Zagrożenie ze strony islamu a dezinformacja – sprawa Siv Kristin Sællmann

Fanem agresywnego islamu zdecydowanie nie jestem. Świadczą o tym moje dawne wpisy, w których dawałem przykłady chorych sytuacji będących efektem zderzenia kultury wschodu i zachodu oraz komentowałem, dlaczego należy tę religię uznać za złą. Boli mnie jednak skala propagandy i dezinformacji, jaka od jakiegoś czasu przelewa się przez polski internet. Na portalach antyislamskich prezentuje się teksty, które z prawdą nie mają nic wspólnego, a potem płyną one dalej, na Facebooka, na różne kwejki i wiochy, stanowiące źródło informacji o świecie (!) dla młodych ludzi.

Ostatnio internautów zszokowała sprawa Siv Kristin Sællmann, norweskiej dziennikarki, która po protestach ze strony muzułmanów, została zwolniona z telewizji publicznej NRK, za noszenie krzyżyka na łańcuszku. W polskim internecie informację tę opublikował portal „Nie dla islamizacji Europy”, gdzie przetłumaczono ją z gazety „Komsomolskaja Prawda”, a gdzie wcześniej trafiła za sprawą „la Repubblica”. Błyskawicznie dotarła do innych zakątków internetu, oburzając internautów. Wszystko pięknie, komentatorzy mogą się oburzać na zły islam. „Zaraz zaraz, a szmaty noszone przez muslimki to nie obrażają chrześcijaństwa i normalnych Norwegów? Jak dobrze że żyję w Polsce, kraju biednym ale paradoksalnie zaskakująco normalnym.” – pisze Michał pod artykułem. „Takich skutkow moze sie cywilizacja spodziewac jesli dopusci to bydlo do UE.Czy nikt naprawde nie zauwaza ze to bydlo chce opanowac swiat swoja chora ,, kultura,, czy ta cywilizacja jest tak uposledzona?” – komentuje Grzegorz. I wszystko by było pięknie, gdyby nie to, że informacja jest najzwyczajniej w świecie NIEPRAWDZIWA.

Otóż pani Kristin nie została zwolniona. Została poproszona przez swoich pracodawców by ograniczyć używanie symboli religijnych w neutralnej światopoglądowo telewizji publicznej. W Polsce może to być dla nas nie do końca zrozumiałe, ale dziennikarze, jeżeli chcą być godni zaufania i wiarygodni, powinni jak najmniej prezentować swoje przekonania religijne. Nie mówię tutaj o publicystach, tylko o osobach prowadzących na przykład serwisy informacyjne. Neutralność oraz dystans są zapisane w niektórych kodeksach etyki dziennikarskiej. Może nas oburzać, że poproszono kogoś by ograniczył epatowanie swoją wiarą, ale w wielu telewizjach na świecie – jest to oczywisty standard. Ani krzyż, ani burka, ani inny symbol religijny w telewizji (i wśród takich zawodów jak sędzia czy policjant) nie będą mile widziane. Protestów muzułmanów… nie było. Nie wspomina o nich żadna z czołowych norweskich gazet (włącznie z tabloidami, które bardzo chętnie żerowałyby na takiej informacji).  Sama Kristin powiedziała, że nie ma zamiaru sprawiać problemów i dostosuje się do prośby NRK: „Jeśli myślą, że ja i kanał tracimy wiarygodność przez to, że chodzę z takim małym krzyżem na szyi, to oczywiście nie zamierzam go więcej nakładać” (źródło: „Vårt Land”).  Czemu tak pokornie ustąpiła? To proste. Dziennikarz musi umieć odróżnić sferę prywatną od sfery zawodowej. Wczoraj, prezenterka opublikowała filmik na którym opowiada o tym dlaczego krzyż i Jezus są dla niej ważni. Zrobiła to po pracy – zgodnie z etyką.

Wszystkie te informacje czerpię z norweskich mediów, czyli u źródła. Sprawa z krzyżykiem wyszła 4 listopada i wtedy Kristin miała zostać zwolniona. W internecie możemy znaleźć nagrania z tą panią w serwisie informacyjnym z 11 listopada. W żadnym norweskim tekście nie ma słowa o jej zwolnieniu, ani informacji o protestach muzułmanów. Jedynie w chrześcijańskiej „Vårt Land”, jest wzmianka o tym, że to strach przed islamem prowadzi do walki z krzyżem.

Ostatnio, bardzo często zauważam informacje godzące w islam, które po weryfikacji okazują się albo niepełne, albo najzwyczajniej w świecie fałszywe. Pojawiają się najpierw na radykalnych, antyislamskich portalach, a potem przenoszą na bardziej popularne strony, gdzie każdy z nas może na nie trafić przypadkiem. Krytyka wyznawców czyniących zło w imię swojej religii jest moim zdaniem jak najbardziej potrzebna i uzasadniona. Ale, prawdę mówiąc, im częściej natrafiam na tekst, który okazuje się nieprawdziwy, tym bardziej się zastanawiam, ile w tej nagonce przeciw islamowi jest propagandy i tworzenia fałszywego zagrożenia? Karmieni jesteśmy przykładami chorych, dzikich zachowań ludu ze wschodu, ale jak wiele z nich jest tak samo „prawdziwych” jak sprawa zwolnienia Siv Kristin Sællmann?

Źródła:


http://www.aftenposten.no/kultur/–Religiose-symboler-passer-ikke-inn-i-en-nyhetsredaksjon-7361815.html


http://www.vg.no/nyheter/innenriks/artikkel.php?artid=10144771


http://www.dagbladet.no/2013/11/04/kultur/siv_kristin_sellmann/nrk/tv_og_medier/kors/30136105/


http://www.vl.no/samfunn/tar-ikke-pa-seg-korset-igjen/


http://www.repubblica.it/index.html?refresh_ce


http://ndie.pl/w-norwegii-zwolniono-prezenterke-telewizyjna-za-to-ze-krzyzyk-na-jej-szyi-obrazal-muzulmanow/

Czesław Obara, krzyż, komornik i ksiądz Warchoł

Stalowa Wola, osiedle Młodyn, rok 2009. Na terenie należącym do miasta zostaje bezprawnie postawiony krzyż. Tak na oko ze cztery metry. Sprawą zajmuje się prezydent Stalowej Woli Andrzej Szlęzak wraz z innymi urzędnikami i sądem. Ostatecznie sąd stwierdza, że symbol religijny został postawiony nielegalnie. Marian Pędlowski, powiatowy inspektor nadzoru budowlanego szuka firmy która podjęłaby się przeniesienia krzyża. W końcu takową znajduje. Cena „usługi” tania, zaledwie 4 tysiące złotych.

Oczywiście nadzór budowlany nie ma zamiaru płacić nawet takiej atrakcyjnej sumy za przeniesienie drewnianego symbolu. Na parafię która stoi za postawieniem krzyża, nasyła komornika by ściągnęła z jej konta pieniądze.

W tym momencie, po trzech latach obserwacji żałosnej przepychanki, w której nielegalnie stawia się symbole religijne, a za przeniesienie kawałka drewna płaci cztery tysiące złotych, wkracza pan Czesław Obara. Najpierw proponuje, że może zająć się transportem krzyża za symboliczną złotówkę. Parafia się nie zgadza. Więc pan Czesław w pojedynkę wyrywa krzyż z ziemi, bierze go pod pachę i wraca do domu. Swoją zdobycz stawia w ogródku, by już nikomu nie przeszkadzała. W parę minut dokonuje tego, czego wszechobecna biurokracja nie mogła dokonać przez trzy lata. Sprawa szczęśliwie się kończy – władze miasta mają problem z głowy, a kościół nie musi płacić czterech tysięcy złotych za fikcyjną usługę. Wszyscy są zadowoleni i dziękują panu Obarze za wzięcie sprawy w swoje ręce.

Żartowałem. No, częściowo żartowałem.

Władze miasta rzeczywiście były zadowolone z inicjatywy odważnego obywatela. Ale okoliczna parafia, która najwyraźniej ma za dużo pieniędzy i chce się ich pozbyć, nie ustąpiła. Ksiądz Jerzy Warchoł (nazwisko zobowiązuje), który jest „inwestorem krzyża” złożył doniesienie na policję. Nielegalnie postawiony krzyż został w końcu bezczelnie ukradziony. Reaguje nawet sandomierska kuria, która „z głębokim smutkiem informuje”, że czyn pana Obary był „wymierzony w święty znak naszego zbawienia i raniący uczucia religijne osób wierzących”.

No i tak to jest, w naszym polskim państwie, że urzędnik z księdzem pod ramię grają w kotka i myszkę, a gdy ktoś próbuje im zabawę przerwać, pojawia się święte oburzenie. Połączone z waleniem się po mordach krzyżami. Śmiać się? Płakać?

Ewolucja postrzegania awantury Smoleńskiej

Przez dwa lata od katastrofy w Smoleńsku, moje postrzeganie całej tej hucpy wokół tragedii, zmieniało się kilkukrotnie. Ewoluowało. Absorbowałem postrzeganie innych, zbierałem informacje, myślałem, dorastałem po to by w końcu móc podejść do tego z dystansem. W pewnym momencie wielu z nas zapewne myślało, że afera nigdy się nie skończy, że zawsze będziemy obrzucani Smoleńskiem i awanturą spod krzyża. A jednak. Sprawa oraz politycy wciąż krążą wokół ciał zmarłych, ale atakują rzadziej, nie żerują jawnie na trupach. Co jakiś czas tylko podlecą by ku swej makabrycznej uciesze skubnąć kawałek ucha lub palca…

O katastrofie dowiedziałem się z samego rana. Można powiedzieć, że śledziłem sprawę już od momentu, kiedy po raz pierwszy na antenie TVN24 wspomniano o „kłopotach przy lądowaniu”. A potem stało się – samolot rozbity, chaos, trzy osoby przeżyły. Szybki skok „na neta”, informacje: zamach, Rosjanie zechcą nas zaatakować, władza w rozsypce, nie wiadomo kto zginął. Znowu TVN24 – nikt nie przeżył, trwa msza żałobna, padają nazwiska osób które brały udział w locie. Osób, które na co dzień oglądało się w telewizji lub o których czytało w gazetach. Kaczyński, Kaczyńska, Kaczorowski, Putra, Szmajdziński, Skrzypek, Stasiak, Szczygło, Gęsicka, Gosiewski, Jaruga-Nowacka, Wassermann. Przecież to prawie jak znajomi, codziennie się z nimi widzisz, słyszysz co mówią, nawet polemizujesz z ich słowami w myślach lub na forach. Byłem naprawdę wstrząśnięty. Jak to, nie zobaczę już w Sejmie Kaczyńskiego? Nie zobaczę Gosiewskiego, Gęsickiej ani Wassermanna? Niewyobrażalne.

Byłem do tego stopnia wstrząśnięty, że gdy następnego dnia znajomy miał czelność niewybrednie szydzić z tragedii, zakończyłem z nim znajomość. Już od jakiegoś czasu patrzyliśmy na siebie krzywo, a to był moment w którym przekroczył linię.

A potem się zaczęło. Cała seria aktów, które natychmiast wybiły mi z głowy żal i poczucie straty. Bitwa o Wawel, przepychanki polityczne, afera pod krzyżem, poszukiwanie spisku. Z każdą informacją o „problemach posmoleńskich”, stawałem się coraz bardziej radykalny i poirytowany. Myślałem, że temat katastrofy nigdy się nie skończy. Że cały byt Polski będzie się kręcił wokół tej sprawy aż do końca świata. Swojej irytacji, dawałem ujście poprzez agresywne wpisy na blogach i forach. „Masturbacja nad trumnami”, było moim ulubionym określeniem. I prawdę mówiąc dobrze odzwierciedlającym to co się działo. Dzisiaj staram się go unikać, ale zastąpienie onanizmu sępami, nie jest tak naprawdę dużą zmianą.

Muszę też przyznać, że nigdy nie zdarzyło mi się w przypływie irytacji napisać, że cieszę się ze śmierci Lecha Kaczyńskiego i innych ofiar. Wiele osób tak pisało, mi się nigdy nie zdarzyło. Pomijając już poziom kultury jaki musi reprezentować człowiek piszący takie rzeczy, było by to prostu sprzeczne z prawdą oraz moimi uczuciami. Przed upadkiem Tupolewa życie polityczne miało swój koloryt, nie popierałem PiSu ani prezydenta, ale doceniałem, jako przyszły student dziennikarstwa, barwę i odcienie wszystkich wydarzeń. Po katastrofie wszystko stało się czarno-białe.

Potem wybory. Kaczyński na prochach, jego całkowita „przemiana”. Bez komentarza. Po wyborach jednak moja irytacja zaczęła zanikać. Katastrofa Smoleńska powoli uciekała z naszego życia. Mieliśmy chociaż trochę wytchnienia, spokoju. Nie było tego poczucia „przymuszenia” do zainteresowania tą sprawą. Nie zalewała nas ona z każdego portalu.

Potem kolejne wybory. Na portalach informacyjnych komentarze: „wybory będą sfałszowane”, „jak wygra Tusk wyjdziemy na ulicę”, „obalić rządy niemiecko-ruskie!”. Znowu, w sercu zadrgała nutka niepokoju. A co jeśli zwolennicy PiSu naprawdę uznają w przypadku swojej klęski, że wybory były sfałszowane i wyjdą na ulice? Wiele z tych ludzi jest naprawdę, zdolnych do wszystkiego (tak samo jak tych z Platformy, wiem). Na szczęście, „zwyciężyła normalność”, na którą głosowałem, a która teraz podwyższa wiek emerytalny z czego nie jestem zadowolony. I tej „normalności” na następny raz nie poprę. Tak samo jak nie poprę „nienormalności” i „pseudopolskości” opozycji.

I sprawa Smoleńska ucichła. Co jakiś czas przewinie się w jakimś portalu informacyjnym, ale nie jesteśmy nią atakowani z każdej strony. Polska przetrwała ten szturm. Kosztem podziału społeczeństwa oraz sceny politycznej, ale przynajmniej z jedną sprawą sobie poradziliśmy. Oczywiście, nie chodzi mi o całkowite pozbycie się sprawy katastrofy. Opozycja oraz media jak najbardziej mają prawo do udzielania informacji czy przekonywania do swoich racji. Ale tego było po prostu za dużo. I nie jestem jedynym Polakiem który tak sądzi.

Dojrzewałem dalej. Zdystansowałem się całkowicie od katastrofy Smoleńskiej. Zrozumiałem, że ani PO ani PiS nie jest rozwiązaniem. Osoby takie jak pewna tutejsza blogerka, próbująca klasyfikować mnie jako „PiSowca” bo śmiem krytykować rząd, są w błędzie. Także osoby które chcą mnie nazwać „PeOfilem” (z tym się jeszcze nie spotkałem), nie będą miały racji. Nie zgadzam się na ten podział Polski między PO a PiS. Inne partie? Ich racje też do mnie nie docierają. Będę czekał, aż wyłoni się inna siła, której naprawdę będzie zależało na przyszłości naszego kraju. Albo inaczej, która skupi się na działaniu, zamiast na sejmowych przepychankach.

Skąd taka pseudorefleksja? Miesiąc temu, podczas jazdy autobusem, czytałem wywiad pani Teresy Torańskiej z Adamem Bielanem i tekst pani Aleksandry Krzyżaniak-Gumowskiej „Naznaczeni przez Smoleńsk”. W pewnym momencie, poczułem że łzy napływają mi do oczu. Do dzisiaj nie wiem, czy to opóźnione o dwa lata poczucie straty i smutku które przez tak długi czas było przyćmione przez PiSowsko-POwską hucpę, czy ponownie obudzona, bezsilna irytacja spowodowana zniszczeniem tragedii przez żerujące jak sępy opcje polityczne.

Lekcje religii – istnieje tylko jedna wiara

Ostatnimi czasy Kościół stał się dla wszystkich chłopcem do bicia. Nawet prawicowcy (na przykład „ksiądz samuraj” Tadeusz Isakowicz-Zaleski) bez litości piętnują jego wady. Hierarchowie tej organizacji stają w końcu pod pręgierzem opinii publicznej, którego unikali niczym diabeł wody święconej. Teraz, gdy niektóre fakty wychodzą na wierzch, stawiają się w roli poszkodowanych i niezasadnie atakowanych.

A ja niestety zmuszony jestem dołożyć swoją cegiełkę do tej krytyki. Nie śmiałbym oczywiście znęcać się tylko nad biednym, poszkodowanym przez Żydów i antyklerykałów Kościołem. Z chęcią dam pstryczka w nos także polskiemu systemowi edukacji. Temat nasuwa się sam: religia w szkołach.

Chodziłem na religię, w podstawówce, w gimnazjum, w liceum. Moja pamięć nie jest zbyt dobra, dlatego sięgnę tylko do ostatniego etapu obowiązkowej nauki. Chodziłem na zajęcia, bo inaczej miałbym okienko w planie, godzinną przerwę. Okienko mi nie do końca odpowiadało, to stwierdziłem, że jestem zbyt leniwy na bawienie się z potwierdzeniami, o wypisaniu z lekcji religii. Przez pierwsze dwa lata mieliśmy normalną nauczycielkę, na trzecim roku charyzmatycznego księdza. Nauczycielka, była pieszczotliwie nazywana „Trollem” i delikatnie mówiąc nie przypadła uczniom do gustu. Otwarty, wesoły duchowny zwany od swojego nazwiska „Leszczem” lub „Wojtkiem”, był dla większości swego rodzaju wybawieniem w chwili zwątpienia, mimo że na pierwszych zajęciach wszyscy się go wystraszyli. Mi osobiście, nie robiło różnicy z kim mamy zajęcia. Ciągle mi czegoś brakowało…

Z religii zwolniła się ponad połowa uczniów. Na 24-osobową klasę, tylko 11 osób chciało uczestniczyć w lekcjach. Z tego pięć osób było niewierzących. W innych szkołach sytuacja przedstawia się podobnie. Przeprowadziłem małą ankietę wśród znajomych, jak u nich wyglądały zajęcia.

U Damiana na dwadzieścia dwie osoby, chodziło siedem. U Tomka, 15 na 28. U Adama 18 na 30. Najgorzej jednak wyglądała sytuacja u Adriana. Zaledwie 6 osób na 28. Zajęcia w których uczestniczy ledwie połowa uczniów nie mają racji bytu. Co jest powodem takiej małej frekwencji? Odnoszę wrażenie, że większości osób nie chce się uczęszczać ze zwykłego lenistwa. Na zajęciach nie dowiadują się niczego interesującego, a ocena nie wlicza się do średniej kiedy ktoś nie chodzi. Od podstawówki powtarzane są ciągle te same hasła i tematy. Damian mówi wprost, „szkoda marnować czas”. W podobnym tonie wypowiadają się Rafał („Religia to same bzdury, jak można chodzić na coś takiego i marnować swój czas?”), Adam („Zwiększone ryzyko na obniżoną ocenę z zachowania i strata czasu”) oraz Adrian („Więcej wolnego czasu, który można przeznaczyć na prawdziwą naukę”).

Ale mnie najbardziej boli jedna rzecz. Nazwa. Przedmiot który określony jest jako „religia” tak naprawdę powinien nosić nazwę „katolicyzm” albo „chrześcijaństwo”. Po co tak uogólniać i mylić? Przecież te zajęcia z innymi religiami nie mają nic wspólnego. Koncentrują się na jednej rzeczy, atakującej nas z każdej strony. Fakt, myk może być w liczbie. Jest „religia” a nie „religie”…

Przez trzy lata nauki w liceum, mieliśmy zaledwie jedne zajęcia dotyczące innych wierzeń. Tych największych. Różne odłamy chrześcijaństwa, islam, judaizm, buddyzm, hinduizm. Koniec. Nic poza tym. Najbardziej mnie rozjuszyło, gdy spytałem księdza Wojtka, czy wie czym jest rodzimowierstwo słowiańskie. Gdy patrzyłem w jego pełne zmieszania oczy i obserwowałem jak ironicznie uśmiechnięte usta wymawiają krótkie „Co to?”, wiedziałem, że od teraz będę zawsze z rozdrażnieniem patrzył na temat lekcji religii. Wiara słowiańska istniała na tych ziemiach setki lat przed nadejściem chrześcijaństwa. Nauka o niej, powinna być równie ważna co nauka o ukrzyżowanym żydzie z Bliskiego Wschodu. To część naszej kultury, nie wspominając już o tym, że połowa naszych polskich tradycji ma swoje korzenie właśnie u Słowian. Niestety, nie tylko w mojej klasie inne religie były traktowane po macoszemu. W ciągu czterech lat nauki, Damian nie miał ani jednej lekcji na której przerabiałby chociażby druidyzm, konfucjanizm czy buddyzm. Tak samo Tomek. I Marta. I Adam. I Przemek. I Adrian. Szczęście miał tylko Rafał, bo u niego przerabiano inną wiarę aż dwa razy! Za to inny Rafał, mówi bez ogródek: „Nie przypominam sobie, byśmy wykraczali poza chrześcijaństwo. Jeżeli już padały nawiązania do innych religii, katecheci mówili z wyjątkową pogardą oraz niechęcią”.

Powstaje pytanie: po co nauczać o innych wierzeniach? Zatem ja zadaję kontr-pytanie: po co nauczać tylko o chrześcijaństwie? Wiedzę młodzieży w zakresie naszego kręgu kulturowego powinni kształtować rodzice, ewentualnie Kościół podczas kazań. Po to właśnie wydaje się tyle pieniędzy na renowację starych świątyń i między innymi dlatego promowane są wartości rodzinne. Wiedza o innych wierzeniach poszerza nasze horyzonty, mamy wgląd w inne tradycje. Dzięki temu, dowiadujemy się czegoś o innych ludziach, innych krajach. Mamy wolność opinii, możemy wyraźnie ocenić które religie mają przekaz pacyfistyczny a które są powodem konfliktów. Dlatego właśnie, jeżeli chcemy by zajęcia na których omawiane są sprawy wiary były nadal kontynuowane, potrzebujemy pewnych zmian. Albo wprowadzić religioznawstwo albo dać uczniom wolne godziny albo zamiast chrześcijańskiej indoktrynacji rozszerzyć jakiś inny przedmiot, jak matematyka lub historia na którą brakuje czasu.

Ale jak można uczyć ludzi o wierze innych kontynentów, gdy nauczyciele nie wiedzą że rodzimi Słowianie mieli własną religię? Religię, która mimo setek lat tępienia przez jedyną, słuszną wiarę której są reprezentantami, przetrwała do dziś.