Akcja „Świecka szkoła” – na ratunek lekcjom religii!

Magazyn Liberte! rozpoczął akcję „Świecka szkoła”. Obywatelska inicjatywa ma na celu zniesienie finansowania religii z budżetu państwa. Ten subtelny i pozytywny projekt środowisk liberalnych, przyniesie korzyść wszystkim – w szczególności wierzącym.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że przez całą swoją edukację, od zerówki do liceum, uczestniczyłem w lekcjach religii. Przez trzynaście lat, dwa razy w tygodniu, dodajmy do tego zajęcia podczas rekolekcji, przed komunią i bierzmowaniem. Przerobiłem pięć lub sześć różnych podręczników (używanych). Łącznie uczyło mnie sześć osób – pięć kobiet, jeden mężczyzna (ksiądz). Miałem osiem w całości zapisanych zeszytów.

Piątkowy uczeń mówi „dość”

W drugiej klasie liceum system kształcenia religijnego przyniósł efekty. To wtedy, niemal od razu po bierzmowaniu, odrzuciłem całkowicie wiarę katolicką. Duch Święty najwyraźniej przyszedł z pustymi rękoma, bez darów. Własne zdanie zwyciężyło z konformizmem i strachem przed byciem wykluczonym. I chociaż do końca uczestniczyłem w lekcjach religii, to wiedziałem, że więcej w Boga już nie uwierzę.

Muszę wam przyznać, że lekcje religii nigdy mi się do niczego nie przydały. Nigdy. Nawet w czasach, gdy jeszcze dla niepoznaki chodziłem spowiadać się do konfesjonału i wyznawałem dwa „bezpieczne” grzechy: kłamstwo i „byłem niemiły dla innych”. Kiedy na studiach robiłem prezentację o islamie, nie było w niej ani grama wiedzy wyniesionej z lekcji religii. Nawet grając w głupie Quizzwanie wykorzystuję to czego się dowiedziałem z internetu i książek. Teraz, gdy zastanawiam się czego w ogóle uczono mnie przez trzynaście lat, dwa razy w tygodniu, mam w głowie pustkę. A przecież nie byłem złym uczniem. Na świadectwie zawsze miałem piątkę z religii.

Na większości zajęć mieliśmy stałą formułę: modlitwa, nauka o piśmie świętym/rodzinie/byciu dobrym/świętych/Bożym Narodzeniu/Wielkanocy, modlitwa, koniec. Przez całą edukację miałem trzy zajęcia o wierze innej niż katolicka. Dwa zajęcia o seksie… pardon, właściwie to o metodach zabezpieczania się i odpowiedzialności. Zapamiętałem je, bo wybijały się z monotonii. Dodatkowo jeden filmik o aborcji i dwa o egzorcyzmach. Przez trzynaście lat.

Ilość ponad jakość

Nie jestem jedyną osobą, która mimo usilnej, wieloletniej indoktrynacji (bo prawdę mówiąc nie wiem jak inaczej to nazwać) odeszła od Kościoła. Najnowsze statystyki CBOS wskazują, że liczba wiernych spada, a niewierzących zwiększa się. Coraz mniej osób uczestniczy w mszach, coraz mniej praktykuje. Szczerze? Nie jestem tym zaskoczony. Lekcje religii odarły wiarę z mistycznego, sakralnego charakteru. Sprawiły, że stała się ona takim samym przedmiotem jak matematyka, historia czy fizyka. Czyli – zakuć, zdać, zapomnieć.

Co jest największą wadą lekcji religii? Jest ich po prostu ZA DUŻO. Trzynaście lat nauki wiary to nieporozumienie, tym bardziej, że na zajęciach co rok powtarza się tak naprawdę te same tematy (szczególnie w okresie świątecznym). Dodajmy do tego msze święte w których uczestniczy część uczniów, a na których także są historie opowiadane potem ponownie na lekcjach religii. Stop, chwila, zatrzymaj się, czytaj teraz powoli i zastanów się. Trzynaście lat. Trzynaście. Lat. Założę się, że całą treść zajęć można spokojnie zamknąć w roku. Maksimum w dwóch latach. Akurat, przed komunią i przed bierzmowaniem. To nie same lekcje religii tak naprawdę rozjuszają liberałów. Tylko ich ogrom w porównaniu z innymi zajęciami.

Co zamiast religii? Historia, media, język polski

Piszę to, mając w pamięci, że nigdy nie udało mi się na historii przerobić okresu PRLu – brakowało godzin. Na języku polskim też pomijaliśmy niektóre lektury. Gdyby rozdzielić chociaż dwa lata religii między historię i język polski, może miałbym okazję dowiedzieć się jak Wałęsa płoty przeskakiwał i jak Jaruzelski stan wojenny wprowadzał.

Dodatkowo nasza edukacja kompletnie kuleje jeżeli chodzi o przystosowanie do życia obywatelskiego. Za moich czasów był jeszcze WOS, teraz go rozdzielono na „historię i społeczeństwo”. Przez rok uczniowie poznają tajniki „podstaw przedsiębiorczości”, ale to ciągle za mało. Młodzież musi wiedzieć jak załatwiać sprawy w urzędach, gdzie zwrócić się w razie różnorodnych problemów (rodzinnych, społecznych, z prawem, urzędowych). Przypominam, że żyjemy w kraju, gdzie za ścięcie starego, zbutwiałego, martwego drzewa, można zapłacić setki tysięcy złotych kary (polecam tekst Andrzeja Sikorskiego „Rzeczpospolita porąbana” z NIE; nr 11/13, 19.03). Osoba, która za chwilę wejdzie w dorosłe życie musi wiedzieć jakie pułapki na nią czyhają. Powinna mieć świadomość jakie organizacje pozarządowe działają w regionie, by móc podjąć działania na rzecz poprawy życia społeczności.

Najbardziej (pewnie dlatego, że jestem studentem dziennikarstwa i komunikacji społecznej) boli mnie jednak brak edukacji w zakresie mediów i zdobywania informacji. Wychowujemy pokolenie, które odrzuca przekaz profesjonalnych mediów, całą swoją wiedzę kreując w oparciu o „demoty” i „fejsbuka”. Które wierzy we wszystko i daje sobą manipulować, zaspokojone jednym tabloidowym lub „kwejkowym” źródłem. Telewizja, gazety, radio, internet – to coś co stało się nieodłącznym elementem naszego życia. Młodzież musi wiedzieć jak poradzić sobie z natłokiem informacji.

Takie dodatkowe zajęcia byłyby moim zdaniem o wiele cenniejsze niż powtarzane rok w rok te same modlitwy i nazwiska świętych.

Liberte! na ratunek lekcjom religii

Podsumujmy: moim zdaniem lekcje religii są nudne, wtórne, zbędne, rozwlekłe, zajmują czas, który można przeznaczyć na coś innego, stanowią źródło konfliktów, użyźniają konformizm wśród młodzieży i są źródłem duchowej stagnacji. Sądzę, że nie jestem odosobniony w swojej opinii. W skrócie – jest beznadziejnie, a biorąc pod uwagę jak zmniejsza się liczba wierzących – będzie jeszcze bardziej beznadziejnie.

I w tym momencie, pojawia się Liberte!, które wyciąga pomocną dłoń do Kościoła. Wbrew temu co myślą niektórzy przeciwnicy inicjatywy o zniesieniu finansowania religii z budżetu, środowisko liberalne związane z tym magazynem szuka konsensusu i rozwiązania, które zadowoli obydwie strony. Pozwolę sobie przytoczyć fragment projektu ustawy stworzonego w ramach akcji „Świecka Szkoła”: „1. Publiczne przedszkola, szkoły podstawowe i gimnazja organizują naukę religii na życzenie rodziców, publiczne szkoły ponadgimnazjalne na życzenie samych uczniów; Kosztów związanych z organizacją nauki religii nie można w części ani w całości finansować ze środków publicznych w rozumieniu przepisów o finansach publicznych.”

Czyż nie jest to rozwiązaniem wszystkich problemów o których pisałem? Ilość zajęć będzie zależała od rodziców lub samych uczniów. Nie będą mieli ich narzuconych odgórnie, będą mogli sami zdecydować czy chcą dalej powtarzać te same tematy, czy jednak zdecydują się na indywidualny rozwój duchowy. Doprowadzi to do tego, że księża będą zapewne sami spotykali się z zainteresowanymi, by zachęcić ich do zorganizowania lekcji religii. Uczniowie zacieśnią więzi z okolicznymi kapłanami, wzmacniając tym samym parafie i ich kontakt z wiernymi. Katecheci zaczną prowadzić zajęcia w sposób interesujący, niepowtarzalny, aby młodzież chętnie na nie przychodziła.

Wspólne starania o finansowanie połączą społeczność lokalną. Zniknie presja na to, by chodzić na zajęcia – staną się one bardziej indywidualne, nastawione na prawdziwe kształtowanie tych, którzy chcą, a nie „uczenie wiary” tak jak uczy się matematyki czy chemii. Jakość stanie się ważniejsza niż ilość, a własna wola od bezmyślnego konformizmu. Mało? To jeszcze bonus: lewaki w końcu zamkną mordy, bo nie będą miały już powodów do marudzenia.

Czy państwo ma być rodzicem?

Jest jeden problem, który często przewija się w argumentach osób przeciwnych projektowi, głównie rodziców – trzeba będzie coś organizować samemu, naradzać się, wspólnie finansować, ogólnie będzie przy tym sporo roboty. Drodzy rodzice. Wiara wymaga poświęceń. Praca uszlachetnia. Dzieci i rodzina są najważniejsze, dlatego powinniście móc znaleźć dla nich czas… i pieniądze. Miłość to też odpowiedzialność. Jeżeli o coś się mocno postaracie, to potem będziecie cieszyć się bardziej z owoców swego wysiłku, niż gdybyście otrzymali to za darmo. Przynajmniej część z tych zdań przewijała się przez lekcje religii. Zapomnieliście?

Osoby wierzące powinny być pierwszymi, które ustawią się w kolejce do podpisania projektu ustawy. Liberte! postawiło na pojednanie i sensowne, przynoszące wiele pożytku rozwiązanie. W zaproponowanej ustawie nie ma słowa o całkowitym wyrzucaniu religii ze szkół czy zamianie jej na etykę. Oddaje się lekcje religii w wasze ręce, byście mogli sami zadecydować o przyszłości waszych dzieci. Przyjmiecie tę odpowiedzialność dla ich dobra? Czy to „państwo” ma być rodzicem?

Zapraszam do czytania tekstu również na:
http://wiadomosci.onet.pl/akcja-swiecka-szkola-na-ratunek-lekcjom-religii/zknvkp

Projekt ustawy:
http://liberte.pl/swiecka-szkola-projekt-ustawy/

Tekst sprzed trzech lat „Lekcje religii – istnieje tylko jedna wiara”:
http://blogi.newsweek.pl/Tekst/spoleczenstwo/621529,lekcje-religii—istnieje-tylko-jedna-wiara.html

Abp Michalik (znowu) robi sobie krzywdę

Abp Józef Michalik przez parę miesięcy musiał zbierać plony swej lekkomyślności po tym jak bronił księży-pedofili mówiąc, że „dzieci lgną i wciągają” dorosłych w grzech. Minęło półtora roku – dziś, arcybiskup znowu robi sobie krzywdę oskarżającymi wypowiedziami.

Małgorzata Marenin, założycielka stowarzyszenia Stop Stereotypom, wytoczyła proces abp. Michalikowi oskarżając go o naruszenie dóbr osobistych. To już druga próba pociągnięcia duchownego do odpowiedzialności za słowa wygłoszone jesienią 2013 roku. Mówił wtedy, że za pedofilię w Kościele katolickim odpowiadają rozwiedzeni rodzice i feministki: „To one walczą o to, żeby w szkołach i przedszkolach wygaszać w dzieciach poczucie wstydu, a nawet o to, żeby mogły decydować o zmianie swojej płci. Niewłaściwa postawa często wyzwala się, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, zagubi się i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga”.

Oskarżenie o naruszenie dóbr osobistych wydaje mi się bezsensowne. Arcybiskup nie mówił w swoim kazaniu konkretnie o pani Marenin, odnosił się raczej ogólnie do środowiska „wrogiego Kościołowi” (o czym za chwilę). Trudno mi uwierzyć w to, że założycielka stowarzyszenia Stop Stereotypom naprawdę poczuła się „jakby ktoś pchnął ją nożem w plecy” – bo kto wziąłby na poważnie wypowiadane przez Michalika brednie, za które musiał się potem kajać przed dziennikarzami na konferencji prasowej? Feministki nie było zapewne w tłumie wiernych podczas homilii. Wątpię też, by przez słowa arcybiskupa spotkały ją jakiegoś rodzaju szykany lub wykluczenie społeczne.

Ten pozew przypomina mi absurdalne zarzuty o obrazę uczuć religijnych. Coś w stylu: „to co powiedziałeś mi się nie podobało, poczułem się smutny i dlatego masz płacić grzywnę lub iść do paki”. Histeryczna, niezrozumiała reakcja z byle powodu.

Jednak nieważne jak głupi byłby zarzut – pani Marenin ma prawo dochodzić „sprawiedliwości” w sądzie. Arcybiskup Michalik powinien co najwyżej przewrócić oczyma, posłać swojego prawnika i czekać na wynik pozwu. Po jego ostatniej „wpadce z pedofilami” tak by było najlepiej. Nie. Musiał znowu się powygłupiać.

„Chodzi o to, by przestraszyć ludzi Kościoła”, „chodzi o to by zamknąć Kościołowi usta”, „moim zdaniem ona wykonuje czyjeś zlecenie”, „nowa ideologia gender jest wielkim niebezpieczeństwem dla przyszłości rodzaju ludzkiego” – to cytaty z wywiadu abp. Michalika z Rzeczpospolitą. Zapowiedział też, że będzie dalej walczył z dżenderem. Przemyska kuria zarzuciła Marenin szukanie rozgłosu i zapewniła, że będzie modlić się za „prześladowców Kościoła”.

Ktoś by pomyślał, że arcybiskup Michalik przez półtora roku po prostu zrozumiał, że czasem rozsądniej jest przemyśleć to co się mówi i nie rzucać głupich oskarżeń. Że po przeprosinach na konferencji prasowej, powinien przestać robić z Kościoła chorowitą, słabowitą owieczkę, która jest dręczona przez wszystkich i która nigdy nie odpowiada za swoje czyny. To wina innych, a my zawsze jesteśmy niewinni. Co za bzdura.

Tymczasem znowu mamy festiwal paranoi, utyskiwań i syndromu oblężonej twierdzy. Rzeczywiście, ludzie Kościoła mają się czego bać. Jednej feministki, która przegrała poprzednią rozprawę i przegra zapewne kolejną. Niech się Jego Ekscelencja nie popłacze ze strachu. Na pewno biskupi drżą na myśl, że będą musieli się czasem zastanowić nad tym co mówią, a nie oczerniać wszystkich jak leci.

„Ona wykonuje czyjeś zlecenie”. Czyje? Żydów? Lewaków? Dżenderów? Ruskich? Może rządu Ewy Kopacz, tak hojnego dla Kościoła? Arcybiskup w wywiadzie przyznaje, że nie wie czyje zlecenie wykonuje Marenin. Więc po co w ogóle rzucać oskarżenie, które niczego nie wnosi?

Zamykanie Kościołowi ust? Biskupi i abp Michalik gadają co im ślina na język przyniesie. Oni sami powinni wiedzieć, że są momenty w których warto milczeć. Takim momentem była sytuacja po kolejnej aferze pedofilskiej w Kościele. Ta, po której arcybiskup mówił o „lgnięciu”. Gdyby wtedy duchowny zastanowił się nad tym co mówi, to nie miałby dzisiaj problemów.

Należy też pamiętać, że sprzeciwianie się czyjejś opinii i wyrażanie odmiennych poglądów nie jest „zamykaniem ust”. Kościół często zdarza się o tym zapominać.

Całą tę histerię wywołał jeden pozew feministki, która „strzeliła focha” na arcybiskupa. Wygląda to blado w porównaniu chociażby do procesu Jerzego Urbana o obrazę uczuć religijnych – o popełnieniu przestępstwa powiadomiło prokuraturę wtedy aż sześć osób. A chodziło jedynie o „zdziwionego Jezusa” w znaku drogowym. Wiedzieli o nim chyba tylko czytelnicy NIE, a nie cała Polska, jak w przypadku słów abp. Michalika.

Próby udowodnienia jacy to duchowni są biedni, pokrzywdzeni i dręczeni przez złych „dżenderów” budzą niesmak. Z jednej strony, kuria zarzuca pani Marenin szukanie rozgłosu. Z drugiej, abp Michalik też zachowuje się tak jakby chciał by o nim mówiono. Gdyby miał w pamięci swe wystąpienie sprzed półtora roku – siedziałby cicho, uznając milczenie za przejaw rozsądku. Duchowny sam robi sobie krzywdę nieroztropnymi wypowiedziami. A potem płacze, że „ktoś wykonuje zlecenie na niego”.

Ekscelencjo! Niech Ekscelencja przestanie biczować się własnymi słowami, bo dawne rany nigdy się nie zagoją!

Tekst można przeczytać również na:
http://wiadomosci.onet.pl/abp-michalik-znowu-robi-sobie-krzywde/529xre

Uchwała przeciętnego blogera z dnia 26 kwietnia 2014 r. w sprawie potępienia Sejmu i Senatu za brak wyczucia w kwestiach religijnych oraz brak poszanowania dla neutralności światopoglądowej państwa

Blogernia Newsweeka, dnia 26 kwietnia 2014 r.

Poz. 1 (?)

Uchwała przeciętnego blogera w imieniu nieokreślonej liczby osób zniesmaczonych działaniami polskich władz w związku z kanonizacją Karola Wojtyły

z dnia 26 kwietnia 2014 r.

w sprawie potępienia Sejmu i Senatu za brak wyczucia w kwestiach religijnych oraz brak poszanowania dla neutralności światopoglądowej państwa

.

W przeddzień kanonizacji Ojca Świętego Jana Pawła II, głowy Kościoła powszechnego, bloger wyraża niesmak i oburzenie związane z poczynaniami reprezentantów narodu, wybranych do Sejmu i Senatu Rzeczpospolitej. Bloger potępia szczególnie wszystkich polityków, którzy na co dzień przyjmują twarz dystansu i rozsądku, lub sugerowali, że zajmą się rozdziałem Kościoła od państwa, a dnia 24 kwietnia poddali się medialnej histerii, krytykując osoby mające czelność mieć odmienne, zgodne z zasadą neutralności światopoglądowej państwa, zdanie. W o wiele mniejszym stopniu niesmak blogera obejmuje konserwatywne partie, mające za nic wspomnianą powyżej neutralność światopoglądową państwa – gdyż po nich można się było tego spodziewać.

Bloger zauważa, że sporą część obywateli umiarkowanie obchodzi, co Sejm i Senat Rzeczpospolitej Polskiej „uważa” i jakie „wyraża nadzieje” w kwestiach religijnych, gdyż uchwała musiała być przegłosowywana, co oznacza, że nie wszyscy posłowie, reprezentujący naród jako taki, są zgodni z hołdem oddanym Karolowi Wojtyle – co sprawia, że jest ona wymuszeniem i zanegowaniem woli części osób, a nie aktem dobrej wiary i kłamliwej jednomyślności narodu.

Tym samym, bloger apeluje, by w związku z poszanowaniem opinii mniejszości (?) w kwestiach religijnych, patriotycznych czy światopoglądowych, zaprzestać przepychania na siłę uchwał, które godzą w dobre imię Sejmu i Senatu, a wydane z podpisem pani Marszałek Ewy Kopacz, stają się dokumentami rynsztokowego poziomu w związku z sejmowymi kłótniami i medialną ipsacją. Kwestie wiary, oddawania czci, decydowania o tym kto był wielkim człowiekiem, proszę pozostawić osądowi obywateli, którzy, żyjąc w demokratycznym państwie, mają możliwość samodzielnego wyrażania swoich poglądów, a także wyrażania poglądów w szerszym zakresie, przez tworzenie organizacji lub związków wyznaniowych. Bloger uważa, że taki sposób przedstawiania szacunku dla zmarłych osób jest o wiele bliższy idei demokracji oraz wolności osobistej, niż przyjmowanie odgórnych dyrektyw sejmowych kto jest „wielkim Polakiem”, „Ojcem niepodległości” lub „człowiekiem pokoju i nadziei”, a kto nie.

Jednocześnie bloger, mimo pewnych wątpliwości, nie ma zamiaru ujmować czci jaką posłowie i senatorowie oddają błogosławionemu Karolowi Wojtyle, jednak uprzejmie prosi tychże, by zamiast apelować o godne świętowanie wydarzenia (co osoba miłująca papieża i tak by zrobiła, nawet bez zachęty grupy ludzi, którzy na co dzień z przekazem świętego mają niewiele wspólnego) czy wyrażać nadzieję, która jak wiadomo jest matką głupich, zajęli się sensowną pracą, mającą na celu prawdziwą pomoc obywatelom, a nie żenującym, przedwyborczym żerowaniem na kanonizacji błogosławionego. Uhonorować osoby stanu duchownego o wiele umiejętniej potrafią związki wyznaniowe oraz sami wyznawcy religii. Szanowni panowie i panie, posłowie i posłanki, potrafią co najwyżej zrobić z takiegoż uhonorowania cyrk i kabaret.

Ostatecznie, w wyrazie skrajnego, wulgarnego buntu, bloger dopomina się również m.in. o podniesienie poziomu kultury debaty jako takiej w murach Sejmu i Senatu, przypomnienie sobie czym jest neutralność światopoglądowa państwa, zajmowanie się sprawami naprawdę kluczowymi dla społeczeństwa, a także o pamięć, że obywatele nie potrzebują wątpliwych wskazówek „wybrańców narodu” odnośnie obiektu czci i szacunku, gdyż swój rozum mają i sami wiedzą kto jest bliski ich sercu.

Przeciętny Bloger

W związku z:

W przeddzień kanonizacji Ojca Świętego Jana Pawła II, głowy Kościoła
powszechnego i wielkiego Polaka, Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wyraża mu wdzięczność i
szacunek.

Dziewięć lat temu, kilka dni po śmierci Ojca Świętego Jana Pawła II, posłowie i senatorowie zebrani na uroczystym zgromadzeniu oddali Mu hołd, nazywając Go głosicielem ewangelii Jezusa Chrystusa, wielkim moralnym autorytetem, Ojcem i Nauczycielem, a także „człowiekiem pokoju i nadziei” oraz „najważniejszym z Ojców niepodległości Polski”.

Sejm Rzeczypospolitej Polskiej uważa, że określenia te nie straciły niczego ze swojej aktualności.  Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wyraża nadzieję, że kanonizacja Ojca Świętego Jana Pawła II będzie dla wszystkich Polaków okazją do radosnego i solidarnego świętowania, a także zachętą do głębszego poznania Jego intelektualnej i duchowej spuścizny oraz do podejmowania i kontynuowania Jego dzieła. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej apeluje do wszystkich członków narodowej wspólnoty o godne uczczenie tego wydarzenia.

Twój Ruch tonie – o zawiedzionych nadziejach

Janusz Palikot od pamiętnego występu ze sztucznym penisem i pistoletem zaczął budzić zainteresowanie potencjalnych wyborców, którzy ujrzeli w nim Stańczyka, inteligentnego błazna, martwiącego się losami ojczyzny. Gdy uformował partię to głównie jego imię pociągało ludzi. Reszta kandydatów i członków ugrupowania zeszła na dalszy plan, była po prostu zbędna, przy charyzmatycznym przywódcy.

Miało być pięknie. Rozdział państwa i Kościoła. Walka o tolerancję. Darmowy dostęp do internetu. Darmowy dostęp do kondomów. Walka z biurokracją. Likwidacja Senatu. Ograniczenie liczby posłów. Finansowanie partii przez obywateli. No i oczywiście legalizacja marihuany, która okazała się właściwie jedynym argumentem, docierającym do młodych ludzi.

Wyborcy przepadają za błaznami. Są oni najlepszym wyrazem sprzeciwu wobec starej, zatęchłej struktury. „Nie spełniacie swojej roli jako politycy? To my wybierzemy wam na złość osobę niepoważną, lubującą się w happeningach”. Kogoś zabawnego, kto przełamie się przez beton i wytknie rządzącym błędy w sposób dosadny. Mówiącego prosto z mostu. Taki miał być właśnie Palikot.

Wyniku jaki jego Ruch osiągnął w wyborach (2011 rok) chyba nikt się nie spodziewał. Według sondażu przeprowadzonego przez TNS OBOP dla TVN24 i TVP, głosowali głównie ludzie młodzi (32% to osoby w wieku od 18 – 25 lat, 30,5% osoby w wieku 26 – 39 lat), z wykształceniem średnim, uczniowie i studenci, którzy wcześniej popierali PO (też swego czasu będące nadzieją na wyrwanie się z potrzasku jaki zgotowała lewica, a potem PiS). To był niesamowity sukces.

Na Ruch Palikota głosowała większość moich znajomych. Argument? „No, bo o kościele dobrze ten, i ten, i marihuana aby zalegalizować, nie?”. Młodzi ludzie oszaleli na punkcie Janusza Palikota. Stał się on politycznym idolem.

Nie na długo. Nie wiem czy to kwestia prawdziwej nieudolności Ruchu Palikota, czy nieumiejętnej promocji. Jedyny obraz jaki przedzierał się do mediów, był obrazem posłanki Anny Grodzkiej i Roberta Biedronia. Osób… odmiennych, które nie zostały przyjęte z takim entuzjazmem jak zapowiedź palenia trawki. Na ekranie błyszczały tylko te postaci, a jedynymi słowami, które dało się usłyszeć, były rozmowy o aborcji, gejach, lesbijkach i Kościele. Tak, posłowie na pewno mówili też o innych sprawach. Lecz tylko to przebijało się do głównego nurtu.

Nic się nie zmieniło. Ruch Palikota miał być i walczyć – a nie było go w ogóle. Od czasu do czasu poseł „jakiś tam” powiedział coś kontrowersyjnego. Innym razem, zorganizowano „jakiś tam” mini-happening, który media skwitowały milczeniem. Sam lider ugrupowania stał się nijaki. Kolejna, niewyraźna twarz przy korycie. Ludzie po prostu o nim zapomnieli. Nie było już tej euforii, gdy padło imię „Janusz Palikot”. A, no i marihuany też nie było. No kurde.

Kolejnym strzałem w stopę stała się zmiana nazwy. Twój Ruch wyzbył się jedynego elementu, dzięki któremu zaistniał w polityce – nazwiska swego wodza. Obecnie, gdy spyta się osobę umiarkowanie zainteresowaną sprawami kraju, czy wie co to jest „Twój Ruch”, to zrobi niewyraźną minę i pokręci głową. Doszło w międzyczasie do pogorszenia relacji ze środowiskami kobiecymi. A jakby tego było mało – posłowie z tej partii okazali się jednymi z najgorszych piratów drogowych w Sejmie.

Nie ma się co łudzić. W tych wyborach, Twój Ruch oberwie mocno po mordzie od wyborców, zawiedzionych kierunkiem w jakim popłynęła partia po której tak wiele oczekiwali. Będę zaskoczony jeżeli w ogóle dostanie się do Europarlamentu. Nawet jeśli – nie wieszczę powtórki sprzed trzech lat. Tym razem, miejsce Palikota zajmie inna kontrowersyjna postać. Charakterystyczna, charyzmatyczna, nieco dziwaczna, przez wielu uważana za błazna. Nowa Prawica jest świeżym (?) idolem młodych, zmęczonych dotychczasowym porządkiem. Ona również ma kuszące postulaty (też marihuana!) i daje nadzieję na zmiany. Nie mam wątpliwości, że Janusz „1%” Korwin-Mikke pozbędzie się skromnego przydomku i tym razem zatryumfuje. Działa dokładnie ten sam mechanizm co swego czasu przy Ruchu Palikota, chociaż obydwie partie są bardzo różne, jeżeli chodzi o ideologię.

Niszowe ugrupowanie kochane przez młodych, serwujące proste rozwiązania i kontrowersyjne postulaty, uderzające w ustalony porządek, rozrywające układ PO-PiS-SLD. Jeden lider, reszta – bezimienne pionki. Coś nowego. Nowa nadzieja. Obstawiam, że Nowa Prawica też obrzydnie wyborcom po wyborach do parlamentu. Sejm jest niczym wielkie bagno, każdy kto do niego wejdzie, wyjdzie brudny, śmierdzący i odpychający. Nawet konsekwentnemu w swoich działaniach Korwin-Mikkemu grozi to samo co Palikotowi – zapomnienie.

Sondaże są skrajnie nieprzychylne. Twój Ruch tonie.  Nie uratuje go jęczenie, że Tusk jest zły bo czyta z komórki obraźliwe SMSy. Nie uratuje Hartman ze ściętą głową. Co więc może ocalić Twój Ruch? Nic. Zawiódł nadzieje młodych, a ci nie wybaczają łatwo. To już nie jest Ich Ruch. Znajdą nowy obiekt czci. Już znaleźli. Ugrupowaniu Janusza Palikota pozostało już tylko staczanie się w skrajności i płakanie, że okładka elementarza jest rasistowska, bo nie ma na niej murzynka…

Tekst można znaleźć również na stronie:
http://www.tworzywo-online.pl/?p=1450

Jak nie dać się uwieść przez dziecko – poradnik dla kapłanów

Arcybiskup Michalik przedstawił dzisiaj w swoich słowach nieprawdopodobny problem, który wstrząsa strzechami kościołów. „Słyszymy nieraz, że to często wyzwala się ta niewłaściwa postawa, czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga” (1). Tak oto powiedział jeden z najwyższych przedstawicieli Watykanu w Polsce. Muszę mu przyznać rację. Problem dzieci uwodzących świętych przedstawicieli stanu kapłańskiego jest coraz poważniejszy, a media brutalnie próbują zrzucić winę na poczciwych duchownych. Nawet dotychczasowi przyjaciele zadają ciosy zza pleców. Tomasz Terlikowski dla portalu dziennik.pl (2): „Ta wypowiedź obraża ofiary i jest dla nich krzywdząca. Ona obraża ogromną rzeszę uczciwych księży i może budzić obawy rodziców, którzy słyszą, że to dzieci są winne, a nie zboczeńcy, którzy się do nich dobierali. Ta wypowiedź w końcu szkodzi Kościołowi”. Kto by pomyślał, że sojusznik nagle stanie się taki okrutny?

W związku z nagłośnionym ostatnio problemem dzieci uwodzących księży, wychodzę naprzeciwko potrzebom duchownym i prezentuje parę punktów, które mogą pomóc w ochronie przed niepowstrzymaną chucią małoletnich. Czcigodni duchowni, którzy macie problemy z zapanowaniem nad tymi zwierzęcymi instynktami (i tylko wy) możecie je nawet wydrukować i powiesić w swoich plebaniach, by zawsze pamiętać, że zło nie śpi:

  1. Unikaj kontaktów z dziećmi – krąży takie powiedzenie, że „religia jest jak penis, nie obnoś się z nim publicznie, ani nie wtykaj go dzieciom”. Podstawową i najskuteczniejszą formą obrony przed nienawistnymi atakami małoletnich jest ich unikanie. Jeśli dziecko nie będzie potrafiło cię nawet opisać – możesz się czuć bezpieczny. Dlatego trzymaj się od nich z dala. Są jednak sytuacje, gdy przewrotny los zrzuca na nas jakichś niepełnoletnich. Co wtedy?
  2. Powstrzymaj się od ojcowskich gestów – przytulenie lub poklepanie dziecka po głowie może obudzić w nim erotyczne popędy. Dlatego trzymaj rączki przy sobie, nawet, jeżeli twoje naturalne i dane przez Boga ojcowskie odczucia, biorą górę. Jeżeli nie potrafisz się powstrzymać, zrezygnuj ze stanu kapłańskiego i załóż rodzinę.
  3. Nie zostawaj z dzieckiem sam na sam – dziecko wykorzystując to, że nie ma świadków, może cię w perwersyjny sposób napastować. Staraj się zawsze przebywać w towarzystwie innych osób, które będą mogły poświadczyć o twojej niewinności. UWAGA! Nie zostawaj w towarzystwie samych dzieci. Mogą one się zmówić i świadczyć przeciwko tobie.
  4. Zaopatrz się w program antywirusowy i zaporę sieciową – bardzo powszechną praktyką jest podrzucanie przez nieletnich swoich roznegliżowanych, zbereźnych zdjęć na komputery księży. Zapewne robią to z pomocą jakichś wirusów lub szkodliwych programów. Dbaj o odpowiednie zabezpieczenie swojego PC, bo inaczej możesz zostać wplątany w jakąś aferę.
  5. Uważaj gdzie chodzisz – może się zdarzyć, że wędrując beztrosko po mieście i rozmyślając nad żywotem Syna Bożego, przypadkiem znajdziesz się w jakimś szemranym miejscu: dzielnicy prostytutek, klubie go go czy sex-shopie. Niech twe oczy zawsze uważnie śledzą w którym kierunku zmierzasz, bo niepełnoletni mogą złośliwie zrobić ci zdjęcia i użyć ich przeciwko tobie.
  6. Nie daj sobie zamydlić oczu – dzieci potrafią w bardzo niegodziwy sposób opanować umysł dorosłego. Zazwyczaj dorośli wtedy po prostu traktują maluchy jak niegroźne brzdące, którymi się trzeba opiekować. Jednak w swej nieskończonej nienawiści do religii chrześcijańskiej, dzieci stosują wobec niektórych księży hipnozę by wmówić im, że ciało osoby niepełnoletniej jest atrakcyjne dla dorosłego mężczyzny. Bądź zawsze ostrożny oraz czujny.
  7. Wystrzegaj się napojów oferowanych przez dzieci – często zdarza się, że niektórzy księża zapominają o tym jak obcowali z małoletnim. Jest to świadectwo użycia hipnozy (patrz punkt 6) lub bardzo niebezpiecznej tabletki gwałtu. Bądź czujny i nie pij niczego, co zaoferują ci dzieci.
  8. Szybko wkładaj opłatek do ust dziecka – bywa, że podczas mszy musisz obcować z dzieckiem, na przykład podczas wkładania Ciała Bożego do buzi wiernych. Nie panikuj. Zrób to szybko, po czym odpraw małoletniego odwracając wzrok, bo może on wykorzystać chwilę bliskości do omotania twoich zmysłów.

Mam nadzieję, że tych osiem porad pomoże wybranym księżom i uniemożliwi obrzydliwym dzieciom oraz mediom szkalowanie Kościoła. Pozdrawiam.


(1)
http://www.pap.pl/palio/html.run?_Instance=cms_www.pap.pl&_PageID=1&s=infopakiet&dz=kraj&idNewsComp=&filename=&idnews=128593&data=&status=biezace&_CheckSum=-779525016

(2)
http://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/439928,szokujaca-wypowiedz-abp-jozefa-michalika-o-pedofilii-terlikowski-obrazil-ofiary.html

PS: Seria o internetowych losach Krzysztofa Kononowicza zostaje zawieszona na czas nieokreślony. Seria o PBFach również.

Pedofile w Kościele – naturalną reakcją jest potępienie, a nie obrona

27.04.13 – Duchowny z Inowrocławia, wikariusz jednej z parafii, został aresztowany przez sąd jako podejrzany o posiadanie i rozpowszechnianie pornografii z udziałem dzieci. (gazeta.pl)

Pedofil może pojawić się wszędzie. Wśród nauczycieli, wśród księży, wśród homoseksualistów, wśród heteroseksualistów, wśród kobiet, wśród mężczyzn. Osoba krzywdząca dzieci nie ma lekkiego życia. Pogarda społeczeństwa, potępienie idące zewsząd, brak wsparcia, wykluczenie, sąd, więzienie, „koledzy” z celi. Można powiedzieć, że taki jest porządek rzeczy. Nikt nie rozczula się nad pedofilem. Nie broni go. A jeżeli już, to robi to z powodu pieniędzy, ogromnej wiary w niewinność tego człowieka lub z miłości. Zewsząd jednak padają przekleństwa, groźby, słowa potępienia. Wystarczy spojrzeć na komentarze pod dowolnym tekstem o pedofilach. Obcinanie na żywca genitaliów, to chyba najsympatyczniejsza kara proponowana przez internautów.

To naturalne. Oburzenie oraz wściekłość, są normalną odpowiedzią na skrzywdzenie najważniejszego członka czyjejś rodziny. Czyjegoś „słoneczka”, małej nadziei, której przyszłość może być piękna.

Nienaturalnym zjawiskiem zaś jest, gdy pewna grupa ludzi broni taką osobę i nie potępia jej. Ba, USPRAWIEDLIWIA jej postępowanie. „Bo każdy z nas jest grzeszny”. „Bo każdy ma swoje namiętności”. A ksiądz jest wystawiony na największe pokusy. To właśnie jest powód, dla którego ludzie tak „nieładnie” wypominają Kościołowi, że chowa pod swoimi skrzydłami pedofilów. Nie to, że w ogóle tam są. W porządku, dewianci mogą się pojawić wszędzie. Rzeczywiście, duchowni w związku z celibatem mają spore predyspozycje do wynaturzeń na tle seksualnym. I nawet się do tego przyznają. Ale najbardziej obrzydliwą, nienaturalną rzeczą jest stawanie w ich obronie, przenoszenie do innych parafii, lekceważenie problemu i próby tłumaczenia takich osób przez członków Kościoła. To najzwyczajniej w świecie godzi w poczucie uczciwości.

A wyjątkowo nas to razi, gdy słyszymy takie słowa z ust człowieka-autorytetu. Nie oszukujmy się, duchowni cieszą się ogromnym zaufaniem społeczeństwa. Ludzie wyznają im swoje najgłębsze sekrety, których nie mówią nawet rodzinie lub znajomym. Słuchają ich. Uważają za pośredników w kontaktach z Bogiem. Za przedstawicieli, którzy z racji na swoją pozycję, są przewodnikami, pasterzami. Za wyznaczniki moralności. Za wzór do naśladowania.

W pewnym momencie, wzór zaczyna bronić pedofila i bełkotać coś o tym, że „każdy z nas jest grzeszny”. Świetnie, ale nie każdy z nas gwałci małe dzieci.

Naprawdę, nie rozumiem tego zdziwienia Kościoła. Instytucja, która uczy nas jak żyć, mówi co jest dobre, a co złe, co moralne, a co niegodziwe, nagle okazuje się być schronieniem osób o wątpliwej reputacji. W dodatku ich broni! Zamiast twardo odciąć się od tych dewiantów, potępić, wykluczyć ze swojej społeczności, jak to się dzieje wśród normalnych obywateli, oni ich chronią. Co za miłosierdzie! Trochę zbyt często brakuje tego miłosierdzia wobec osób o odmiennych poglądach, ale hej! W końcu to „nasi”.

Wystarczy czasem jedna wpadka przedstawiciela danej grupy, by od razu ją przyporządkować do pewnego schematu. Gdyby dwójka polityków jakiejś partii została skazana za pedofilię, ludzie odwróciliby się od tej partii błyskawicznie. A łatka „partii pedofilii” nigdy by się nie zmyła. Gdyby w jakiejś szkole nauczyciel zgwałcił uczennicę, rodzice poważnie by się zastanowili, nim wysłaliby do tej placówki swoje dzieci. Ale Kościół jest czysty! Mimo tylu skandali jest czysty! I dalej powinniśmy go darzyć pełnym zaufaniem!

A w ogóle, to geje gwałcą więcej dzieci. I nauczyciele. I cykliści. I wegetarianie. I to kolejny, żałosny atak sił lewacko-ateistycznych na Kościół. Próbują obrzydzić ludziom wiarę w jednego Boga. Próbują zniszczyć dorobek chrześcijaństwa, naszą tradycję, rodzinę, miłość, sprawiedliwość, prawo.Widzimy, jak brutalnie nasza wiara i wierzący są gnojeni. Ale przyjmiemy to na siebie, wystawimy drugi policzek.

W końcu jesteśmy niewinni, pobożni i moralni.

A jak przyjdzie co do czego, to przeczekamy.

Przemilczymy.

Wybronimy.

Znajdziemy wroga na którym inni się skupią.

I dalej będziemy niewinni, pobożni i moralni.

Jeżeli Kościół nie zacznie używać naprawdę ostrych słów by potępić pedofilów w swoich szeregach, oraz nie podejmie poważnych działań by ich eliminować z hierarchii kościelnej, to niech nie liczy na zamknięcie ust niewygodnym komentatorom. Ludziom potrzeba prawdziwej reakcji. A nie wymówek.

Oceniający zostaną ocenieni

Każdy z nas, ma jakieś opinie na różne tematy. Nie zawsze te opinie są poparte dowodami, głębszymi rozmyślaniami czy badaniami. Czasami, najpierw ustalamy sobie jakąś tezę w oparciu o emocje, odczucia lub zachowanie grupy społecznej w której żyjemy. Dopiero potem dobieramy do niej argumenty, tak, by odpowiadały naszym oczekiwaniom. Z pominięciem tych niewygodnych. A jeżeli „fakty nie pasują do teorii, to tym gorzej dla faktów”. Będziemy się chwytali wszystkiego, by obronić swojej tezy, nawet, jeżeli przedstawiane przez nas informacje będą sprzeczne z resztą naszych opinii. Czemu? Bo chcemy zachować jakiś stały światopogląd. Chcemy mieć w czymś oparcie, chcemy czemuś zaufać, chcemy wierzyć, że jesteśmy mądrzy, a nasze rozumowanie jest lepsze od rozumowania innych. Chcemy… nie, musimy, udowadniać innym, że robią źle. A my, robimy dobrze. Musimy oceniać. Musimy. Ale gorzej, gdy ludzie zaczynają oceniać nas.

Parę dni temu, w programie „Tak czy nie” na Polsat News, dyskutowały ze sobą Małgorzata Terlikowska i Renata Dancewicz (prowadząca: Agnieszka Gozdyra). Rozmowa w mojej opinii życzliwa, sympatyczna, bez zaciekłości. Przedmiotem dyskusji był oczywiście wywiad z żoną znanego, prawicowego publicysty i koncepcja tradycyjnego modelu rodziny. Podczas niej, padły bardzo interesujące, mądre słowa. Że Małgorzata Terlikowska jest tak surowo oceniana, bo ludzie odgryzają się, za nieprzyjemne, często kontrowersyjne oceny Tomasza Terlikowskiego.

I to prawda. Jeżeli my będziemy często oceniali i narzucali swoje opinie innym osobom, to te osoby wcześniej czy później, odwdzięczą się tym samym. Złośliwie pokażą palcem, wskazując na hipokryzję tych, którzy pragną być najświętszymi wśród świętych. Im głośniejszy będzie krzyk potępiający „niemoralność”, tym mocniejsze będą ciosy, gdy okaże się, że krzykacz również nie trzyma się swoich zasad. Nie potrzeba żadnego wielkiego wybryku. Wystarczy drobny błąd, a ci, którzy chętnie oceniali innych, sami zostaną rzuceni na stos wrogich opinii.

A im szerszy był zasięg wcześniejszych „pouczeń”, tym bardziej bolesna będzie kontrofensywa. Jeżeli Pan Romek „z podwórka” powie, że papież jest chujem, to nikt nie zwróci na to uwagi. Jeżeli krzyknie to znany publicysta lub dyrektorka teatru, spotka się z natychmiastową odpowiedzią. Przy okazji, w mojej opinii, Ewa Wójciak zachowała się skandalicznie. Gdy byłem mały i chodziłem do teatru, widziałem w nim coś naprawdę wielkiego. Miejsce, gdzie prezentowana jest prawdziwa kultura, prawdziwa sztuka. Coś, co jest tak odmienne od „ulicy”, że aż zapiera dech w piersi. I widziałem też w oczach swoich rówieśników ten…  strach, przed czymś tak „elitarnym”, ale też podziw i dumę, gdy przyszło się do teatru. Nawet gdy przedstawiane sztuki były dalekie od politycznej poprawności. A dyrektor teatru? Ba, człowiek wielkiego formatu, reprezentant kultury i wszystkich chwalebnych cech, które widział mały uczeń podstawówki, patrząc na scenę. Pani Wójciak brutalnie zniszczyła te dziecięce wyobrażenie, pokazując, że teatr nie jest niczym specjalnym, a jego szefowie nie różnią się niczym od drechów z podwórka, dla których każdy, kto im nie pasuje, to chuj albo pizda. Bez argumentów, bez uzasadnionych ocen. Prymitywnie, bezczelnie, chamsko.

Ale wróćmy do tematu, bo to nie do Ewy Wójcik głównie pije. Pije do instytucji, która ma swoje placówki na całym świecie i która jest, przynajmniej według statystyk, najważniejsza dla 80% Polaków. Do Kościoła. Kościoła, który wydaje swoje opinie, mówi ludziom jak mają żyć, wskazuje ścieżki postępowania, jest dla wielu autorytetem. Księża z ogromną satysfakcją pokazują, kto czyni źle, kogo opętał Szatan, które działania są dobre, a za które czeka nas ogień piekielny. To im ludzie się spowiadają, wyjawiając najskrytsze sekrety. U nich szukają pomocy, im pozwalają błogosławić swoje dzieci oraz oddawać cześć zmarłym. Im przekazują pieniądze. Ich słuchają co niedzielę, klęcząc gdy oznajmią, że czas klęczeć i wstając, gdy oznajmią, że czas wstać, często postępują wbrew logice, bo „tak wypada i tak oni mówią”. To ręce Boga, mające dbać o owieczki, prowadzić je ku Niebu.

Skąd więc to zdziwienie, że lud jest wściekły, gdy ksiądz w obłudny sposób niszczy to zaufanie i łamie zasady o których z takim namaszczeniem mówi? „Ksiądz to tylko człowiek, grzeszny, jak my wszyscy”. I tak samo jak każdy inny, grzeszny człowiek, zostanie mocno skrytykowany gdy zawiedzie swoje owieczki. A tym większa krytyka, im większy zasięg oraz „świętość” duchownego. Tłumaczenie hierarchów Kościoła, że „to tylko człowiek”, „każdy ma swoje grzechy”,„musimy wybaczyć”, „jesteśmy atakowani”, jest po prostu niesmaczne. Tak, możemy przebaczyć. Ale kiedy to my grzeszymy i „jesteśmy tylko ludźmi”, lub, najzwyczajniej w świecie, mamy opinie odmienne od tych, które głoszą księża, często nie ma dla nas litości. Bo jesteśmy źli, grzeszni, niszczymy wartości, rządzi nami Szatan, prowadzimy świat ku zagładzie. To odpowiedź, cios za cios. Kościół jest atakowany? Owszem, można tak powiedzieć. Jednak biała szata została splamiona czernią i czerwienią. A czerń i czerwień bardzo wyraźnie widać na jasnym materiale. I ciężko taki brud doprać. Płacz biskupów nic nie da.

Bo jeżeli oni będą często oceniali i narzucali swoje opinie innym osobom, to te osoby wcześniej czy później, odwdzięczą się tym samym.

Palikot vs Cyryl: „Hańba, zamach i wstyd”

No i stało się. Znów słowa o wstydzie i zamachach. Ci którzy przewidywali, że po wizycie patriarchy Cyryla ktoś wyjdzie przed szereg by szastać hańbą, nie przeliczyli się. PiSowcy nie mogli sobie przecież odpuścić antyrosyjskich ataków, nawet, gdy Kościół przyjął gościa z otwartymi ramio…

O, pardon, nie PiSowcy. Tym razem znany i lubiany Janusz Palikot, postanowił „pohańbować”. „To był cichy zamach na świecki charakter państwa za zgodą prezydenta Komorowskiego i innych polityków. To wstyd i hańba”. Ponadto przyjmowanie przywódców Kościołów niczym głów państwa jest niezgodne z Konstytucją (pewnie tak samo jak przyjmowanie kandydatów na prezydentów). Po raz kolejny nasza polska, świecka racja stanu pada ofiarą ataków. Jak nie katolików to prawosławnych. Dobrze, że rodzimowierców u nas mało, bo Ci dopiero by namieszali w większej liczbie. Kto wie, może doszłoby nawet do spalenia Palikota niczym Marzanny na Jare Święto.

Czy Janusz Palikot swymi słowy obejmuje również papieży? Czy po licznych wizytach Jana Pawła II, Janusz Palikot również gwałtownie protestował? Chyba nie, bo jeszcze niedawno (przy prezentowaniu aktu apostazji) twierdził, że Kościół należy odebrać hierarchom i przywrócić tradycję Karola Wojtyły. Jaka to tradycja? Ekumenizm i pokazywanie się na świecie? Czy w innych krajach, gdzie liczba katolików jest mniejsza, a gdzie bywał papież, lokalne Palikoty również podnosiły rumor, że nie można przyjmować hierarchów niczym głów państw? A może ten „nasz” był takim niby-katolikiem, a nie prawdziwym papieżem. W końcu swojak, można wybaczyć, nie to co jakiemuś tam Cyrylowi.

Znowu pudło, bo Palikot wiele razy krytykował Karola Wojtyłę. I dojdź do porozumienia z tym politykiem. Raz przywracanie tradycji Karola Wojtyły, drugim razem krytykowanie go. Ptaki szepczą na drzewach, że Bronisław Komorowski ma zostać królem i potrzebny mu nowy błazen. Mamy wielu mocnych kandydatów. Palikot jest jednym z nich, on potrafiłby zabawić władcę gumowym prąciem lub świńskim łbem (podczas uczt). Pan Bratkowski twierdzi, że pan Janusz jest inteligentnym uczestnikiem życia sejmowego, czemu nie przeczę. Będziemy mieli nowego Stańczyka! A może pewien polityk PiSu, który odsunięty od środowiska książęcego, mówi, że dostępuje zaszczytów? Taki nigdy nie będzie narzekał! Zawsze możemy też poszukać za granicą. Obiecującym błaznem jest Todd Akin, mówiący, że zgwałcona kobieta nie może zajść w ciążę… Inne propozycje?

Czesław Obara, krzyż, komornik i ksiądz Warchoł

Stalowa Wola, osiedle Młodyn, rok 2009. Na terenie należącym do miasta zostaje bezprawnie postawiony krzyż. Tak na oko ze cztery metry. Sprawą zajmuje się prezydent Stalowej Woli Andrzej Szlęzak wraz z innymi urzędnikami i sądem. Ostatecznie sąd stwierdza, że symbol religijny został postawiony nielegalnie. Marian Pędlowski, powiatowy inspektor nadzoru budowlanego szuka firmy która podjęłaby się przeniesienia krzyża. W końcu takową znajduje. Cena „usługi” tania, zaledwie 4 tysiące złotych.

Oczywiście nadzór budowlany nie ma zamiaru płacić nawet takiej atrakcyjnej sumy za przeniesienie drewnianego symbolu. Na parafię która stoi za postawieniem krzyża, nasyła komornika by ściągnęła z jej konta pieniądze.

W tym momencie, po trzech latach obserwacji żałosnej przepychanki, w której nielegalnie stawia się symbole religijne, a za przeniesienie kawałka drewna płaci cztery tysiące złotych, wkracza pan Czesław Obara. Najpierw proponuje, że może zająć się transportem krzyża za symboliczną złotówkę. Parafia się nie zgadza. Więc pan Czesław w pojedynkę wyrywa krzyż z ziemi, bierze go pod pachę i wraca do domu. Swoją zdobycz stawia w ogródku, by już nikomu nie przeszkadzała. W parę minut dokonuje tego, czego wszechobecna biurokracja nie mogła dokonać przez trzy lata. Sprawa szczęśliwie się kończy – władze miasta mają problem z głowy, a kościół nie musi płacić czterech tysięcy złotych za fikcyjną usługę. Wszyscy są zadowoleni i dziękują panu Obarze za wzięcie sprawy w swoje ręce.

Żartowałem. No, częściowo żartowałem.

Władze miasta rzeczywiście były zadowolone z inicjatywy odważnego obywatela. Ale okoliczna parafia, która najwyraźniej ma za dużo pieniędzy i chce się ich pozbyć, nie ustąpiła. Ksiądz Jerzy Warchoł (nazwisko zobowiązuje), który jest „inwestorem krzyża” złożył doniesienie na policję. Nielegalnie postawiony krzyż został w końcu bezczelnie ukradziony. Reaguje nawet sandomierska kuria, która „z głębokim smutkiem informuje”, że czyn pana Obary był „wymierzony w święty znak naszego zbawienia i raniący uczucia religijne osób wierzących”.

No i tak to jest, w naszym polskim państwie, że urzędnik z księdzem pod ramię grają w kotka i myszkę, a gdy ktoś próbuje im zabawę przerwać, pojawia się święte oburzenie. Połączone z waleniem się po mordach krzyżami. Śmiać się? Płakać?

Więcej miłości w Polsce! TV TRWAM przetrwa!

„Nie dajmy się dzielić! Polsce potrzeba merytorycznej rozmowy, wzajemnych debat, poznawania racji drugiego człowieka. Polsce potrzeba miłości!” – tak oto, do prawdziwych Polaków którzy zebrali się by bronić jedynej, katolickiej stacji w naszym kraju. przemawiał o. Tadeusz Rydzyk.

Poprzez słowo „Polska” miał chyba na myśli środowiska prawicowe skupione wokół TV TRWAM i tylko w tym gronie dopuszczał merytoryczną rozmowę, wzajemne debaty oraz poznawanie opinii drugiego człowieka (nie innych ludzi, bo wszyscy wiemy kim są „inni”). Reszta, ta nieprawicowa reszta oczywiście, z Rzeczpospolitą nie ma nic wspólnego, dlatego jakikolwiek dyskurs jest niewskazany a wręcz szkodliwy! Rozmowa ze zwolennikami rosyjskiej władzy, mogła by wywołać gniew jedynych prawdziwych Polaków! A nie daj Boże, ktoś by się dał przekonać ich argumentom! To jak przejście do obozu wroga i dezercja! I po co się stresować i poddawać „polityce nienawiści”? „Polsce potrzeba miłości!”, krzyczy o. Rydzyk, chwilę później mówiąc: „Skończcie z judzącymi programami kpiącymi z katolików, wierzących, prawdziwych Polaków. Skończcie z judzeniem przeciw świętej pamięci prezydentowi i wszystkim poległym. Z kpinami z moherowych beretów. Z kpinami przeciw ludziom starszym!”

A mówi to, by żyło się nam dostatnie. Dla dobra człowieka, dla szczęścia ludzkości, chce nas złączyć w uścisku miłości… Aż z trzaskiem pękałyby kości, jak stoi w „Limerykach o narodach” Jacka Kaczmarskiego.

Dość z judzeniem przeciw katolikom, wierzącym i prawdziwym Polakom. Czas na konkretniejsze informacje, dla tych, którzy nie wiedzą co się dzieje lub zostali mylnie poinformowani, że nasze ulubione TV TRWAM zostanie zamknięte. TV TRWAM ciągle będzie istniało, nawet po tym jak nie dostało się na multipleks cyfrowy. Jak najbardziej, będzie można oglądać tę stację za pośrednictwem anten satelitarnych i  telewizji kablowej. Czyli w takiej formie, z jakiej korzystają dzisiaj Polacy, zarówno Ci „prawdziwi”, jak i zaprzańcy chcący zniszczyć nasz kraj. Do KONKURSU (co by to był za konkurs, gdyby wiadomo było kto wygra lub gdyby zwycięzca został wybrany by nie budzić społecznych niepokojów?) zgłosiło się wiele programów, tylko czwórka mogła „dostać trzy razy TAK”.

Poza wybranymi kanałami, tylko TVP1, TVP2 i TVPinfo mogły poszczycić się niezależnym od konkursu funkcjonowaniem, co daje nam siedem kanałów na multipleksie. Zasmucę tych którzy myślą, że miejsce TV TRWAM zajmie jakaś „reżimowa” telewizja, jak TVN lub Polsat. Inne programy będą też funkcjonowały tak jak dotąd, poprzez anteny satelitarne i telewizję kablową.

Więc TV TRWAM wcale nie zniknie z naszych telewizorów, będzie ciągle dostępny. O co chodzi w tej wielkiej hucpie? Czemu prawicowe środowiska aż tak denerwuje jeden przegrany konkurs o kosztowny multipleks, na który Fundacja Lux Veritas i tak by nie miała pewnie pieniędzy? Czemu musimy zawsze, przez każde tupnięcie rozszalałych katolików (tych którzy nie są rozszalali, nie uważają że żyjemy pod zaborami i nie manifestują swojej miłości waląc kogoś krzyżem przez łeb, pozdrawiam!) ustępować, nawet jeżeli nie mają racji? Czemu nieudostępnienie konkretnej formy przekazu jednemu medium, tak jak dziesiątkom innych, zostaje uznane za walkę z Bogiem, Polską i chrześcijaństwem?

I ostatecznie, czemu wmawia się pewnej grupie ludzi, że ich stacja telewizyjna zniknie z mediów, kiedy wcale nie zniknie?

Bardzo ciężko mi znaleźć odpowiedzi na te zagadnienia. I na jeszcze jedno pytanie, które doprowadziło do tej piekielnej orgii: czemu o. Tadeusz Rydzyk, nie dostarczył dokumentów dotyczących wielomilionowej pożyczki, które były wymagane przez KRRiT?

PS: A multipleks i tak będzie poszerzany o nowe programy! Już się boję kolejnego konkursu.