Nocne Wilki podbiły Polskę bez przekraczania granicy

Kilkudziesięciu kafarów na motocyklach chce przejechać przez Polskę. Przez kilka dni staje się to głównym tematem w mediach, politycy wszystkich opcji emocjonalnie komentują ich wyprawę, a Polacy drżą, bojąc się groźnych zabijaków Putina. Do diabła, przestańcie się mazać i dorośnijcie!

Polskie media od początku schrzaniły sprawę. Gdyby wszyscy mieli w nosie przejazd Nocnych Wilków, gdyby media milczały albo zwięźle i krótko wspomniały o tej akcji, to przejazd Rosjan odbyłby się bez echa, a prowokacji by nie było. Co to za prowokacja, która nie dociera do prowokowanego? Zablokowanie wjazdu motocyklistów na teren Polski miałoby wtedy mocniejszy wydźwięk dyplomatyczny. Nagła, stanowcza i bardzo klarowna odpowiedź na wcześniejsze gesty Rosji wymierzone w nasz kraj. Teraz już na to za późno. Cały temat został „rozmemłany”, zalano nim czołówki wiadomości, a politycy wszystkich opcji mieli szansę wymądrzać się przed kamerami. Tyle jeżeli chodzi o subtelność i finezję. Nieważne co zrobią teraz polskie władze. Wyjdzie niezdarnie i źle.

Polacy są oburzeni!

Nocne Wilki muszą śmiać się do rozpuku obserwując histerię i panikę Polaków. Garstka popleczników Putina o której w Polsce nikt wcześniej nie słyszał, nagle zawitała na czołówki serwisów informacyjnych. Przedstawiani są niczym nadludzie, prowokatorzy, wybitni agenci, najbliżsi przyjaciele Putina, rzeźnicy Ukraińców, doświadczeni żołnierze, krwiożerczy i bezlitośni, którzy na pewno podczas swej wyprawy „wystąpią przeciwko suwerenności narodu polskiego” i po drodze spalą parę wiosek z czystego okrucieństwa.

Tymczasem to nie oni są prawdziwym zagrożeniem. Jak zwykle, to Polacy sami podkładają sobie gwoździe pod stopy. Fakt, że kilkunastu motocyklistów jest w stanie podbić wszystkie serwisy informacyjne i zasiać niepewność w kraju liczącym kilkadziesiąt milionów mieszkańców, nie świadczy dobrze o naszej dojrzałości czy rozsądku. Nocne Wilki nawet nie musiały przekroczyć granicy! Wystarczyła jedna zapowiedź, a nasi patridioci już drżą z oburzenia i sporządzają plany jak odeprzeć „ruską swołocz”, by bronić suwerenności Polski.

Prawdę mówiąc, teraz sam nie wiem co się stanie, gdy rosyjscy motocykliści przekroczą granicę naszego kraju. Może wyślijmy wojsko i parę czołgów, aby wiedzieli, że z nami lepiej nie zadzierać? Może puścić za nimi samochód z którego będzie leciała zagłuszająca ryk silników melodia Mazurka Dąbrowskiego? Może wykorzystajmy pomysł Janusza Palikota aby powitać Rosjan gejowską tęczą?

Polacy pytają mądrzejszego braciszka…

Zamysł, by nie wpuścić Nocnych Wilków „bo tak” nie ma sensu. Są pewne standardy demokratycznego państwa prawa, które wykluczają bezpodstawne działania w stylu „zabrońmy im, co nam zrobią?”. Oczywiście, zawsze można poszukać dziury w całym. Na każdego znajdzie się odpowiedni paragraf. Jednak jest już zwyczajnie za późno. Teraz zamknięcie granicy przed Rosjanami nie będzie precyzyjną, konkretną manifestacją dyplomatyczną, gestem odwetu. Będzie oznaką przerażenia i strachu całego narodu przed garstką motocyklistów z innego kraju.

Zapłakana, zasmarkana niczym niemowlę Polska obejrzała się na swojego starszego, mądrzejszego brata – Niemcy. I wszyscy się ucieszyli, bo podobno ci nie mieli zamiaru się cackać – Nocne Wilki nie przejadą. Potem jednak okazało się, że te informacje były przedwczesne – Rosjanie jednak przejadą. Jestem pewien, że ta telenowela będzie trwała jeszcze parę dni, a każda informacja zza naszej zachodniej granicy będzie elektryzowała polską opinię publiczną i media. Każda publikacja w niemieckiej gazecie spotka się z naszą odpowiedzią. Znowu pokazujemy, że nie jesteśmy w stanie niczego zrobić porządnie. Zdziecinniała Polska zawsze musi oglądać się na starszego, mądrzejszego braciszka, bo sama nie jest w stanie działać skutecznie.

Polacy nie dadzą się sprowokować?

Przez tłum histeryków przebija się rozsądna, wyważona opinia szefa MSZ Grzegorza Schetyny, który komentując sprawę przejazdu Nocnych Wilków wskazuje na to, jak media łatwo dają się wciągnąć w prowokację. Robią dokładnie to, czego się od nich oczekuje – nakręcają atmosferę nienawiści i konfliktu. Jak zwykle wykorzystuje się słabości Polaków, by rozbudzać emocje. Tylko powściągliwość władz w tej sprawie daje jeszcze nadzieje na wyjście obronną ręką z tej nieciekawej sytuacji.

Wiktor Węgrzyn, organizator Rajdu Katyńskiego zapowiada, że będzie eskortował Nocne Wilki w drodze do Berlina. Lepiej, żeby zrobił to skutecznie. Wśród naszych rosyjskich gości na pewno będą osoby z kamerami i aparatami fotograficznymi. To od nas zależy, czy po powrocie do domu pochwalą się państwowej telewizji nagraniami na których są atakowani i obrażani przez „polskich prowokatorów” czy wrócą z pustymi rękoma.

Tekst można przeczytać również na:
http://wiadomosci.onet.pl/nocne-wilki-podbily-polske-bez-przekraczania-granicy/pckg9d

Już piąty rok trwa obrona smoleńskiej twierdzy

Mija piąty rok walki o „smoleńską twierdzę pamięci”, powstałą po tragicznej katastrofie lotniczej. To groteskowe i schizofreniczne oblężenie w którym na próżno szukać logiki. Od początku obrońcy są agresorami niszczącymi mury własnej cytadeli.

Mamy za sobą piątą rocznicę katastrofy smoleńskiej. Chciałoby się powiedzieć: „nareszcie, w końcu mamy na rok z głowy tę żałobę”, ale po pierwsze nie wypada, a po drugie chyba tylko głupi by uwierzył, że w ciągu najbliższych paru miesięcy nie czekają nas kolejne rewelacje o „zamachu” czy nawiązania do „męczeńskiej śmierci bohaterów”. Medialno-polityczny taniec na grobach trwa już dłużej niż prawdziwe oblężenia Smoleńska z XVII wieku. Pamięć o zmarłych i szacunek dla nich miesza się z ośmieszającymi epitetami padającymi z ust samozwańczych obrońców.

„O zmarłych mówi się dobrze albo wcale”. Pisząc o katastrofie smoleńskiej powinno się je nieco uzupełnić: „o zmarłych mówi się dobrze albo wcale, jednak zbyt wiele pochlebstw może postawić zmarłego w złym świetle”. Obrońcy twierdzy wytaczają potężne armaty chcąc udowodnić, że ofiary tragedii były bohaterami, nadludźmi bez których Polska skazana jest na upadek. Nie zauważają, że mury kruszą się pod ciężarem dział.

Nie można bowiem traktować poważnie słów o „męczeńskiej śmierci”, „usuwaniu elity będącej przedmurzem cywilizacji zachodniej” która „broniła Polski i Europy” i „poświęciła się by zatrzymać imperializm rosyjski”. Takie słowa są zrozumiałe, gdy wygłaszamy je w wąskim gronie przyjaciół i rodziny zmarłego, w dniu pogrzebu. Jednak tworzenie „herosa” pod publikę, w celach politycznych, ku uciesze gawiedzi, wydaje mi się zwyczajnie niesmacznie.

W naszej kulturze każda osoba publiczna która zmarła musi być kimś nadludzkim, nadzwyczajnym, postacią podobną do protagonisty z kreskówek, książek lub filmów. Jej czyny mają odznaczać się poświęceniem, bohaterstwem i odwagą. Żołnierz, który poległ w powstaniu warszawskim zawsze jest wtłoczony w pewien niezmienny szablon. To odzieranie kogoś z indywidualności i charakteru. To zamykanie ust żałobnikom, mającym odmienne zdanie.

Samo tworzenie bohaterów ze zmarłych nie jest jeszcze czymś niegodziwym. Odrazę budzi jednak wykorzystywanie ich jako broni w egoistycznych bitwach, kreowanie na trumnach nowych, żywych przywódców i tworzenie wybuchowej mieszanki z żałoby i nienawiści.

W piątą rocznicę katastrofy smoleńskiej to nie zmarli byli najważniejsi. Tłum „obrońców” skandował imiona żywych, a wodzirej wskazywał palcem na wroga, którego trzeba zniszczyć. Ubierał wszystko w niezbyt wymagające, ale docierające do rozemocjonowanego zgromadzenia symbole. My – dobrzy. Oni – źli. My – prawda. Oni – kłamstwo. My – krzyż, tradycja, dobrobyt. Oni – profanacja, zepsucie, upadek. My – zgoda i pokój. Oni – nienawiść i wojna. My – wolna, niepodległa i silna Polska. Oni – zniewolona, zależna i słaba Polska. To najbardziej prymitywna (i najbardziej skuteczna) propaganda stosowana przez wszystkich polityków i media, od prawa do lewa, którą każdy z nas karmiony jest od dziecka.

Jej użycie nie powinno nikogo dziwić – najlepiej przecież działa w chwili, gdy emocje biorą górę. Dzień żałoby to idealna pora by zmobilizować szeregi do dalszej obrony twierdzy. Dowódcy zrobią wszystko w imię własnych celów.

A mur po każdej salwie armat coraz bardziej się kruszy i rozpada…

Tekst można przeczytać również nie:
http://wiadomosci.onet.pl/juz-piaty-rok-trwa-obrona-smolenskiej-twierdzy/4q44d3

Monika Olejnik – szefowa budy z niestrawnym kebabem

Awantura u Olejnik”, „Olejnik znowu puściły nerwy”, „Olejnik bezlitosna”, „Olejnik wyszła ze studia”, „Olejnik rzuca długopisem w gościa”. Czasami oglądając lub słuchając programów Moniki Olejnik mam wrażenie, że po drugiej stronie odbiornika nie stoi profesjonalny dziennikarz, a niezrównoważona, zajadła… kucharka.

Nikt nie może zaprzeczyć, że Monika Olejnik jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci krajowych mediów. Na swoim koncie ma dziesiątki programów i nagród, a w 2000 roku dostała Krzyż Kawalerski Odrodzenia Polski. Nazywa się ją nawet „pierwszą damą polskiego dziennikarstwa”. Dlatego, ze względu na jej ogromne doświadczenie medialne, wolałbym aby materiały które tworzy były dobrze i profesjonalnie zrealizowane. Informacja to towar, ja jestem konsumentem. Gdybym chciał zjeść śmierdzącego, informacyjnego kebaba ze szczura, poszedłbym do zapleśniałej, rozpadającej się budy. Jednak w lokalu firmowanym nazwiskiem znanej dziennikarki oczekuję dobrego, zdrowego posiłku, a nie śmieci.

Stawianie przeciwko sobie dwóch politykierów o kontrastujących poglądach i obserwowanie jak się tłuką, nie jest właściwym sposobem przyrządzania opiniotwórczej strawy. Dobrane do dania składniki w postaci tychże awanturników są ciężkostrawne. Niczym śmieciowe jedzenie, nie dostarczą organizmowi składników odżywczych, ani nie zaspokoją głodu.

Ostatnio wielu dziennikarzy przygotowuje nam takie niestrawne posiłki. Dlaczego? Bo to łatwiejsze. O wiele prościej jest wrzucić do bułki zdechłego gołębia, spleśniałe pomidory i starą kapustę, niż zatroszczyć się o zaopatrzenie lokalu w porządne, dobrej jakości składniki. Ktoś mógłby powiedzieć: „skoro goście żrą i nie marudzą, to w czym problem?”. W tym, że wcześniej czy później klienci będą mieli problemy z żołądkiem. A gdy zaczną masowo odwiedzać toaletę w dziennikarskiej „restauracji”, to, niestety, także „kucharze” poczują odór swoich odstręczających, na wpół przetrawionych dań.

A może nie poczują? Może są już przyzwyczajeni do tego zapachu?

Monika Olejnik jest wyjątkowa pośród zgrai innych kuchcików. Bo nie dość, że serwuje nam w bułce ciężkostrawną papkę z zepsutych składników, to jeszcze nie daje nam zjeść w spokoju tego co sama przyrządziła. Wskakuje na stół, wsadza ozdobione biżuterią paluchy w nasze jedzenie i rozrzuca je po podłodze krzycząc, że jest niedobre i niesmaczne, że pomidor bezczelnie spleśniał, a stare mięso na złość się zepsuło. Obrażona na składniki wydyma policzki, krzyczy, tupie nóżką.

A klient siedzi z otwartymi ustami, patrząc na kucharkę jak na osobę niepoczytalną, i milczy. Co innego ma zrobić? Upomnieć przecież nie wypada, bo to znana na całą Polskę szefowa kuchni. Pozostaje chyba tylko wstać i wyjść z restauracji.

Ale co potem? Wokół same budy podobne do tej, którą prowadzi Monika Olejnik. Naprawdę dobre restauracje są poukrywane w mrocznych, ślepych uliczkach i szybko znikają – nie mają zbyt wielu gości, a szefowie kuchni często się zniechęcają. W końcu tanie knajpy ze śmiecio-żarciem cieszą się większą popularnością. Czemu by nie poprowadzić swojego lokalu w taki sam sposób?

Mamy wolny rynek. Dziennikarze mogą robić dania z tanich, śmierdzących składników a klienci łykać to żarcie. Ich wola. Ich prawo. Jednak gdy gości knajpy w końcu „przyciśnie” i dostaną masowego rozwolnienia, to kucharze będą odpowiedzialni za ich katusze. Nikt inny. Wtedy klienci nie będą słuchali tłumaczeń w stylu: „przecież jedliście z własnej woli! Przecież smakowało! Gdybyście skończyli szkołę gastronomiczną to byście wiedzieli co dostajecie!”. Trucizna, którą byli karmieni, przeniesie się na wszystkich, niczym choroba.

Dotknie to każdego – a w najgorszym, absolutnie najczarniejszym scenariuszu – doprowadzi do zagłady osiedla na którym sprzedawano śmierdzące, stare kebaby wypchane brudem, spiłowanymi żebrami świń oraz lekami psychotropowymi.

Monikę Olejnik oburzyła sugestia, że może być przyjaciółką Jerzego Urbana. Jednak patrząc na jej (i innych znanych dziennikarzy) makiawelizm i brak refleksji nad rezultatami swojej kulinarnej działalności, mam wrażenie, że znany ze swego cynizmu redaktor naczelny tygodnika „NIE”, to przy niej altruistyczny, miłosierny anioł. W stroju biskupa, bo tak go ubrała inna szefowa kuchni.

Tekst można przeczytać również na:
http://wiadomosci.onet.pl/monika-olejnik-szefowa-budy-z-niestrawnym-kebabem/f50m35

Inny tekst w klimatach kulinarnych: „Spotkanie w restauracji – kto skorzystał na katastrofie smoleńskiej?”:
http://blogi.newsweek.pl/Tekst/spoleczenstwo/669962,spotkanie-w-restauracji—kto-skorzystal-na-katastrofie-smolenskiej.html

Akcja „Świecka szkoła” – na ratunek lekcjom religii!

Magazyn Liberte! rozpoczął akcję „Świecka szkoła”. Obywatelska inicjatywa ma na celu zniesienie finansowania religii z budżetu państwa. Ten subtelny i pozytywny projekt środowisk liberalnych, przyniesie korzyść wszystkim – w szczególności wierzącym.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że przez całą swoją edukację, od zerówki do liceum, uczestniczyłem w lekcjach religii. Przez trzynaście lat, dwa razy w tygodniu, dodajmy do tego zajęcia podczas rekolekcji, przed komunią i bierzmowaniem. Przerobiłem pięć lub sześć różnych podręczników (używanych). Łącznie uczyło mnie sześć osób – pięć kobiet, jeden mężczyzna (ksiądz). Miałem osiem w całości zapisanych zeszytów.

Piątkowy uczeń mówi „dość”

W drugiej klasie liceum system kształcenia religijnego przyniósł efekty. To wtedy, niemal od razu po bierzmowaniu, odrzuciłem całkowicie wiarę katolicką. Duch Święty najwyraźniej przyszedł z pustymi rękoma, bez darów. Własne zdanie zwyciężyło z konformizmem i strachem przed byciem wykluczonym. I chociaż do końca uczestniczyłem w lekcjach religii, to wiedziałem, że więcej w Boga już nie uwierzę.

Muszę wam przyznać, że lekcje religii nigdy mi się do niczego nie przydały. Nigdy. Nawet w czasach, gdy jeszcze dla niepoznaki chodziłem spowiadać się do konfesjonału i wyznawałem dwa „bezpieczne” grzechy: kłamstwo i „byłem niemiły dla innych”. Kiedy na studiach robiłem prezentację o islamie, nie było w niej ani grama wiedzy wyniesionej z lekcji religii. Nawet grając w głupie Quizzwanie wykorzystuję to czego się dowiedziałem z internetu i książek. Teraz, gdy zastanawiam się czego w ogóle uczono mnie przez trzynaście lat, dwa razy w tygodniu, mam w głowie pustkę. A przecież nie byłem złym uczniem. Na świadectwie zawsze miałem piątkę z religii.

Na większości zajęć mieliśmy stałą formułę: modlitwa, nauka o piśmie świętym/rodzinie/byciu dobrym/świętych/Bożym Narodzeniu/Wielkanocy, modlitwa, koniec. Przez całą edukację miałem trzy zajęcia o wierze innej niż katolicka. Dwa zajęcia o seksie… pardon, właściwie to o metodach zabezpieczania się i odpowiedzialności. Zapamiętałem je, bo wybijały się z monotonii. Dodatkowo jeden filmik o aborcji i dwa o egzorcyzmach. Przez trzynaście lat.

Ilość ponad jakość

Nie jestem jedyną osobą, która mimo usilnej, wieloletniej indoktrynacji (bo prawdę mówiąc nie wiem jak inaczej to nazwać) odeszła od Kościoła. Najnowsze statystyki CBOS wskazują, że liczba wiernych spada, a niewierzących zwiększa się. Coraz mniej osób uczestniczy w mszach, coraz mniej praktykuje. Szczerze? Nie jestem tym zaskoczony. Lekcje religii odarły wiarę z mistycznego, sakralnego charakteru. Sprawiły, że stała się ona takim samym przedmiotem jak matematyka, historia czy fizyka. Czyli – zakuć, zdać, zapomnieć.

Co jest największą wadą lekcji religii? Jest ich po prostu ZA DUŻO. Trzynaście lat nauki wiary to nieporozumienie, tym bardziej, że na zajęciach co rok powtarza się tak naprawdę te same tematy (szczególnie w okresie świątecznym). Dodajmy do tego msze święte w których uczestniczy część uczniów, a na których także są historie opowiadane potem ponownie na lekcjach religii. Stop, chwila, zatrzymaj się, czytaj teraz powoli i zastanów się. Trzynaście lat. Trzynaście. Lat. Założę się, że całą treść zajęć można spokojnie zamknąć w roku. Maksimum w dwóch latach. Akurat, przed komunią i przed bierzmowaniem. To nie same lekcje religii tak naprawdę rozjuszają liberałów. Tylko ich ogrom w porównaniu z innymi zajęciami.

Co zamiast religii? Historia, media, język polski

Piszę to, mając w pamięci, że nigdy nie udało mi się na historii przerobić okresu PRLu – brakowało godzin. Na języku polskim też pomijaliśmy niektóre lektury. Gdyby rozdzielić chociaż dwa lata religii między historię i język polski, może miałbym okazję dowiedzieć się jak Wałęsa płoty przeskakiwał i jak Jaruzelski stan wojenny wprowadzał.

Dodatkowo nasza edukacja kompletnie kuleje jeżeli chodzi o przystosowanie do życia obywatelskiego. Za moich czasów był jeszcze WOS, teraz go rozdzielono na „historię i społeczeństwo”. Przez rok uczniowie poznają tajniki „podstaw przedsiębiorczości”, ale to ciągle za mało. Młodzież musi wiedzieć jak załatwiać sprawy w urzędach, gdzie zwrócić się w razie różnorodnych problemów (rodzinnych, społecznych, z prawem, urzędowych). Przypominam, że żyjemy w kraju, gdzie za ścięcie starego, zbutwiałego, martwego drzewa, można zapłacić setki tysięcy złotych kary (polecam tekst Andrzeja Sikorskiego „Rzeczpospolita porąbana” z NIE; nr 11/13, 19.03). Osoba, która za chwilę wejdzie w dorosłe życie musi wiedzieć jakie pułapki na nią czyhają. Powinna mieć świadomość jakie organizacje pozarządowe działają w regionie, by móc podjąć działania na rzecz poprawy życia społeczności.

Najbardziej (pewnie dlatego, że jestem studentem dziennikarstwa i komunikacji społecznej) boli mnie jednak brak edukacji w zakresie mediów i zdobywania informacji. Wychowujemy pokolenie, które odrzuca przekaz profesjonalnych mediów, całą swoją wiedzę kreując w oparciu o „demoty” i „fejsbuka”. Które wierzy we wszystko i daje sobą manipulować, zaspokojone jednym tabloidowym lub „kwejkowym” źródłem. Telewizja, gazety, radio, internet – to coś co stało się nieodłącznym elementem naszego życia. Młodzież musi wiedzieć jak poradzić sobie z natłokiem informacji.

Takie dodatkowe zajęcia byłyby moim zdaniem o wiele cenniejsze niż powtarzane rok w rok te same modlitwy i nazwiska świętych.

Liberte! na ratunek lekcjom religii

Podsumujmy: moim zdaniem lekcje religii są nudne, wtórne, zbędne, rozwlekłe, zajmują czas, który można przeznaczyć na coś innego, stanowią źródło konfliktów, użyźniają konformizm wśród młodzieży i są źródłem duchowej stagnacji. Sądzę, że nie jestem odosobniony w swojej opinii. W skrócie – jest beznadziejnie, a biorąc pod uwagę jak zmniejsza się liczba wierzących – będzie jeszcze bardziej beznadziejnie.

I w tym momencie, pojawia się Liberte!, które wyciąga pomocną dłoń do Kościoła. Wbrew temu co myślą niektórzy przeciwnicy inicjatywy o zniesieniu finansowania religii z budżetu, środowisko liberalne związane z tym magazynem szuka konsensusu i rozwiązania, które zadowoli obydwie strony. Pozwolę sobie przytoczyć fragment projektu ustawy stworzonego w ramach akcji „Świecka Szkoła”: „1. Publiczne przedszkola, szkoły podstawowe i gimnazja organizują naukę religii na życzenie rodziców, publiczne szkoły ponadgimnazjalne na życzenie samych uczniów; Kosztów związanych z organizacją nauki religii nie można w części ani w całości finansować ze środków publicznych w rozumieniu przepisów o finansach publicznych.”

Czyż nie jest to rozwiązaniem wszystkich problemów o których pisałem? Ilość zajęć będzie zależała od rodziców lub samych uczniów. Nie będą mieli ich narzuconych odgórnie, będą mogli sami zdecydować czy chcą dalej powtarzać te same tematy, czy jednak zdecydują się na indywidualny rozwój duchowy. Doprowadzi to do tego, że księża będą zapewne sami spotykali się z zainteresowanymi, by zachęcić ich do zorganizowania lekcji religii. Uczniowie zacieśnią więzi z okolicznymi kapłanami, wzmacniając tym samym parafie i ich kontakt z wiernymi. Katecheci zaczną prowadzić zajęcia w sposób interesujący, niepowtarzalny, aby młodzież chętnie na nie przychodziła.

Wspólne starania o finansowanie połączą społeczność lokalną. Zniknie presja na to, by chodzić na zajęcia – staną się one bardziej indywidualne, nastawione na prawdziwe kształtowanie tych, którzy chcą, a nie „uczenie wiary” tak jak uczy się matematyki czy chemii. Jakość stanie się ważniejsza niż ilość, a własna wola od bezmyślnego konformizmu. Mało? To jeszcze bonus: lewaki w końcu zamkną mordy, bo nie będą miały już powodów do marudzenia.

Czy państwo ma być rodzicem?

Jest jeden problem, który często przewija się w argumentach osób przeciwnych projektowi, głównie rodziców – trzeba będzie coś organizować samemu, naradzać się, wspólnie finansować, ogólnie będzie przy tym sporo roboty. Drodzy rodzice. Wiara wymaga poświęceń. Praca uszlachetnia. Dzieci i rodzina są najważniejsze, dlatego powinniście móc znaleźć dla nich czas… i pieniądze. Miłość to też odpowiedzialność. Jeżeli o coś się mocno postaracie, to potem będziecie cieszyć się bardziej z owoców swego wysiłku, niż gdybyście otrzymali to za darmo. Przynajmniej część z tych zdań przewijała się przez lekcje religii. Zapomnieliście?

Osoby wierzące powinny być pierwszymi, które ustawią się w kolejce do podpisania projektu ustawy. Liberte! postawiło na pojednanie i sensowne, przynoszące wiele pożytku rozwiązanie. W zaproponowanej ustawie nie ma słowa o całkowitym wyrzucaniu religii ze szkół czy zamianie jej na etykę. Oddaje się lekcje religii w wasze ręce, byście mogli sami zadecydować o przyszłości waszych dzieci. Przyjmiecie tę odpowiedzialność dla ich dobra? Czy to „państwo” ma być rodzicem?

Zapraszam do czytania tekstu również na:
http://wiadomosci.onet.pl/akcja-swiecka-szkola-na-ratunek-lekcjom-religii/zknvkp

Projekt ustawy:
http://liberte.pl/swiecka-szkola-projekt-ustawy/

Tekst sprzed trzech lat „Lekcje religii – istnieje tylko jedna wiara”:
http://blogi.newsweek.pl/Tekst/spoleczenstwo/621529,lekcje-religii—istnieje-tylko-jedna-wiara.html

Abp Michalik (znowu) robi sobie krzywdę

Abp Józef Michalik przez parę miesięcy musiał zbierać plony swej lekkomyślności po tym jak bronił księży-pedofili mówiąc, że „dzieci lgną i wciągają” dorosłych w grzech. Minęło półtora roku – dziś, arcybiskup znowu robi sobie krzywdę oskarżającymi wypowiedziami.

Małgorzata Marenin, założycielka stowarzyszenia Stop Stereotypom, wytoczyła proces abp. Michalikowi oskarżając go o naruszenie dóbr osobistych. To już druga próba pociągnięcia duchownego do odpowiedzialności za słowa wygłoszone jesienią 2013 roku. Mówił wtedy, że za pedofilię w Kościele katolickim odpowiadają rozwiedzeni rodzice i feministki: „To one walczą o to, żeby w szkołach i przedszkolach wygaszać w dzieciach poczucie wstydu, a nawet o to, żeby mogły decydować o zmianie swojej płci. Niewłaściwa postawa często wyzwala się, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, zagubi się i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga”.

Oskarżenie o naruszenie dóbr osobistych wydaje mi się bezsensowne. Arcybiskup nie mówił w swoim kazaniu konkretnie o pani Marenin, odnosił się raczej ogólnie do środowiska „wrogiego Kościołowi” (o czym za chwilę). Trudno mi uwierzyć w to, że założycielka stowarzyszenia Stop Stereotypom naprawdę poczuła się „jakby ktoś pchnął ją nożem w plecy” – bo kto wziąłby na poważnie wypowiadane przez Michalika brednie, za które musiał się potem kajać przed dziennikarzami na konferencji prasowej? Feministki nie było zapewne w tłumie wiernych podczas homilii. Wątpię też, by przez słowa arcybiskupa spotkały ją jakiegoś rodzaju szykany lub wykluczenie społeczne.

Ten pozew przypomina mi absurdalne zarzuty o obrazę uczuć religijnych. Coś w stylu: „to co powiedziałeś mi się nie podobało, poczułem się smutny i dlatego masz płacić grzywnę lub iść do paki”. Histeryczna, niezrozumiała reakcja z byle powodu.

Jednak nieważne jak głupi byłby zarzut – pani Marenin ma prawo dochodzić „sprawiedliwości” w sądzie. Arcybiskup Michalik powinien co najwyżej przewrócić oczyma, posłać swojego prawnika i czekać na wynik pozwu. Po jego ostatniej „wpadce z pedofilami” tak by było najlepiej. Nie. Musiał znowu się powygłupiać.

„Chodzi o to, by przestraszyć ludzi Kościoła”, „chodzi o to by zamknąć Kościołowi usta”, „moim zdaniem ona wykonuje czyjeś zlecenie”, „nowa ideologia gender jest wielkim niebezpieczeństwem dla przyszłości rodzaju ludzkiego” – to cytaty z wywiadu abp. Michalika z Rzeczpospolitą. Zapowiedział też, że będzie dalej walczył z dżenderem. Przemyska kuria zarzuciła Marenin szukanie rozgłosu i zapewniła, że będzie modlić się za „prześladowców Kościoła”.

Ktoś by pomyślał, że arcybiskup Michalik przez półtora roku po prostu zrozumiał, że czasem rozsądniej jest przemyśleć to co się mówi i nie rzucać głupich oskarżeń. Że po przeprosinach na konferencji prasowej, powinien przestać robić z Kościoła chorowitą, słabowitą owieczkę, która jest dręczona przez wszystkich i która nigdy nie odpowiada za swoje czyny. To wina innych, a my zawsze jesteśmy niewinni. Co za bzdura.

Tymczasem znowu mamy festiwal paranoi, utyskiwań i syndromu oblężonej twierdzy. Rzeczywiście, ludzie Kościoła mają się czego bać. Jednej feministki, która przegrała poprzednią rozprawę i przegra zapewne kolejną. Niech się Jego Ekscelencja nie popłacze ze strachu. Na pewno biskupi drżą na myśl, że będą musieli się czasem zastanowić nad tym co mówią, a nie oczerniać wszystkich jak leci.

„Ona wykonuje czyjeś zlecenie”. Czyje? Żydów? Lewaków? Dżenderów? Ruskich? Może rządu Ewy Kopacz, tak hojnego dla Kościoła? Arcybiskup w wywiadzie przyznaje, że nie wie czyje zlecenie wykonuje Marenin. Więc po co w ogóle rzucać oskarżenie, które niczego nie wnosi?

Zamykanie Kościołowi ust? Biskupi i abp Michalik gadają co im ślina na język przyniesie. Oni sami powinni wiedzieć, że są momenty w których warto milczeć. Takim momentem była sytuacja po kolejnej aferze pedofilskiej w Kościele. Ta, po której arcybiskup mówił o „lgnięciu”. Gdyby wtedy duchowny zastanowił się nad tym co mówi, to nie miałby dzisiaj problemów.

Należy też pamiętać, że sprzeciwianie się czyjejś opinii i wyrażanie odmiennych poglądów nie jest „zamykaniem ust”. Kościół często zdarza się o tym zapominać.

Całą tę histerię wywołał jeden pozew feministki, która „strzeliła focha” na arcybiskupa. Wygląda to blado w porównaniu chociażby do procesu Jerzego Urbana o obrazę uczuć religijnych – o popełnieniu przestępstwa powiadomiło prokuraturę wtedy aż sześć osób. A chodziło jedynie o „zdziwionego Jezusa” w znaku drogowym. Wiedzieli o nim chyba tylko czytelnicy NIE, a nie cała Polska, jak w przypadku słów abp. Michalika.

Próby udowodnienia jacy to duchowni są biedni, pokrzywdzeni i dręczeni przez złych „dżenderów” budzą niesmak. Z jednej strony, kuria zarzuca pani Marenin szukanie rozgłosu. Z drugiej, abp Michalik też zachowuje się tak jakby chciał by o nim mówiono. Gdyby miał w pamięci swe wystąpienie sprzed półtora roku – siedziałby cicho, uznając milczenie za przejaw rozsądku. Duchowny sam robi sobie krzywdę nieroztropnymi wypowiedziami. A potem płacze, że „ktoś wykonuje zlecenie na niego”.

Ekscelencjo! Niech Ekscelencja przestanie biczować się własnymi słowami, bo dawne rany nigdy się nie zagoją!

Tekst można przeczytać również na:
http://wiadomosci.onet.pl/abp-michalik-znowu-robi-sobie-krzywde/529xre

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich – samica alfa wśród Hien

W stadzie hien zazwyczaj rządzi samica alfa – największa, najagresywniejsza, najsprytniejsza i najsilniejsza. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich jest taką ułomną samicą alfa pośród dziennikarskich hien, która, co prawda nikim nie rządzi, nie jest najsilniejsza, a i sprytem się nie pochwali, ale biorąc pod uwagę symbolikę z jaką wiąże się postać „hieny”, możemy śmiało powiedzieć, że dumnie i godnie reprezentuje swój gatunek.

Na początek cytat ze strony Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich: „Co roku przy okazji nagród SDP przyznawany jest tytuł „Hieny Roku” dziennikarzowi, który wyróżnił się szczególną nierzetelnością i lekceważeniem zasad etyki dziennikarskiej.” Super. Wiemy już wszyscy za co jest przyznawana ta nagroda. W tym roku otrzymali ją Piotr Stasiński, zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” oraz Wojciech Czuchnowski, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, za, ponownie cytuję: „lekceważące i pozbawione empatii oraz zawodowej solidarności wypowiedzi na temat zatrzymania i aresztowania dziennikarzy”. Chodzi o sprawę zatrzymania dziennikarzy PAPu i TV Republika podczas protestu w warszawskiej siedzibie Państwowej Komisji Wyborczej.

Pojawił się jednak pewien problem. Otóż Wojciech Czuchnowski w swoich publikacjach bronił aresztowanych. Kapituła, co zresztą przyznał Cezary Gmyz… pomyliła nazwiska. Antynagroda miała zapewne trafić do Wojciecha Maziarskiego. To właśnie tekstem tego publicysty próbował bronić decyzji SDP Rafał Ziemkiewicz – gdyby ktoś nie kojarzył, to ten co kazał na twitterze spierdalać osobom łączącym się w bólu z redakcją Charlie Hebdo i ten co wyzywał papieża od idiotów, bo nie potrafił przeczytać ze zrozumieniem jego wypowiedzi.

Dziennikarze liżący się po tyłkach

Pomylenie nazwiska i oczernienie autora przez przyznanie mu antynagrody za coś czego nie uczynił to już wielka wtopa. Ale moim zdaniem, sam powód przyznania Hieny Roku jest głupkowaty. „Lekceważące i pozbawione empatii oraz zawodowej solidarności wypowiedzi na temat zatrzymania i aresztowania dziennikarzy”. Zawodowa solidarność to mit. Wielu z dziennikarzy prawicy miało w dupie solidarność gdy doszło do ataku na Charlie Hebdo (na przykład wspomniany łobuz Rafał Ziemkiewicz), wszyscy mają ją w dupie gdy Jerzy Urban jest sądzony za opublikowanie w tygodniku satyrycznym wizerunku „zdziwionego Jezusa”. Stanie w jednym rzędzie, nawet gdy nie zgadzamy się z czyimiś działaniami, jest oznaką konformizmu oraz głupoty. Po tyłkach mogą się lizać nawzajem psy, a nie profesjonalni dziennikarze. A publicyści powinni poszerzać horyzonty odbiorcy i pokazywać im drugą stronę medalu. Nawet, jeżeli wystawiają przy tym duży palec u nogi przez czerwoną granicę dobrego smaku.

Nie wiem też właściwie, który punkt Kodeksu Etyki Dziennikarskiej SDP łamie przytoczony powód otrzymania Hieny Roku. Jestem ślepy i nie widzę żadnego nakazu w stylu: „dziennikarze muszą wypowiadać się zgodnie z zawodową solidarnością”. No, może punkt dziesiąty by się nadał do „lekceważenia i braku empatii”: „10. Dziennikarz powinien okazywać szacunek osobom, bez względu na ich odmienność ideową, kulturową czy obyczajową, co nie oznacza zgodności z ich poglądami.” Ale czy teksty napisane przez panów Stasińskiego i <wstaw Wojciecha z GW>, na pewno wyróżniały się brakiem szacunku dla opisywanych? I czy były tak ostre, by ich autorów napiętnować na wieki i by uczyć o ich „przestępstwach” na studiach dziennikarskich?

Jak SDP studentów uczył…

I w końcu – czy SDP jest odpowiednią instytucją by takie antynagrody przyznawać? Z tą nauką „przestępstw” na studiach dziennikarskich ani trochę nie żartuję. Na zajęciach uczy się o Hienach oraz wymienia laureatów, by pokazać studentom kim nie powinni być. To chyba jedno z największych poniżeń dla dziennikarza, może nawet ogólnie, dla człowieka. Gdy wszyscy uczą się o jego porażkach, gdy jego nazwisko związane jest tylko z piętnowanym błędem, gdy na zawsze będzie mu przypisana łatka kogoś, kto jest na samym dnie jeśli chodzi o etykę i fach dziennikarski. To nie jest coś, co można dać ot tak, dla zabawy, aby się „pośmiać z debila”. SDP musi to zrozumieć.

Poza zrozumieniem tego, że takie antynagrody powinny być przyznawane za naprawdę rażące i mające negatywny wpływ na rzeczywistość wydarzenia, które przyniosły jakiś groźny dla społeczeństwa skutek, a nie jako coroczna wystawa klaunów do upokarzania, przydałoby się jeszcze aby SDP trzymało się swojego Kodeksu Etyki Dziennikarskiej. O której również uczą się studenci.

Mamy godzinę… nim skończę pisać te wypociny, pewnie będzie dwudziesta trzecia. Tekst na stronie SDP o „złym Czuchnowskim” pokazał się po godzinie dziewiętnastej. Ale media już od samego rana bzyczą i ćwierkają z oburzenia, ukazując błąd jaki popełniła kapituła. I co? I nico. Na stronie dalej wisi ta sama informacja, nie widzę żadnego sprostowania… jak to się ma do czwartego punktu Kodeksu Etyki Dziennikarskiej SDP: „4. Błędy i pomyłki wymagają jak najszybszego sprostowania, nawet jeśli nie były zawinione przez autora lub redakcję i bez względu na to, czy ktokolwiek wystąpi o sprostowanie.”? Kto jeszcze musi napisać o tej wtopie, by któryś z redaktorów w końcu przysiadł na zadku przed komputerem, zadzwonił do „Zbycha” czy innego „Zdzicha” i wyjaśnił sprawę opinii publicznej?

Rzut kupą do celu

Już nie chce mi się przypominać (ale to zrobię) jak prezes SDP, Krzysztof Skowroński, poprowadził konferencję PiS, co jest rażącym złamaniem dwudziestego pierwszego punktu Kodeksu: „Angażowanie się dziennikarzy w bezpośrednią działalność polityczną i partyjną jest również przejawem konfliktu interesów i należy wykluczyć podejmowanie takich zajęć oraz pełnienie funkcji w administracji publicznej i w organizacjach politycznych.” SDP zresztą od dawna jest kojarzone z tym ruchem politycznym i uznawane za stronnicze, skrzywione w prawą stronę. Dzisiejsza afera z Hieną Roku została odebrana przez wielu internautów za kolejny dowód na to, że stowarzyszenie nie przebiera w środkach i nawet nie przejmuje się za bardzo w jaki sposób obrzuci Gazetę Wyborczą kupą – byleby się coś przykleiło i śmierdziało.

SDP przyznaje upokarzające antynagrody dla „hien”, samemu reprezentując stronniczość, brak profesjonalizmu oraz pogardę wobec tworzonych przez siebie zasad etycznych.

W uzasadnieniu przyznania „Hieny Roku”, napisano, że teksty Stasińskiego i <???> prowadziły do „obniżania w społecznym odbiorze wiarygodności naszego zawodu oraz utrwalania podziałów w środowisku dziennikarskim”. Czyż to nie jest piękny przykład hipokryzji? Jak sądzicie, co bardziej zaszkodzi środowisku dziennikarskiemu w Polsce? Te teksty o których nikt już nie pamięta, czy wtopa omawiana szeroko w mediach i będąca prawdziwym symbolem upadku polskiej sceny dziennikarskiej? Od przyszłego roku młodzi adepci sztuki, na studiach będą mogli się dowiedzieć jak to SDP popisało się brakiem profesjonalizmu. To wielkie stowarzyszenie, istniejące od dziesiątków lat i reprezentujące interesy tysięcy dziennikarzy, nie potrafiło nawet wpisać „w kwadracik” odpowiedniego nazwiska. Brawo.

Jestem ciekaw – czy po tej wtopie z SDP odejdzie część dziennikarzy? Mam nadzieję, że tak. Do wczoraj to stowarzyszenie pokazywało palcem kto jest hieną i gnidą. Dziś to media i czytelnicy pokazują SDP palcem, mówiąc: „hieny”, „gnidy” i „hipokryci”.

Profesor Hartman ma rację. O kazirodztwie MOŻNA i powinno się dyskutować.

No to mamy święte oburzenie. Profesor Hartman miał czelność na swoim blogu zastanawiać się, czy to nie dobry moment na rozpoczęcie dyskusji o zniesieniu kary za kazirodztwo. Został przeczołgany przez media, skopany przez własną uczelnię, a na koniec wyrzucony z Twojego Ruchu (którego członkowie zresztą i tak uciekają z partii aż się za nimi kurzy).

Za co? Za to, że chciał dyskutować, tak jak to się robi w cywilizowanych krajach. Zamiast argumentów doczekał się jednak tylko udawanego szoku i populistycznego linczu. Bo jak to, rozmawiać o kazirodztwie? Jak tak można? „Kazirodztwo” to prawie jak przekleństwo. Moralnie zakazanym jest w ogóle wypowiadanie tego słowa!

Niestety, wcześniej czy później, tak czy siak, czeka nas dyskusja na ten temat. Czemu? Bo motyw kazirodztwa coraz częściej pojawia się w przestrzeni publicznej. Mamy go w popularnej serii „Gra o Tron”. Jest w naprawdę wielu anime i visual novel, które cieszą się coraz pierwszą popularnością w Polsce. Pojawia się w serialach paradokumentalnych, w stylu „Dlaczego ja?” i „Trudne sprawy”. Według statystyk Google Trends, ilość wyszukiwań hasła „incest porn” (porno kazirodztwo) rośnie. Oczywiście na stronach pornograficznych możemy znaleźć całą masę tego typu filmów czy opowiadań. Na stronie RedTube, w tym miesiącu, najlepiej ocenianym filmikiem jest „I Love My Sister’s Big Tits”, zapewne o niezbyt skomplikowanej fabule. Na polskich portalach z opowiadaniami erotycznymi najwięcej wyświetleń mają historie o siostrach, braciszkach i ciotkach. To są fakty. Niemiecka Rada Etyki, w której zasiadają lekarze, etycy i prawnicy, zbadała sprawę i w 90-stronicowym dokumencie przedstawiła rządowi dlaczego kazirodztwo nie powinno być karane i jak zwalczać jego negatywne skutki (!). Tutaj macie państwo cały dokument, jeśli ktoś będzie zainteresowany mogę przetłumaczyć parę fragmentów, napiszcie tylko w komentarzach.

Niby-argument: „to wyruchaj swojego brata”

Właśnie tę informację komentował profesor Hartman, mówiąc, że należy rozpocząć dyskusję o zniesieniu kar za kazirodztwo. W Niemczech, grozi za nie do trzech lat więzienia, u nas, do pięciu. Przez pięć lat przeciętny młody człowiek może zrobić studia licencjackie i magisterskie.

Niemiecka instytucja uznała rzecz oczywistą – że dwoje dorosłych ludzi w pełni władz umysłowych i za obopólną zgodą, może uprawiać seks, co w Polsce jest oczywiście nie do pomyślenia, bo tutaj sprawy łóżkowe obcych ludzi muszą być ocenione przez rzeszę internetowych „specjalistów”. Co najgorsze, oceniane są w perspektywie własnej, że skoro ja czegoś nie robię, to inni też nie mogą, a pierwszym argumentem przeciw jest „skoro jesteś za, to pewnie ruchasz matkę/pukasz siostrę”. Ostatnio takim intelektualnym pasztetem strzelił szef pewnego browaru, który zasugerował znanemu bokserowi by ten, za przeproszeniem, possał chuja matce, skoro jest zwolennikiem równych praw dla homoseksualistów. Taki typowy przykład „logiki” z polskiego piekiełka. Są ludzie, którzy nie potrafią sobie wyobrazić, że ktoś może szanować wolę innych dorosłych osób, decydujących o swoim życiu prywatnym. Są ludzie, którzy nie potrafią sobie wyobrazić, że ktoś myśli inaczej od nich, a przy tym nikogo nie krzywdzi.

Po pierwsze: wady genetyczne

To oczywiście najgłupszy argument, który pojawia się w dyskusjach (poza wyzwiskami i takimi tam). Mamy też dwa inne, bardzo często przywoływane. Pierwszym z nich jest podwyższona szansa na potomstwo z wadami genetycznymi. Przytoczę parę kontrargumentów, które możecie odnaleźć również w dokumencie Niemieckiej Rady Etyki:

-Argumenty dotyczące przekazywania wadliwych genów nie mają znaczenia, gdy przez użycie środków antykoncepcyjnych lub z powodów naturalnych zajście w ciążę jest wykluczone. W związku z tym, całkowite zabronienie takich kontaktów w świetle argumentu jest bezsensowne.

-Nie możemy zakazywać seksu osobom, które mają genetyczne skazy (nie wpływające na ich pełnię władz umysłowych) lub nie mają oczekiwanych przez Państwo cech.

-Obywatele mają pełne prawo do prokreacji i decydowaniu o tym czy spłodzą potomstwo czy nie, nawet jeżeli są świadomi, że może być obciążone genetycznie. To do nich należy decyzja.

Te kontrargumenty są moim zdaniem sensowne. Możemy zabronić milionom ludzi uprawiać seks z powodu ich wad genetycznych albo warunków materialnych, ale tego nie robimy, bo przyjmujemy zasadę, że w gestii rodziców pozostaje to czy dziecko w ogóle zaistnieje, czy nie. Nie znamy przyszłości, nie wiemy czy dziecko będzie upośledzone, nawet jeżeli w pewnych sytuacjach jest na to większa szansa (pomijam fakt, że u zupełnie zdrowych par też zdarzają się takie sytuacje). Dziecko jest zamknięte w „kocim pudełku”, dopóki go nie otworzymy.

Po drugie: wykorzystywanie w rodzinie

To był pierwszy argument przeciwników kazirodztwa. Drugim jest: możliwość wykorzystywania członków rodziny, wymuszania na nich seksu i hodowania w celach seksualnych. Kwestia wykorzystywania nieletnich jest tutaj bez znaczenia, bo taki czyn i tak podpada pod pedofilię, więc, teoretycznie, tak czy siak, sprawca zostanie ukarany. Dlatego ten wątek kompletnie zostawiamy. Mamy na to paragrafy.

Chodzi tutaj o zjawisko „groomingu” (dziękuję Marlowowi, który podrzucił mi tę nazwę), a konkretniej o jego aspekt – wychowywanie dziecka/przymuszanie rodzeństwa tak, by można je było potem wykorzystać seksualnie i kształtowanie w tym celu jego psychiki. Według niemieckiego raportu jednak, takie sytuacje wśród dorosłych osób praktykujących kazirodztwo występują tak często jak u par niespokrewnionych ze sobą. „Seks w zamian za coś”, „wymuszanie seksu przez opiekuna” i inne formy oddziaływania przymusowego na psychikę osoby dorosłej, tak jak seks z nieletnimi, są również karalne. Obecne prawo ma narzędzia by przeciwdziałać takim nadużyciom. Trzeba je po prostu umieć egzekwować.

Zakaz kazirodztwa nie uderza w osoby dopuszczające się danego przestępstwa. Uderza w ogół osób, które pozostają w relacji seksualnej ze swoimi krewnymi/rodziną, nawet jeżeli te relacje nie noszą znamion krzywdzenia czy wykorzystywania. Nie możemy zamknąć oczu i powtarzać w kółko: „jak brat z siostrą to zawsze gwałt, jak brat z siostrą to zawsze gwałt”, bo tak nie jest. Musimy karać przestępstwo – czyli wykorzystywanie, a nie ogół czynności mogących być z nim związanych. To trochę tak jakby zakazywać seksu, bo może dojść do gwałtu. Fakt, że siostra może się zakochać w bracie lub córka w ojcu mnie wcale nie dziwi. Wychodzę z założenia, że miłość między dwiema dorosłymi osobami w pełni władz umysłowych i za obopólną zgodą może się pojawić zawsze i musi zostać uszanowana. Kiedyś, niebywałym wydawało się, że dwie osoby z różnych warstw społecznych mogą się kochać. Bo jak to, szlachcic się zakochuje w wieśniaczce? To niemożliwe! A jednak.


Warto dyskutować

Możecie się państwo nie zgadzać z tym co piszę – ba, wręcz spodziewam się, że większość czytelników kręci właśnie nosem na ten tekst. Czekam oczywiście na kontrargumenty do tego co napisałem, możemy dyskutować. WŁAŚNIE. Możemy dyskutować. Możemy? Oczywiście! Wyłożyłem swoje racje, uważam je za sensowne. Nie czekam na święte oburzenie, gdy tylko usłyszy się o kontrowersji, czekam na słowa. Mam w nosie tabu. Zakaz czytania, pisania i myślenia o czymś nie ma prawa istnieć we współczesnym świecie.

Kompletnie nie rozumiem tego oburzenia na profesora Hartmana, który chciał, komentując to co się wydarzyło w Niemczech, po prostu porozmawiać i wymienić argumenty. Skończyło się na linczu – medialnym, naukowym, partyjnym. Mimo że ci, którzy nie chcieli dyskutować albo uważali dyskusję na ten temat za daremną, wcale nie musieli tego przecież robić.

Czy dyskusja bez wyzwisk, złośliwości i świętego oburzenia przestanie być w Polsce tabu?

Uwaga! ANKIETA: Czy kazirodztwo wśród dorosłych osób powinno być karalne?

Edukacja seksualna – po co uczyć dzieci, skoro one już wszystko wiedzą?

Dzisiaj, w programie satyrycznym „Tomasz Lis na żywo” rozmawiali fachowcy od spraw seksu wyspecjalizowani w pierdoleniu, czyli politycy. Wybitny autorytet od spraw masturbacji, Mariusz Dzierżawski, mówił, że edukacja seksualna to wpychanie dzieci w ręce pedofilów. Wtórowała mu żelazna dziewica, Marzena Wróbel, która jest pewna, że dzieci do 13 roku życia w ogóle nie interesują się seksem.

Jakiś czas temu, odrzucono poselski projekt ustawy przewidujący wprowadzenie „wiedzy o seksualności człowieka” jako obowiązkowego przedmiotu w szkołach. Obywatelski projekt by każdego kto informuje osobę poniżej 15 roku życia o tym, że siusiaczek i pipusia służą do robienia dzieci, zamykać w więzieniu też nie przeszedł. Posłowie i posłanki urządzają zbiorową orgię, debatując nad tym czy szczeniaki mają wiedzieć co to znaczy „penis”, „seks” i „masturbacja”, czy nie.

A ja sobie wspominam jak to było z wiedzą moją i moich znajomych. Oczywiście, nim skończyła się podstawówka, wiedzieliśmy już WSZYSTKO. Jeden kolega ukazywał swoją rozległą wiedzę za każdym razem gdy zobaczył coś białego. Nie ważne, czy była to ściana, rozlane mleko czy czyjeś buty, gdy tylko ujrzał białą rzecz wołał: „sperma, sperma!”. Na podwórku, po tym jak docieplano bloki, walały się żółte „spermentynki”, czyli resztki materiału termoizolacyjnego.

W pierwszej klasie podstawówki, za namową kolegi, narysowałem wspaniały komiks „Oczko na planecie Huj”, gdzie tytułowy Oczko walczył z Cycolami. Niestety, opiekunka świetlicy znalazła arcydzieło w kuble na śmieci, i chociaż to kolega dyktował mi co mam rysować (był w moim wieku), to na mnie spadł cały opieprz i to moi rodzice zostali wezwani. Życie jest niesprawiedliwe.

Kiedyś, też w podstawówce, jeden kolega upadł na drugiego. Znaleźli się w pozycji, od której posłanka Marzena Wróbel dostałaby hemoroidów, ułożeni na sobie niczym gejowscy kochankowie. Przez cały dzień musieli znosić dogadywania, że mają teraz HIV. Pewnie byli tym tak samo urażeni, jak mała dziewczynka, którą widziałem jakiś czas temu pod sklepem. Kolega, zarzucił jej, że ma owłosioną cipę, a ta, biedna, nie wiedziała jak wybrnąć z takiego skandalicznego oskarżenia.

W podstawówce, może nawet wcześniej, w zerówce, prawdziwym tryumfem było znalezienie resztek porno magazynu. Gdy takowy trafił w ręce niewinnych dzieciaków, przez resztę dnia był obiektem zainteresowania połowy podwórka. Nieco mniej zabawnie było, gdy odnaleziono zużytą prezerwatywę. Nadziana na kij stanowiła przepotężną broń biologiczną od której wszyscy uciekali. Z kondomów robiło się też pukawki. Były wytrzymalsze od balonów i lepiej się z nich strzelało owocami jarzębiny.

Tak czy siak, do szóstej klasy podstawówki znaczna większość z chłopaków wiedziała już, że ma coś takiego jak penis. Mogę nawet podejrzewać, że wiedziała do czego służy, bo pojawiały się pytania w stylu „miałeś wytrysk?”. Pojęcia takie jak „walenie konia”, „pizda”, „chuj”, „pedał” i „dziwka” były znane wszystkim (chociaż muszę przyznać, że rzadko ich używano, tylko w sytuacjach konfliktowych). Prawdziwym hitem, szczególnie na wydziale szpitalnym w którym się znajdowałem jako dzieciak, były nagrania grupy Huta 99. Historie o głodnym Kopciu, który „wyważa drzwi kutasem” i któremu „chuj krwawi” po tym jak stara grzybiara ucięła go nożykiem, wzbudzały wybuchy nieopanowanej radości.

Miały też miejsce początki „sztuki fallicznej”, czyli rysowania wszędzie penisów w ramach objawiania swego niebywałego poczucia humoru i artystycznego ducha.

Piszę cały czas o podstawówce. Końcówka XX wieku, początek XXI. Teraz, wszyscy mają dostęp do internetu. Wtedy, tylko garstka dzieciaków cieszyła się z sieci i wpisywania w przeglądarkę hasła „www.bikini.pl”, a opcja „przeglądaj incognito” nie istniała. Moi rodzice nigdy nie wprowadzali mnie w tematy seksualne, ani nie przeklinali przy mnie. Szkoła w której się uczyłem nie była patologiczna, to była normalna placówka edukacyjna, takich jakich tysiące w naszym pięknym, katolickim kraju. Na podwórku byli młodzi gangsterzy, ale raczej trzymali się z dala od dzieciaków.

O gimnazjum nie będę wspominał, bo wątpię, by nawet Mariusz Dzierżawski i Marzena Wróbel łudzili się, że są tam osoby nieuświadomione. Tam jednak pojawił się dziwaczny twór, nazywający się „wychowanie do życia w rodzinie”. Wszyscy liczyli na to, że będzie coś o seksie. Zamiast tego, było nudne gadanie o odpowiedzialności, więziach, miłości, a nawet jakieś socjologiczne schematy. Boże, kogo to obchodzi. Na dwóch zajęciach mówiono o tym jak się zabezpieczać i że AIDS i HIV są złe i w ogóle. Poza tym – nic, czyli to samo co mieliśmy na religii.

Nie wiem czy jest sens wprowadzać nowy przedmiot w szkole, gdy można po prostu rozszerzyć stary (bo życie w rodzinie to też seks – bardzo źle jeżeli z własnym dzieckiem, dobrze jeżeli z żoną, jeszcze lepiej gdy w związku poligamicznym). Nie wiem czy jest sens blokować nauczanie tego czym jest masturbacja i jak penis wchodzi w waginę, kiedy przeciętny piętnastolatek mógłby nauczyć posłankę Marzenę Wróbel czym jest „fisting” i „na hiszpana” (w teorii, nie w praktyce).

Przede wszystkim jednak nie wiem czy jest sens, by osoby wybrane do decydowania o losach Polski, stawały się „specjalistami od pierdolenia” i pierdoliły głupie głupoty i smutne smuty, o tym czy przypadkiem jakiś pedofil nie bzyknie czternastolatka jak ten będzie/nie będzie wiedział czym jest masturbacja.

Dzieciństwo i tak będzie niewinne, pełne pięknych wspomnień, dobrej zabawy i wszystkiego co wiąże się z okresem dojrzewania. Nawet, jeżeli dziecko będzie wiedziało, że „chuj wchodzi w pizdę”.

UWAGA! ANKIETA: Czy w podstawówce wiedziałeś/aś, że masz penisa/pochwę i do czego to cudo służy?

„Abonament jest haraczem” Donald Tusk, 2008. Minęło sześć lat. KRRiT wprowadza nowy haracz.

„Mamy zbyt wiele informacji na temat nieracjonalnego wydawania pieniędzy publicznych, pieniędzy podatnika, jeśli chodzi o media publiczne. Zakładamy, że nie wynika to ze złej woli, tylko ze złego systemu. Uważamy także, że abonament jest archaicznym sposobem finansowania, także dlatego, że bardzo niewygodnym z punktu widzenia zwykłego obywatela (…) Nie do zaakceptowania jest też sytuacja, w której we wnętrzu telewizja publiczna przypomina komercyjną m.in. ze względu na bardzo wysokie wynagrodzenia dla gwiazd ekranu, a na zewnątrz staje się publiczna tylko z tego tytułu, że ściąga haracz publiczny z ludzi.” Donald Tusk, 2008

Niemal sześć lat temu, premier Donald Tusk dał ludziom nadzieję na normalność. Abonament radiowo-telewizyjny w obecnej formie rzeczywiście jest haraczem, bo płacimy za sam dostęp do usługi, nawet z niej nie korzystając. Ot, płacąc za „możliwość”. Takie rozwiązanie miało może sens wiele lat temu (nie, tak naprawdę nie miało, próbuję być miły), lecz obecnie, gdy mamy rozwinięte media prywatne, a komputery/komórki/inne wynalazki pełnią rolę telewizji i radia naraz, jest ono po prostu głupie.

Misja telewizji publicznej? Czy ktoś w to jeszcze wierzy? Wystarczy przecież przejrzeć program. „Rolnik szuka żony”, to dopiero hit. I cudowna publicystyka z „Tomaszem Lisem na żywo”. Dobranocka dla dzieciaków zdjęta. Wcześniej głupie programy taneczne/muzyczne. A ostatnio TVP strzeliło sobie w stopę, wypinając się na kibiców siatkówki. Mogę się założyć, że wynagrodzenia dla gwiazd ekranu są niemałe. Oczywiście, tylko celebryci cieszą się dużymi wypłatami. Spora część pracowników strajkuje, a do opinii publicznej przedostają się informacje o podejrzanych machlojkach i podejrzeniach o korupcję (czego przykładem jest tekst Bożeny Dunat „Ssaki telewizyjne”, NIE, nr 20 (1234).

Minęło sześć lat od pamiętnych słów Donalda Tuska. Sześć lat, które miało przynieść zmiany. I co? I gówno. Wiadomości z ostatnich dni:

„KRRiT chce pobierać abonament od firm nawet przy braku odbiorników radiowych czy TV”

„KRRiT zalana wnioskami o umorzenie abonamentu. 61 dodatkowych etatów, żeby na nie odpowiedzieć”

Czyli nowy haracz i wyciąganie rąk po jeszcze więcej kasy. Takie samo bagno jak było, kto wie, może nawet jest jeszcze gorzej niż wcześniej (czy to w ogóle możliwe?). Podczas gdy rada KRRiT zastanawia się jak wyszarpnąć jeszcze więcej pieniędzy z kieszeni podatników, podatnicy rozmyślają jak dać do zrozumienia KRRiT, że mają ją w dupie i że nie chcą wspierać tak spaczonej, zdeformowanej instytucji. Jeszcze gdyby to było dobrowolne. Ale zmuszanie każdego kto ma nadajnik do opłaty jest niczym innym jak haraczem. Definicja haraczu ze słownika: „wymuszona, wygórowana, bezprawnie ściągana przez kogoś opłata za coś; okup”. Pasuje, prawda?

Inna sprawa, że Polacy mają o tyle dobrze, że pracownicy ściągający abonament radiowo-telewizyjny są nieudolni i ściągalność wynosi tylko 35% (podczas gdy w Wielkiej Brytanii i Niemczech mamy do czynienia z 90%). Jesteśmy pod tym względem na ostatnim miejscu w Europie. Nie ma się co dziwić. 73% Polaków jest za zniesieniem „archaicznego sposobu finansowania”. A jak ktoś nie chce płacić, to nie będzie tego robił. I słusznie, bo czemu by miał to robić?

Co zamiast tego? Na początek – wliczenie abonamentu w kablówkę i platformy satelitarne. Potem mocno promowane konsultacje społeczne w celu określenia ramówki. Jednak najważniejsze jest odbudowanie zaufania podatników do telewizji publicznej. Według wyników badania European Trusted Brands 2013, TVP jest na trzecim miejscu, daleko za TVNem i Polsatem, jeśli chodzi o zaufanie do marki. Po ostatnich aktach chciwości kosztem podatnika i wpadkach, będzie trzeba odbudować bardzo dużo.

Bo z czasem będzie spadać oglądalność telewizji, a gdy KRRiT zechce narzucić podatek każdemu kto ma dostęp do internetu (a wcześniej czy później tak się stanie, telewizja i prasa przenoszą się powoli do sieci), to będziemy mieli powtórkę z akcji przeciwko ACTA. Jedynym co może uratować nadawcę publicznego jest wyrobienie sobie dobrej marki, do której widzowie mają sentyment. Szczególnie w sytuacji, gdy w skali roku następuje spadek oglądalności o 28%.

UWAGA! Ankieta: Czy uważasz programy TVP za dobre, spełniające misję i warte płacenia abonamentu?

Polski kult śmierci, cierpienia i sadyzmu

Obejrzałem wczoraj film „Dom w głębi lasu”. Horror komediowy, raczej nie najwyższych lotów, ale całkiem przyjemny. Pojawiła się tam pewna nieumarła rodzina – Bucknerowie. Czcili oni ból i śmierć, poniekąd przymuszeni przez ojca, który gdy zabijał innych miał „mężowskie wybrzuszenie”. Ogólnie, cała fabuła filmu związana jest z wystawianiem innych na cierpienie w imię „wyższego dobra”, a „ci źli” oddają cześć boskim istotom, właśnie przez zadawanie bólu.

Nawet takie mizerne, weekendowe kino z niskimi ocenami na filmwebie może skłonić do jakichś refleksji. Mam wrażenie, że żyjemy w kraju, gdzie panuje podobny kult katuszy i tortur. Co prawda nikt nie pochwala otwarcie zadawania bólu (chociaż wiara w to, że mordowanie innych na wojnie przyniesie wyzwolenie kotłuje się w narodzie) własnymi rękoma. Ale cierpienie na własny rachunek lub przymus by inni cierpieli, jest jak najbardziej w porządku. Matka, powinna urodzić zdeformowane, bezgłowe dziecko w imię „moralności”, nie bacząc na traumy oraz własne postanowienia. Ludzie muszą umierać za kraj, bo tak wypada, tak jest patriotycznie. Powstania, które doprowadziły do wymordowania tysięcy niewinnych ludzi, są świętowane przez najwyższe władze państwowe. A największą religią w państwie jest ta, która oddaje cześć facetowi, który dał się zabić i cierpiał za grzechy innych.

Według wielu ból nie jest czymś złym. Ból uszlachetnia. Warto czasem pocierpieć w imię czegoś. Nieważne czego – religii, ojczyzny, orientacji seksualnej, poglądów…

Poniekąd jest to zrozumiałe, bo nic nie poradzimy na ból. Każdy z nas ma w życiu takie momenty, że zwija się z cierpienia – psychicznego lub fizycznego. To jakaś próba ucieczki od tego ogromu udręki. Ludzie próbują nadać mu sens, o czym zresztą mówił dzisiaj w Poranku Radia TOK FM, rzecznik kurii warszawsko-praskiej Mateusz Dzieduszycki:

„To nie chodzi o to, żeby powiedzieć, że cierpienie jest czymś dobrym. Nie, jest czymś złym. Ale jeżeli ono nas spotka, rzeczą centralną w naszej religii jest to, że ono ma sens. Może być włączone w cierpienie Chrystusa, który umarł za nas na krzyżu. Jeśli ksiądz wskazuje na to, że cierpienie nie ma sensu, to albo czegoś nie rozumie, albo padły dwa słowa za dużo.”

Z jednej strony mówi, „tak, tak, cierpienie jest fe i nie jest dobre”, ale z drugiej „hej, ale ma sens! Nie cierpicie na marne!”. To usprawiedliwianie bólu. Próba nadania czemuś nieuniknionemu charakteru czegoś moralnie wielkiego, czegoś wspaniałego, ważnego, cennego. Jest to całkowicie sprzeczne z ludzką naturą i ogólnie z naturą istot żywych. Chcemy żyć. To tak naprawdę nasz cel – żyć. Korwin-Mikke w swojej pamiętnej rozmowie z „towarzyszem rurkowcem” powiedział: „Ludzie mają swoje cele, swoje ambicje, swoje ideały i za to walczą i umierają, a pan chce tylko żyć”. Ale jak realizować te cele i ambicje gdy jesteśmy martwi? Kto przeniesie dalej nasz głos? Gdyby wszyscy ginęli i umierali za to, co uważają za słuszne, to nie byłoby nikogo, kto doceniłby te ideały i komu by służyły.

Skąd pomysł, że mając do wyboru życie w imię ideałów i śmierć w imię ideałów, powinniśmy wybrać to drugie? To oczywiście mniej kłopotliwa droga – szybki strzał w głowę lub kilkudniowe tortury, po czym odpoczynek, które są uwolnieniem od katuszy. Ciężka praca, dyskutowanie, promowanie własnej wizji, przekonywanie ludzi przez dziesiątki lat – to o wiele trudniejsze. No i trzeba żyć przy tym.

Wiedząc, że wszyscy cierpimy na ten, czy inny sposób, nie powinniśmy się z tym godzić. Mówienie, że „cierpienie jako takie ma sens” nie jest rozsądne. To objaw masochizmu, a niestety, często i sadyzmu. Nasze pojedyncze czyny, motywowane jakimś zyskiem lub ochroną tego co mamy mogą być wytłumaczalne. Ale samo oddawanie czci cierpieniu, nadawanie mu „wyższego sensu” czy tworzenie kultów, których centralnym elementem jest ból, wydaje mi się nieco makabryczne.

Piszę o tym nie dlatego by potępić jakoś pojedyncze akty „poświęcenia”. Sami decydujemy o tym co czynimy (inna sprawa, że ma to wpływ też na innych ludzi, co udowodniło Powstanie Warszawskie). Poza tym masochizmem jednak, w przestrzeni publicznej jest też sporo sadyzmu, nie tak bezpośredniego jak ten Bucknerów z „Domu w głębi lasu”, ale opartego na tej samej zasadzie – ktoś ma cierpieć, w imię tego co ktoś inny chce i ktoś inny wyznaje. W imię tego by na spodniach „prowokatora” pojawiło się „mężowskie wybrzuszenie” spowodowane agonią drugiej osoby.

Osoby, które nie godzą się na katusze, są nazywane tchórzami, zdrajcami, pizdami, śmieciami lub, jak ostatnio błysnął pan Terlikowski, leszczami. To sztuka manipulacji. Generał George Patton mówił: „Celem wojny nie jest śmierć za ojczyznę, ale sprawienie, aby tamci skurwiele umierali za swoją”. Osoby, które uważają, że mają prawo mówić kiedy ktoś ma cierpieć i domagać się tego cierpienia, są tak zdeprawowane, że one nie chcą śmierci „tamtych skurwieli” a swoich „pobratymców”. Których zresztą w głębi serca mają za nic nie warte śmieci, skoro bez mrugnięcia okiem namawiają ich do cierpienia. Kto nie jest z nami, ten jest przeciw nam. Gdyby torturowany całymi dniami i nocami był ktoś obcy, biliby brawo. Gdyby to była córka takiego „mędrka”, ten rwałby włosy z głowy. I to poniekąd wskazuje, na jego człowieczeństwo, które tak stara się odtrącać przez brak empatii.

Dlatego apeluję – nie cierpcie na siłę. Starajcie się unikać bólu, nawet jeśli jest nieunikniony. Trzymajcie się od niego jak najdalej, a gdy już musicie przechodzić przez katusze, nie dorabiajcie sobie do tego pięknej ideologii, bo sprawi to, że będziecie chcieli przekonać do niej innych. I zmusić ich do takiego samego cierpienia. Od osób które was obrażają lub nazywają tchórzami, gdy nie chcecie umierać za ich ideały, trzymajcie się z dala. To sadyści, różniący się od nieumarłych Bucknerów tylko tym, że sami nie trzymają noży, a wciskają wam je w dłonie, szepcząc: „umrzyj za x”.

Samemu często tylko stojąc z boku lub znając historie o „poświęceniach” z książek lub od innych ludzi.