafił przeczytać ze zrozumieniem jego wypowiedzi.

Dziennikarze liżący się po tyłkach

Pomylenie nazwiska i oczernienie autora przez przyznanie mu antynagrody za coś czego nie uczynił to już wielka wtopa. Ale moim zdaniem, sam powód przyznania Hieny Roku jest głupkowaty. „Lekceważące i pozbawione empatii oraz zawodowej solidarności wypowiedzi na temat zatrzymania i aresztowania dziennikarzy”. Zawodowa solidarność to mit. Wielu z dziennikarzy prawicy miało w dupie solidarność gdy doszło do ataku na Charlie Hebdo (na przykład wspomniany łobuz Rafał Ziemkiewicz), wszyscy mają ją w dupie gdy Jerzy Urban jest sądzony za opublikowanie w tygodniku satyrycznym wizerunku „zdziwionego Jezusa”. Stanie w jednym rzędzie, nawet gdy nie zgadzamy się z czyimiś działaniami, jest oznaką konformizmu oraz głupoty. Po tyłkach mogą się lizać nawzajem psy, a nie profesjonalni dziennikarze. A publicyści powinni poszerzać horyzonty odbiorcy i pokazywać im drugą stronę medalu. Nawet, jeżeli wystawiają przy tym duży palec u nogi przez czerwoną granicę dobrego smaku.

Nie wiem też właściwie, który punkt Kodeksu Etyki Dziennikarskiej SDP łamie przytoczony powód otrzymania Hieny Roku. Jestem ślepy i nie widzę żadnego nakazu w stylu: „dziennikarze muszą wypowiadać się zgodnie z zawodową solidarnością”. No, może punkt dziesiąty by się nadał do „lekceważenia i braku empatii”: „10. Dziennikarz powinien okazywać szacunek osobom, bez względu na ich odmienność ideową, kulturową czy obyczajową, co nie oznacza zgodności z ich poglądami.” Ale czy teksty napisane przez panów Stasińskiego i <wstaw Wojciecha z GW>, na pewno wyróżniały się brakiem szacunku dla opisywanych? I czy były tak ostre, by ich autorów napiętnować na wieki i by uczyć o ich „przestępstwach” na studiach dziennikarskich?

Jak SDP studentów uczył…

I w końcu – czy SDP jest odpowiednią instytucją by takie antynagrody przyznawać? Z tą nauką „przestępstw” na studiach dziennikarskich ani trochę nie żartuję. Na zajęciach uczy się o Hienach oraz wymienia laureatów, by pokazać studentom kim nie powinni być. To chyba jedno z największych poniżeń dla dziennikarza, może nawet ogólnie, dla człowieka. Gdy wszyscy uczą się o jego porażkach, gdy jego nazwisko związane jest tylko z piętnowanym błędem, gdy na zawsze będzie mu przypisana łatka kogoś, kto jest na samym dnie jeśli chodzi o etykę i fach dziennikarski. To nie jest coś, co można dać ot tak, dla zabawy, aby się „pośmiać z debila”. SDP musi to zrozumieć.

Poza zrozumieniem tego, że takie antynagrody powinny być przyznawane za naprawdę rażące i mające negatywny wpływ na rzeczywistość wydarzenia, które przyniosły jakiś groźny dla społeczeństwa skutek, a nie jako coroczna wystawa klaunów do upokarzania, przydałoby się jeszcze aby SDP trzymało się swojego Kodeksu Etyki Dziennikarskiej. O której również uczą się studenci.

Mamy godzinę… nim skończę pisać te wypociny, pewnie będzie dwudziesta trzecia. Tekst na stronie SDP o „złym Czuchnowskim” pokazał się po godzinie dziewiętnastej. Ale media już od samego rana bzyczą i ćwierkają z oburzenia, ukazując błąd jaki popełniła kapituła. I co? I nico. Na stronie dalej wisi ta sama informacja, nie widzę żadnego sprostowania… jak to się ma do czwartego punktu Kodeksu Etyki Dziennikarskiej SDP: „4. Błędy i pomyłki wymagają jak najszybszego sprostowania, nawet jeśli nie były zawinione przez autora lub redakcję i bez względu na to, czy ktokolwiek wystąpi o sprostowanie.”? Kto jeszcze musi napisać o tej wtopie, by któryś z redaktorów w końcu przysiadł na zadku przed komputerem, zadzwonił do „Zbycha” czy innego „Zdzicha” i wyjaśnił sprawę opinii publicznej?

Rzut kupą do celu

Już nie chce mi się przypominać (ale to zrobię) jak prezes SDP, Krzysztof Skowroński, poprowadził konferencję PiS, co jest rażącym złamaniem dwudziestego pierwszego punktu Kodeksu: „Angażowanie się dziennikarzy w bezpośrednią działalność polityczną i partyjną jest również przejawem konfliktu interesów i należy wykluczyć podejmowanie takich zajęć oraz pełnienie funkcji w administracji publicznej i w organizacjach politycznych.” SDP zresztą od dawna jest kojarzone z tym ruchem politycznym i uznawane za stronnicze, skrzywione w prawą stronę. Dzisiejsza afera z Hieną Roku została odebrana przez wielu internautów za kolejny dowód na to, że stowarzyszenie nie przebiera w środkach i nawet nie przejmuje się za bardzo w jaki sposób obrzuci Gazetę Wyborczą kupą – byleby się coś przykleiło i śmierdziało.

SDP przyznaje upokarzające antynagrody dla „hien”, samemu reprezentując stronniczość, brak profesjonalizmu oraz pogardę wobec tworzonych przez siebie zasad etycznych.

W uzasadnieniu przyznania „Hieny Roku”, napisano, że teksty Stasińskiego i <???> prowadziły do „obniżania w społecznym odbiorze wiarygodności naszego zawodu oraz utrwalania podziałów w środowisku dziennikarskim”. Czyż to nie jest piękny przykład hipokryzji? Jak sądzicie, co bardziej zaszkodzi środowisku dziennikarskiemu w Polsce? Te teksty o których nikt już nie pamięta, czy wtopa omawiana szeroko w mediach i będąca prawdziwym symbolem upadku polskiej sceny dziennikarskiej? Od przyszłego roku młodzi adepci sztuki, na studiach będą mogli się dowiedzieć jak to SDP popisało się brakiem profesjonalizmu. To wielkie stowarzyszenie, istniejące od dziesiątków lat i reprezentujące interesy tysięcy dziennikarzy, nie potrafiło nawet wpisać „w kwadracik” odpowiedniego nazwiska. Brawo.

Jestem ciekaw – czy po tej wtopie z SDP odejdzie część dziennikarzy? Mam nadzieję, że tak. Do wczoraj to stowarzyszenie pokazywało palcem kto jest hieną i gnidą. Dziś to media i czytelnicy pokazują SDP palcem, mówiąc: „hieny”, „gnidy” i „hipokryci”.

KORWiN-Mikke – egoizm, hipokryzja i ponura przyszłość

Jak można się domyślić już po samym tytule – nie jestem sympatykiem Janusza Korwin-Mikkego. Zawsze z nieufnością patrzę na ruchy, które porywają młodych ludzi takich jak ja. Jedynymi podstawami wyboru „stada” staje się kontrowersyjność, antysystemowość i bunt. Cała reszta schodzi na dalszy plan. A co potem? A potem nic, brakuje siły by zmusić „wybrańców” obrastających w tłuszcz do spełnienia swoich postulatów.

Tak było z Januszem Palikotem. Tak jest i teraz z Korwin-Mikkem, który zapowiadał w Do Rzeczy, że zniszczy parlament w całości, wyzeruje sześćdziesięcioletni dorobek wspólnotowy, jego twórców wytarza ich w smole i pierzu, a Parlament Europejski sprzeda i zrobi tam burdel. I co? I nico. Najpierw Korwin-Mikke miał problem, bo jego działaniami brzydzili się inni parlamentarzyści, którzy mieli grać z nim w tej samej drużynie.

Pewnie kłopotem nie były poglądy naszego „krula”, tylko sposób w jaki je prezentuje. To co u nas przechodzi jako „polityczny folklor” (tak z innej beczki, to czekam, aż akceptowalne społecznie będzie lanie się po mordach na sali sejmowej – chyba w tym kierunku zmierza poziom kultury polskich parlamentarzystów), na Zachodzie może być postrzegane jako polityczne samobójstwo. Potem został przyłapany na wylegiwaniu się i drzemce. Następnie palnął coś o murzynach. A ostatnio nie był Charlie i był za karą śmierci. Wzbudziło to kontrowersje, rzeczywiście, ale Korwin ma ten sam kłopot co zawsze (taki sam ma problem zresztą Jarosław Kaczyński) – jak coś powie, to ktoś musi potem za niego tłumaczyć co tak naprawdę miał na myśli. Kontrowersja przesłania przekaz. Czyli ma problem ze swoimi „korwinizmami”.


(źródło: Wikipedia (przeróbka własna))

Przykładem osoby, która potrafi i „dopiec”, i coś przy tym konstruktywnie skrytykować jest Nigel Farage – jego błyskotliwe docinki stały się legendarne nie dlatego, że były tylko docinkami, a dlatego, że przedstawiono je w dobry, klarowny sposób. Wypowiedziane w sposób tak jasny, że może je zrozumieć każdy.

Korwin-Mikke nie ma niestety takiej możliwości chociażby przez sposób w jaki mówi. Rzeczywiście, zdania po angielsku składa poprawnie, ale już ich, za przeproszeniem, bełkotliwość uniemożliwia zrozumienie całego przekazu nie tylko Polakom, ale zapewne również osobom z innych krajów. Wiadomo, nie możemy oczekiwać od niego perfekcyjnego akcentu rodem z Anglii, ale jego problemy z komunikacją są kłopotliwe. Gdy wypowiada się w języku polskim również.

Do czego zmierzam? Do tego, że Korwin-Mikke jest osobą nieatrakcyjną medialnie. Nie potrafi się wysłowić, nie umie balansować między kontrowersją a „masakrowaniem” i jest… egoistą. Wszystko stara się wykreować „na sobie”, czego dowodem może być stworzenie teraz partii, której nazwa to część jego nazwiska. To jednak nic, mieliśmy już wcześniej takie ugrupowania oparte na jednej osobie (np. Palikota). Musimy jednak zadać sobie jedno, bardzo ważne pytanie – co się stanie z partią, gdy Korwin-Mikke z niej odejdzie albo, nie daj Bóg, umrze? Życzę mu oczywiście jak najwięcej zdrowia i szczęścia, ale nie oszukujmy się, nie jest już młodą osobą. To moment w którym każdy, kto przez lata kreował jakiś kierunek polityczny, zacząłby szukać swojego następcy. A czy kogoś takiego ma Korwin-Mikke?

Obstawiam, że większość wyborców zapytana o to, kto jeszcze w ogóle jest w jego partii, milczałaby jak zaklęta. Parę osób by coś bąknęło o Przemysławie Wiplerze. I to chyba jedyna osoba, która mogłaby przejąć schedę po Korwinie. Kwestia tego, czy się nadaje. Moim zdaniem – nie. Nie ma charyzmy, a jego wypowiedzi, nawet te kontrowersyjne, budzą raczej uśmiech politowania. Poza tym nikt nie traktuje go poważnie po sprawie z pobiciem przez policję – niezależnie od tego jak się zakończyła.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie boli w Korwinie. Jego hipokryzja. Nie mówię o tej nieszczęsnej działalności w Parlamencie Europejskim. Mówię o bardziej trywialnych sprawach. Gdy jego córka Korynna (wychowana zapewne w duchu szacunku do świętej własności prywatnej) ukradła ze sklepu frezarkę, ten niefrasobliwie tłumaczył jej zachowanie na łamach tabloidów. A gdzie ta stanowczość, z którą zachwalał rozwiązanie, że za kradzież powinno się odrąbywać rękę? Gdy dawał w mordę Boniemu jakoś pamiętał o swoich poglądach i urazach. A tutaj – amnezja.

Jakiś czas temu, w jednym ze swoich przemówień (w tym) sugerował, że redaktorzy Charlie Hebdo powinni zostać ukarani za swoją działalność (zastrzegł, że nie karą śmierci). Za to, że wyśmiewali się z innych. A kto podczas wyborów do Parlamentu Europejskiego chlapnął, że Tomasz Tomczykiewicz (poseł PO) gwałcił kelnerkę, a Sławomir Nitras (również poseł PO) zajmował się w tym czasie rudym kelnerem? A potem się tłumaczył, że tylko „żartował”? A gdy Donald Tusk zauważył, że to była „chęć zwrócenia uwagi na siebie”, kto złożył pozew w trybie wyborczym o próbę zdyskredytowania? Jeżeli to nie gigantyczna hipokryzja to co?

To już nie pierwszy wpis w którym zwracam uwagę na to, że Korwin-Mikke ma tyle samo za uszami co inni politycy. Postulaty większości partii są zachęcające, bo takie mają być – skierowane do odpowiedniego elektoratu (w przypadku Korwin-Mikkego do młodych ludzi, kapitalistów i konserwatystów). Równie dobre były kiedyś postulaty Platformy Obywatelskiej, która przecież też promowała wolny rynek. Świetne były postulaty Twojego Ruchu, który chciał większej wolności obywatelskiej. I co z tego mamy? To co widać.

Oto nowa partia Korwin-Mikkego – KORWiN. Nowa, a jednak pełna tych samych wad co wcześniej. Niezmienna, wyrosła z konfliktu, buntu, kuców i kontrowersji. Jak osoba, która nie potrafi nawet utrzymać w ryzach ugrupowania, które składa się z osób, których połączyła wiara w jednego Boga – Korwina, może utrzymać władzę w państwie? Jak taka osoba może walczyć z protestami obywateli i ich niezadowoleniem, gdy spróbuje (o ile spróbuje) coś zmienić? Czy poza bandą stereotypowych „kuców”, „krul” ma w rękawie kogoś jeszcze?

Nie mówię, żeby nie głosować na Korwin-Mikkego. Głosujcie na kogo chcecie. Ja pewnie w ogóle nie oddam głosu, bo wybieranie „mniejszego zła” to dla mnie większa oznaka gnuśności niż całkowite, świadome zrezygnowanie z wyborów. Ale nie zdziwcie się, jeżeli wielki boom na kontrowersyjną, antysystemową postać za którą idą tłumy młodzieży, skończy się tak samo jak boom na Janusza Palikota.

Inne teksty o Korwinie:

Korwin-Mikke dał w mordę Boniemu – barbarzyństwo, chamstwo i radość prymitywów

Bojkot Korwin-Mikkego w TVP – wtopa dziennikarzy

Quo vadis, Korwinie?

Rembrandt w iPhonie – muzeum w każdym domu

Źródło: Facebook.com / Stephen Zunes

Rijksmuseum w Amsterdamie. Grupka dzieciaków siedzi na kanapie, wpatrując się intensywnie w telefony komórkowe, a za nimi wisi wybitne dzieło Rembrandta „Straż Nocna”. Zdjęcie przedstawiające tę scenę opublikował na swoim Facebooku profesor Stephen Zunes i wywołało ono dyskusję wśród internautów. Czy młode pokolenie rzeczywiście gardzi sztuką i pięknem? A może jednak kryje się za tym coś innego?

Część komentujących osób załamała ręce nad zachowaniem dzieci, które nie potrafią oderwać wzroku od komórki nawet na chwilę, by podziwiać arcydzieło wybitnego artysty. Uznali ten obrazek za smutny i nie wahali się by nazywać młodzież ze zdjęcia „matołami”, „bydłem” i „półgłówkami”.

Sporo internautów zwróciło uwagę na to, że nie ma sensu załamywać rąk nad wykształceniem młodzieży, bo scena ujęta na fotografii może wprowadzać w błąd. W Rijksmuseum dostępna jest aplikacja na komórki, dzięki której można dowiedzieć się więcej o dziełach znanych artystów. Co więcej, odwiedzający mogą nawet wypożyczyć iPoda i słuchawki w samym muzeum, by móc w pełni zapoznać się z oferowanymi materiałami. Nieprzemyślane, negatywne opinie o dzieciach są zwyczajnie krzywdzące kiedy nie znamy motywów, jakie nimi kierowały.

Nie można się jednak też dziwić, że wiele osób jest zwyczajnie znudzonych klasycznymi muzeami i formami dostępu do sztuki, w świecie, gdzie każda informacja jest na wyciągnięcie ręki dzięki internetowi. W dzisiejszych czasach rządzi interaktywność, możliwość oddziaływania na to co widzimy, dowolny dobór informacji jaką chcemy otrzymać i jej formy. Prowadzony do tradycyjnego muzeum młody człowiek nie ma wyboru. Musi oglądać to co się znajduje na wystawie, nawet jeżeli nie jest zainteresowany tematyką dzieła lub jego wykonaniem. A jeżeli nie pokłoni się przed dziełem, zostanie nazwany „matołem, którego jedyną przyszłością jest zmywanie garów za najniższą krajową”.

Szacunku dla sztuki wymaga kindersztuba. Uczęszczanie do muzeów w ramach edukacji również jest ważne, bo pozwala kształtować poczucie estetyki. Jednak niedopuszczalna jest pogarda wobec kogoś tylko dlatego, że nie preferuje tej samej formy sztuki i wzbogacania swego „ja”, co my (to poczucie bycia „elitą” jest też dość popularne wśród osób czytających książki). Każdy z nas inaczej odbiera sztukę, każdy ma jakieś osobiste preferencje. Ktoś kto nie przepada za Rembrandtem, może uwielbiać opery Carla von Webera lub obrazy Jacka Malczewskiego.

Skończyły się czasy, gdy przed dziełem należy się kłaniać. Kłaniamy się, gdy czujemy taką potrzebę i gdy rzeczywiście coś doceniamy, a nie „na pokaz”, bo „tak wypada”. Nie chcemy już tylko tępo wpatrywać się w dzieło, chcemy o nim dyskutować, czasem nawet skrytykować. Mamy dostęp do każdego obrazu na świecie, wystarczy, że wpiszemy jego nazwę w przeglądarce. Możemy je wydrukować lub zamówić kopię. Nie mamy obowiązku oglądania malowidła w grupie, razem z innymi ludźmi, którzy tylko przeszkadzają. Możemy sami, w pełnym skupieniu, wyłapać każdy szczegół. Doznania „wirtualne” różnią się od tych „rzeczywistych”. Jednak mamy wybór.

Tym bardziej, że od sztuki nie uciekniemy. Może się to wydawać szokujące dla osób, które narzekają na upadek telewizji, chłam i sztukę nowoczesną, ale elementy kultury wysokiej wnikają w kulturę masową. To zjawisko remiksu kulturowego, dzięki któremu, nawet bajki czy reklamy pełnią funkcję popularyzatorską. Niektórzy mówią, ze to gwałt na sztuce. Moim zdaniem to coś co sprawia, że jeżeli wytężymy wzrok to wszędzie ujrzymy coś, co może przerodzić się w miłość do danego malarza, kompozytora czy autora. Przykładami takiej ingerencji może być zamieszczony w serialu animowanym Tajne Akta Psiej Agencji fragment opery Pagliacci, Ruggiera Leoncavalla (wykonywana przez psiego bohatera próbującego nauczyć prehistorycznych ludzi śpiewu) lub Symfonia „Z Nowego Świata” Antonina Dvoraka w reklamie środków na przeczyszczenie.

Można odnieść też wrażenie, że poziom sztuki wielu dzisiejszych artystów wcale nie odbiega od dzieł sławnych malarzy sprzed wieków. Dzięki większej ilości osób uczestniczących w kreowaniu kultury, globalizacji, ułatwieniom technologicznym oraz szerszemu dostępowi do twórczości, mamy szansę na ujrzenie prac wysokiej jakości, poruszających interesujące nas motywy i stworzonych w wybranym przez nas stylu. Przykładem miejsca, gdzie można łatwo znaleźć naprawdę świetne obrazy jest deviantart.com, na którym publikują amatorzy i profesjonaliści z całego świata.

To połączenie indywidualnego podejścia z masowym uczestnictwem i odbiorem, nie jest oznaką degeneracji społeczeństwa. Na antenie radia TOK FM, Joanna Mytkowska, dyrektorka Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie zwróciła uwagę na to, że powstaje coraz więcej muzeów i rośnie liczba osób uczestniczących w ich życiu. To może być szczęśliwa wiadomość dla tych, którzy załamują ręce nad obecnym pokoleniem (nie pierwsi i nie ostatni), wieszczą całkowity upadek kultury oraz ogłaszają tryumf obojętności wobec sztuki.

Tekst można przeczytać również na:
http://www.tworzywo-online.pl/?p=2158