Trolle o planszówkach prawdę ci powiedzą – wywiad z Piotrem Jasikiem z GameTrollTV

Game Troll TV - kanał na YT o grach planszowych

 Źródło: Game Troll TV, youtube:
https://www.youtube.com/user/GameTrollTV

Chyba każdy z nas grał kiedyś w gry planszowe razem z rodzicami i przyjaciółmi. Gdy byliśmy mali, na naszych stołach i podłogach toczyliśmy zacięte pojedynki w szachy, chińczyka lub statki. Czasy jednak się zmieniają. W co warto zagrać teraz i jak powrócić do hobby z dziecięcych czasów?

Planszówki wydają się rozrywką bardzo niszową. Chyba każdy z nas miał z nimi do czynienia kiedyś, za młodu, ale wielu z czasem zapomniało o przyjemności jaką niesie ze sobą rozgrywka z przyjaciółmi. Zresztą, dzięki rozwojowi branży gier komputerowych możemy zagrać z innymi w każdej chwili, bez wychodzenia z domu.

Wciąż jednak jest wielu pasjonatów, którzy uwielbiają bardziej tradycyjną zabawę. Ma ona wiele zalet, z czego najważniejszą jest możliwość spotkania się twarzą w twarz z przyjaciółmi i spędzenia razem czasu. Wydawcy tworzą nowe gry planszowe, oparte na popularnych dziełach (np. gry w klimatach „Wiedźmina” lub „Gry o Tron”) tudzież mniej lub bardziej aktualnych wydarzeniach z kraju i ze świata. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Szczególnie teraz, w okresie wakacyjnym, warto pomyśleć o nabyciu jakiejś gry, którą będziemy mogli zająć swoje potomstwo lub pochwalić się przyjaciołom podczas deszczowego wieczoru nad morzem. Parę gier, wypróbowywałem osobiście na małym, lipcowym urlopie ze znajomymi – w ruch poszły m.in. „List miłosny”, „The Resistance”, „Siedem Cudów Świata” i „Potwory w Tokio”. Jeden z uczestników wyjazdu znał się na planszówkach i sprezentował nam perfekcyjny zestaw na dużą grupę osób.

Co jednak zrobić, gdy nie znamy się na grach planszowych, a mamy dość tradycyjnych szachów, i chcielibyśmy zagrać w coś nowego, świeżego? Odpowiedź na to na pewno znają chłopaki z Game Troll TV. Założony pięć lat temu (za tydzień rocznica powstania!) kanał na YouTube poświęcono promowaniu i popularyzacji planszówek wśród internautów – tych starszych, jak i tych młodszych. Znani w środowisku graczy Piotr Jasik, Marek Laskowski i Carlosa Pyrcz, pokazują widzom tytuły w które warto zagrać i tłumaczą zasady gry osobom, które mają problemy ze zrozumieniem rozgrywki. Kilka razy do roku organizują konwenty poświęcone planszówkom. Na koncie mają również zbiórkę dla ofiar powodzi. Obecnie, Game Troll TV ma ponad ośmiu tysięcy subskrybentów i jest drugim, największym kanałem o tej tematyce w Polsce.

Skąd pomysł na stworzenie takiego cyklu? Jakie gry są najlepsze na początek? Co wziąć ze sobą na długą wyprawę pociągiem? I czy da się zrobić dobrą grę o… szyciu kołdry? Spytałem o to wspomnianego już Piotra Jasika, twarz kanału Game Troll TV, a prywatnie nauczyciela WoSu i historii:

 

Jakie były Twoje początki z grami planszowymi i jak stały się Twoją pasją?

Piotr Jasik: Moja pasja zaczęła się od szkoły podstawowej, potem przygasła i powróciła z impetem na studiach. W podstawówce grałem w „Magic The Gathering” i to jej zawdzięczam dziś znajomość języka angielskiego (opisy na kartach były po angielsku). Do tego oczywiście „Magia i Miecz”, znana dziś pod marką „Talisman”, w której przemierzałem razem z kolegami i koleżankami fantastyczną krainę w poszukiwaniu korony władcy. Po szkole podstawowej trafiłem do liceum w którym o grach bez prądu było cicho, tak więc i moje hobby przycichło. Rozbudziło się ponownie na studiach, kiedy pewnego razu, w zimowe popołudnie, trafiłem do jednego z warszawskich saloników prasowych i zobaczyłem czasopismo „Świat Gier Planszowych”… i zaczęło się na nowo. Miesiąc po zakupie czasopisma, miałem już trzy nowe gry.

Chyba już nie wychodzi żadna polska prasa o grach planszowych w wersji drukowanej, prawda? Skąd pomysł na to by poprowadzić kanał na YT i skąd wzięła się jego nazwa?

Niestety wersje pdf-owe pism o planszówkach wyparły tradycyjne pismo. Nie bez znaczenia są też różne inne media dostępne w sieci za darmo.

Mój pomysł na kanał wziął się stąd, że szybko zapominałem zasad gier, bo te pojawiały się w zastraszającym tempie. Dlatego wpadłem na pomysł programu o grach planszowych, który streszczałby ich reguły. Mogliby z niego korzystać inni gracze i ja, kiedy zapomnę jak w daną grę się grało.

Pomysł na nazwę wziął się z przypadku. Podczas jednej z partii myślałem z innymi przyjaciółmi jak można nazwać taki program i w momencie kiedy zadałem to pytanie, trzymałem w ręku figurkę trolla z gry „Talisman”. Reszta nazwy wynalazła się już sama.

Jakie tytuły warto polecić początkującym graczom, a jakie bardziej zaawansowanym?

Zależy jaki gracz, ale warto zacząć od tytułów lekkich tj. „Osadnicy z Catanu”, „Wsiąść do Pociągu”, „Dobble” czy „Dixit”, i stopniowo przechodzić do tych nieco bardziej skomplikowanych, ale dających dużo satysfakcji pozycji. Zazwyczaj gracze po osiągnięciu pewnego „poziomu wtajemniczenia” sami widzą co im bardziej odpowiada. Mają do wyboru niesamowitą różnorodność gier, od takich, przy których trzeba spędzić po dwie, trzy godziny lub od dziesięciu do piętnastu minut. Zabawa przy obydwu czasowych typach jest przednia. Dochodzi do tego ogrom tytułów, mechanik, czy tematów o jakich traktują gry. Dla przykładu. teraz zajmuje się grą o… szyciu kołdry. Okazała się świetnym tytułem!

Gra o szyciu kołdry? Brzmi ciekawie! Albo raczej nie tyle „ciekawie”, co intrygująco. Co to za gra?

Mowa tu o grze pt. „Patchwork”. Gra autora rewelacyjnej planszówki „Agricola”, Uwe Rosenberga. W „Patchworku” naszym zadaniem jest dobieranie kawałków stylizowanych na materiał i składanie ich na planszy. Kto zarobi przy tym więcej ciekawej waluty będącej w grze, czyli guzików, wygrywa.


Znasz może inne tego typu gry, które wydają się „dziwne” i „niegrywalne”, a tak naprawdę są świetne? Jaka była najbardziej niecodzienna gra planszowa, którą trzymałeś w dłoniach?

Każda gra, która odbiega od tematu zainteresowań danej osoby, może okazać się dziwna lub niegrywalna. Z moich przygód planszówkowych najdziwniejszą była bez wątpienia gra w której trzeba wyskakiwać z samolotu. Niestety wszyscy wyskakujący zapomnieli spadochronów. Zadaniem gracza jest spaść na ziemie na samym końcu i zrobić wszystko, by to inni spadli przed nami.

Chyba wszyscy lubią planszówki i ciężko spotkać kogoś, kto by nimi gardził, jednak jest parę ograniczeń, które utrudniają częste gry. Pierwszą jest towarzystwo. Jak najłatwiej znaleźć ludzi z którymi można by pograć i gdzie zacząć szukać?

Chociażby od kanału który prowadzę. Game Troll TV to nie tylko program na Youtube, ale i cyklicznie organizowane w Warszawie spotkania, na które średnio przychodzi ok. sto pięćdziesiąt osób. Można spotkać tam samych pozytywnie nakręconych ludzi i pograć w masę fajnych tytułów. Poza tym są w Polsce różne fora informujące o zbliżających się konwentach, a w większych miastach funkcjonują kawiarnie które mają w ofercie gry planszowe. Możliwości jest masa.

Drugim problemem, przynajmniej moim zdaniem, są pieniądze. Mogę się mylić, ale odnoszę wrażenie, że planszówki są naprawdę drogie! Z czego wynikają takie ceny? Jak zorganizować sobie gry planszowe „na własność” (poza kawiarenką) gdy nie stać nas na wydatek kilkudziesięciu złotych?

Ceny planszówek wahają się od piętnastu do trzystu złotych. Są też oczywiście droższe. W przypadku ceny gry trzeba spojrzeć na ile nam ona starczy. Wyobraźmy sobie, że zamiast planszówki kupujemy rozrywkę. I tak, wydając na grę np. sto pięćdziesiąt złotych, możemy kupić jedną, lub kilka. Mogą być nowe i używane. Starczą nam na kilka miesięcy dla kilku osób, które będą z nami grać. Te same 150 złotych możemy wydać, na inne rozrywki, które starczą na dużo krócej niż planszówki. Generalnie wydatki to bardzo subiektywna opinia. Dla niektórych wyłożenie dwóch tysiaków na telefon będzie świetną okazją, a gra planszowa za pięćdziesiąt złotych rozbojem w biały dzień.

Coś w tym jest. Jakie są najlepsze gry na podróż? Jedziemy parę godzin pociągiem i musimy sobie jakoś uprzyjemnić czas. Razem ze znajomymi spróbowałem „Listu Miłosnego” – muszę przyznać, że gra jest naprawdę świetna.

Tak, „List Miłosny” zawojował pociągi, samochody i autobusy rok temu i, z tego co wiem, w tym roku tez jest często grany. Na podróż najlepsze są gry karciane lub logiczne, niezajmujące dużo miejsca i dające się szybko schować. Dla mnie takimi trafionymi grami na podróż są „Blokus”, „Abalone”, „Zombiaki”, „Waleczne Pixele” i właśnie „List Miłosny”.

Co sądzisz o planszówkach przenoszonych na platformy komputerowe (np. „Cards Against Humanity”, „Neuroshima Hex”) i o grach komputerowych stylizowanych na planszówki (np. „100% Orange Juice”, „The Witcher Adventure Game”, „Hive”)? Tani i ogólnodostępny substytut klasyki czy niszczenie całego uroku gier tego typu?

Przeniknięcie się tych dwóch światów było tylko kwestią czasu. Popularność gier komputerowych jest bezdyskusyjna i planszówki, by zaistnieć w szerszej świadomości graczy, musiały uderzyć również w ten rynek. Skorzystały też z popularności różnych narzędzi elektroniki przenośnej jak np. smartfony, gdzie ludzie zamiast porozmawiać ze sobą, wolą tłuc w różnego rodzaju gierki. W planszówkach chodzi o kontakt bezpośredni. To, że docierają do odbiorców w wersji elektronicznej może spowodować, że ci zechcą zagrać w pierwowzór z żywym przeciwnikiem.

Zdarza ci się grywać w gry planszowe online?

Jak najbardziej. Kiedy ja lub znajomi nie mamy w tygodniu czasu na spotkanie w cztery oczy, albo nie mogę wyjść z domu, to w ruch idą planszówki on-line, jak np. „Memoir 44”. Wtedy jednak zawsze mam z nimi kontakt głosowy, by chociaż w ten sposób stworzyć pozór prawdziwej partii w grę planszową.

Wolisz polskie planszówki czy zagraniczne? Czy jest między nimi znaczna różnica?

Nie ma żadnej różnicy. Obecnie na polskim rynku jest kilka polskich liczących się wydawnictw wypuszczających masę ciekawych tytułów. Polscy projektanci gier odnoszą sukcesy na naszym i zagranicznym rynku. Na część gier zbierają pieniądze na platformach crowdfundingowych i osiągają tam niesamowite wyniki.

Dla mnie najcenniejsze jest w grze nie to, kto ją zrobił, ale o czym jest, co można w niej zrobić, czy jest nowatorska itp. Oczywiście, mam swoich ulubionych autorów. Z polskich projektantów jest to Ignacy Trzewiczek, a z zagranicznych: Vlaada Chvatil z Czech oraz Uwe Rosenberg z Niemiec.

Czy planujesz stworzyć samemu jakąś grę i przełożyć swoje wieloletnie doświadczenie na praktykę?

Będzie ciężko. Mam masę pomysłów, testuję prototypy innych twórców, ale na własną grę nie ma na razie szans. Praca w szkole na dwóch etatach i prowadzenie kanału po godzinach, w czasie wolnym, pochłania tak totalnie, że człowiek już nie ma czasu na coś innego. W dodatku masę tytułów które do mnie spływają, trzeba porządnie ograć!

KORWiN-Mikke – egoizm, hipokryzja i ponura przyszłość

Jak można się domyślić już po samym tytule – nie jestem sympatykiem Janusza Korwin-Mikkego. Zawsze z nieufnością patrzę na ruchy, które porywają młodych ludzi takich jak ja. Jedynymi podstawami wyboru „stada” staje się kontrowersyjność, antysystemowość i bunt. Cała reszta schodzi na dalszy plan. A co potem? A potem nic, brakuje siły by zmusić „wybrańców” obrastających w tłuszcz do spełnienia swoich postulatów.

Tak było z Januszem Palikotem. Tak jest i teraz z Korwin-Mikkem, który zapowiadał w Do Rzeczy, że zniszczy parlament w całości, wyzeruje sześćdziesięcioletni dorobek wspólnotowy, jego twórców wytarza ich w smole i pierzu, a Parlament Europejski sprzeda i zrobi tam burdel. I co? I nico. Najpierw Korwin-Mikke miał problem, bo jego działaniami brzydzili się inni parlamentarzyści, którzy mieli grać z nim w tej samej drużynie.

Pewnie kłopotem nie były poglądy naszego „krula”, tylko sposób w jaki je prezentuje. To co u nas przechodzi jako „polityczny folklor” (tak z innej beczki, to czekam, aż akceptowalne społecznie będzie lanie się po mordach na sali sejmowej – chyba w tym kierunku zmierza poziom kultury polskich parlamentarzystów), na Zachodzie może być postrzegane jako polityczne samobójstwo. Potem został przyłapany na wylegiwaniu się i drzemce. Następnie palnął coś o murzynach. A ostatnio nie był Charlie i był za karą śmierci. Wzbudziło to kontrowersje, rzeczywiście, ale Korwin ma ten sam kłopot co zawsze (taki sam ma problem zresztą Jarosław Kaczyński) – jak coś powie, to ktoś musi potem za niego tłumaczyć co tak naprawdę miał na myśli. Kontrowersja przesłania przekaz. Czyli ma problem ze swoimi „korwinizmami”.


(źródło: Wikipedia (przeróbka własna))

Przykładem osoby, która potrafi i „dopiec”, i coś przy tym konstruktywnie skrytykować jest Nigel Farage – jego błyskotliwe docinki stały się legendarne nie dlatego, że były tylko docinkami, a dlatego, że przedstawiono je w dobry, klarowny sposób. Wypowiedziane w sposób tak jasny, że może je zrozumieć każdy.

Korwin-Mikke nie ma niestety takiej możliwości chociażby przez sposób w jaki mówi. Rzeczywiście, zdania po angielsku składa poprawnie, ale już ich, za przeproszeniem, bełkotliwość uniemożliwia zrozumienie całego przekazu nie tylko Polakom, ale zapewne również osobom z innych krajów. Wiadomo, nie możemy oczekiwać od niego perfekcyjnego akcentu rodem z Anglii, ale jego problemy z komunikacją są kłopotliwe. Gdy wypowiada się w języku polskim również.

Do czego zmierzam? Do tego, że Korwin-Mikke jest osobą nieatrakcyjną medialnie. Nie potrafi się wysłowić, nie umie balansować między kontrowersją a „masakrowaniem” i jest… egoistą. Wszystko stara się wykreować „na sobie”, czego dowodem może być stworzenie teraz partii, której nazwa to część jego nazwiska. To jednak nic, mieliśmy już wcześniej takie ugrupowania oparte na jednej osobie (np. Palikota). Musimy jednak zadać sobie jedno, bardzo ważne pytanie – co się stanie z partią, gdy Korwin-Mikke z niej odejdzie albo, nie daj Bóg, umrze? Życzę mu oczywiście jak najwięcej zdrowia i szczęścia, ale nie oszukujmy się, nie jest już młodą osobą. To moment w którym każdy, kto przez lata kreował jakiś kierunek polityczny, zacząłby szukać swojego następcy. A czy kogoś takiego ma Korwin-Mikke?

Obstawiam, że większość wyborców zapytana o to, kto jeszcze w ogóle jest w jego partii, milczałaby jak zaklęta. Parę osób by coś bąknęło o Przemysławie Wiplerze. I to chyba jedyna osoba, która mogłaby przejąć schedę po Korwinie. Kwestia tego, czy się nadaje. Moim zdaniem – nie. Nie ma charyzmy, a jego wypowiedzi, nawet te kontrowersyjne, budzą raczej uśmiech politowania. Poza tym nikt nie traktuje go poważnie po sprawie z pobiciem przez policję – niezależnie od tego jak się zakończyła.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie boli w Korwinie. Jego hipokryzja. Nie mówię o tej nieszczęsnej działalności w Parlamencie Europejskim. Mówię o bardziej trywialnych sprawach. Gdy jego córka Korynna (wychowana zapewne w duchu szacunku do świętej własności prywatnej) ukradła ze sklepu frezarkę, ten niefrasobliwie tłumaczył jej zachowanie na łamach tabloidów. A gdzie ta stanowczość, z którą zachwalał rozwiązanie, że za kradzież powinno się odrąbywać rękę? Gdy dawał w mordę Boniemu jakoś pamiętał o swoich poglądach i urazach. A tutaj – amnezja.

Jakiś czas temu, w jednym ze swoich przemówień (w tym) sugerował, że redaktorzy Charlie Hebdo powinni zostać ukarani za swoją działalność (zastrzegł, że nie karą śmierci). Za to, że wyśmiewali się z innych. A kto podczas wyborów do Parlamentu Europejskiego chlapnął, że Tomasz Tomczykiewicz (poseł PO) gwałcił kelnerkę, a Sławomir Nitras (również poseł PO) zajmował się w tym czasie rudym kelnerem? A potem się tłumaczył, że tylko „żartował”? A gdy Donald Tusk zauważył, że to była „chęć zwrócenia uwagi na siebie”, kto złożył pozew w trybie wyborczym o próbę zdyskredytowania? Jeżeli to nie gigantyczna hipokryzja to co?

To już nie pierwszy wpis w którym zwracam uwagę na to, że Korwin-Mikke ma tyle samo za uszami co inni politycy. Postulaty większości partii są zachęcające, bo takie mają być – skierowane do odpowiedniego elektoratu (w przypadku Korwin-Mikkego do młodych ludzi, kapitalistów i konserwatystów). Równie dobre były kiedyś postulaty Platformy Obywatelskiej, która przecież też promowała wolny rynek. Świetne były postulaty Twojego Ruchu, który chciał większej wolności obywatelskiej. I co z tego mamy? To co widać.

Oto nowa partia Korwin-Mikkego – KORWiN. Nowa, a jednak pełna tych samych wad co wcześniej. Niezmienna, wyrosła z konfliktu, buntu, kuców i kontrowersji. Jak osoba, która nie potrafi nawet utrzymać w ryzach ugrupowania, które składa się z osób, których połączyła wiara w jednego Boga – Korwina, może utrzymać władzę w państwie? Jak taka osoba może walczyć z protestami obywateli i ich niezadowoleniem, gdy spróbuje (o ile spróbuje) coś zmienić? Czy poza bandą stereotypowych „kuców”, „krul” ma w rękawie kogoś jeszcze?

Nie mówię, żeby nie głosować na Korwin-Mikkego. Głosujcie na kogo chcecie. Ja pewnie w ogóle nie oddam głosu, bo wybieranie „mniejszego zła” to dla mnie większa oznaka gnuśności niż całkowite, świadome zrezygnowanie z wyborów. Ale nie zdziwcie się, jeżeli wielki boom na kontrowersyjną, antysystemową postać za którą idą tłumy młodzieży, skończy się tak samo jak boom na Janusza Palikota.

Inne teksty o Korwinie:

Korwin-Mikke dał w mordę Boniemu – barbarzyństwo, chamstwo i radość prymitywów

Bojkot Korwin-Mikkego w TVP – wtopa dziennikarzy

Quo vadis, Korwinie?

Quo vadis, Korwinie?

Januszowi Korwin-Mikkemu urosło w sondażach po raz pierwszy od paru lat. Powód? Moim zdaniem prosty – ludzie mają dość powtarzających się, takich samych mord przy korycie i pragną, by poprowadził ich ktoś nowy, inny, mający jakąś wizję, odróżniający się od zgrai. Mamy więc charyzmatyczną osobowość, mamy wroga (lewacy i inne partie), mamy młody elektorat, który łatwo kształtować, mamy obraz nowego, lepszego państwa bez złodziei i skurwieli u żłobu. Przede wszystkim jednak, mamy kogoś, kto może się odróżnić od całej reszty. Być sprawiedliwym, konkretnym, bezpardonowym. Robić swoje, zmieniając system.

I tutaj zaczynają się problemy. Bo Korwin ostatnio pokazuje, że od reszty polityków nie różni się niczym, poza ostrym językiem (chociaż nie jest tu wyjątkiem) i odmiennym spojrzeniem na gospodarkę (i tu również nie jest wyjątkiem…). Stosuje dokładnie takie same zagrania wyborcze jak cała reszta. Robi to jednak nieudolnie, a pociski, którymi miota, odbijają się rykoszetem i trafiają w niego.

Pierwszym przykładem mogą być zaprezentowanie na listach Nowej Prawicy panie. Młode, urodziwe i… i tyle. To by się poniekąd zgadzało z powszechnym odbiorem poglądów Korwina na temat płci pięknej – że kobieta ma ładnie pachnieć i robić mężowi obiad. Dlatego wystawiono damy o skromnym zakresie wiedzy (często jeszcze studiujące, wiele kandydatek ma 21 lat), ale mogące śmiało wylądować w tzw. „fap folderze” przeciętnego kuca. Może to jakaś forma sprzeciwu wobec (idiotycznego, debilnego i bezsensownego) parytetu płciowego, ale Korwin robi to, co reszta partii, wystawiając celebrytów. Gdzie ta nowa jakość? Gdzie ludzkie nadzieje na zmianę sytuacji?

Inna sprawa, że o wiele łatwiej powiedzieć jak wyglądają dekolty pań z Nowej Prawicy, niż wymienić kandydatów płci męskiej. Partia Korwina jest stricte wodzowska. Tak jak Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość czy Twój Ruch. Mamy jednego przywódcę, a reszta się nie liczy. Stoi w cieniu. W przypadku Nowej Prawicy – nie jest nawet znana, ani za specjalnie promowana.

O wiele głupsza (no zwyczajnie głupia, bo nie wiem jak inaczej nazwać) była jednak ostatnia sprawa ze zgwałceniem kelnerki. Opiszę pokrótce. We Wprost, w formie godnej tabloidu, posłowie PO Sławomir Nitras i Tomasz Tomczykiewicz powiedzieli, że Korwin-Mikke pił piwo z gwinta i nie zapłacił za siebie rachunku. Szok, skandal, niedowierzanie. Doniesienie godne Faktu lub Super Expressu. Sensacja Pudelkowa, na którą normalny człowiek spojrzałby z politowaniem i pominął milczeniem. Coś, co każdy by olał ciepłym moczem.

Jak reaguje Korwin-Mikke? JEB! TOMCZYKIEWICZ GWAŁCIŁ KELNERKĘ, A NITRAS ZAJĄŁ SIĘ RUDYM KELNEREM. Tak poważne oskarżenia spotkały się już z większym zainteresowaniem mediów. Oczywiście negatywnym. Zasada „nie ważne jak mówią byleby mówili”, czyli mówienie debilizmów, żeby tylko nas ktoś dostrzegł i pokazał w telewizji. Kolejna zmora obecnej polityki. Typowy „korwinizm” – chlapnięcie czegoś, co zniechęci każdego, normalnego człowieka, a wzbudzi zachwyt „kuców” (które, jak mi relacjonował kolega z jednego ze spotkań z Korwin-Mikkem, ostatnio przerobiły się na łyso i przybrały na masie).

Gdy Tomczykiewicz zagroził, że złoży pozew przeciw szefowi Nowej Prawicy, okazało się, że Korwin-Mikke po prostu skłamał, a raczej „zażartował”. Premier Donald Tusk, ocenił całą sprawę w sposób dość powściągliwy: „To chęć zwrócenia uwagi na siebie, bo jest kilka komitetów wyborczych, które balansują w okolicach progu wyborczego”. A Nowa Prawica… złożyła pozew w trybie wyborczym, o próbę zdyskredytowania Korwin-Mikkego. Do Sądu Okręgowego w Warszawie. Niczym jakiś, tfu, polityk, który teraz jest w Sejmie i się obrusza o byle pierdołę, w dodatku sprowokowaną przez niego samego.

Przypomina mi to sytuację, gdy Donald Tusk złożył pozew przeciw Jerzemu Urbanowi, za żart prima aprillisowy. Była to sytuacja równie idiotyczna i niepotrzebna. Znowu Korwin-Mikke pokaże się w mediach głównego nurtu. Z tym, że będzie wystylizowany na przewrażliwionego szaleńca. Co tylko zniechęci potencjalnych wyborców, nie tylko do samej osoby kandydata Nowej Prawicy, ale też do tego co prezentuje.

Pisałem już o tym kiedyś, że jeżeli chcemy promować wolny rynek, by wyrwać się spod jarzma socjalu, należy przede wszystkim edukować ludzi. Od podstaw. A wrzucenie czystej formy kapitalizmu do bagna, jakim jest polski Sejm, tylko obrzydzi ludziom tę ideę i wyrządzi ogromne szkody w świadomości, na całe lata. Niestety, biorąc pod uwagę zachowanie Korwin-Mikkego, mam wrażenie, że tak się właśnie stanie.

Jego zachowanie wskazuje na to, że nie będzie się zbytnio różnił od ludzi zasiadających w Sejmie. Postulaty są dobre. Równie dobre były postulaty Platformy Obywatelskiej, która też stawiała na wolny rynek. Dobre były też postulaty Twojego Ruchu, który chciał większy wolności obywatelskiej. Ci, którzy wierzą, że Korwin-Mikke zbawi Polskę, niech przyjrzą się jego działaniom. Temu jak promuje swoją osobę. Jak wygląda jego polemika z obecnym systemem.

I niech się zastanowią, czy za parę lat nie będą sobie pluli w brodę, tak jak plują sobie wyborcy PO i Twojego Ruchu. Bo rewolucji o której marzą – nie będzie.

„Jeżeli mam wybierać między złem a złem, wolę nie wybierać wcale.”

Pijany jak poseł

Kiedy Elizabeth Braddock z Partii Pracy oskarżyła Winstona Churchilla o to, że jest nieprzyzwoicie pijany, ten odparł: „Bessie, moja droga, ty jesteś brzydka, co więcej, jesteś obrzydliwie brzydka. Ale jutro będę trzeźwy, a ty dalej będziesz obrzydliwie brzydka”. Premier Wielkiej Brytanii został jednak zapamiętany dzięki swoim dokonaniom podczas Drugiej Wojny Światowej, a nie przez swoje pijaństwo. Nasi „wybrańcy” mogą nie mieć tego szczęścia.

Dobremu politykowi, który jest znany ze swoich zasług i powszechnie szanowany, można wybaczyć pojedynczą, zbyt bliską randkę z alkoholem. Gorzej, kiedy parlamentarzysta nie jest ani dobrze znany, ani lubiany. Wystarczy jeden pijacki wybryk, by zepsuć sobie opinię wyborców i przekreślić szansę na reelekcję.

Preferencje alkoholowe europejczyków. Na niebiesko – wódka, na czerwono – wino, na żółto – piwo (źródło: Wikipedia)

Polacy, wbrew panującym stereotypom, piją raczej skromnie. Nie są nawet w czołówce europejskich państw z największym spożyciem alkoholu na osobę. Według danych WHO z 2012 roku, to Mołdawia wiedzie prym, a za nią plasują się Czechy i Węgry. My znajdujemy się dopiero na dziewiętnastym miejscu. Nieprawdopodobne? A jednak. Wbrew wszelkiej logice, zdrowemu rozsądkowi i patriotycznym powinnościom nie trafiliśmy do pierwszej dziesiątki. Może dlatego alkoholowe wybryki posłów traktowane są zazwyczaj jako rzecz zabawna lub niesmaczna? Uśmiech politowania budzą zarówno ich późniejsze tłumaczenia, jak i rzeczy, których dopuszczają się na rauszu.

„Choroba filipińska” atakuje!

Parlamentarzyści niestety nie uczą się na swoich błędach (albo nie nauczyli się dobrze ukrywać), bo co jakiś czas wybuchają nowe afery z alkoholem w roli głównej. Jedną z najsławniejszych jest wizyta prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w Charkowie na grobach polskich oficerów, gdzie najwyraźniej bardzo mocno wiał wiatr, ponieważ ówczesna głowa naszego państwa miała poważne problemy z utrzymaniem równowagi. Pił podobno do spółki z biskupem Sławojem Głódziem, który również jest znany z zamiłowania do dobrych trunków.

W 2003 roku, dwóch posłów Samoobrony RP, Jerzy Pękała i Mieczysław Aszkiełowicz (ciekawostka: pochodzi z Olsztyna), będąc w stanie upojenia pobiło się przed Nowym Domem Poselskim. Ten pierwszy w dodatku udawał Niemca i dał swój dowód osobisty dziennikarce „Życia Warszawy”, myśląc, że to wizytówka. Panowie otrzymali upomnienie od Komisji Etyki Poselskiej.

Przyszedł rok 2007, a Aleksander Kwaśniewski znowu pokazał się od swojej „głębszej” strony. Podczas wykładu w Kijowie chwiał się i miał kłopoty z mówieniem. To właśnie wtedy pierwszy raz pojawił się termin „choroba filipińska”, będący dziś synonimem upojenia alkoholowego. Takim schorzeniem tłumaczył swoją niedyspozycję polityk.

W 2008 roku były wiceminister zdrowia (!) w rządzie PO, Krzysztof Grzegorek, zasnął snem sprawiedliwego na podłodze sejmowego korytarza. Parlamentarzysta przyznał się do tego, że wypił za dużo. Nie przyznawał się za to rok później, gdy prokuratura przedstawiła mu cztery zarzuty korupcyjne. Został skazany na rok i 10 miesięcy pozbawienia wolności oraz karę grzywny.

Problemy miała też posłanka PiS i przewodnicząca KRRiT za czasów rządów tej partii, Elżbieta Kruk, która przyłapana przez dziennikarzy na podejrzanym zachowaniu, odpowiedziała na ich sugestie jakoby czuć było od niej alkohol: „Potrafię coś tam, coś tam.” Nie podzieliła losu Krzysztofa Grzegorka, dalej możemy ją ujrzeć w sejmowych ławach.

A jednak poszedł tą drogą

Rok 2010 zostanie zapamiętany głównie przez tragedię, która podzieliła Polaków. Ciężko jednak zapomnieć o wyczynach Andrzeja Pałysa. Poseł PSL, w stanie wskazującym na poważną niedyspozycję, bełkotał, poruszał się chwiejnie i… wsiadł do cudzego samochodu. Został po tym zawieszony w prawach członka swojego klubu parlamentarnego. „Wirus filipiński” dopadł także Ludwika Dorna, który nie usłuchał w 2007 roku Aleksandra Kwaśniewskiego i poszedł „jego drogą” (pamiętne „Ludwiku Dorn… i Sabo, nie idźcie tą drogą. Nie idźcie tą drogą!”). Po jednym z sejmowych głosowań, dopadli go dziennikarze, którzy wyczuli od niego alkohol. Niewzruszony były marszałek Sejmu dyplomatycznie milczał i przebijał się (dosłownie) przez tłum reporterów.

Bieżący rok również przynosi nam nowe sytuacje, które będziemy wspominali. Poseł Ruchu Palikota (obecnie Twój Ruch), Adam Rybakowicz, w swoim rodzinnym mieście – Bydgoszczy, postanowił „wymyć ulice” i będąc w stanie nietrzeźwości, ulżył sobie w centrum miasta. Nieobyczajne zachowanie zauważyli policjanci, którzy musieli być bardzo zdziwieni, gdy dowiedzieli się, że mają do czynienia z parlamentarzystą.

Immunitet nie ochroni przed wszystkim

Na pewno, nie byli jednak tak bardzo zdziwieni jak funkcjonariusze z Warszawy. Musieli oni stanąć do walki z prawicowym posłem Przemysławem Wiplerem, który w stanie wskazującym zaatakował policjantów. Gaz pieprzowy oraz kajdanki uspokoiły polityka, jednak jego kondycja nie pozwalała na badanie alkomatem. Gdy doszedł do siebie, oskarżył funkcjonariuszy o pobicie, ale też zrezygnował z przewodnictwa swojemu Stowarzyszeniu Republikanów. Rzeczywiście, miał wiele otarć oraz siniaków, które chętnie pokazywał przed kamerami. Niewiele jednak pamiętał ze swoich nocnych przygód. Sława posła prawdopodobnie nie przeminie szybko, bo jak donosi „Fakt”, przyłapano go na łamaniu prawa drogowego. Jechał ulicą z zakazem wjazdu i mknął po buspasach.

Niestety, nie dla każdego parlamentarzysty mocno zakrapiany wieczór kończy się tylko kompromitacją w gazetach. W 2003 roku, poseł Samoobrony, Józef Żywiec, rozbił się samochodem pod Puławami. Był w stanie nietrzeźwości. Zginął na miejscu. Immunitet jest w stanie ochronić przed odpowiedzialnością prawną, ale nie jest w stanie uratować życia. Wszyscy jesteśmy ludźmi, ale wymaganie od reprezentujących naród posłów pewnego poziomu, wydaje się dość rozsądne. Dla ich własnego dobra.

(Tekst ukazał się w internetowym wydaniu gazety studenckiej Tworzywo:
http://www.tworzywo-online.pl/?p=31
)

Christopher Dorner – Czarny Rambo kontra policja, czyli starcie „sprawiedliwych”

1 luty, 2013 rok. Anders Cooper z CNN otrzymuje paczkę w której znajdują się płyta DVD. W materiale występuje czarnoskóry mężczyzna, który wypowiada wojnę LAPD (Los Angeles Police Department). Dwa dni później, zabita zostaje Monica Quan, córka byłego szefa LAPD, wraz z narzeczonym…

Christopher Dorner miał 33 lata. Mieszkał razem z matką w La Palma, nie miał dzieci, rozwiódł się z żoną sześć lat temu. Dorastał w Los Angeles ucząc się w Chrześcijańskiej Szkole w Norwalk. W młodości zaznał wiele cierpienia, był prześladowany ze względu na swój kolor skóry. Nie raz zdarzyło mu się wziąć udział w bójce. Skończył SUU (Southern Utah University) ze specjalizacją w naukach politycznych i psychologii. Wstąpił do wojska, potem do LAPD. Jego karierę podsumowuje osiem wojskowych nagród, między innymi za służbę w Iraku, za służbę w marynarce, walkę z terroryzmem i mistrzostwo w posługiwaniu się bronią palną.

Niestety, jego życie nie było usiane pasmem sukcesów. Christopher Dorner musiał zmierzyć się z niesprawiedliwością, która go otaczała zewsząd – nawet, a może szczególnie, w LAPD. W jednym ze swoich raportów dla przełożonych, zamieścił informację o pobiciu, którego dokonała jego partnerka, Teresa Evans. Miała kopnąć w twarz podejrzanego. Szefostwo po dochodzeniu uznało, że Dorner kłamie i wyrzuciło go z policji. Teresa Evans za to awansowała…

Rok 2013. 3 lutego zostaje zabita Monica Quan, córka byłego szefa LAPD, oraz jej narzeczony, Keith Lawrence. Dzień później w internecie pojawia się manifest. Christopher Dorner oskarża w nim policjantów o korupcję, wypisuje nazwiska tych, którzy najbardziej sprzeniewierzyli się sprawiedliwości. Dodaje dokumenty świadczące o winie wymienionych. Ostrzega, że nie oszczędzi nikogo z listy i że zemści się również na ich rodzinach. Jednym z umieszczonych w manifeście pechowców był Randal Quan, ojciec Moniki i… obrońca Dornera podczas jego sprawy o wyrzucenie ze służb.

Policjanci wpadają w panikę. Ich przeciwnikiem nie jest w końcu byle kto. To dobrze wyszkolony wojskowy, znający pracę policji od podszewki, który miał mnóstwo czasu by przygotować każdy krok swojej zemsty. Nerwy funkcjonariuszy udzielają się podczas ich akcji poszukiwawczej – ich celem był szary SUV Nissan. Policjanci (ślepi?) ostrzelali niebieską Toyotę Tacoma, którą jechały dwie Hiszpanki, córka (47 lat) i matka (71 lat!), myśląc, że jest tam Dorner. Kobiety trafiły do szpitala w ciężkim stanie, młodsza została trafiona w rękę, starsza w plecy. Inny cywil miał szczęście – SUV, którym się poruszał został staranowany przez policyjne auto, a potem podziurawiony kulami. Sam „domniemany morderca” wyszedł z „poszukiwań” LAPD tylko poobijany.

Christopher Dorner w tym czasie nie próżnował. 7 lutego wdał się w strzelaninę z dwoma policjantami. Zabił jednego z nich, Michaela Craina i ciągle pozostawał nieuchwytny. Media zaczęły go nazywać „Czarnym Rambo”. Pojawił się też pewien problem. Jak przedstawić złego, misiowatego terrorystę, gdy ten na wszystkich zdjęciach się uśmiecha i nie budzi grozy? Odpowiedź poniżej:

10 lutego władze wyznaczyły nagrodę za informacje dotyczące pobytu byłego funkcjonariusza – milion dolarów.

12 lutego nastąpił przełom. Znaleziono auto, którym poruszał się Dorner. Niestety, funkcjonariusze którym się to udało, wdali się w wymianę ognia ze zbuntowanym policjantem. Jeden z nich, detektyw Jeremiah MacKay zginął, drugi trafił do szpitala. Czarny Rambo zabarykadował się w chacie, nieopodal górskiego miasteczka Angelus Oaks. Budynek został otoczony. Wybito szyby, wpuszczono do środka gaz łzawiący i (podobno) inne środki mające zadymić pomieszczenia. Policjanci krzyczeli by „spalić żywcem skurwiela!” Ich życzeniu stało się zadość, chata nagle stanęła w ogniu. Nikt nie próbował gasić płomieni. Potem w powietrzu rozległ się huk strzału. Wybuchły zapasy amunicji, które Dorner przechowywał w pomieszczeniu.

W środku znaleziono jedno ciało. Nie zostało jeszcze zidentyfikowane, ale FBI natrafiło na pozostałości prawa jazdy oraz odznakę policyjną Dornera.

Tak oto prawdopodobnie kończy się przygoda Christophera Dornera, osoby, która by wymierzyć sprawiedliwość, postanowiła sama złamać prawo i zatraciła się w zemście, zabijając niewinne osoby. Lecz nie on jeden podczas tej akcji strzelał do cywilów. Policja uczyniła to samo wobec podejrzanej staruszki i jej córki, oraz kierowcy samochodu. Kto w końcu był tym dobrym, a kto tym złym? A może nie było tutaj nikogo dobrego? Niech czytelnicy sami osądzą.

Przemysław Gintrowski nie żyje, 20.10.12

„Każdy twój wyrok przyjmę twardy.
Przed mocą twoją się ukorzę.
Ale chroń mnie Panie od pogardy.
Od nienawiści strzeż mnie Boże.”

-Modlitwa o wschodzie słońca, Przemysław Gintrowski (wykonanie wspólnie z Kaczmarskim i Łapińskim, tekst: Natan Tenenbaum)


20 października zmarł jeden z największych poetów i kompozytorów ostatnich dziesięcioleci, artysta wielkiego formatu, legendarny bard – Przemysław Gintrowski.

Debiutował w 1967 roku utworem „Epitafium dla Sergiusza Jesienina” (tekst: Krzysztof Maria Sieniawski). W 1979 połączył siły z Jackiem Kaczmarskim i Zbigniewem Łapińskim, by razem wznosić się na wyżyny swoich umiejętności. Nagrali wspólnie pięć programów: Mury, Raj, Muzeum, Mury w Muzeum Raju i Wojna Postu z Karnawałem. Albumy w większości solowe, z gościnnymi występami innych artystów: Psalmy i requiem, Requiem, Pamiątki, Raport z oblężonego miasta, Nie chcemy uciekać, Kamienie, Odpowiedź, Tren, Kanapka z człowiekiem i trzy zapomniane piosenki. Ogłoszony wbrew własnej woli „bardem Solidarności” odgrywał rolę którą narzucił mu los z godnością. Tworzył muzykę filmową, a najsłynniejszym utworem z tego nurtu była niewątpliwie „Tylko Kołysanka” z filmu Tato (1995). Wyjątkową częścią jego twórczości były interpretacje tekstów Zbigniewa Herberta. Do 1990 roku był także aktorem. 31 sierpnia 2006 roku odznaczony przez prezydenta Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, a trzy lata później Nagrodą Miasta Stołecznego Warszawy. Wypowiadał się bardzo surowo o obecnym rządzie, był postacią stricte prawicową.

Najpierw odszedł Jacek Kaczmarski, teraz Przemysław Gintrowski. Sławne trio do spółki ze Zbigniewem Łapińskim zamieniło się najpierw w duet, a teraz ostatni żywy żeglarz musi walczyć ze sztormem solo (w 2005 roku Łapiński miał udar i wycofał się z życia zawodowego). Szkoda, że ludzie tak zasłużeni, o wybitnych umiejętnościach artystycznych których brak na dzisiejszej scenie (kreowanej przez denne programy w stylu Must be the Music czy Mam Talent) odchodzą. Ale takie są koleje losu. Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. Mam nadzieję, że Przemysław Gintrowski nie zostanie zapomniany, tak jak zapomniany niemalże został Jacek Kaczmarski, którego rocznicę śmierci przysłoniła tragedia o wymiarze politycznym. Wykorzystywana do obrzucania się trupami i obelgami.

Osobiste: Przemysława Gintrowskiego słucham od zaledwie paru lat. Początkowo irytował mnie jego chrapliwy, mocny głos, z czasem jednak jego twórczość zyskała moją sympatię. Dziś nie wyobrażam sobie tygodnia bez chociaż jednej piosenki tego znakomitego artysty. Smuci mnie, że w dzisiejszej erze popu, szmiry i tandety, brak miejsca na utwory które poza chwytliwą muzyką, cechuje również konkretny tekst, niosący jakieś przesłanie lub opowiadający konkretną historię. Przyszłość sceny muzycznej może już zapewne tylko dołować, ale liczę na jakiś błysk lub zmianę kierunku. Trzeba być dobrej myśli!

James Holmes – zamach kontrolowany?

Internetowi specjaliści zawsze są na miejscu gdy coś się dzieje. Po katastrofie smoleńskiej, zaserwowano nam „profesjonalne” wyjaśnienie nagrania na którym widać płonący jeszcze wrak Tupolewa. Każde słowo („Dawaj gnata!”), każdy dźwięk („Słychać strzały w 0:00) i każdy ruch („Widać jak dobijani są ranni”), został nam dokładnie rozpisany oraz wytłumaczony. Przykład nieco wcześniejszy – zamach na World Trade Center. Dwa samoloty nie są w stanie zniszczyć tego typu budynków, przed uderzeniem widać wybuchy ze środka a Żydzi wzięli sobie urlopy by nie zginąć…

Nie ma więc niczego dziwnego w tym, że podobne teorie dorabia się do ostatniego ataku na kino w Kolorado. Nie trzeba było długo czekać, by po sieci zaczęły krążyć wątpliwości które internauci z chęcią przedstawiają. Wiele z tych domniemań wskazuje Żydów, grupy masońskie i rząd USA jako prawdziwych winowajców zajścia… A jak jest naprawdę? Niechaj każdy z Was sam odpowie na to pytanie. Oto parę wybranych teorii wraz z argumentami za i przeciw. Inne możecie znaleźć na forum paranormalne.pl w TYM temacie.

Teoria 1: James Holmes jest podstawiony. Jego twarz znacząco różni się na zdjęciach.

Argumenty: Na dwóch zdjęciach które najczęściej przedstawiają mordercę jest wiele różnic. Inna szerokość nosa, inny układ ust, inny kolor oczu i różnie rozmieszczone pieprzyki.

Kontrargumenty: Nos rozszerza się kiedy się uśmiechamy, a jest węższy kiedy mamy smutną minę. Starsze zdjęcie jest gorszej jakości, ma mniejszą liczbę kolorów oraz pikseli co w oczywisty sposób wpływa na niektóre kształty.

Teoria 2: James Holmes nie mógł się w dwa miesiące nauczyć jak tworzyć eksplodujące pułapki. A na pewno nie mógł stworzyć takiej, która by sprawiała problem oddziałom SWAT.

Argumenty: Tworzenie ładunków wybuchowych jest skomplikowane. Jak Holmes się tego nauczył w niecałe dwa miesiące? Skąd miał materiały? SWAT uznało, że pułapka którą stworzył jest zbyt trudna do rozbrojenia i poprosiło o pomoc FBI. Jak ciężką do rozbrojenia pułapkę mógł stworzyć były student w dwa miesiące?

Kontrargumenty: Stworzenie ładunku wybuchowego nie jest tak trudne, nie potrzeba też do tego zbyt drogich materiałów. A im prymitywniejsza pułapka, tym łatwiej ją przypadkiem zdetonować. Ponadto te „dwa miesiące” to informacja wyssana z palca, nie ma żadnych oficjalnych źródeł, które podają jak długo Holmes uczył się tworzyć pułapki.

Teoria 3: James Holmes nie mógł zebrać pieniędzy na tak drogą broń.

Argumenty: Morderca był bezrobotny, a jego broń bardzo droga. Razem z amunicją oraz materiałami wybuchowymi, wszystko powinno kosztować ponad 20 000 dolarów. Skąd miał wziąć pieniądze na to? Wyczarować?

Kontrargumenty: Holmes otrzymywał przez jakiś czas spore dotacje z Uniwersytetu na który uczęszczał. Swoją pierwszą broń kupił 22 maja, potem 7 czerwca i 2 lipca. Przez ten czas mógł stopniowo zbierać fundusze albo wykorzystywać te wcześniej zdobyte.

Teoria 4: Holmes nie mógł wejść niezauważony do kina.

Argumenty: Jakim cudem obładowany bronią Holmes wszedł bez problemów na salę kinową? Ktoś powinien go zauważyć, nawet jeżeli wszedł wejściem awaryjnym. Równie dobrze, ktoś mógł mu dać wolną rękę na wejście do środka… Niektórzy świadkowie twierdzą też, że nie był jedyną strzelającą osobą!

Kontrargumenty: Holmes wszedł wejściem awaryjnym od razu na salę kinową, nikt nie miał szansy go dostrzec w porę. Nie ma żadnych oficjalnych informacji o osobach które widziały więcej niż jednego napastnika.

Teoria 5: Holmes został wcześniej porwany przez służby które wyprały mu mózg.

Argumenty: Na dwa miesiące przed dokonaniem zamachu, „morderca” zerwał całkowicie kontakty z rodziną. Porzucił studia. Skończył nawet grać w WoWa (gra World of Warcraft) w którego grał od wielu lat. A teraz, nie mówi ani słowa w sądzie, wydaje się nieobecny. Wcześniej był przykładnym chłopakiem. A ostatnio coraz częściej mówi się o programach kontroli umysłów i podobno badania nad tym są prowadzone na Uniwersytecie w Denver.

Kontrargumenty: Zapewne przygotowywał tę akcję jako coś, co pomoże mu zerwać kontakt z resztą świata. I na dwa miesiące postanowił odciąć się od wszystkiego, by móc spokojnie zaplanować atak. W sądzie mógł być pod wpływem środków psychotropowych albo po prostu poraził go rozmiar zabójstw których dokonał. Nie każdy zbir ma tyle pewności siebie co Anders Breivik, by z uśmiechem patrzeć na sędziów.

Top 10 morderców

Morderstwa, skandale i wszelakiej maści odrażające odchyły są w dzisiejszych czasach chlebem powszednim. Nie tylko dla dorosłych, młodzież również przepada za historiami o zabójcach, torturach czy gwałtach. Kiedyś straszono dzieciaki „czarną Wołgą” albo historiami o duchach. Dzisiaj bez opowieści o krwawym mordercy przybijającym niemowlęta na żywca do ścian (opartych na faktach oczywiście!) się nie obejdzie. Mordercy piszą książki, nekrocelebryci chodzą na wolności, a wielu ludziom ślinka cieknie na myśl, że dostaną nowe wiadomości z miejsca jakiejś katastrofy.

Czy w tym zalewie przekleństw, szaleństwa i najczarniejszego humoru, które dotarło również na blogowisko Newsweeka, można uważać za niesmaczne lub kontrowersyjne stworzenie top listy morderców? Odrobinkę pewnie tak. Umedialnienie ludzi-potworów sięga już tak głęboko, że nie zdziwi mnie gdy usłyszę o wyborach miss dusicielek dzieci albo legalnych wyścigach złodziei samochodów. Ale informacja to informacja, czyż nie? Aby zagłębić się bardziej w intencje zabójców, wypisałem domniemane przyczyny ich zachowania. Niech to będzie odpowiedzią na pytanie: po co w ogóle tworzyć taką makabryczną listę?

Do rzeczy! Oto subiektywne TOP 10 największych morderców/zabójców/terrorystów ostatnich lat, którzy działali samodzielnie i podczas jednej akcji własnymi rękoma uśmiercili lub zranili wielu, wielu ludzi. Zapraszam!

Miejsce 10, Chory (dosłownie) morderca

Imię: Charles Whitman

Kraj: USA

Liczba ofiar: 17

Liczba rannych: 31

Opis: Charles Whitman, 25-letni student, 1 sierpnia 1966 zaczął strzelać do ludzi z 28 piętra wieży uniwersyteckiej w Teksasie. Używał karabinu z celownikiem optycznym. Wcześniej zabił swoją matkę oraz żonę.

Motywy: Pośmiertna sekcja zwłok wykazała, że miał złośliwy nowotwór mózgu przez który mogła się nasilić jego agresja. Stres wywołany rozstaniem rodziców, wyrokiem sądu wojskowego oraz zawaleniem studiów.

Kara: Zastrzelony przez policjanta.

Miejsce 9, Katastrofalna pomyłka

Imię: James Huberty

Kraj: USA

Liczba ofiar: 21

Liczba rannych: 19

Opis: James Huberty, 42 lata, na dzień przed masakrą której dokonał zadzwonił do ośrodka dla psychicznie chorych. Niestety, jego nazwisko zostało przekręcone przez recepcjonistkę i ostatecznie nie doszło do interwencji która mogłaby uratować życie wielu ludziom. 18 lipca 1984 wszedł do McDonald’s w San Diego, po czym zaczął strzelać, głównie do osób wyglądających na Meksykanów.

Motywy: Uważał, że rząd przyczynia się do porażek zwyczajnych ludzi takich jak on, a międzynarodowi bankierzy manipulują krajem, chcąc doprowadzić do bankructwa. Wszędzie widział zagrożenie ze strony Sowietów, przepowiadał wojnę nuklearną oraz upadek ekonomiczny. Prawdopodobnie był psychicznie chory. Katował swoją żonę.

Kara: Zastrzelony przez snajpera.

Miejsce 8, Kierowca w kawiarni

Imię: George Hennard

Kraj: USA

Liczba ofiar: 23

Liczba rannych: 20

Opis: George Hennard, 35-letni bezrobotny, dnia 16 października 1991 roku wjechał swoim pickupem do środka kawiarni w Killeen (Teksas) i zaczął strzelać do ludzi. Klienci próbowali walczyć, ale nie mieli szans z uzbrojonym napastnikiem. Warto wspomnieć, że pozwolił opuścić miejsce rzezi kobiecie z czteroletnim dzieckiem.

Motywy: Nieznane. Wiadomo, że nie lubił kobiet, był agresywny i zamknięty w sobie. Podczas ataku krzyknął „Oto co Belton mi zrobiło!”. Belton jest siedzibą hrabstwa Bell w Teksasie.

Kara: Zraniony przez policjanta i otoczony – popełnił samobójstwo.

Miejsce 7, Żołnierz-mściciel

Imię: Tian Mingjan

Kraj: Chiny

Liczba ofiar: 23

Liczba rannych: ponad 40

Opis: 20 września 1994 roku w Pekinie, porucznik Tian Mingjan rozpoczął masakrę w swojej bazie wojskowej, a potem ruszył ulicą, ciągle mordując ludzi. Zabił między innymi komisarza Partii Komunistycznej i irańskiego dyplomatę. Żołnierze mający złapać dezertera, przebrali się w cywilne ubrania by nie wzbudzać paniki. W końcu Tian dotarł na znany Plac Tiananmen, gdzie kontynuował rzeź.

Motywy: Zemsta za śmierć żony. Kobieta nie przeżyła aborcji do której zmusili ją przełożeni Tiana.

Kara: Zastrzelony przez snajpera.

Miejsce 6, Święty i bohater

Imię: Baruch Goldstein

Kraj: Izrael

Liczba ofiar: 29

Liczba rannych: 125

Opis: 25 lutego 1994 w Hebronie, podczas święta Purim, ubrany w uniform wojskowy Goldstein wkroczył do Groty Praojców gdzie modlili się Palestyńczycy i otworzył ogień. Ci którzy przeżyli zatłukli go na śmierć. W późniejszych zamieszkach spowodowanych masakrą zginęło dodatkowo 25 Palestyńczyków i 5 Izraelczyków. Przez skrajnych fundamentalistów obwołany bohaterem, męczennikiem oraz świętym.

Motywy: Nienawidził Arabów, należał do skrajnej, terrorystycznej organizacji Jewish Defense League. Jako lekarz odmawiał leczenia Palestyńczyków. W 1981 roku w The New York Times ukazał się list, gdzie Goldstein uznawał za konieczne oczyszczenie Izraela z arabskiej mniejszości.

Kara: Zatłuczony na śmierć przez Palestyńczyków do których strzelał.


Miejsce 5, Sąsiad gruźlik

Imię: Mutsuo Toi

Kraj: Japonia

Liczba ofiar: 30

Liczba rannych: 3

Opis: 21 maja 1938 roku, w wiosce Kayo nieopodal miasta Tsuyama, 21-letni Mutsuo Toi odciął prąd i ruszył na „polowanie”. Najpierw zdekapitował swoją babcię toporem, a potem odwiedzał kolejno domy sąsiadów. Przez półtorej godziny wyrżnął połowę wioski z pomocą katany, strzelby oraz topora.

Motywy: Po stwierdzeniu u niego gruźlicy (która w tamtych czasach była zabójcza), kobiety z wioski zaczęły go traktować ozięble. Cierpiał na hiperseksualność, nocami zakradał się do łóżek okolicznych dziewcząt. Zostawił list pożegnalny, w którym wyjaśnił, że zabił swoją babkę (jedyną opiekunkę, jego rodzice nieżyli), bo nie mógł pozwolić jej żyć w hańbie po tym co uczynił.

Kara: Popełnił samobójstwo strzelając sobie w pierś.

Miejsce 4, Szkolny rzeźnik

Imię: Cho Seung-hui

Kraj: USA

Liczba ofiar: 32

Liczba rannych: 25

Opis: Sprawa była bardzo głośna w mediach. 16 kwietnia 2007 roku w Blacksburgu na uniwersytecie Virginia Tech, Cho otworzył ogień do swoich rówieśników i wykładowców. Jego pierwszą ofiarą była dziewczyna którą podobno obsesyjnie kochał, drugą student biologii Ryan Clark. Nim rozpoczął prawdziwą rzeź, zdążył jeszcze wysłać do telewizji NBC plik materiałów z dowodami swojej zbrodni. Potem udał się na wydział inżynierii, zablokował drzwi łańcuchem i chodząc od sali do sali zabijał kolejnych ludzi.

Motywy: Eksperci orzekli, że Cho miał problemy psychiczne. Komunikacja ze światem zewnętrznym sprawiała mu kłopot, czuł się odrzucony, upokorzony i pognębiony. Nienawidził bogatych ludzi. W nagraniach które wysłał NBC, mówił: „Dzięki wam umrę jak Chrystus, by zainspirować pokolenia słabych i bezbronnych”.

Kara: Popełnił samobójstwo.

Miejsce 3, Samotnik i 1035 lat więzienia

Imię: Martin Bryant

Kraj: Australia

Liczba ofiar: 35

Liczba rannych: 21

Opis: 28 kwietnia 1996 rok. Port Arthur, Tasmania. Dzień jak każdy inny. Martin Bryant wchodzi do hotelu „Seascape” gdzie zabija parę zarządzającą interesem. Potem spokojnie idzie do kawiarni Broad Arrow Cafe, siada przy stoliku. Zjada śniadanie. W końcu wyjmuje z torby broń i zaczyna pogrom. Gdy dwanaście zwłok leży u jego stóp, ucieka na parking ciągle strzelając do ludzi, po czym ucieka swoim żółtym Volvo. Po drodze zabija kobietę z dwójką dzieci (jedno musiał gonić, bo zdążyło uciec zasłonięte ciałem przez matkę). Kradnie jeszcze luksusowe BMW (zabijając jego właścicieli oczywiście), po czym wraca do hotelu razem ze znalezionym po drodze zakładnikiem. Policjanci okrążają dom i negocjują z nim, dopóki mordercy nie pada bateria w komórce. W międzyczasie Martin zabija zakładnika. Ostatecznie próbuje ucieczki wywołując wcześniej pożar, ale zostaje złapany.

Motywy: Bryant czuł się samotny po utracie ukochanej i ojca. Miał wrażenie odrzucenia przez innych. Skarżył się, że ludzie są przeciwko niemu. Chciał po prostu być zauważony, swojemu sąsiadowi zapowiedział: „Zrobię coś co sprawi, że ludzie mnie zapamiętają”.

Kara: Skazany na 35-krotne dożywocie za morderstwa i 1035 lat więzienia za inne przestępstwa. Próbował sześć razy popełniać samobójstwo, trzymany był w specjalnej celi uniemożliwiającej zamach na własne życie. Po paru latach przeniesiono go do placówki dla chorych psychicznie.

Miejsce 2, Zabójcza wycieczka

Imię: Woo Bum-kon

Kraj: Korea Południowa

Liczba ofiar: 57

Liczba rannych: 35

Opis: 26 kwietnia 1982 roku, we wsi Uiryeong, Woo Bum-kon wdał się w awanturę ze swoją ukochaną. Skrajnie rozwścieczony udał się do policyjnego magazynu broni (z zawodu był policjantem), gdzie upił się i zabrał broń. Przez osiem godzin chodził od drzwi do drzwi, mordując wszystkich oraz wykorzystując zaufanie jakie mieszkańcy mieli do przedstawiciela prawa. Gdy obszedł całą wioskę, poszedł do innej miejscowości, gdzie powtórzył rzeź. Łącznie zwiedził pięć wsi. Gdy zostały mu dwa ostatnie granaty, przywiązał je do siebie i trójki innych osób…

Motywy: Był niestabilny psychicznie. Niepowodzenie zawodowe (odesłano go do wioski, gdzie nie miał szans na awans) i problemy ze związkiem (nie mógł zebrać pieniędzy na ślub ze swoją ukochaną).

Kara: Popełnił samobójstwo wysadzając siebie i trzy inne ofiary z pomocą granatów.

Miejsce 1, Morderca w imię Idei

Imię: Anders Behring Breivik

Kraj: Norwegia

Liczba ofiar: 77

Liczba rannych: 151

Opis: Sprawa wszystkim chyba znana. Anders Breivik wypowiedział wojnę islamizacji Europy oraz lewicującym ruchom. 22 lipca 2011 roku zdetonował bomby przy siedzibie premiera w Oslo, a potem przebrany za policjanta udał się na wyspę Utoya, gdzie odbywał się obóz dla młodzieżówki z Partii Pracy. Tam otworzył ogień do młodzieży i ich opiekunów, zabijając mnóstwo ludzi. Podczas masakry zadzwonił do policji, informując ją o swoim czynie.

Motywy: Anders Breivik twierdzi, że walczy o przyszłość Europy. Jest ultraprawicowcem i islamofobem, popiera nacjonalistyczne oraz paramilitarne ugrupowania. Jego głównym cel to ostateczne zniszczenie multikulturalizmu, wygnanie muzułmanów, stworzenie krajów jednolitych etnicznie oraz kontrola nad rozmnażaniem jednostek i jak najskuteczniejsze kształtowanie ich. Napisał manifest „2083 – A European Declaration of Independence”, gdzie przedstawił swoje poglądy.

Kara: ?

Źródło obrazków: Wikipedia

Twarz mordercy

 

Kolejna tragedia, tym razem w USA. Kolejny morderca, który co prawda „nie dorównał” Andersowi Breivikowi, ale bardzo się starał. Kolejny medialny amok. Telewizja oszalała, internet również, imageboard 4chan obwołał Holmesa swoim nowym bohaterem, a ludzie zaczęli komentować. I często, w tych komentarzach przewija się pewne zdanie: „przecież od razu widać, że ma twarz mordercy”.

No i właśnie. Czym u licha jest ta twarz mordercy? Chodzi o lekki uśmiech? Pewne siebie spojrzenie? Rozbiegane oczy? Rozczochrane włosy? Jakość fotografii? Co wygląd tego człowieka ma wspólnego z jego zachowaniem? Takie same komentarze można było przeczytać przy sprawie Andersa Breivika, wyglądającego zupełnie inaczej niż James Holmes. Spokojne spojrzenie, dobra postura, jasne włosy, lekka pucołowatość, przez wiele kobiet uważany za przystojnego. A jednak, mimo tych różnic obydwaj są skażeni „twarzą mordercy”.

 

Oczywiście ocenianie czy ktoś jest mordercą czy nie tylko po samym wyglądzie to, za przeproszeniem, czysta głupota, szczególnie w tych dwóch przypadkach. Po fakcie każdy próbuje być mądry, potakiwać, rzeczywiście, wygląda niczym zabójca, można się było tego od razu spodziewać. Ba, na Wirtualnej Polsce spotkałem się nawet z komentarzem: „Czemu go wpuścili? Przecież od razu widać, że to psychol”. Ach, Ci niemądrzy Amerykanie, jak mogli nie poznać na kilometr kryminalisty? Jesteśmy obserwatorami zdarzenia, bezlitosnymi sędziami którzy, dzięki swojemu braku zaangażowania w sprawę, mogą bez mrugnięcia okiem ferować wyroki, patrząc tylko jak „bandyta” wygląda. Zresztą, nie musimy szukać za granicą. Mamy swojego Breivika oraz Holmesa – Katarzynę W. wraz z mężem. Naprawdę, o partnerze domniemanej dzieciobójczyni słyszałem negatywne komentarze już od samego początku i oczywiście miejsce na tronie zajmował osąd: „on jest zły, ma twarz złego człowieka”.

A może to kwestia doboru zdjęć przez media? Jeszcze jedną ofiarą „twarzy mordercy” był George Zimmerman, zabójca Travyona Martina. Streszczę tę sprawę: patrolujący teren Zimmerman zauważył podejrzanie wyglądającego czarnoskórego chłopaka. Próbował go zatrzymać, a wtedy Afroamerykanin wymierzył mu cios w nos i próbował wyrwać komórkę. W zgodzie z prawem „Stand your ground”, Zimmerman oddał w obronie własnej strzał z pistoletu ku Martinowi, zabijając go. Stał się czarnym charakterem. W telewizji pokazywane były tylko dwa zdjęcia: otyłego, patrzącego ponurym wzrokiem ku aparatowi mordercy oraz wesołego, uśmiechniętego czarnoskórego chłopca. Internauci szybko zwrócili uwagę, że zdjęcia są mocno przestarzałe i stworzyli parędziesiąt porównań. Przedstawiam jedno z nich:

 

Mamy więc:

-Sprytną, „skrzacią” twarz Holmesa

-Spokojne, nordyckie oblicze Breivika

-Pulchny, zmęczony wizerunek Zimmermana

-Zdenerwowane, niepewne spojrzenie Bartosza W.

Czemu ich twarze są „twarzami mordercy”? Jaką Ci wszyscy ludzie mają wspólną cechę, pozwalającą określić ich po jednym spojrzeniu jako zabójców i psycholi? Ja nie mam pojęcia, ale mam nadzieję, że osoby potrafiące określić poziom szaleństwa człowieka tylko po zerknięciu na zdjęcie podzielą się swoją wiedzą z naukowcami, aby w przyszłości nie dochodziło do podobnych tragedii. A tymczasem siedzę cicho, bo uśmiechnięty facet w kapturze też może się komuś wydać morrrrdercą.

PS: Filmik będący uzupełnieniem do tekstu o Grażynie Żarko. Szkoda, że już zakończyli projekt, ale to było konieczne. Żal mi też tej kobiety, internauci po raz kolejny okazali się bardzo prymitywną zgrają: http://youtu.be/xLIqyVsUnuk