Monika Olejnik – szefowa budy z niestrawnym kebabem

Awantura u Olejnik”, „Olejnik znowu puściły nerwy”, „Olejnik bezlitosna”, „Olejnik wyszła ze studia”, „Olejnik rzuca długopisem w gościa”. Czasami oglądając lub słuchając programów Moniki Olejnik mam wrażenie, że po drugiej stronie odbiornika nie stoi profesjonalny dziennikarz, a niezrównoważona, zajadła… kucharka.

Nikt nie może zaprzeczyć, że Monika Olejnik jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci krajowych mediów. Na swoim koncie ma dziesiątki programów i nagród, a w 2000 roku dostała Krzyż Kawalerski Odrodzenia Polski. Nazywa się ją nawet „pierwszą damą polskiego dziennikarstwa”. Dlatego, ze względu na jej ogromne doświadczenie medialne, wolałbym aby materiały które tworzy były dobrze i profesjonalnie zrealizowane. Informacja to towar, ja jestem konsumentem. Gdybym chciał zjeść śmierdzącego, informacyjnego kebaba ze szczura, poszedłbym do zapleśniałej, rozpadającej się budy. Jednak w lokalu firmowanym nazwiskiem znanej dziennikarki oczekuję dobrego, zdrowego posiłku, a nie śmieci.

Stawianie przeciwko sobie dwóch politykierów o kontrastujących poglądach i obserwowanie jak się tłuką, nie jest właściwym sposobem przyrządzania opiniotwórczej strawy. Dobrane do dania składniki w postaci tychże awanturników są ciężkostrawne. Niczym śmieciowe jedzenie, nie dostarczą organizmowi składników odżywczych, ani nie zaspokoją głodu.

Ostatnio wielu dziennikarzy przygotowuje nam takie niestrawne posiłki. Dlaczego? Bo to łatwiejsze. O wiele prościej jest wrzucić do bułki zdechłego gołębia, spleśniałe pomidory i starą kapustę, niż zatroszczyć się o zaopatrzenie lokalu w porządne, dobrej jakości składniki. Ktoś mógłby powiedzieć: „skoro goście żrą i nie marudzą, to w czym problem?”. W tym, że wcześniej czy później klienci będą mieli problemy z żołądkiem. A gdy zaczną masowo odwiedzać toaletę w dziennikarskiej „restauracji”, to, niestety, także „kucharze” poczują odór swoich odstręczających, na wpół przetrawionych dań.

A może nie poczują? Może są już przyzwyczajeni do tego zapachu?

Monika Olejnik jest wyjątkowa pośród zgrai innych kuchcików. Bo nie dość, że serwuje nam w bułce ciężkostrawną papkę z zepsutych składników, to jeszcze nie daje nam zjeść w spokoju tego co sama przyrządziła. Wskakuje na stół, wsadza ozdobione biżuterią paluchy w nasze jedzenie i rozrzuca je po podłodze krzycząc, że jest niedobre i niesmaczne, że pomidor bezczelnie spleśniał, a stare mięso na złość się zepsuło. Obrażona na składniki wydyma policzki, krzyczy, tupie nóżką.

A klient siedzi z otwartymi ustami, patrząc na kucharkę jak na osobę niepoczytalną, i milczy. Co innego ma zrobić? Upomnieć przecież nie wypada, bo to znana na całą Polskę szefowa kuchni. Pozostaje chyba tylko wstać i wyjść z restauracji.

Ale co potem? Wokół same budy podobne do tej, którą prowadzi Monika Olejnik. Naprawdę dobre restauracje są poukrywane w mrocznych, ślepych uliczkach i szybko znikają – nie mają zbyt wielu gości, a szefowie kuchni często się zniechęcają. W końcu tanie knajpy ze śmiecio-żarciem cieszą się większą popularnością. Czemu by nie poprowadzić swojego lokalu w taki sam sposób?

Mamy wolny rynek. Dziennikarze mogą robić dania z tanich, śmierdzących składników a klienci łykać to żarcie. Ich wola. Ich prawo. Jednak gdy gości knajpy w końcu „przyciśnie” i dostaną masowego rozwolnienia, to kucharze będą odpowiedzialni za ich katusze. Nikt inny. Wtedy klienci nie będą słuchali tłumaczeń w stylu: „przecież jedliście z własnej woli! Przecież smakowało! Gdybyście skończyli szkołę gastronomiczną to byście wiedzieli co dostajecie!”. Trucizna, którą byli karmieni, przeniesie się na wszystkich, niczym choroba.

Dotknie to każdego – a w najgorszym, absolutnie najczarniejszym scenariuszu – doprowadzi do zagłady osiedla na którym sprzedawano śmierdzące, stare kebaby wypchane brudem, spiłowanymi żebrami świń oraz lekami psychotropowymi.

Monikę Olejnik oburzyła sugestia, że może być przyjaciółką Jerzego Urbana. Jednak patrząc na jej (i innych znanych dziennikarzy) makiawelizm i brak refleksji nad rezultatami swojej kulinarnej działalności, mam wrażenie, że znany ze swego cynizmu redaktor naczelny tygodnika „NIE”, to przy niej altruistyczny, miłosierny anioł. W stroju biskupa, bo tak go ubrała inna szefowa kuchni.

Tekst można przeczytać również na:
http://wiadomosci.onet.pl/monika-olejnik-szefowa-budy-z-niestrawnym-kebabem/f50m35

Inny tekst w klimatach kulinarnych: „Spotkanie w restauracji – kto skorzystał na katastrofie smoleńskiej?”:
http://blogi.newsweek.pl/Tekst/spoleczenstwo/669962,spotkanie-w-restauracji—kto-skorzystal-na-katastrofie-smolenskiej.html

Bojkot Korwin-Mikkego w TVP – wtopa dziennikarzy

W swoim ostatnim wpisie mocno zbeształem Janusza Korwin-Mikkego. Zarzuciłem mu brak honoru, trudności w porozumieniu się z innymi, chamstwo, infantylność i barbarzyństwo. Teraz muszę stanąć w jego obronie.

Chodzi oczywiście o wycofanie zaproszenia do programu „Woronicza 17” prowadzonego przez Tomasza Sekielskiego. Gdy Janusz Korwin-Mikke był już na miejscu, gotowy by wejść na wizję, dostał informację, że inni goście – Mariusz Błaszczak (PiS), Krzysztof Gawkowski (SLD), Andrzej Halicki (PO), Barbara Nowacka (startowała z list Twojego Ruchu w wyborach do Parlamentu Europejskiego) i Adam Struzik (PSL), nie chcą wystąpić razem z kontrowersyjnym politykiem-bokserem. Pisząc krótko – zbojkotowali go. TVP odmówiło udziału Korwin-Mikkemu, a ten musiał po prostu wyjść z budynku.

Nie mam zamiaru nawiązywać do faktu, że w telewizji publicznej powinny być pokazywane wszystkie siły polityczne, bo można go interpretować różnie. Ale zwyczajnym brakiem profesjonalizmu i kultury, a także złamaniem etyki dziennikarskiej, jest zaproszenie gościa, a potem wyrzucenie go. Sam bojkot ze strony innych uczestników popieram, bo w polityce nie powinno być miejsca na przemoc, szczególnie podczas spotkań mających służyć współpracy i realizacji wspólnych celów dla dobra państwa. Jednak zachowanie dziennikarzy TVP było naganne.

Po pierwsze, odbija się czkawką trend zapraszania osób kłótliwych, wulgarnych, bezkompromisowych i kontrowersyjnych. Oczywiście, zapewniają one większą oglądalność, a dziennikarz nie musi nawet za bardzo prowadzić dyskusji. Gdy postawimy dwa „rottweilery” reprezentujące odmienne poglądy, to będą one na siebie szczekały bez ustanku. Prowadzący programy nie zdają sobie często sprawy, że do nich należy „władza”, a jako dobrzy „gospodarze” powinni umieć zapanować nad gośćmi. W przeciwnym wypadku ukazują słabość swego warsztatu dziennikarskiego.

Zapraszanie kontrowersyjnych postaci sprawia też, że część gości nie chce mieć z nimi do czynienia, a stacja zaniża swój poziom. Nieprzewidywalne postaci mogą też po prostu wyjść ze studia, oburzone tym, że zamiast dyskusji, muszą uczestniczyć w przepychance słownej. Albo tym, że zamiast uczestniczyć w przepychance słownej, zmusza się je do dyskusji.

Po drugie, prowadzący powinien wiedzieć kogo zaprasza (lub prędzej kogo zapraszają jego współpracownicy). Przed telefonem do potencjalnego uczestnika programu trzeba zrobić research, poinformować o czym będzie dyskusja, przedstawiciele jakich opcji zostaną zaproszeni. Każdy musi wiedzieć chociaż trochę czego się spodziewać. I dziennikarze, i goście. Bojkot Janusza Korwin-Mikkego był wcześniej zapowiadany. Prowadzący powinni być bardziej wyczuleni na tym punkcie.

Dlatego pełną winę za całą sytuację ponosi TVP. Goście mieli prawo odmówić uczestnictwa w programie, wiedząc, że rozmówca jest osobą agresywną. Janusz Korwin-Mikke miał prawo wystąpić, gdyż został zaproszony i jest reprezentantem coraz większej grupy wyborców. Jedynymi osobami, które mogły zapanować nad tymi emocjami, byli dziennikarze i prowadzący program. Nie udało im się, zadziałali nieprofesjonalnie. Nie zdziwiłbym się, gdyby część gości odmówiła przyjmowania zaproszeń od TVP, bojąc się podobnej sytuacji.

Januszowi Korwin-Mikkemu należą się porządne przeprosiny na piśmie. A na przyszłość, Tomasz Sekielski musi zadbać o to, by jego współpracownicy (lub on sam) ostrożnie dobierali gości i przygotowali dobry research. Bo inaczej naraża się na krytykę oraz oskarżenia o godzenie w etykę dziennikarską przez złe traktowanie zapraszanych osób.