Monika Olejnik – szefowa budy z niestrawnym kebabem

Awantura u Olejnik”, „Olejnik znowu puściły nerwy”, „Olejnik bezlitosna”, „Olejnik wyszła ze studia”, „Olejnik rzuca długopisem w gościa”. Czasami oglądając lub słuchając programów Moniki Olejnik mam wrażenie, że po drugiej stronie odbiornika nie stoi profesjonalny dziennikarz, a niezrównoważona, zajadła… kucharka.

Nikt nie może zaprzeczyć, że Monika Olejnik jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci krajowych mediów. Na swoim koncie ma dziesiątki programów i nagród, a w 2000 roku dostała Krzyż Kawalerski Odrodzenia Polski. Nazywa się ją nawet „pierwszą damą polskiego dziennikarstwa”. Dlatego, ze względu na jej ogromne doświadczenie medialne, wolałbym aby materiały które tworzy były dobrze i profesjonalnie zrealizowane. Informacja to towar, ja jestem konsumentem. Gdybym chciał zjeść śmierdzącego, informacyjnego kebaba ze szczura, poszedłbym do zapleśniałej, rozpadającej się budy. Jednak w lokalu firmowanym nazwiskiem znanej dziennikarki oczekuję dobrego, zdrowego posiłku, a nie śmieci.

Stawianie przeciwko sobie dwóch politykierów o kontrastujących poglądach i obserwowanie jak się tłuką, nie jest właściwym sposobem przyrządzania opiniotwórczej strawy. Dobrane do dania składniki w postaci tychże awanturników są ciężkostrawne. Niczym śmieciowe jedzenie, nie dostarczą organizmowi składników odżywczych, ani nie zaspokoją głodu.

Ostatnio wielu dziennikarzy przygotowuje nam takie niestrawne posiłki. Dlaczego? Bo to łatwiejsze. O wiele prościej jest wrzucić do bułki zdechłego gołębia, spleśniałe pomidory i starą kapustę, niż zatroszczyć się o zaopatrzenie lokalu w porządne, dobrej jakości składniki. Ktoś mógłby powiedzieć: „skoro goście żrą i nie marudzą, to w czym problem?”. W tym, że wcześniej czy później klienci będą mieli problemy z żołądkiem. A gdy zaczną masowo odwiedzać toaletę w dziennikarskiej „restauracji”, to, niestety, także „kucharze” poczują odór swoich odstręczających, na wpół przetrawionych dań.

A może nie poczują? Może są już przyzwyczajeni do tego zapachu?

Monika Olejnik jest wyjątkowa pośród zgrai innych kuchcików. Bo nie dość, że serwuje nam w bułce ciężkostrawną papkę z zepsutych składników, to jeszcze nie daje nam zjeść w spokoju tego co sama przyrządziła. Wskakuje na stół, wsadza ozdobione biżuterią paluchy w nasze jedzenie i rozrzuca je po podłodze krzycząc, że jest niedobre i niesmaczne, że pomidor bezczelnie spleśniał, a stare mięso na złość się zepsuło. Obrażona na składniki wydyma policzki, krzyczy, tupie nóżką.

A klient siedzi z otwartymi ustami, patrząc na kucharkę jak na osobę niepoczytalną, i milczy. Co innego ma zrobić? Upomnieć przecież nie wypada, bo to znana na całą Polskę szefowa kuchni. Pozostaje chyba tylko wstać i wyjść z restauracji.

Ale co potem? Wokół same budy podobne do tej, którą prowadzi Monika Olejnik. Naprawdę dobre restauracje są poukrywane w mrocznych, ślepych uliczkach i szybko znikają – nie mają zbyt wielu gości, a szefowie kuchni często się zniechęcają. W końcu tanie knajpy ze śmiecio-żarciem cieszą się większą popularnością. Czemu by nie poprowadzić swojego lokalu w taki sam sposób?

Mamy wolny rynek. Dziennikarze mogą robić dania z tanich, śmierdzących składników a klienci łykać to żarcie. Ich wola. Ich prawo. Jednak gdy gości knajpy w końcu „przyciśnie” i dostaną masowego rozwolnienia, to kucharze będą odpowiedzialni za ich katusze. Nikt inny. Wtedy klienci nie będą słuchali tłumaczeń w stylu: „przecież jedliście z własnej woli! Przecież smakowało! Gdybyście skończyli szkołę gastronomiczną to byście wiedzieli co dostajecie!”. Trucizna, którą byli karmieni, przeniesie się na wszystkich, niczym choroba.

Dotknie to każdego – a w najgorszym, absolutnie najczarniejszym scenariuszu – doprowadzi do zagłady osiedla na którym sprzedawano śmierdzące, stare kebaby wypchane brudem, spiłowanymi żebrami świń oraz lekami psychotropowymi.

Monikę Olejnik oburzyła sugestia, że może być przyjaciółką Jerzego Urbana. Jednak patrząc na jej (i innych znanych dziennikarzy) makiawelizm i brak refleksji nad rezultatami swojej kulinarnej działalności, mam wrażenie, że znany ze swego cynizmu redaktor naczelny tygodnika „NIE”, to przy niej altruistyczny, miłosierny anioł. W stroju biskupa, bo tak go ubrała inna szefowa kuchni.

Tekst można przeczytać również na:
http://wiadomosci.onet.pl/monika-olejnik-szefowa-budy-z-niestrawnym-kebabem/f50m35

Inny tekst w klimatach kulinarnych: „Spotkanie w restauracji – kto skorzystał na katastrofie smoleńskiej?”:
http://blogi.newsweek.pl/Tekst/spoleczenstwo/669962,spotkanie-w-restauracji—kto-skorzystal-na-katastrofie-smolenskiej.html

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich – samica alfa wśród Hien

W stadzie hien zazwyczaj rządzi samica alfa – największa, najagresywniejsza, najsprytniejsza i najsilniejsza. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich jest taką ułomną samicą alfa pośród dziennikarskich hien, która, co prawda nikim nie rządzi, nie jest najsilniejsza, a i sprytem się nie pochwali, ale biorąc pod uwagę symbolikę z jaką wiąże się postać „hieny”, możemy śmiało powiedzieć, że dumnie i godnie reprezentuje swój gatunek.

Na początek cytat ze strony Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich: „Co roku przy okazji nagród SDP przyznawany jest tytuł „Hieny Roku” dziennikarzowi, który wyróżnił się szczególną nierzetelnością i lekceważeniem zasad etyki dziennikarskiej.” Super. Wiemy już wszyscy za co jest przyznawana ta nagroda. W tym roku otrzymali ją Piotr Stasiński, zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” oraz Wojciech Czuchnowski, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, za, ponownie cytuję: „lekceważące i pozbawione empatii oraz zawodowej solidarności wypowiedzi na temat zatrzymania i aresztowania dziennikarzy”. Chodzi o sprawę zatrzymania dziennikarzy PAPu i TV Republika podczas protestu w warszawskiej siedzibie Państwowej Komisji Wyborczej.

Pojawił się jednak pewien problem. Otóż Wojciech Czuchnowski w swoich publikacjach bronił aresztowanych. Kapituła, co zresztą przyznał Cezary Gmyz… pomyliła nazwiska. Antynagroda miała zapewne trafić do Wojciecha Maziarskiego. To właśnie tekstem tego publicysty próbował bronić decyzji SDP Rafał Ziemkiewicz – gdyby ktoś nie kojarzył, to ten co kazał na twitterze spierdalać osobom łączącym się w bólu z redakcją Charlie Hebdo i ten co wyzywał papieża od idiotów, bo nie potrafił przeczytać ze zrozumieniem jego wypowiedzi.

Dziennikarze liżący się po tyłkach

Pomylenie nazwiska i oczernienie autora przez przyznanie mu antynagrody za coś czego nie uczynił to już wielka wtopa. Ale moim zdaniem, sam powód przyznania Hieny Roku jest głupkowaty. „Lekceważące i pozbawione empatii oraz zawodowej solidarności wypowiedzi na temat zatrzymania i aresztowania dziennikarzy”. Zawodowa solidarność to mit. Wielu z dziennikarzy prawicy miało w dupie solidarność gdy doszło do ataku na Charlie Hebdo (na przykład wspomniany łobuz Rafał Ziemkiewicz), wszyscy mają ją w dupie gdy Jerzy Urban jest sądzony za opublikowanie w tygodniku satyrycznym wizerunku „zdziwionego Jezusa”. Stanie w jednym rzędzie, nawet gdy nie zgadzamy się z czyimiś działaniami, jest oznaką konformizmu oraz głupoty. Po tyłkach mogą się lizać nawzajem psy, a nie profesjonalni dziennikarze. A publicyści powinni poszerzać horyzonty odbiorcy i pokazywać im drugą stronę medalu. Nawet, jeżeli wystawiają przy tym duży palec u nogi przez czerwoną granicę dobrego smaku.

Nie wiem też właściwie, który punkt Kodeksu Etyki Dziennikarskiej SDP łamie przytoczony powód otrzymania Hieny Roku. Jestem ślepy i nie widzę żadnego nakazu w stylu: „dziennikarze muszą wypowiadać się zgodnie z zawodową solidarnością”. No, może punkt dziesiąty by się nadał do „lekceważenia i braku empatii”: „10. Dziennikarz powinien okazywać szacunek osobom, bez względu na ich odmienność ideową, kulturową czy obyczajową, co nie oznacza zgodności z ich poglądami.” Ale czy teksty napisane przez panów Stasińskiego i <wstaw Wojciecha z GW>, na pewno wyróżniały się brakiem szacunku dla opisywanych? I czy były tak ostre, by ich autorów napiętnować na wieki i by uczyć o ich „przestępstwach” na studiach dziennikarskich?

Jak SDP studentów uczył…

I w końcu – czy SDP jest odpowiednią instytucją by takie antynagrody przyznawać? Z tą nauką „przestępstw” na studiach dziennikarskich ani trochę nie żartuję. Na zajęciach uczy się o Hienach oraz wymienia laureatów, by pokazać studentom kim nie powinni być. To chyba jedno z największych poniżeń dla dziennikarza, może nawet ogólnie, dla człowieka. Gdy wszyscy uczą się o jego porażkach, gdy jego nazwisko związane jest tylko z piętnowanym błędem, gdy na zawsze będzie mu przypisana łatka kogoś, kto jest na samym dnie jeśli chodzi o etykę i fach dziennikarski. To nie jest coś, co można dać ot tak, dla zabawy, aby się „pośmiać z debila”. SDP musi to zrozumieć.

Poza zrozumieniem tego, że takie antynagrody powinny być przyznawane za naprawdę rażące i mające negatywny wpływ na rzeczywistość wydarzenia, które przyniosły jakiś groźny dla społeczeństwa skutek, a nie jako coroczna wystawa klaunów do upokarzania, przydałoby się jeszcze aby SDP trzymało się swojego Kodeksu Etyki Dziennikarskiej. O której również uczą się studenci.

Mamy godzinę… nim skończę pisać te wypociny, pewnie będzie dwudziesta trzecia. Tekst na stronie SDP o „złym Czuchnowskim” pokazał się po godzinie dziewiętnastej. Ale media już od samego rana bzyczą i ćwierkają z oburzenia, ukazując błąd jaki popełniła kapituła. I co? I nico. Na stronie dalej wisi ta sama informacja, nie widzę żadnego sprostowania… jak to się ma do czwartego punktu Kodeksu Etyki Dziennikarskiej SDP: „4. Błędy i pomyłki wymagają jak najszybszego sprostowania, nawet jeśli nie były zawinione przez autora lub redakcję i bez względu na to, czy ktokolwiek wystąpi o sprostowanie.”? Kto jeszcze musi napisać o tej wtopie, by któryś z redaktorów w końcu przysiadł na zadku przed komputerem, zadzwonił do „Zbycha” czy innego „Zdzicha” i wyjaśnił sprawę opinii publicznej?

Rzut kupą do celu

Już nie chce mi się przypominać (ale to zrobię) jak prezes SDP, Krzysztof Skowroński, poprowadził konferencję PiS, co jest rażącym złamaniem dwudziestego pierwszego punktu Kodeksu: „Angażowanie się dziennikarzy w bezpośrednią działalność polityczną i partyjną jest również przejawem konfliktu interesów i należy wykluczyć podejmowanie takich zajęć oraz pełnienie funkcji w administracji publicznej i w organizacjach politycznych.” SDP zresztą od dawna jest kojarzone z tym ruchem politycznym i uznawane za stronnicze, skrzywione w prawą stronę. Dzisiejsza afera z Hieną Roku została odebrana przez wielu internautów za kolejny dowód na to, że stowarzyszenie nie przebiera w środkach i nawet nie przejmuje się za bardzo w jaki sposób obrzuci Gazetę Wyborczą kupą – byleby się coś przykleiło i śmierdziało.

SDP przyznaje upokarzające antynagrody dla „hien”, samemu reprezentując stronniczość, brak profesjonalizmu oraz pogardę wobec tworzonych przez siebie zasad etycznych.

W uzasadnieniu przyznania „Hieny Roku”, napisano, że teksty Stasińskiego i <???> prowadziły do „obniżania w społecznym odbiorze wiarygodności naszego zawodu oraz utrwalania podziałów w środowisku dziennikarskim”. Czyż to nie jest piękny przykład hipokryzji? Jak sądzicie, co bardziej zaszkodzi środowisku dziennikarskiemu w Polsce? Te teksty o których nikt już nie pamięta, czy wtopa omawiana szeroko w mediach i będąca prawdziwym symbolem upadku polskiej sceny dziennikarskiej? Od przyszłego roku młodzi adepci sztuki, na studiach będą mogli się dowiedzieć jak to SDP popisało się brakiem profesjonalizmu. To wielkie stowarzyszenie, istniejące od dziesiątków lat i reprezentujące interesy tysięcy dziennikarzy, nie potrafiło nawet wpisać „w kwadracik” odpowiedniego nazwiska. Brawo.

Jestem ciekaw – czy po tej wtopie z SDP odejdzie część dziennikarzy? Mam nadzieję, że tak. Do wczoraj to stowarzyszenie pokazywało palcem kto jest hieną i gnidą. Dziś to media i czytelnicy pokazują SDP palcem, mówiąc: „hieny”, „gnidy” i „hipokryci”.

Bojkot Korwin-Mikkego w TVP – wtopa dziennikarzy

W swoim ostatnim wpisie mocno zbeształem Janusza Korwin-Mikkego. Zarzuciłem mu brak honoru, trudności w porozumieniu się z innymi, chamstwo, infantylność i barbarzyństwo. Teraz muszę stanąć w jego obronie.

Chodzi oczywiście o wycofanie zaproszenia do programu „Woronicza 17” prowadzonego przez Tomasza Sekielskiego. Gdy Janusz Korwin-Mikke był już na miejscu, gotowy by wejść na wizję, dostał informację, że inni goście – Mariusz Błaszczak (PiS), Krzysztof Gawkowski (SLD), Andrzej Halicki (PO), Barbara Nowacka (startowała z list Twojego Ruchu w wyborach do Parlamentu Europejskiego) i Adam Struzik (PSL), nie chcą wystąpić razem z kontrowersyjnym politykiem-bokserem. Pisząc krótko – zbojkotowali go. TVP odmówiło udziału Korwin-Mikkemu, a ten musiał po prostu wyjść z budynku.

Nie mam zamiaru nawiązywać do faktu, że w telewizji publicznej powinny być pokazywane wszystkie siły polityczne, bo można go interpretować różnie. Ale zwyczajnym brakiem profesjonalizmu i kultury, a także złamaniem etyki dziennikarskiej, jest zaproszenie gościa, a potem wyrzucenie go. Sam bojkot ze strony innych uczestników popieram, bo w polityce nie powinno być miejsca na przemoc, szczególnie podczas spotkań mających służyć współpracy i realizacji wspólnych celów dla dobra państwa. Jednak zachowanie dziennikarzy TVP było naganne.

Po pierwsze, odbija się czkawką trend zapraszania osób kłótliwych, wulgarnych, bezkompromisowych i kontrowersyjnych. Oczywiście, zapewniają one większą oglądalność, a dziennikarz nie musi nawet za bardzo prowadzić dyskusji. Gdy postawimy dwa „rottweilery” reprezentujące odmienne poglądy, to będą one na siebie szczekały bez ustanku. Prowadzący programy nie zdają sobie często sprawy, że do nich należy „władza”, a jako dobrzy „gospodarze” powinni umieć zapanować nad gośćmi. W przeciwnym wypadku ukazują słabość swego warsztatu dziennikarskiego.

Zapraszanie kontrowersyjnych postaci sprawia też, że część gości nie chce mieć z nimi do czynienia, a stacja zaniża swój poziom. Nieprzewidywalne postaci mogą też po prostu wyjść ze studia, oburzone tym, że zamiast dyskusji, muszą uczestniczyć w przepychance słownej. Albo tym, że zamiast uczestniczyć w przepychance słownej, zmusza się je do dyskusji.

Po drugie, prowadzący powinien wiedzieć kogo zaprasza (lub prędzej kogo zapraszają jego współpracownicy). Przed telefonem do potencjalnego uczestnika programu trzeba zrobić research, poinformować o czym będzie dyskusja, przedstawiciele jakich opcji zostaną zaproszeni. Każdy musi wiedzieć chociaż trochę czego się spodziewać. I dziennikarze, i goście. Bojkot Janusza Korwin-Mikkego był wcześniej zapowiadany. Prowadzący powinni być bardziej wyczuleni na tym punkcie.

Dlatego pełną winę za całą sytuację ponosi TVP. Goście mieli prawo odmówić uczestnictwa w programie, wiedząc, że rozmówca jest osobą agresywną. Janusz Korwin-Mikke miał prawo wystąpić, gdyż został zaproszony i jest reprezentantem coraz większej grupy wyborców. Jedynymi osobami, które mogły zapanować nad tymi emocjami, byli dziennikarze i prowadzący program. Nie udało im się, zadziałali nieprofesjonalnie. Nie zdziwiłbym się, gdyby część gości odmówiła przyjmowania zaproszeń od TVP, bojąc się podobnej sytuacji.

Januszowi Korwin-Mikkemu należą się porządne przeprosiny na piśmie. A na przyszłość, Tomasz Sekielski musi zadbać o to, by jego współpracownicy (lub on sam) ostrożnie dobierali gości i przygotowali dobry research. Bo inaczej naraża się na krytykę oraz oskarżenia o godzenie w etykę dziennikarską przez złe traktowanie zapraszanych osób.

Pochwała dziennikarstwa – dlaczego wolność mediów jest tak ważna i dlaczego służby strzeliły sobie w stopę

No i jesteśmy po kolejnej, godzinnej konferencji premiera Donalda Tuska, którą można by streścić słowami: „nic nie wiem, to nie moja sprawa”. Jej przebieg był dość burzliwy. Mimo zapewnień premiera, że stara się wyrażać precyzyjnie, to prawdziwych konkretów nie uświadczyliśmy zbyt wielu. W tle jakiś wyjec, bodajże z TV Republika, który chyba po raz pierwszy był na konferencji prasowej, postanowił powydzierać się jak dziecko w piaskownicy, uniemożliwiając rozmowę innym dziennikarzom, mającym coś mądrego do powiedzenia (spodobało mi się pytanie Moniki Olejnik, po którym premier nie wiedział co odpowiedzieć). Irytowało mnie też „jojczenie” o „jakichś tam” liderach „jakiegoś tam” Ruchu Narodowego, którzy co prawda nikogo nie obchodzą, ale zostali już przez niektóre kręgi uznani za „więźniów politycznych”, bo poharcowali podczas „jakichś tam” protestów. Tak czy siak, mimo usilnych prób wyżej wymienionego „wyjca”, nie udało się zepsuć konferencji, a Donald Tusk dostał po łapach i raczej nie wpłynie to pozytywnie na pozycję Platformy w sondażach. A zostało nam zaledwie parę miesięcy do wyborów samorządowych…
Tymczasem w sieci pojawiają się jak grzyby po deszczu komentarze popierające działania ABW i potępiające redakcję Wprost oraz dziennikarzy jako takich. Bo wolność prasy nie usprawiedliwia zdobywania informacji z nielegalnych źródeł. Jak to jest z tą niezależnością dziennikarzy? Po co ona komu?
Co zabawne, większość takich komentarzy pojawia się na stronach należących do jakiejś redakcji lub na portalach informacyjnych. Media określane są często jako „IV Władza”, mająca czuwać nad działaniami państwa i demaskować nieprawidłowości. W tym celu powstało prawo umożliwiające zachowanie anonimowości informatorom, a także seria innych, drobnych przywilejów, mających umożliwiać redaktorom skuteczną pracę. Rodzi się pytanie: kto czuwa w takim wypadku nad mediami? W sferze prawnej – sądy. W sferze społecznej – „V Władza”, czyli mieszkańcy i dziennikarze obywatelscy, którzy dbają również o to, by informacje w prasie, radiu oraz telewizji, były prawdziwe, a reporterzy zachowywali się w sposób zgodny z etyką zawodową (inna sprawa, że większość obywateli nie zna się na etyce zawodu dziennikarskiego).
Dlaczego wolność mediów jest tak ważna? Bo bez mediów (szczególnie prywatnych), nasze postrzeganie świata byłoby bardzo ograniczone. Ci, którzy żyli w czasach PRLu, wiedzą zapewne o czym piszę. Dziennikarze sprawują pieczę nad tym, by władza odpowiednio wykonywała swoje obowiązki i ujawniają sytuacje o których normalnie nikt by się nie dowiedział (szukać nie trzeba daleko – afera taśmowa). W tym momencie nie piszę tylko o profesjonalistach, ale też o tzw. dziennikarzach obywatelskich (citizen journalism), czyli amatorach wykorzystujących środki masowego przekazu do informowania społeczeństwa.
Władza musi bardzo uważać, gdy bierze się za bary z mediami. Wiele osób mówi, że dziennikarze to nie są „święte krowy”. Ależ jak najbardziej to są „święte krowy”. Branie ich za pysk to najgłupsza rzecz jaką władza może zrobić – to cios wizerunkowy, który może odbić się na postrzeganiu danej partii w przyszłości, tym bardziej, że środowisko potrafi (w przeciwieństwie do polityków) się zjednoczyć, mimo głębokich podziałów. Sama specyfika zawodu sprawia, że dziennikarze muszą być nieco jak święte krowy. Dziennikarze muszą mieć prawo do niezależności, wolności wypowiedzi i pełen dostęp do informacji. Nie róbmy z nich malkontentów, którzy nic nie robią tylko się czepiają – taka jest ich rola, a z tego „czepiania się” czerpią zazwyczaj korzyści wszyscy obywatele.
Tymczasem, gdy dochodzi do afery na szczycie, w prasie zagranicznej określanej jako największy kryzys władzy od 2007 roku, w dodatku mającej związek ze służbami, ABW wchodzi „z buta” do redakcji, a potem z prokuratorem zakłócają przebieg pracy dziennikarzy (w dziennikarstwie każda minuta jest czasami na wagę złota, wiedzą to wszyscy ci, którym do końca deadline’u została godzina, a materiału udało się złożyć raptem połowę). Co więcej, tłuką redaktora naczelnego, co zostało przecież zarejestrowane na nagraniach oraz zdjęciach, i chyba nikt temu nie zaprzeczy. Sylwester Latkowski miał pełne prawo do ochrony swoich materiałów prasowych, tym bardziej, że zasięgnął wcześniej opinii prawników.
W wielu krajach już sam fakt, że służby wchodzą do jakiejś redakcji zostałby uznany za skandal. Tymczasem mamy przepychanki, pyskówki i protesty (uzasadnione). W dodatku po całej sprawie debilne, za przeproszeniem, tłumaczenie, że zdrowie i bezpieczeństwo funkcjonariuszy było zagrożone. Szczególnie Latkowski pewnie nastawał na ich życia, ze swoim czarnym pasem w karate i posturą rosłego wikinga. Przecież na miejscu pojawiła się policja (kolejny skandal, że w ogóle musiało do tego dojść), która też zabezpieczała całe zajście. Czy ci funkcjonariusze (w liczbie bodajże kilkunastu) są zrobieni z waty?
Jeżeli są wątpliwości co do tego, czy dziennikarze mogą wykorzystywać nielegalnie zdobyte materiały, to w związku z brakiem porozumienia powinno się poprosić sąd o możliwość uchylenia tajemnicy dziennikarskiej. A nie wchodzić ze służbami do redakcji. Tylko jakiś głupek mógł na to wpaść, znowu za przeproszeniem. Eskalacja konfliktu nigdy nie wychodzi nikomu na dobre, a działalność prokuratora powinna zmierzać do uspokajania nastrojów i korzystania z odmiennych środków prawnych, jeżeli jest taka konieczność. A nie walenia pałą po łbie tych, którzy bronią swoich interesów.
Są komentatorzy, którzy zarzucają, że dziennikarze tylko jęczą o sobie, a nas ta sprawa nie dotyczy. Wręcz przeciwnie. Zwyczajnych odbiorców ta sprawa powinna najbardziej dotyczyć, bo to nam ma zależeć na tym, by dostawać informacje zgodne z prawdą, nieograniczone przez cenzurę i mogące demaskować niegodziwe działania władzy. Brak tego zainteresowania skutkuje obniżeniem poziomu mediów oraz traktowaniem czytelników/oglądających/słuchaczy jak debili. Na co też narzekają ludzie, których „nic to nie obchodzi”. To dziennikarze (przynajmniej w redakcjach prywatnych) muszą się dostosowywać do odbiorców jeżeli chcą mieć zyski ze swojej działalności. Nigdy na odwrót. I to robią.
Z drugiej strony przestrzegam przed tezami, że mamy w kraju cenzurę a wolność słowa jest skrajnie zagrożona. W Światowym Rankingu Wolności Prasy na rok 2014, Polska zajmuje bardzo wysoką, 19 pozycję. Rzeczywiście, mimo działań pewnych grup i pojedynczych osób, nie ma problemu z dostępem do informacji, a publikacje są rzadko blokowane. Zdarzają się jednak sytuacje bulwersujące – jak właśnie sprawa wejścia służb do redakcji dziennika Wprost, czy wytoczenie Jerzemu Urbanowi procesu przez Donalda Tuska o primaaprilisowy żart.
Dlatego dbajmy o to, byśmy nie spadli z tej wysokiej pozycji i by jeśli miała się zmienić, to tylko na lepszą. Musimy się interesować działaniami zarówno mediów, jak i władzy. Wkraczamy powoli w erę rozwoju dziennikarstwa obywatelskiego. Mieszkańcy mają do powiedzenia więcej niż kiedykolwiek. Warto z tego skorzystać.

Edit (13:15): Tak z innej beczki, czy cała ta akcja ABW i prokuratora nie wygląda jak scena z jakiejś słabej komedii sensacyjnej? Wchodzą raz, drugi, przerywają pracę dziennikarzom na cały dzień, tłuką redaktora naczelnego gdy pod oknami i w pokoju obok mają całą watahę reporterów z kamerami i aparatami (sic!), nie mają nikogo kto by umiał zgrać dane z laptopa, a ostatecznie zostawiają swoją teczkę i płaczą, że ich zdrowie i bezpieczeństwo było zagrożone. A wszystko to w sytuacji, gdy służby są krytykowane za brak profesjonalizmu. Nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać.

Wildstein i Gargas wystąpili w spocie PiS. Etyka dziennikarska? A co to za zwierz?

Na studiach dziennikarskich są w planie wykłady o dość enigmatycznej nazwie – „Etyka dziennikarska”. Uświadamiam zdezorientowanym czytelnikom, że na tychże zajęciach wykładowca omawia kodeksy etyczne z kraju i świata, przedstawiając czego nie należy robić, by nie zostać nazwanym „hieną”, ewentualnie „sępem”. Przyszłych bohaterów polskich mediów uczy się m.in. że ładnie jest mówić prawdę a brzydko kłamać, że obiektywizm jest mile widziany w zawodzie, że jesteśmy odpowiedzialni za to co piszemy, że angażowanie się w politykę jest be i że wypadałoby szanować swoich rozmówców.

Z taką niepewnością podchodzę do powszechnej znajomości podstaw etyki dziennikarskiej, bo skoro pracujący w zawodzie od kilkudziesięciu lat Bronisław Wildstein (urodzony w Olsztynie, tak jak ja) nie wie, że występowanie w spotach politycznych jest rażącym, obrzydliwym naruszeniem tejże, to brak wiedzy reszty społeczeństwa można w pełni zrozumieć.

Ale do rzeczy – Anita Gargas i Bronisław Wildstein wystąpili w spotach wyborczych profesora Zdzisława Krasnodębskiego, startującego z warszawskiej listy Prawa i Sprawiedliwości. Mówią dlaczego warto zagłosować na kandydata. Obok ich twarzy znajdują się imiona z dużymi, białymi podpisami: „publicysta, pisarz, dziennikarz Telewizja Republika” i „dziennikarka Telewizja Republika”. Pod nimi ledwo widoczny dopisek w granatowym kolorze: „Materiał Wyborczy Komitetu Prawo i Sprawiedliwość”.

Nie wiem jak czytelnikom, ale mi to wygląda na rażące naruszenie etyki dziennikarskiej według której sprzymierzanie się z ugrupowaniami politycznymi i politykami godzi w zasadę obiektywizmu, bezstronności i rzetelności. Jak Bronisław Wildstein tłumaczy się ze swojego skandalicznego zachowania? „Ja poparłem kandydata a nie partię (…) nie jestem w jego komitecie wyborczym, nie występuję na rzecz partii”. Zagranie w spocie wyborczym podpisanym „Materiał Wyborczy Komitetu Prawo i Sprawiedliwość” nie jest występowaniem na rzecz partii i popieraniem tejże partii. Żenujące. Ręce opadają.

Piszę obecnie obszerny tekst o dziennikarstwie obywatelskim – tworzonym przez zwykłych ludzi, nie mających wykształcenia zawodowego. Ta forma najczęściej krytykowana jest ze względu na brak przestrzegania przez jej twórców etyki zawodu. Jak widać, nie trzeba być amatorem, by bez mrugnięcia okiem, łamać zasady z którymi związane jest dziennikarstwo i w ramach wytłumaczenia wykazywać się skrajną bezczelnością.

Polecam szanownemu redaktorowi Bronisławowi Wildsteinowi, by powrócił do miejsca swych narodzin i zajrzał na Uniwersytet Warmińsko-Mazurski. Może zabrać ze sobą szanowną redaktorkę Gargas, która na studiach podyplomowych nie miała najwyraźniej pewnych ważnych zagadnień. Na UWMie (akurat trwa Kortowiada, to będzie można się wyszaleć, a potem wziąć za nadrabianie zaległości), studenci trzeciego roku studiów licencjackich, uczą się, że nie wypada by dziennikarz chodził za rączkę z politykiem i dawał mu buzi na oczach kamer.

Może nawet jakiś miły student wspomoże ściągą albo da przepisać notatki…

„Dziennikarstwo gdybające” braci Karnowskich

Jestem naprawdę oczarowany. Na naszych oczach kwitnie nowy rodzaj dziennikarstwa, wywracający do góry nogami stare zasady. Nie, przesadzam. Funkcjonuje on już od dłuższego czasu w tabloidach, a teraz zaczął się wkradać na salony poważniejszych mediów. I to jak skutecznie! Wystarczyła jedna „gdybająca publikacja” by poruszyć wiele osób związanych z mediami, polityków oraz zwykłych obywateli.

Piszę tutaj oczywiście o sprawie zdjęcia Tuska i Putina z okładki „odważnego tygodnika młodej Polski” wSIECI, braci Karnowskich. Zdefiniować „dziennikarstwo gdybające” można bardzo łatwo – 100% insynuacji, 0% faktów. Tak właśnie zaprezentowano to zdjęcie ze Smoleńska. Wrzucili je na okładkę, by każdy czytelnik mógł sobie pogdybać, co tam Tusk z Putinem zmajstrowali przy Tupolewie. Premier Polski uśmiecha się po katastrofie. Jaki to fakt? Nudny. Ale już przy insynuowaniu co tam się działo, możemy puścić wodze wyobraźni.

„Dziennikarstwo gdybające” nie ma na celu informowania, poszerzania horyzontów, wyjaśniania zjawisk, zmuszania do dyskusji. Autorzy takich publikacji chcą po prostu komuś dowalić. Ot, „odważni, młodzi Polacy” – zamiast posługiwać się faktami, wolą odwoływać się do sfery wyobraźni, podsycać antagonizmy i żerować na czymś, nad czym można tylko pogdybać.

Prawdę mówiąc, sprawa zdjęcia Tuska i Putina mnie jakoś nie poruszyła. Media grzmiały nad biednym, małym wSIECI, a mi to zwisało. Publikacja świadczyła sama o sobie i o poziomie tej „gazetki”. Poirytowały mnie dopiero insynuacje portalu wPolityce.pl, również należącego do braci Karnowskich, szkalujące chorego prezentera TVP, Andrzeja Turskiego.

Po prostu nie wiem jak trzeba być obrzydliwym człowiekiem, by promować swój portal słowami: „UCZCIWY PUNKT WIDZENIA. Zawsze po stronie prawdy, zawsze po stronie Polski”, a potem w prymitywny, bezczelny sposób publikować informacje kłamliwe, niesprawdzone i opierające się głównie na insynuacjach. Na stronie wPolityce.pl pojawił się tekst o Andrzeju Turskim, prowadzącym „Panoramy”, który jakiś czas temu zrezygnował z pracy w telewizji. 70-letni mężczyzna, który zmagał się z chorobą nowotworową, cierpi na cukrzycę, a w czwartek trafił do szpitala, gdzie był trzykrotnie reanimowany, według „nieznanego informatora” miał opuścić pracę bo… pił alkohol. Jedynym źródłem tego tekstu jest artykuł z bliźniaczego portalu – wSumie.pl. Obecnie już tego tekstu tam nie znajdziemy, a odnośnik z wPolityce.pl prowadzi do niedziałającej strony.

Telewizja TVP wysłała list do redakcji portalu, a ten… opublikował częściowo prośbę o sprostowanie i dalej szydził z chorego, starszego człowieka. Ostatecznie, sprawa prawdopodobnie będzie miała swój finał w sądzie. Według Hanny Lis, Karnowskim należy się tytuł „Hieny Roku”.

To doskonały przykład „dziennikarstwa gdybającego”. „Tajemniczy informator” pisze o alkoholowych problemach starszego, chorego człowieka, bez żadnych dowodów, materiałów, ot tak sobie gdyba, że coś „jest na rzeczy”. I sygnuje to słowami „zawsze po stronie prawdy, zawsze po stronie Polski”. Za przeproszeniem, ale trzeba być po prostu skurwysynem by coś takiego zrobić.

Panowie Karnowscy odpowiedzialni zarówno za ten portal, jak i za publikacje we wSIECI, powinni spalić się ze wstydu. Pisanie bajek, wbijanie komuś szpil, antagonizowanie społeczeństwa i dyskredytowanie ludzi bez poparcia faktami, nie mają nic wspólnego z dziennikarstwem, a psują tylko jego wizerunek (który i tak jest mocno nadszarpnięty). Jakim trzeba być człowiekiem, by robić te rzeczy pod szyldem patriotyzmu i prawdy?
Źródła:


http://wyborcza.pl/1,75478,15090468,wPolityce__Turski_pijany_prowadzil__Panorame___Hanna.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Gazeta_Wyborcza


http://wpolityce.pl/artykuly/68858-wsumiepl-ujawnia-prawdziwe-powody-odejscia-turskiego-z-panoramy-wystapil-pijany-na-wizji


http://wsumie.pl/gwiazdy/85947-turski-naduzyl-alkoholu

Spotkanie w restauracji – kto skorzystał na katastrofie smoleńskiej?

Katastrofa smoleńska to temat bardzo niesmaczny. Zależnie do pory roku i wypowiedzi posłów – gorzki, słony lub kwaśny. Nigdy słodki, ale to naturalne, bo ciężko by tragedia miała cieszyć kubki smakowe. Przy przeżywaniu śmierci tylu ludzi, trzeba znać umiar. Nie wolno trzymać cierpienia zbyt długo w ustach. Trzeba je spróbować, potrzymać chwilę na języku, a potem szybko przełknąć. Lub wypluć, jeżeli nie jesteśmy w stanie się z nim pogodzić. Tak jak cierpkie lekarstwo. Można jednak odnieść wrażenie, że wielu Polaków ma zaburzenia smaku. Jest on dla nich zbyt słaby, niewyczuwalny, mdły. Międlą więc tragedię i cierpienie językiem, gryzą, nawilżają śliną, obijają o podniebienie, a gdy jakiś kawałek dostanie się między zęby, bezceremonialnie pchają palec do ust i próbują wyciągnąć resztki. Może myślą, że czynią dobrze, okazują tym szacunek potrawie? Może rzeczywiście, mają problemy ze smakiem i muszą naprawdę długo trzymać to w ustach, by w końcu poczuć z czym mają do czynienia? A może po prostu im smakuje ta gorzko-kwaśno-słona feeria? Lub odbierają ją jako słodycz?

Nie potrafię udzielić odpowiedzi, bo nie znam się na sztuce kulinarnej. Za to chętnie obserwuję ludzi, którzy tak długo smakują katastrofę smoleńską. Siedzę w restauracji i patrzę. Ktoś mógłby powiedzieć, że to jakiś fetysz, tym gorszy, że przyglądam się nie tylko posiłkom pań, ale również panów. Ja jednak, jestem po prostu ciekawy. Fascynuje mnie, jak długo można nad czymś ciamkać i mlaskać. Aż w końcu odkryłem jedną z tajemnic bywalców tej restauracji. Nie wiedzą, kto przygotował ich danie. Zawstydzony kelner powiedział, że to wina przypadku. Ot, ktoś niezdarnie zrzucił z półki parę składników do garnka. Pech, warunki atmosferyczne, nieprzygotowanie, błędy po obydwu stronach, nienawiść ludzką. A wszystkie gorzkie, słone i kwaśne. Dlatego potrawa ma taki nieprzyjemny smak. Klienci spojrzeli spode łba na kelnera. I powiedzieli, żując z błogością makabryczne danie: „NIE. To musiał zrobić jakiś sprytny kucharz!”

Czemu? Taka mieszanka nie mogła powstać przypadkiem. Ktoś musiał za tym stać! Tylko kto jest tym kucharzem? Rozpoczęto śledztwo. Klienci, poprosili o ciasteczko z wróżbą, które miało wskazać winnego. Otworzyli je i przeczytali:

„Zbrodnię popełnił ten, komu przyniosła korzyść” - Seneka Młodszy

Smakosze zadumali się. Kogo ta tragedia mogła ucieszyć? Kto dzięki niej zyskał? Chwila ciszy i… obecni zaczęli się szybko przekrzykiwać, próbując dociec, komu katastrofa przyniosła korzyści:

Rząd! - ryknęli jedni. To idealna zasłona dymna. Po co rozmawiać o sprawach ważnych dla restauracji, skoro można rzucić temat zastępczy? Przy okazji eliminacja niebezpiecznych przeciwników politycznych. A służba Rosjanom albo Niemcom? Nigdy nic nie wiadomo z tymi zdrajcami. Ktoś dodał, że dzięki temu, opozycja pokazała się od negatywnej, fanatycznej strony, ułatwiając działanie rządowi, co oczywiście było z góry przemyślane.

Opozycja! - wrzasnęli więc inni. Lewica może nie nachapała się zbytnio na tragedii, ale PiS? Przecież to dzięki niej partia Jarosława Kaczyńskiego utrzymuje się na powierzchni. Jej elektorat umacnia się, betonuje, pokazuje swoją siłę, działa podczas rocznic. Zjednoczenie się przeciwko wspólnemu wrogowi zawsze wpływa pozytywnie na wewnętrzną współpracę. Klienci poszli za ciosem, wołając:

Zwolennicy teorii spiskowych! – nareszcie, mają swoją wielką chwilę! Hel, wybuchy, mgła, Rosjanie, nic, tylko wymyślać dalej! My mamy dowody! I je Wam pokażemy! Forum paranormalne.pl, traktujące o nadzwyczajnych zjawiskach, kiedyś było interesującym miejscem, pełnym ciekawostek oraz niecodziennych historii. Tam też były teorie spiskowe. Obecnie, stało się tubą propagandową, gdzie co drugi wątek musi dotyczyć tematów politycznych. Agitacji nie ma końca, a pierwotne przeznaczenie forum, czyli dyskusja o zjawiskach paranormalnych, zostało zapomniane.

Prawicowi dziennikarze! - rozległy się kolejne głosy. Od czasu katastrofy smoleńskiej, prasa prawicowa przeżywa renesans. Powstało mnóstwo nowych czasopism, które zyskały niesamowitą popularność. Zacementowanie poglądów sprawiło, że czytelnicy chętnie pławią się w szokujących artykułach. A dziennikarze zawsze będą mogli pisać o gorzko-kwaśno-słonej potrawie, wiedząc, że spotkają się z poklaskiem. Właśnie, startuje nowa telewizja, która swoją działalność rozpocznie 10 kwiet…

Wszyscy dziennikarze! - przerwała oburzona część sali. Rzeczywiście, nie tylko konserwatywna strona dziennikarstwa żerowała na katastrofie smoleńskiej. Wszyscy żurnaliści dostali łatwy, chwytliwy temat, który mogli roztrząsać do woli. Eksperci od lotnictwa, socjolodzy, psycholodzy, patolodzy i cała reszta, miała w programach telewizyjnych swoje pięć minut. A gdy kończyli się chętni, zawsze można było przywalić komuś, że jest oszołomem i psycholem.

Polska? - spytał cynicznie jakiś młodzik. Nim został powalony przez część klienteli, zdążył jeszcze powiedzieć, że my, wszyscy, mamy kolejny powód, by nienawidzić swoich sąsiadów. A jak bardzo byliśmy zadowoleni, gdy kolejne kraje ogłaszały żałobę narodową, by uczcić zmarłego prezydenta? Nareszcie zostaliśmy zauważeni na świecie! Widzimy też prawdziwe oblicze naszego kraju. I chyba lepiej będzie, że zginę… łup. Dostał w głowę. Rozwścieczony tłum ryknął sprawiedliwie:

ROSJA! – katastrofa zdarzyła się na ich terytorium, w dodatku znani są z nienawiści do Polaków. Utrudniali śledztwo. Dzięki temu podpisali z pewnością jakieś zdradliwe umowy z marionetkowym rządem Donalda Tuska. Mogą też z nas szydzić, bawić się w chowanego. Gdy pojawia się jakiś problem, zawsze można rzucić wrakiem, a Polacy sami zaczną się żreć. Doprowadzili do podziału specjalnie, by łatwiej było nas zaanektować.

Kościół! - szybko zrewanżowała się antyklerykalna część klienteli. Księża mogli błyszczeć przed kamerami i przeprowadzać setki uroczystości ku pamięci zmarłych. A taca krąży po restauracji. Mogli też manifestować swoje polityczne sympatie!

Specjaliści od lotnictwa! – Ci to dopiero mają szansę się zademonstrować! Walczą ze sobą, udowodniają kolejne teorie, błyszczą w mediach, są znani na całą Polskę! A to wiąże się też z pieniędzmi. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę.

Osoby samotne, smutne i bez celu w życiu – powiedział ktoś chłodnym, ponurym głosem. Ci, którzy czują się samotni mają teraz szansę walczyć o wspólny cel. O prawdę. Piękną, właściwą prawdę. Na drodze stoi wiele przeszkód, ale ostatecznie zwyciężymy. Razem. Uformujemy stowarzyszenia, poświęcimy się dla celu, pomodlimy za niego, a jak będzie trzeba – zginiemy. Żeby Polska była Polską.

Osoby przepadające za czarnym humorem! - zawołała inna persona dla kontrastu. Ile rzeczy można opowiedzieć o zwłokach Lecha Kaczyńskiego, brzozie i Tupolewie? Ile występów kabaretowych stworzyć? Wszyscy będą mieli ubaw! A może i grę jakąś się uda stworzyć, lub piosenkę?

Rodziny ofiar! - w końcu dostały tyle pieniędzy! A Jarosław Kaczyński skorzystał na śmierci brata politycznie! Tak, to przykre, że zginęli ich najbliżsi, ale na pewno chodzi im tylko o mamonę! O KASĘ!

Wszyscy zaczęli ryczeć na siebie tak głośno, że nie mogłem już ich zrozumieć. Może dałbym radę wyłapać pojedyncze słowa – imiona kolejnych nikczemników, którzy zyskali na tragedii. Ale niestety, każdy, jak jeden mąż, wył z paskudną potrawą w ustach. A im więcej wyli, tym bardziej danie stawało się kwaśno-gorzko-słone i tym bardziej im smakowało, doprowadzając niemalże do ekstazy. Ci, którzy nie mogli na to patrzeć, poszli do innego pomieszczenia. Jakiś starszy, niewidomy mężczyzna, trącił mnie i powiedział:

-Podobno ta potrawa powstała przypadkiem, gdy parę złych składników wpadło do garnka. Ale jestem pewien, że Ci krzykacze, sami, po ciemku, dosypywali do niej różne, paskudne przyprawy. Dlatego ten temat, tak naprawdę, nie jest już niesmaczny. Jest po prostu obrzydliwy.

Ukłonił się z gracją, po czym poszedł do innego pokoju. A ja ciągle siedziałem w głównej izbie, patrząc, jak klienci obrzucają się inwektywami, bełkoczą kolejne oskarżenia lub leżą na podłodze w stanie ekscytacji. Moja ręka, mimowolnie, zaczęła sięgać po jedną z przypraw, która miała poprawić smak potrawy i przerwać rozróbę. Chociaż wiedziałem, że wszystkie ingrediencje w tej restauracji są już kwaśne, gorzkie lub słone.

Tomasz Sekielski w Olsztynie

Parę dni temu, w olsztyńskiej Kawiarni Literackiej i Filmowej w pobliżu starówki, swoją nową książkę („Sejf”) promował Tomasz Sekielski. Na spotkanie przyszło sporo ludzi, ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że 1/4 gości była studentami dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Powód? Musieli (w sumie musimy) przygotować na jedne z zajęć recenzję z wydarzenia kulturalnego. Sławny Tomasz Sekielski był najbardziej smakowitym kąskiem, o wiele ciekawszym od malarzy lub mniej znanych autorów książek.

Jak łatwo można się domyślić, spotkanie koncentrowało się bardziej na działalności dziennikarskiej, niż na książce. Muszę przyznać, że Tomasz Sekielski zaprezentował się bardzo neutralnie światopoglądowo. Nawet żartobliwie zauważył, że nie ważne czego by nie zrobił, to dla części odbiorców będzie PiSowcem, a dla innych psem Tuska. Rzeczywiście, patrząc na internetowe komentarze dotyczące jego osoby, bardzo wyraźnie widać, że obrywa z każdej strony.

Podczas spotkania, Tomasz Sekielski powiedział wiele mądrych rzeczy z którymi można się zgadzać, lub nie. Wspominał między innymi o ciągłej inwigilacji, instalowaniu wszędzie kamer oraz nasłuchu telefonicznym stosowanym przez służby. Oczywiście mocno je krytykując i sugerując, że tylko „raz na jakiś czas kamera pomoże kogoś złapać”. Nie lekceważyłbym tak mocy nowoczesnych technologii. O ile nasłuch telefoniczny niewinnych obywateli rzeczywiście woła o pomstę do nieba, to instalowanie kamer na ulicach miast oraz w sklepach, może być naprawdę przydatne. Człowiek czuje się po prostu bezpieczniej, wiedząc, że czuwa nad nim czujne, elektroniczne oko, którego boją się przestępcy. Pomaga też przy identyfikowaniu bandytów, odkrywaniu dróg którymi mogli podążać, a nawet rozwiązywaniu poważnych spraw kryminalnych. Ceną usprawnienia działań policji jest niestety nasza prywatność. Jednak sam Sekielski, zapytany o to czy boi się, że ktoś może go podsłuchiwać, wzruszył tylko ramionami i nie wydawał się przejęty wizją obserwacji przez nikczemne służby specjalne.

Ciężko odnieść się do jego słów o współczesnych mediach. Słusznie powiedział, że liczy się tylko kasa, poziom programów jest zaniżany by sprostać wymaganiom odbiorców, a wszystko kręci się wokół oglądalności. Zauważył jednak również, że jest w tym dużo naszej winy, bo to my siedzimy przed telewizorami, oglądając durne produkcje (przy omawianiu tego tematu, przybliżył uczestnikom spotkania sposób określania poziomu oglądalności). W dodatku bardzo łatwo przyczepiamy etykietki mediom. Mając poglądy prawicowe i słysząc negatywne opinie o TVNie, od razu ujrzymy w programach na tym kanale atak na naszą osobę. I vice versa, miłując się w lewicy, nie będziemy w stanie podejść obiektywnie do informacji w TV TRWAM.

Było też sporo opowieści o życiu dziennikarza, sprawach sądowych, niedawnej akcji z bombą w Sejmie i stosunkach z politykami. Pewna starsza pani skrytykowała zarobki Tomasza Lisa idące w dziesiątki tysięcy, co również wywołało dyskusję, nie tylko o gażach dziennikarzy, ale też o tabloidach. Pan Tomasz Sekielski był bardzo otwarty, chętny do rozmowy, sam wręcz do niej zachęcał. Spodziewałem się spotkania z ponurą, zadufaną w sobie gwiazdą telewizji. Sam nie wiem czemu. Tak mi się po prostu kojarzył. I bez zażenowania przyznaję, że się myliłem. Tomasz Sekielski jest naprawdę sympatyczną osobą, która w bardzo prosty i przejrzysty dla odbiorcy sposób, potrafi wyjaśnić mechanizmy rządzące współczesnym dziennikarstwem. Każdemu, kto będzie miał możliwość, polecam udanie się na spotkanie z nim by samemu się o tym przekonać.

Debbie Schlussel to…

Pani Debbie Schlussel. Wielu z Was zapewne nie słyszało nigdy tego imienia, dopóki nie rozpętała się afera dotycząca wypowiedzi wspomnianej pani Schlussel. Szanowna dziennikarka, publicystka takich gazet jak New York Post (wychodzi od 1801 roku) i The Washington Times, rzuciła prosto w twarz Polakom, że to oni mordowali Żydów i utrzymywali obozy śmierci. Bolały Was słowa Baracka Obamy? Teraz dopiero dostaliście pożywkę.

Pominę całą treść wypowiedzi – możecie ją znaleźć wszędzie. Pominę niesławę tej dziennikarki, która najwyraźniej za bardzo wzięła do siebie niektóre sentencje Pulitzera i Hearsta. Pominę także furię z jaką Polacy już dali jej popalić, chociażby na Facebookowym profilu. Do ataku przyczynił się wpis na portalu Kwejk.pl, prezentuję:

Kwejk.pl

Obrazek zatytułowany „ZNISZCZYĆ SUCZ!!”. Wiele mądrych komentarzy na profilu pani Schlussel prezentuje podobny poziom, przykrywając poważniejsze opinie oraz dając pseudodziennikarce argument wprost do rąk.

A ja tylko przypomnę, tak jak przypominali niektórzy konkretniejsi ludzie w komentarzach na Facebooku, że Polacy stanowią największą liczbę osób wśród odznaczonych medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, najwyższym izraelskim odznaczeniem nadawanym osobom z zagranicy. 6195 naszych rodaków przyczyniło się do ocalenia chociaż części Żydów na naszych ziemiach (i nie tylko), nie obawiając się kary śmierci. Historyk Gunnar S. Paulsson twierdził, że nawet 100 000 Polaków zasłużyło na taki medal. Niestety, 704 Polaków zostało odznaczonych pośmiertnie, bo oddali życie by pomóc swoim braciom i siostrom.

Ciekawe czy według pani Schlussel oni również byli „Jew haters and anti-Semits”. Chociaż prawdę mówiąc, nie oczekiwałbym od niej tak głębokich przemyśleń. Przekaz ma trafić do tłumu, a im większy szum – tym lepiej. Słupki oglądalności oraz popularność skaczą. I tylko o to tutaj chodzi, bo zwyczajną głupotą tego nazwać nie można.