Trolle o planszówkach prawdę ci powiedzą – wywiad z Piotrem Jasikiem z GameTrollTV

Game Troll TV - kanał na YT o grach planszowych

 Źródło: Game Troll TV, youtube:
https://www.youtube.com/user/GameTrollTV

Chyba każdy z nas grał kiedyś w gry planszowe razem z rodzicami i przyjaciółmi. Gdy byliśmy mali, na naszych stołach i podłogach toczyliśmy zacięte pojedynki w szachy, chińczyka lub statki. Czasy jednak się zmieniają. W co warto zagrać teraz i jak powrócić do hobby z dziecięcych czasów?

Planszówki wydają się rozrywką bardzo niszową. Chyba każdy z nas miał z nimi do czynienia kiedyś, za młodu, ale wielu z czasem zapomniało o przyjemności jaką niesie ze sobą rozgrywka z przyjaciółmi. Zresztą, dzięki rozwojowi branży gier komputerowych możemy zagrać z innymi w każdej chwili, bez wychodzenia z domu.

Wciąż jednak jest wielu pasjonatów, którzy uwielbiają bardziej tradycyjną zabawę. Ma ona wiele zalet, z czego najważniejszą jest możliwość spotkania się twarzą w twarz z przyjaciółmi i spędzenia razem czasu. Wydawcy tworzą nowe gry planszowe, oparte na popularnych dziełach (np. gry w klimatach „Wiedźmina” lub „Gry o Tron”) tudzież mniej lub bardziej aktualnych wydarzeniach z kraju i ze świata. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Szczególnie teraz, w okresie wakacyjnym, warto pomyśleć o nabyciu jakiejś gry, którą będziemy mogli zająć swoje potomstwo lub pochwalić się przyjaciołom podczas deszczowego wieczoru nad morzem. Parę gier, wypróbowywałem osobiście na małym, lipcowym urlopie ze znajomymi – w ruch poszły m.in. „List miłosny”, „The Resistance”, „Siedem Cudów Świata” i „Potwory w Tokio”. Jeden z uczestników wyjazdu znał się na planszówkach i sprezentował nam perfekcyjny zestaw na dużą grupę osób.

Co jednak zrobić, gdy nie znamy się na grach planszowych, a mamy dość tradycyjnych szachów, i chcielibyśmy zagrać w coś nowego, świeżego? Odpowiedź na to na pewno znają chłopaki z Game Troll TV. Założony pięć lat temu (za tydzień rocznica powstania!) kanał na YouTube poświęcono promowaniu i popularyzacji planszówek wśród internautów – tych starszych, jak i tych młodszych. Znani w środowisku graczy Piotr Jasik, Marek Laskowski i Carlosa Pyrcz, pokazują widzom tytuły w które warto zagrać i tłumaczą zasady gry osobom, które mają problemy ze zrozumieniem rozgrywki. Kilka razy do roku organizują konwenty poświęcone planszówkom. Na koncie mają również zbiórkę dla ofiar powodzi. Obecnie, Game Troll TV ma ponad ośmiu tysięcy subskrybentów i jest drugim, największym kanałem o tej tematyce w Polsce.

Skąd pomysł na stworzenie takiego cyklu? Jakie gry są najlepsze na początek? Co wziąć ze sobą na długą wyprawę pociągiem? I czy da się zrobić dobrą grę o… szyciu kołdry? Spytałem o to wspomnianego już Piotra Jasika, twarz kanału Game Troll TV, a prywatnie nauczyciela WoSu i historii:

 

Jakie były Twoje początki z grami planszowymi i jak stały się Twoją pasją?

Piotr Jasik: Moja pasja zaczęła się od szkoły podstawowej, potem przygasła i powróciła z impetem na studiach. W podstawówce grałem w „Magic The Gathering” i to jej zawdzięczam dziś znajomość języka angielskiego (opisy na kartach były po angielsku). Do tego oczywiście „Magia i Miecz”, znana dziś pod marką „Talisman”, w której przemierzałem razem z kolegami i koleżankami fantastyczną krainę w poszukiwaniu korony władcy. Po szkole podstawowej trafiłem do liceum w którym o grach bez prądu było cicho, tak więc i moje hobby przycichło. Rozbudziło się ponownie na studiach, kiedy pewnego razu, w zimowe popołudnie, trafiłem do jednego z warszawskich saloników prasowych i zobaczyłem czasopismo „Świat Gier Planszowych”… i zaczęło się na nowo. Miesiąc po zakupie czasopisma, miałem już trzy nowe gry.

Chyba już nie wychodzi żadna polska prasa o grach planszowych w wersji drukowanej, prawda? Skąd pomysł na to by poprowadzić kanał na YT i skąd wzięła się jego nazwa?

Niestety wersje pdf-owe pism o planszówkach wyparły tradycyjne pismo. Nie bez znaczenia są też różne inne media dostępne w sieci za darmo.

Mój pomysł na kanał wziął się stąd, że szybko zapominałem zasad gier, bo te pojawiały się w zastraszającym tempie. Dlatego wpadłem na pomysł programu o grach planszowych, który streszczałby ich reguły. Mogliby z niego korzystać inni gracze i ja, kiedy zapomnę jak w daną grę się grało.

Pomysł na nazwę wziął się z przypadku. Podczas jednej z partii myślałem z innymi przyjaciółmi jak można nazwać taki program i w momencie kiedy zadałem to pytanie, trzymałem w ręku figurkę trolla z gry „Talisman”. Reszta nazwy wynalazła się już sama.

Jakie tytuły warto polecić początkującym graczom, a jakie bardziej zaawansowanym?

Zależy jaki gracz, ale warto zacząć od tytułów lekkich tj. „Osadnicy z Catanu”, „Wsiąść do Pociągu”, „Dobble” czy „Dixit”, i stopniowo przechodzić do tych nieco bardziej skomplikowanych, ale dających dużo satysfakcji pozycji. Zazwyczaj gracze po osiągnięciu pewnego „poziomu wtajemniczenia” sami widzą co im bardziej odpowiada. Mają do wyboru niesamowitą różnorodność gier, od takich, przy których trzeba spędzić po dwie, trzy godziny lub od dziesięciu do piętnastu minut. Zabawa przy obydwu czasowych typach jest przednia. Dochodzi do tego ogrom tytułów, mechanik, czy tematów o jakich traktują gry. Dla przykładu. teraz zajmuje się grą o… szyciu kołdry. Okazała się świetnym tytułem!

Gra o szyciu kołdry? Brzmi ciekawie! Albo raczej nie tyle „ciekawie”, co intrygująco. Co to za gra?

Mowa tu o grze pt. „Patchwork”. Gra autora rewelacyjnej planszówki „Agricola”, Uwe Rosenberga. W „Patchworku” naszym zadaniem jest dobieranie kawałków stylizowanych na materiał i składanie ich na planszy. Kto zarobi przy tym więcej ciekawej waluty będącej w grze, czyli guzików, wygrywa.


Znasz może inne tego typu gry, które wydają się „dziwne” i „niegrywalne”, a tak naprawdę są świetne? Jaka była najbardziej niecodzienna gra planszowa, którą trzymałeś w dłoniach?

Każda gra, która odbiega od tematu zainteresowań danej osoby, może okazać się dziwna lub niegrywalna. Z moich przygód planszówkowych najdziwniejszą była bez wątpienia gra w której trzeba wyskakiwać z samolotu. Niestety wszyscy wyskakujący zapomnieli spadochronów. Zadaniem gracza jest spaść na ziemie na samym końcu i zrobić wszystko, by to inni spadli przed nami.

Chyba wszyscy lubią planszówki i ciężko spotkać kogoś, kto by nimi gardził, jednak jest parę ograniczeń, które utrudniają częste gry. Pierwszą jest towarzystwo. Jak najłatwiej znaleźć ludzi z którymi można by pograć i gdzie zacząć szukać?

Chociażby od kanału który prowadzę. Game Troll TV to nie tylko program na Youtube, ale i cyklicznie organizowane w Warszawie spotkania, na które średnio przychodzi ok. sto pięćdziesiąt osób. Można spotkać tam samych pozytywnie nakręconych ludzi i pograć w masę fajnych tytułów. Poza tym są w Polsce różne fora informujące o zbliżających się konwentach, a w większych miastach funkcjonują kawiarnie które mają w ofercie gry planszowe. Możliwości jest masa.

Drugim problemem, przynajmniej moim zdaniem, są pieniądze. Mogę się mylić, ale odnoszę wrażenie, że planszówki są naprawdę drogie! Z czego wynikają takie ceny? Jak zorganizować sobie gry planszowe „na własność” (poza kawiarenką) gdy nie stać nas na wydatek kilkudziesięciu złotych?

Ceny planszówek wahają się od piętnastu do trzystu złotych. Są też oczywiście droższe. W przypadku ceny gry trzeba spojrzeć na ile nam ona starczy. Wyobraźmy sobie, że zamiast planszówki kupujemy rozrywkę. I tak, wydając na grę np. sto pięćdziesiąt złotych, możemy kupić jedną, lub kilka. Mogą być nowe i używane. Starczą nam na kilka miesięcy dla kilku osób, które będą z nami grać. Te same 150 złotych możemy wydać, na inne rozrywki, które starczą na dużo krócej niż planszówki. Generalnie wydatki to bardzo subiektywna opinia. Dla niektórych wyłożenie dwóch tysiaków na telefon będzie świetną okazją, a gra planszowa za pięćdziesiąt złotych rozbojem w biały dzień.

Coś w tym jest. Jakie są najlepsze gry na podróż? Jedziemy parę godzin pociągiem i musimy sobie jakoś uprzyjemnić czas. Razem ze znajomymi spróbowałem „Listu Miłosnego” – muszę przyznać, że gra jest naprawdę świetna.

Tak, „List Miłosny” zawojował pociągi, samochody i autobusy rok temu i, z tego co wiem, w tym roku tez jest często grany. Na podróż najlepsze są gry karciane lub logiczne, niezajmujące dużo miejsca i dające się szybko schować. Dla mnie takimi trafionymi grami na podróż są „Blokus”, „Abalone”, „Zombiaki”, „Waleczne Pixele” i właśnie „List Miłosny”.

Co sądzisz o planszówkach przenoszonych na platformy komputerowe (np. „Cards Against Humanity”, „Neuroshima Hex”) i o grach komputerowych stylizowanych na planszówki (np. „100% Orange Juice”, „The Witcher Adventure Game”, „Hive”)? Tani i ogólnodostępny substytut klasyki czy niszczenie całego uroku gier tego typu?

Przeniknięcie się tych dwóch światów było tylko kwestią czasu. Popularność gier komputerowych jest bezdyskusyjna i planszówki, by zaistnieć w szerszej świadomości graczy, musiały uderzyć również w ten rynek. Skorzystały też z popularności różnych narzędzi elektroniki przenośnej jak np. smartfony, gdzie ludzie zamiast porozmawiać ze sobą, wolą tłuc w różnego rodzaju gierki. W planszówkach chodzi o kontakt bezpośredni. To, że docierają do odbiorców w wersji elektronicznej może spowodować, że ci zechcą zagrać w pierwowzór z żywym przeciwnikiem.

Zdarza ci się grywać w gry planszowe online?

Jak najbardziej. Kiedy ja lub znajomi nie mamy w tygodniu czasu na spotkanie w cztery oczy, albo nie mogę wyjść z domu, to w ruch idą planszówki on-line, jak np. „Memoir 44”. Wtedy jednak zawsze mam z nimi kontakt głosowy, by chociaż w ten sposób stworzyć pozór prawdziwej partii w grę planszową.

Wolisz polskie planszówki czy zagraniczne? Czy jest między nimi znaczna różnica?

Nie ma żadnej różnicy. Obecnie na polskim rynku jest kilka polskich liczących się wydawnictw wypuszczających masę ciekawych tytułów. Polscy projektanci gier odnoszą sukcesy na naszym i zagranicznym rynku. Na część gier zbierają pieniądze na platformach crowdfundingowych i osiągają tam niesamowite wyniki.

Dla mnie najcenniejsze jest w grze nie to, kto ją zrobił, ale o czym jest, co można w niej zrobić, czy jest nowatorska itp. Oczywiście, mam swoich ulubionych autorów. Z polskich projektantów jest to Ignacy Trzewiczek, a z zagranicznych: Vlaada Chvatil z Czech oraz Uwe Rosenberg z Niemiec.

Czy planujesz stworzyć samemu jakąś grę i przełożyć swoje wieloletnie doświadczenie na praktykę?

Będzie ciężko. Mam masę pomysłów, testuję prototypy innych twórców, ale na własną grę nie ma na razie szans. Praca w szkole na dwóch etatach i prowadzenie kanału po godzinach, w czasie wolnym, pochłania tak totalnie, że człowiek już nie ma czasu na coś innego. W dodatku masę tytułów które do mnie spływają, trzeba porządnie ograć!

Scream Fortress 2014 – sumeryjskie bóstwo Bonzo, japońska mafia i bitwy samochodzików

Historia jest taka. Potężny czarnoksiężnik Merasmus postanawia wyprawić karnawał na Halloween. Jak wiadomo, karnawały zostały wynalezione przez starożytnych Sumerów, którzy podczas zabawy składali ofiary Bonzo, Złemu Cyrkowemu Bóstwu. To typ rytuału idealnie pasujący do prawdziwego, niegodziwego maga, czyż nie? Niestety coś nie wypaliło w momencie, gdy wielki Lunapark miał już wystartować. Wszystkie wtyczki włączone. Posągi namaszczone krwią dziewicy (czarnoksiężnik użył swojej, która ma certyfikat czystości). Jedyny problem to samo miejsce w którym została wybudowana konstrukcja. Prawdziwy karnawał czystego zła powinien się odbywać na cmentarzysku. Dlatego Merasmus postanowił ładnie zaprosić dwie grupy najemników do swojego lunaparku… by zalali go swoją krwią oraz zasłali trupami!

Scream Fortress to aktualizacja dodawana do gry Team Fortress 2 w każde Halloween. Mieliśmy już pełną zaklęć Piekielną Wieżę przez którą przepychaliśmy Blutarcha i Redmonda Mannów, polowanie na Merasmusa, walkę z Monoculusem, nawiedzoną posiadłość chronioną przez Bezgłowego Bezkonnego Jeźdźca i bitwę najemników w wiejskich klimatach. W tym roku Valve zaprosiło nas do zabawy podczas Karnawału Masakry.

W aktualizacji znalazło się: 50 przedmiotów kosmetycznych, 6 nowych achievmentów, przemodelowana halloweenowo mapa Doomsday, przedmiot „Necro Smasher” dla wszystkich klas, nowy soundtrack („Misfortune Teller”), nowy komiks („Blood Money”) i trzy mini-mapy z gokartami (gokarty również zostały wynalezione przez starożytnych Sumerów). Pojawiła się też nowa jakość przedmiotów, Strange Haunted, która pozwala zliczać ilość zwycięstw podczas karnawału.

Mapa Carnival of Carnage – „nawiedzona” wersja mapy Doomsday, która nie cieszy się zbytnią popularnością na większości serwerów. Zadaniem graczy jest ukradnięcie walizki pełnej biletów i zaniesienie jej na specjalny podnośnik, umożliwiający wstęp na Największy Na Świecie Tester Siły (tak naprawdę bilety uruchamiają „pułapkę” Merasmusa przenoszącą graczy do innego wymiaru). Podczas rozgrywki czarnoksiężnik rzuca czary, które sprawiają, że gracze mogą pływać w powietrzu, mają wielkie głowy lub są ograniczeni tylko do broni do walki wręcz. Mapa jest całkiem ciekawa, wygląda ładnie i umieszczono na niej zabawne plakaty „minigier”. Momentami człowiek ma wrażenie, że jest tego wszystkiego aż za dużo przez co nie może się całkiem skupić na rozgrywce. Zawiodłem się nieco na ilości zaklęć jakich używa Merasmus (na mapie Ghost Fort jest ich aż dziewięć, tu tylko trzy). Rozczarowująca jest też ilość wszelakich bugów z czego najbardziej irytującym jest możliwość wyjścia poza mapę. Parę rozstawionych w niedostępnych miejscach działek może naprawdę zepsuć całą rozgrywkę. Czasami, po zakończeniu tury i przeniesieniu do innego wymiaru, gracze pozostają na poprzedniej mapie, co uniemożliwia zakończenie rozgrywki.

Gokarty – po zwycięstwie którejś z drużyn, Merasmus ma wystarczająco mocy by przenieść graczy do innego wymiaru, gdzie będą ze sobą walczyli jeżdżąc gokartami. System wykorzystuję mechanikę podobną do serii Super Smash Bros., ale zamiast punktów życia mamy procenty, które wskazują na to jak bardzo auto jest wrażliwe na odpychanie przez inne pojazdy. Możemy zostać przeniesieni na trzy rodzaje minimap: Spadające Platformy (gracze muszą utrzymać się na platformach, których liczba ciągle maleje), Gokartowa Piłka Nożna (mecz w którym gracze muszą trzykrotnie wbić wielką piłkę do bramki przeciwnika) i Kolekcjonerzy Kaczek (jak sama nazwa wskazuje, gra polega na kolekcjonowaniu kaczek. Drużyna, która jako pierwsza zdobędzie 200 kaczek wygrywa). Minigry dość szybko się nudzą, tym bardziej, że są, podobnie jak mapa Carnival of Carnage, najeżone bugami, uniemożliwiającymi momentami rozgrywkę. Sam pomysł na zabawę z samochodzikami był fajny, a mapy od strony wizualnej prezentują się ładnie, ale brakuje czegoś, co by sprawiło, że będzie to coś więcej poza jeżdżeniem na ślepo w te i wewte (tak wygląda większość gier na planszach z kaczkami i piłką nożną).

Przedmioty kosmetyczne – pakiet 50 nowych przedmiotów umożliwiających zmianę wyglądu postaci jest, tak samo zresztą jak cała reszta aktualizacji, fajny, ale nie zachwycający. Mamy kupę ciekawych ubrań i nakryć głowy, chociaż nie znalazłem żadnego przedmiotu, który wyjątkowo by mi się spodobał. Valve dało graczom możliwość zdobycia paczki z trzema, losowymi częściami stroju (właściwie to wystarczy zagrać podczas Halloween by ją otrzymać). Bardzo miło z ich strony.

Misfortune Teller” i głos Merasmusa – soundtrack Misfortune Teller przez wielu uważany jest za straszliwie irytujący. Mi wydaje się, że jest całkiem niezły. Ładne zmiany tempa, świetne odzwierciedlenie nowej mapki, nie mogę narzekać. Jednak tym, co naprawdę ubarwia Scream Fortress 2014 są komentarze Merasmusa podczas rozgrywki. Czarnoksiężnik zagrzewa obie drużyny do walki, opowiada o swoich problemach z japońską mafią (jest jej dłużny 12 000$), rzuca zabawne komentarze o sumeryjskim bóstwie Bonzo albo ogłasza, że jest lepszy od Gandalfa (bo potrafi rzucać czary zamieniające głowy w balony). Nolan North, który podkłada głos Merasmusa, wykonał kawał dobrej roboty, a jego teksty są zdecydowanie najfajniejszą i najlepiej zrobioną częścią aktualizacji.

Ogólnie wyszło jak zawsze – przeciętnie, mogło być lepiej. Carnival of Carnage po dwóch godzinach grania zaczyna się nudzić, a bugi wykorzystywane z lubością przez graczy sprawiają, że gracz ma ochotę powrócić do starych map, które są lepiej dopracowane. Zabrakło szlifu i lepszej pracy testerów, co sprawiło, że aktualizacja wydaje się niedokończona, niepełna. Gokarty nie są tak szałowe jak na początku mogło się wydawać, a z czasem zaczynają nawet irytować (szczególnie mapka z kaczkami wydaje mi się nudna). Ale za to jest Nolan North i jego świetne monologi…

Uwaga! Znów wirusy na Facebooku!

Ostatnio coraz częściej zdarza mi się zauważać, że na kontach znajomych z Facebooka pojawiają się tajemnicze linki. Oczywiście zawirusowane. Wystarczy na nie wejść, a szkodliwy trojan już się wciska na nasze komputery i laptopy. To nie pierwszy raz, gdy na portalach społecznościowych rozsyłane są tego rodzaju potworki. Ale na zapas, ostrzegam wszystkich, przed postami z dużą liczbą oznaczonych osób i mających w sobie frazy: „wspanialy!” oraz „śmieszne wideo!”. Jest w nich też liczba „obejrzeń” i link ow.ly, co przedstawiam poniżej.

Po wejściu na stronę, ściąga się wirus „Win32:Evo-gen [Susp]” (a przynajmniej tak było w moim przypadku), przez którego zainfekowany komputer jest narażony na ataki trojanów. Będzie też przekazywał dalej przez Facebooka niebezpieczny link. Trzeba się z nim z miejsca rozprawić. Program Avast w miarę skutecznie radzi sobie z problemem, a po przypadkowym pobraniu wirusa, wrzuca go do kwarantanny, skąd można go łatwo usunąć. Dobrze też przejrzeć komputer programem Malwarebytes Anti-Malware.

Parzystokopytna demolka – premiera symulatora KOZY już wiosną

Czy ktokolwiek z was, chciał kiedyś poczuć jak to jest być kozą? Jeść trawę, skakać na trampolinie, biegać z siekierą przyczepioną do języka i niszczyć wszystko na swojej drodze? Marzenia tysięcy graczy zostaną spełnione, gdyż na wiosnę wyjdzie jedyny w swoim rodzaju Goat Simulator – symulator kozy.

Początkowo koncepcja była tylko żartem studia Coffee Stain (twórcy Sanctum), które opublikowało filmik z gry na portalu YouTube. Rozszalała koza niszcząca wszystko na swojej drodze wzbudziła tak duże zainteresowanie internautów, że producenci postanowili „poważniej” podejść do projektu i wydać go na platformę PC.

W trailerze pokazane są niektóre z możliwości groźnego zwierzęcia. Koza w którą się wcielamy, może skakać na trampolinie, manipulować i rzucać przedmiotami z pomocą swojego języka (np. siekierami i stołami), atakować ludzi, niszczyć wszystko na swojej drodze i szurać zadem po ziemi. Twórcy nie planują trybu multiplayer, nie starają się też ukrywać, że jest to pozycja mało ambitna.

Jak opisują na swojej stronie: „Goat Simulator jest skromną, wadliwą i głupią grą. Została stworzona w parę tygodni, więc nie oczekujcie produkcji o wielkości i zasięgu GTA z kozami. Tak naprawdę, lepiej żebyście nie oczekiwali niczego. Jeśli mamy być całkowicie szczerzy, najlepiej byście wydali swoich 10 dolców na hula hop, kupę cegłówek lub prawdziwą kozę”.

Gra ukaże się na wiosnę (za pośrednictwem platformy Steam, chociaż oficjalna data nie jest znana), jednak  można ją już kupić w przedsprzedaży za 9,99$ na oficjalnej stronie projektu –
http://www.goat-simulator.com/

Wpis ukazał się również na:
http://www.tworzywo-online.pl/?p=815

Rankingi Newsweeka – o poziomie i kłamliwej informacji

Choć publikuję na blogach Newsweeka, to przyznam szczerze – papierowego tygodnika Newsweek nie lubię. Były czasy, gdy kupowałem go dość często. Obecnie, nie wiem, czy to kwestia zmian w moim myśleniu, czy kwestia treści w samym periodyku, jednak tematyka mi kompletnie nie odpowiada. Może mam dość uderzania w dzwon kontrowersji by przyciągnąć czytelników? Może losy Kościoła nie są dla mnie tak ważne, by co tydzień o nich czytać? Może przytłacza mnie spora część poświęcona ekonomii? Nie jestem w stanie powiedzieć.

Tak czy siak, rozstałem się z Newsweekiem jakieś parę lat temu i kupowane okazyjnie numery (głównie na uczelnię) jakoś mnie nie przyciągnęły na nowo. Dziś, zrobiłem wyjątek. Kupiłem sobie świąteczny, noworoczny numer z rankingami. Byłem ciekawy, szczególnie po ostatnim wpisie o „najważniejszych wydarzeniach roku, czyli tryumfie matki małej Madzi”, co zaprezentuje nam Newsweek. Nie zaskoczę chyba nikogo jeżeli napiszę, że się zawiodłem.

Oczywiście, rankingi są subiektywnie (chociaż to słowo kompletnie nie pasuje do dziennikarstwa) dobrane. Zebrała się redakcja, wybrała parę wydarzeń i wrzuciła do gazety. Ludzie lubią takie podsumowania. Patrzą na sprawy, o których słyszeli w ciągu roku, o których informowały media. I mogą je „wartościować”. Wartościowanie, wybieranie od 1 do 10, jako takie już jest złe, bo bez przyjęcia jakiegoś określonego schematu wyboru „ważności” wydarzenia i zaprezentowania go czytelnikowi, taki ranking można sobie wsadzić tam, gdzie słońce nie dochodzi.

Dlatego łatwo mi krytykować umieszczenie na pierwszym miejscu „Światowych wydarzeń roku” rewolucji papieża Franciszka, która jeszcze się na dobre nie zaczęła i zresztą, jak nadmienia sam autor, dopiero „zapowiadają się” historyczne zmiany. Nie podoba mi się też tekst o „watykańskich aparatczykach” (takie słowo pojawiło się w tytule akapitu), gdzie autor pisze, że radykalne zmiany „każą przypuszczać”. Kojarzy mi się to z „dziennikarstwem gdybającym” braci Karnowskich, którzy też ostatnio „przypuszczali”, że Andrzej Turski, już świętej pamięci, ma problem z alkoholem.

„Polski temat roku”, na pierwszym miejscu „Kościół ma kłopot z pedofilią”, mówi samo za siebie. W rankingu pominięto awanturę przy próbach zaostrzenia prawa aborcyjnego, ustawę śmieciową (!) i ostatnie przepychanki z OFE. Na drugim miejscu co prawda są „Sześciolatki w szkole”, czyli w końcu jakiś temat, który dotyka wszystkich obywateli, niemal bezpośrednio, ale już na trzecim „Tragedia na Broad Peaku” (w której zmarło dwóch himalaistów, więcej osób ginie w ciągu godziny) i na piątym „Klęski polskiego futbolu”, czyli nic nowego, bo nasi piłkarze już od dłuższego czasu grają na niskim poziomie. Wydarzenia, które nie wstrząsnęły tak naprawdę opinią publiczną, bo zdarzają się zbyt często, by faktycznie kogokolwiek zszokować.

Uśmiałem się setnie, gdy przeczytałem ranking „Ksiądz roku”, bo taki prędzej powinienem zobaczyć w jakimś czasopiśmie religijnym. Ot, taka laurka dla duchownych z którymi się zgadzamy i którzy akurat nie palnęli jakiejś kompletnej durnoty. Reszta rankingów była albo w miarę normalna, albo tylko odrobinę niedorzeczna.

I dochodzimy do rankingu, który zmotywował mnie do napisania tego tekstu. „Obciach roku”. Sądzę, że jedno z czołowych miejsc powinni zająć redaktorzy Newsweeka, bo trzeba mieć naprawdę pecha, by w takim zestawieniu zrobić błąd, który tak godzi w sztukę dziennikarską. No, w tekście zamieszczono fałszywą informację i tyle. Po głowie powinni w szczególności dostać redaktorzy działu „Świat”, czyli Panowie Jacek Pawlicki, Michał Kacewicz, Maciej Nowicki i Marek Rybarczyk, którzy taką gafę powinni wychwycić w mgnieniu oka. Otóż na piątej pozycji w rankingu „Obciach roku” mamy „Słitfocia z pogrzebu Mandeli”. I cytuję:

„Najgłupsze selfie roku. Prezydent Obama i premier Cameron dali się namówić na wspólną fotkę ze smartfona premier Danii Helle Thorning-Schmidt. Miliony widzów oglądających relację z pogrzebu Nelsona Mandeli zobaczyły dwóch durniów umizgujących się do skandynawskiej blondynki”.

Gdy to przeczytałem, miałem ochotę wyrzucić gazetę przez okno.

Po pierwsze, to nie był pogrzeb, tylko uroczystości pożegnalne. 8 grudnia urządzono „dzień modlitwy i refleksji”, 10 grudnia miały miejsce właśnie uroczystości (kiedy wykonano to zdjęcie), a dopiero 15 odbył się pogrzeb. To jednak JEST różnica i porządny dziennikarz, z minimalną chęcią do weryfikacji swoich tekstów (tym bardziej, że cała sprawa była NAPRAWDĘ głośno omawiana i tłumaczona) nie powinien dawać takiego babola już na dzień dobry w tytule. Po drugie, ceremonia odbywała się w radosnej atmosferze, Afrykańczycy tańczyli, śpiewali, żegnali pięknie Nelsona Mandelę. Nawet gdy przemawiał prezydent USA to krzyczeli i machali kolorowymi flagami. „Selfie” Obamy, Camerona i Thorning-Schmidt nie było tak naprawdę niczym dziwnym. Gdy to przeczytałem, miałem wrażenie, że dziennikarz, który to napisał jest durniem umizgującym się do czytelników (korzystając z jego słownictwa). Ależ obciach!

Swego czasu, Tomasz Lis, podczas debaty na Uniwersytecie Warszawskim powiedział:

„Też wyjdę na idiotę, ale powiem, że jestem wystarczająco inteligentny, żeby występować w telewizji, ale nie, żeby ją oglądać. I trochę a propos tego zidiocenia, ja doszedłem do bardzo smutnego wniosku: widz w Polsce ogłupiany od lat, konsekwentnie przez wszystkich, bo tu jest straszna rywalizacja – zdebilenie w jednostce czasu – kto osiągnie największy sukces. Widz w Polsce wybaczy wiele, bardzo wiele, ale jednego nie wybaczy nigdy: nigdy, przenigdy nie wybaczy tego, żeby go potraktować poważnie. Włączyłem sobie dzisiaj kanał TVN 24 i oglądałem go całkiem długo (…) i byłem tym zafascynowany, bo w telewizji informacyjnej przez trzy godziny właściwie o niczym mnie nie informowano. Przez trzy godziny się do mnie mizdrzono. Wszystko sprowadzone do anegdoty. Nie możemy mówić poważnie, bo poważny, to znaczy nudny, a jak nudny, to te barany wezmą pilota i przełączą.”

I miał rację, chociaż może nie wiedział, że w 2010 roku, te same słowa będzie można skojarzyć z jego tygodnikiem. Niestety, nie zanosi się na to, bym w 2014 roku powrócił do czytania Newsweeka. Można powiedzieć, że jestem „wystarczająco inteligentny” by tego nie robić. Jestem w stanie znieść zasypywanie „głupimi” informacjami, ale te fałszywe i nieprawdziwe mnie dosłownie odrzucają, nie ważne, czy w gazecie prawicowej czy lewicującej.

Tak czy siak, czytelnictwo Newsweeka ciągle rośnie. „Barany” otrzymują to czego chcą. Nawet, jeżeli karmione są kłamstwem.

Sesje RPG w internecie – o PBFach (cz. II)

W poprzednim tekście o PBFach, z pomocą Kelana, określiłem mniej więcej czym jest „play by forum” i jak wygląda gra na tego typu portalach. Skoro już znamy podstawy, to zagłębmy się w świat seksu, kłótni oraz ploteczek, które są nieodłącznym elementem sceny PBF.

Ale najpierw garść statystyk, które wyciągnąłem od adminów. Złotym miesiącem dla forów fabularnych jest październik. To wtedy dołącza najwięcej graczy i panuje największy ruch. Związane jest to zapewne z rozpoczęciem roku akademickiego – ludzie nudzą się, mają za dużo wolnego czasu, skończyły się ich wakacyjne wyjazdy, więc próbują jakoś zagospodarować sobie czas. W tygodniu najbardziej aktywne są poniedziałki i niedziele. Ruch jest największy w godzinach 18 – 22, a gracze pochodzą głównie z Warszawy, Gdańska, Krakowa, Lublina i Wrocławia (graczy z Olsztyna można pewnie policzyć na palcach jednej ręki). Użytkownicy spędzają na forum 15 minut dziennie, jednak jest to statystyka mocno zaniżona, bo wiele kont to „userzy widmo”, którzy wchodzą na chwilę, oglądają forum i wychodzą, nigdy już nie wracając. Koniec suchych statystyk.

Ciężko określić przedział wiekowy w którym znajduje się największa grupa graczy PBFów. Na pewno dominują młodzi, ale nie brakuje też starszych osób. Użytkownicy powyżej 30 roku życia nikogo nie dziwią, a sporadycznie zdarzają się też staruszkowie, którzy poradzili sobie z „rewolucją informatyczną” i spędzają czas w wirtualnym świecie. Elitę na forum (co szczególnie mocno widać na tekstówkach typu „vallheru”, tzw. vallherówkach) stanowią zazwyczaj ludzie w trakcie lub po studiach, z dość bogatym życiem towarzyskim, często związane ze środowiskiem fanów fantastyki i mangi, bywające na konwentach, nie mogące narzekać na brak znajomych.

Elity bywają problemem, bo odcinają się od reszty graczy i, nawet jeżeli sami tego nie zauważają, to tworzy się bariera między starą a nową ekipą, której nie da się łatwo zburzyć. Brak wyczucia sytuacji prowadzi do zniechęcenia potencjalnych użytkowników. A elita zazwyczaj nie trwa wiecznie, bo albo się nudzi grą, albo zostaje rozbita przez wewnętrzne niesnaski (które musi razem z nimi przeżywać całe forum). Jeżeli admin nie wyczuje momentu, w którym trzeba dopuścić „świeżą krew” do głosu, może zostać na forum sam, albo nie mieć ani trochę poważania wśród „nowych”. Czyli walka klas przeniesiona do świata wirtualnego.

PBFy i tekstówki są też miejscem rewolucji seksualnej. Szczególnie te drugie są narażone na zalew młodych erotomanów, bo jest tam większa anonimowość, a kontakt między graczami odbywa się głównie na prywatnej poczcie. Na forum trudniej ukryć „seksje”, a i użytkownicy chętniej o sobie plotkują i wiedzą co w trawie piszczy. Dyskusja o zbyt bliskich interakcjach między postaciami na grach fabularnych toczy się od lat. Chyba nie skłamię, jeżeli powiem, że zdecydowana większość akceptuje ten rodzaj cyberseksu i nie utożsamia go z prawdziwym działaniem czy uczuciem. „To tylko postaci, nie my. Co z tego, że gram prostytutką? A jeżeli ty grasz zabójcą, to znaczy, że jesteś zabójcą w prawdziwym życiu?”. O to się głównie rozbija cała sprawa. Czy seks, gdy wcielamy się w fikcyjną postać to już cyberseks czy tylko „odgrywanie fabularne”? Prawdziwy boom na ladacznice miał miejsce parę lat temu i to wtedy dochodziło do najostrzejszych dyskusji, w których przewijała się sprawa wierności (bo partnerzy, aktualni i przyszli, nie zawsze mogą być zadowoleni z tego, że ich druga połówka uprawiała cyberseks), demoralizowania młodzieży i tego „jak żałosnym trzeba być by uprawiać TO przez internet”. Obecnie, prostytutka na grze PBF lub tekstówce nikogo nie zaskakuje, chociaż takie osoby, jeżeli nie mają związków z elitą, nie są darzone zbyt wielką estymą, a za ich plecami huczy od złośliwych komentarzy.

O złośliwe komentarze zresztą na PBFach nie jest trudno. Zbierają się tam różni ludzie, jedni bardziej sympatyczni, inni mniej. Największą zarazą są oczywiście trolle, które rejestrują się tylko po to, by napsuć komuś krwi, a banowanie ich i kasowanie kont nie przynosi efektu na dłuższą metę. Troll po prostu robi sobie nowe konto (zazwyczaj mają zmienne IP, więc nie da się ich całkowicie zablokować). Musimy też uważać, by nie dać się przez nich oszukać. Znam historię znajomego, który przez cztery lata pisał z uroczą dziewczyną (poznaną właśnie na PBFie). Wiązał z nią swoje nadzieje na przyszłość. Po tak długim czasie okazało się, że dziewczyna ma na imię Igor. Ała. Kłótnie, obgadywanie się i knucie za plecami to też normalka na PBFach. Ludzie poniekąd traktują to jak drugie, alternatywne życie oraz odskocznię od codziennych wyzwań.

Na forach rodzą się nie tylko złe emocje, ale też… związki. Znam sporo osób, które poznały się przez internet właśnie podczas sesji rpg i ostatecznie skończyły razem na ślubnym kobiercu. To zasługa tego, że na konkretnego PBFa trafiają zazwyczaj ludzie o podobnych zainteresowaniach, którym łatwiej dogadać się ze sobą. Odszukanie forum na którym spotkamy osoby ze wspólnymi pasjami nie jest trudne z racji na szeroką tematykę gier fabularnych. Forum w klimatach renesansowej Wenecji? Proszę bardzo. Wszelakie Harry Pottery, Naruto, Pokemony, Megamany i kucyki? Proszę bardzo, takich PBFów jest od groma. Filozofia w klimatach horroru? Pewnie. Postapokalipsa z gwałcącymi wszystko hipopotamami? Oczywiście. Na pewno znajdziemy coś dla siebie. Trzeba tylko chcieć.

Jak nie dać się uwieść przez dziecko – poradnik dla kapłanów

Arcybiskup Michalik przedstawił dzisiaj w swoich słowach nieprawdopodobny problem, który wstrząsa strzechami kościołów. „Słyszymy nieraz, że to często wyzwala się ta niewłaściwa postawa, czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga” (1). Tak oto powiedział jeden z najwyższych przedstawicieli Watykanu w Polsce. Muszę mu przyznać rację. Problem dzieci uwodzących świętych przedstawicieli stanu kapłańskiego jest coraz poważniejszy, a media brutalnie próbują zrzucić winę na poczciwych duchownych. Nawet dotychczasowi przyjaciele zadają ciosy zza pleców. Tomasz Terlikowski dla portalu dziennik.pl (2): „Ta wypowiedź obraża ofiary i jest dla nich krzywdząca. Ona obraża ogromną rzeszę uczciwych księży i może budzić obawy rodziców, którzy słyszą, że to dzieci są winne, a nie zboczeńcy, którzy się do nich dobierali. Ta wypowiedź w końcu szkodzi Kościołowi”. Kto by pomyślał, że sojusznik nagle stanie się taki okrutny?

W związku z nagłośnionym ostatnio problemem dzieci uwodzących księży, wychodzę naprzeciwko potrzebom duchownym i prezentuje parę punktów, które mogą pomóc w ochronie przed niepowstrzymaną chucią małoletnich. Czcigodni duchowni, którzy macie problemy z zapanowaniem nad tymi zwierzęcymi instynktami (i tylko wy) możecie je nawet wydrukować i powiesić w swoich plebaniach, by zawsze pamiętać, że zło nie śpi:

  1. Unikaj kontaktów z dziećmi – krąży takie powiedzenie, że „religia jest jak penis, nie obnoś się z nim publicznie, ani nie wtykaj go dzieciom”. Podstawową i najskuteczniejszą formą obrony przed nienawistnymi atakami małoletnich jest ich unikanie. Jeśli dziecko nie będzie potrafiło cię nawet opisać – możesz się czuć bezpieczny. Dlatego trzymaj się od nich z dala. Są jednak sytuacje, gdy przewrotny los zrzuca na nas jakichś niepełnoletnich. Co wtedy?
  2. Powstrzymaj się od ojcowskich gestów – przytulenie lub poklepanie dziecka po głowie może obudzić w nim erotyczne popędy. Dlatego trzymaj rączki przy sobie, nawet, jeżeli twoje naturalne i dane przez Boga ojcowskie odczucia, biorą górę. Jeżeli nie potrafisz się powstrzymać, zrezygnuj ze stanu kapłańskiego i załóż rodzinę.
  3. Nie zostawaj z dzieckiem sam na sam – dziecko wykorzystując to, że nie ma świadków, może cię w perwersyjny sposób napastować. Staraj się zawsze przebywać w towarzystwie innych osób, które będą mogły poświadczyć o twojej niewinności. UWAGA! Nie zostawaj w towarzystwie samych dzieci. Mogą one się zmówić i świadczyć przeciwko tobie.
  4. Zaopatrz się w program antywirusowy i zaporę sieciową – bardzo powszechną praktyką jest podrzucanie przez nieletnich swoich roznegliżowanych, zbereźnych zdjęć na komputery księży. Zapewne robią to z pomocą jakichś wirusów lub szkodliwych programów. Dbaj o odpowiednie zabezpieczenie swojego PC, bo inaczej możesz zostać wplątany w jakąś aferę.
  5. Uważaj gdzie chodzisz – może się zdarzyć, że wędrując beztrosko po mieście i rozmyślając nad żywotem Syna Bożego, przypadkiem znajdziesz się w jakimś szemranym miejscu: dzielnicy prostytutek, klubie go go czy sex-shopie. Niech twe oczy zawsze uważnie śledzą w którym kierunku zmierzasz, bo niepełnoletni mogą złośliwie zrobić ci zdjęcia i użyć ich przeciwko tobie.
  6. Nie daj sobie zamydlić oczu – dzieci potrafią w bardzo niegodziwy sposób opanować umysł dorosłego. Zazwyczaj dorośli wtedy po prostu traktują maluchy jak niegroźne brzdące, którymi się trzeba opiekować. Jednak w swej nieskończonej nienawiści do religii chrześcijańskiej, dzieci stosują wobec niektórych księży hipnozę by wmówić im, że ciało osoby niepełnoletniej jest atrakcyjne dla dorosłego mężczyzny. Bądź zawsze ostrożny oraz czujny.
  7. Wystrzegaj się napojów oferowanych przez dzieci – często zdarza się, że niektórzy księża zapominają o tym jak obcowali z małoletnim. Jest to świadectwo użycia hipnozy (patrz punkt 6) lub bardzo niebezpiecznej tabletki gwałtu. Bądź czujny i nie pij niczego, co zaoferują ci dzieci.
  8. Szybko wkładaj opłatek do ust dziecka – bywa, że podczas mszy musisz obcować z dzieckiem, na przykład podczas wkładania Ciała Bożego do buzi wiernych. Nie panikuj. Zrób to szybko, po czym odpraw małoletniego odwracając wzrok, bo może on wykorzystać chwilę bliskości do omotania twoich zmysłów.

Mam nadzieję, że tych osiem porad pomoże wybranym księżom i uniemożliwi obrzydliwym dzieciom oraz mediom szkalowanie Kościoła. Pozdrawiam.


(1)
http://www.pap.pl/palio/html.run?_Instance=cms_www.pap.pl&_PageID=1&s=infopakiet&dz=kraj&idNewsComp=&filename=&idnews=128593&data=&status=biezace&_CheckSum=-779525016

(2)
http://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/439928,szokujaca-wypowiedz-abp-jozefa-michalika-o-pedofilii-terlikowski-obrazil-ofiary.html

PS: Seria o internetowych losach Krzysztofa Kononowicza zostaje zawieszona na czas nieokreślony. Seria o PBFach również.

Sesje RPG w internecie – o PBFach (cz. I)

Fantastyka i sesje RPG nie są już domeną pryszczatych, grubych facetów w okularach. Grają wszyscy – młodzi, starzy, kobiety, mężczyźni, urodziwi i nieatrakcyjni. A jedyną cechą, która ich łączy jest bogata wyobraźnia, niezbędna do tego typu zabawy. Niektórzy mówią, że sesje RPG są niczym dawne spotkania przy ognisku, gdy najstarsi mieszkańcy wiosek opowiadali bajki, historie i legendy. Coś w tym jest.

Ja, swoją przygodę z fantastyką zacząłem w podstawówce. Tak się złożyło, że trafiłem wtedy do szpitala i natrafiłem na paru starszych chłopaków, którzy pokazali mi podręczniki do gry Dungeons & Dragons. Złapałem bakcyla. Od tamtego czasu szukałem okazji do zebrania się razem ze znajomymi, by wziąć udział w jakiejś przygodzie. Udało nam się zagrać raptem raz. Problemem był czas, miejsce i chęci niektórych osób. Przeprowadzenie chociaż jednego spotkania na miesiąc okazało się kłopotem. Parę miesięcy później, zostałem połączony z siecią. Wkroczyłem do świata nowych możliwości…

Internet jest miejscem, gdzie każdy może rozegrać sesję RPG. Wiele osób mówi, że to nie to samo co zabawa w realu. Tracimy kontakt z ludźmi, nie dogadamy się tak samo jak twarzą w twarz, brakuje więzi między graczami, nie usłyszymy szelestu kartek, cichych przekleństw Mistrza Gry i stukotu toczonych kości. Z drugiej strony, w sieci możemy zagrać kiedy chcemy, z kim chcemy i gdzie chcemy. Nie ogranicza nas brak spokojnego miejsca do gry, niechęć kolegów czy nieodpowiednia pora. Internet tętni życiem. W tej chwili toczą się tysiące, jeżeli nie dziesiątki tysięcy sesji RPG.

Są trzy formy rozgrywki sieciowej, cieszące się niesłabnącą popularnością. Pierwszą z nich jest typowa sesja internetowa. Ludzie spotykają się na komunikatorach lub czatach, gdzie w czasie rzeczywistym rozgrywają przygody. Zdarza się, że gracze używają kamerek i mikrofonów, ale w internecie dominuje słowo pisane, więc i tutaj, jest ono najczęściej używane. Drugim rodzajem są sesje przeprowadzane na „tekstówkach”. To portale, które łączą ze sobą typową dla gier przeglądarkowych warstwę mechaniczną („wbijanie leveli, kupowanie eq, wbijanie expa, lanie mobków”) i storytellingową warstwę fabularną. Nieodłącznym elementem takiej gry jest karczma, w której można rozgrywać przygody w czasie rzeczywistym. Można też prowadzić sesje przez pocztę, odpisując partnerowi raz na trzy godziny, dzień, tydzień itd. Najwybitniejszym, polskim przedstawicielem tego nurtu są bez wątpienia Kroniki Fallathanu.

W serii tekstów, chcę skupić się jednak na najbardziej elastycznym i różnorodnym rodzaju rozgrywki sieciowej. Opowie nam o nim Kelan, administrator portalu Vision Lighthouse, który zajmuje się tematyką sesji forumowych.

Najważniejsze pytania tego wywiadu: czym są PBFy? Jak wygląda rozgrywka na nich?

Kelan: PBF jest skrótem od określenia Play By Forum i już sama nazwa mówi wiele o charakterze rozgrywki. Na starcie, można tu rozgraniczyć fora jednosettingowe, czyli skupiające się na określonym uniwersum i ograniczające do niego swoją działalność, oraz fora multisesyjne. Te drugie pozwalają na rozegranie praktycznie dowolnej sesji. W obu przypadkach, pierwszym krokiem jest stworzenie i opisanie postaci, w którą będziemy wcielali się w trakcie gry. Po zaakceptowaniu opisu (karty postaci) przez określone osoby, możemy rozpocząć rozgrywkę. W grze uczestniczy jeden lub paru graczy, oraz Mistrz Gry, który jest odpowiedzialny za prowadzenie przygody. Można ją przyrównać do pisania fragmentów książki, gdzie MG odpowiedzialny jest za kreację opisywanego świata i postęp głównego nurtu fabularnego. Na niektórych PBFach pojawiają się również znane z tradycyjnych sesji RPG statystyki i rzuty kośćmi, decydujące o powodzeniu naszych działań.


Jakie są zalety gry na PBFach?

Obcowanie ze słowem pisanym, nie tylko z pozycji odbiorcy. Grając na jakimś PBFie i starając się sensownie opisywać poczynania naszej postaci, doskonalimy swój warsztat. W czasach, gdy słowo pisane zaczyna pełnić coraz mniej znaczącą rolę na rzecz obrazu, który nie pozostawia wyobraźni pola do popisu, PBFy są właśnie miejscem, gdzie jest ona naszym jedynym ograniczeniem. Jesteśmy twórcami, a nie odbiorcami gotowych historii. Równocześnie, jeśli prowadzimy zwykłą rozgrywkę, nie wymaga ona ogromu poświęcanego czasu. Wystarczy otworzyć konkretną stronę i zanurzyć się w wyimaginowanym świecie. Mamy też zalety typowo społeczne, czyli poznawanie nowych, ciekawych ludzi…


Nie lepiej poznawać nowych ludzi w realu?

A na ulicy podejdziesz do osoby, bo wygląda jakby grała na PBFach i miała podobne zainteresowania?


Fakt. A przecież PBFy łączą ludzi.

Słyszałem o przypadku małżeństwa, które zrodziło się ze wspólnej gry na jednym z PBFów.


Więc społeczność PBFów jest bardzo zżyta ze sobą? Spotykacie się w realu?

Łatwo zaobserwować sporą integrację członków danych PBFów, także poza nimi. Na Mgławicy Mocy – forum, którego jestem jednym z trzech administratorów – poznałem grupę fantastycznych ludzi, z którymi raz na jakiś czas spotykamy się w którymś z polskich miast. Również Vision Lighthouse jest owocem kilkuletniej, administracyjnej znajomości z Mgławicy, gdyż pomysł narodził się właśnie w głowach naszej trójki. Rozumiemy się często bez słów, za rozmowy telefoniczne płacimy krocie i choć jesteśmy z kompletnie różnych części kraju, stworzyliśmy grupę bliskich sobie przyjaciół, którzy będą utrzymywali kontakt, nawet jeśli pewnego dnia zakończymy PBFową działalność


Czy PBFy mają jakieś wady?

Nie dostrzegam zbyt wielu. Jest to rozgrywka za pomocą internetu – medium zapewniającego względną anonimowość, stąd nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi. Osoby dopiero rozpoczynające swoją przygodę z PBFami, mogą się szybko zniechęcić, kiedy trafią na jakiegoś trolla. Rozgrywka przez fora jest też dość niszowa, co przekłada się na ograniczone środowisko.


Ale na niektórych forach są setki zarejestrowanych użytkowników. Samych PBFów jest mnóstwo, co chwila powstają i upadają nowe. Czy to środowisko jest na pewno takie niewielkie i niszowe?

Osoby zarejestrowane nie zawsze są użytkownikami, którzy uczestniczą aktywnie w rozgrywce. Zresztą fora upadające i po chwili powstające, w minimalnie odmiennej formie, tworzone są często przez tych samych ludzi. Jeśli podliczymy liczbę osób grających na PBFach wyjdzie nam liczba czterocyfrowa. To w skali całego kraju nie jest zbyt liczna grupa…


http://visionlighthouse.pl/

Zamach na wolność słowa w Polsce! Skandal!

Stała się rzecz niesłychana! To bezpardonowy, zdradziecki cios wymierzony w polskie media! To poniżanie i upokarzanie prawdziwych Polaków, praktykowane przez Donalda Tuska i cały jego rząd zaborców! Ile trzeba mieć jadu w swym sercu, by w taki brutalny sposób niszczyć wolność słowa, by cenzurować media jak za komuny? Dokąd posunie się obecna władza by odebrać ludziom ich godność? Jakim prawem po raz kolejny atakuje się ten wspaniały dziennik cotygodniowy starej i młodej Polski? Co próbuje ukryć rząd Donalda Tuska przed wybitnymi, niezależnymi, niepokornymi dziennikarzami, którzy poświęcają się sprawie?

Parę dni temu, w wyniku zbrodniczego ataku dezinformacyjnego, strona dziennika cotygodniowego na YouTube została zablokowana, a materiały z niej – usunięte. Co prawda po interwencji redaktora naczelnego przywrócono kontrowersyjne nagrania, ale nie ulega wątpliwości, że był to akt cenzury. Niejaki Piotr Zalewski z firmy Google, przyciśnięty do muru tłumaczy się, że doszło do pomyłki, lecz wszyscy wiemy co się stało. Kto za tym stoi? Chyba każdy potrafi odpowiedzieć na to pytanie.

Gdy ta podstępna, ta miałka ofensywa na patriotyczny, niezależny, niepokorny, odważny dziennik cotygodniowy starej i młodej Polski, się nie udała, rząd dostał szału. ONI wiedzieli, że jeżeli natychmiast nie zrobią czegoś z periodykiem, to ich władza upadnie, kłamstwa zostaną obnażone, a obywatele ruszą na Sejm. Donald Tusk nie wytrzymał. Pozwał wydawcę dziennika cotygodniowego za naruszenie dóbr osobistych. Wszyscy wiemy, jak to oskarżenie jest kłamliwe. Prowadzi tylko do stłamszenia wolności słowa w Polsce. Opublikowane stenogramy z rozmów premiera podczas meczu piłki nożnej z Ukrainą, niosły ze sobą prawdziwe przesłanie, mocno godzące w agenturalną władzę Platformy Obywatelskiej. ONI chcą zniszczyć, stłamsić tych, którzy mówią bez ogródek I NIE BOJĄ SIĘ wyrażać swojego zdania! Zablokują każdy środek prawdziwej informacji, aż pozostanie nam tylko internet. A i on zostanie ocenzurowany! Nasze media zostały zdradzone o świcie. To był zamach.

Panie Jerzy Urbanie i wszyscy pracownicy dziennika cotygodniowego „NIE”! Nie ustawajcie w tej walce o wolną Polskę! Nie dajcie się skrępować zbrodniczemu rządowi! Publikujcie dalej najprawdziwszą prawdę wśród prawdziwie prawdziwych prawd, w sposób niezależny, niepokorny, katolicki i patriotyczny! Modlę się za Was, abyście zwyciężyli w tej nierównej walce z cenzurą oraz dławieniem wolności słowa!



http://natemat.pl/58245,z-youtube-a-na-chwile-zniknely-filmy-jerzego-urbana-nagly-atak-cenzury


http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103087,13759820,Donald_Tusk_pozwal__Nie__za__primaaprilisowy_zart_.html#BoxSlotII3img

Człowiek otoczony barierą postrzegania i istnienia – puste pytania

„Czym dla Ciebie jest świat?
Białe babie lato unoszone przez Twój podmuch
Tak, ot tak
Pokaż skrawek Twoich ust,
pokaż Swój mózg
Może słowa te za małe są
Przecież jestem tylko łzą, przecież jestem tylko wszą
Nieliczne czarne babie lato
O, powiedz mi, powiedz, powiedz mi powiedz
Przecież ja nie jestem pewien, może oni łżą”

- „Moja Obawa”, Kaliber 44

W naturze człowieka leży zadawanie pytań. Można wręcz powiedzieć, że cała nasza cywilizacja wyrosła na umiejętności ich zadawania i poszukiwaniu właściwych odpowiedzi. Po co? Jak? Dlaczego? Kiedy? Kto? Co zrobić by przeżyć? Czym jest dla nas piękno? Po co istniejemy? Jak pokonać słabości całego gatunku? Kiedy będziemy mogli zrobić więcej? Czy ktoś nad nami czuwa? Dzięki tym pytaniom, a także miliardom innych, żyjemy, a nasza kultura wygląda tak, a nie inaczej. Nie kultura Polaków czy Europejczyków. Kultura wszystkich. Ludzi. Ciągle będziemy zadawać pytania i nigdy nie poddamy się, póki nie zdobędziemy na nie odpowiedzi. To chwalebny cel, ale niestety, pozbawiony sensu, tak jak wszystko co robi człowiek.

Podstawowymi pytaniami, na które prawdopodobnie nigdy nie odnajdziemy odpowiedzi, są: „dlaczego istniejemy?” i „kto nas stworzył?”. Ludzie przykładają ogromną wagę do tego problemu. Chcą odnaleźć źródło swojego istnienia, a także jego cel. Jedni mówią, że stworzył nas Bóg. Inni, że po prostu wyewoluowaliśmy. Jeszcze inni, że to kosmici nad nami czuwają. Odpowiedź jest zapewne bardzo prosta, ale nie chcielibyśmy się z nią pogodzić. Człowiek nigdy się nie pogodzi z tym, że nie jest wyjątkowy. Nawet patrząc na historię naszej rasy widzimy, jak łatwo ulega zapomnieniu ta nasza „wyjątkowość”. Ilu ludzi zmarło przed nami? Ilu z nich cierpiało w samotności? Ilu nie miało okazji nawet zaczerpnąć pierwszego oddechu? Ilu pamiętamy? Ilu z nich było wyjątkowych?

„Każdy”, padnie zapewne odpowiedź. Bo każdy człowiek jest wyjątkowy. Dlaczego? Z racji swojego istnienia. To bardzo wygodne wytłumaczenie. Jesteśmy specjalni, lepsi, bo w ogóle jesteśmy. A tak naprawdę, czym się różnimy od owadów? Owady potrafią być od nas doskonalsze w wielu aspektach. One również umierają, mają swoje życie tak jak my, ludzie. Ale prawdopodobnie jednej rzeczy nie robią. Nie zadają pytań.

A przynajmniej my tego nie widzimy. My potrafimy zadawać sobie pytania o wiele ważniejsze, niż jakaś tam mrówka. My myślimy. Ale to myślenie też jest ograniczone. Nigdy nie poznamy odpowiedzi na WSZYSTKIE pytania, a nawet nie będziemy potrafili ich postawić. Nasza wiedza oraz możliwości, wcześniej czy później się skończą. Nie, już się skończyły. Bo operujemy w pewnej sferze, której nie możemy opuścić. Mrówki też widzą świat wokół siebie, gdy pojawi się coś nieoczekiwanego nie rozumieją co się dzieje i pewnie starają problem wyjaśnić. Chociażby po to, by móc się dostosować do sytuacji, wykonać jak najlepiej zadanie powierzone przez królową. A czasami nie muszą tego robić, bo to co się dzieje, jest dla nich niewidoczne. Jest częścią życia, czymś tak naturalnym, że nie występuje potrzeba zrozumienia zjawiska.

Człowieka otacza bariera. Bariera jego zmysłów i możliwości. Tutaj pojawia się pewna wyjątkowość naszego gatunku. Jeżeli nie potrafimy czegoś zrozumieć samemu, budujemy maszyny, które robią to za nas, przewyższają nasze zmysły i dostosowują rzeczywistość do naszego rozumowania. Ale i one, wcześniej czy później, natrafią na mur. Bo niektóre rzeczy mogą być dla nas tak naturalne, że nawet nie musimy ich identyfikować. Nie widzimy ich nie czujemy, nie myślimy o nich, nawet o nich nie wiemy. Nie jesteśmy w stanie o nich wiedzieć, nie jesteśmy w stanie ich sobie wyobrazić. Istnieje takie powiedzenie, że „jeżeli jesteś kreatywny, to spróbuj wymyślić nowy kolor!”. I jak? Nie da się. A nawet w świecie zwierząt istnieją gatunki, które widzą więcej barw, których my nie jesteśmy w stanie objąć umysłem (chociażby stomatopody, zwane też mantis shrimp, a po polsku – ustonogimi).

Ale skoro otacza nas bariera, czy tak naprawdę nasze postrzeganie nie staje się w całości błędne, a zadawane pytania śmieszne? Czy nie pomijamy ciągle jakichś faktów, które kompletnie odmieniają spojrzenie na daną sprawę? W końcu, czy możemy w ogóle zaufać ludzkiemu umysłowi, opanowanemu przez wyobraźnię i rzeczy charakterystyczne dla naszego gatunku? Czy gdybyśmy mieli dostęp do większej wiedzy, to czyż nie widzielibyśmy jej ciągle przez pryzmat naszego niedoskonałego postrzegania? Życie mrówek wydaje się bezsensowne, gdy spojrzymy na nie z góry. Ale dla nich, musi być ono tak samo cenne, jak nasze życie dla nas. I tak samo ważne. Tak samo „wyjątkowe”. Gdyby to ktoś spojrzał na nas z góry, także nie potrafiłby zrozumieć czemu zachowujemy się oraz myślimy tak, a nie inaczej. O ile taki byt w ogóle miałby coś takiego jak „rozumowanie” i „myślenie”. O ile miałby coś takiego jak „jestestwo”.

Nie powinniśmy się jednak martwić. Jesteśmy zamknięci w tej klatce, otoczeni barierą. Musimy się pogodzić z tym, że nie zrozumiemy pewnych rzeczy. Możemy próbować, ale zawsze będziemy ograniczeni. Większość pytań i tak nas nie będzie dręczyła, bo będzie poza zasięgiem naszego postrzegania. Może właśnie tym jest idea Boga, bytu, który jest ponad ludźmi? Czymś, co po prostu ma od nas szersze horyzonty? Albo nawet nie szersze, po prostu odmienne, bo nasze postrzeganie wszystkiego nie musi się przecież nakładać, może być zupełnie inne, wykraczać poza fizyczność, psychikę oraz istnienie. Tylko czy gdyby taki byt patrzył, jak uwijamy się pod jego stopami niczym mrówki, niczego nie rozumiejąc i nawet nie będąc blisko zrozumienia – nie zignorowałby nas? O ile ignorowanie i postrzeganie leży w jego naturze…