Monika Olejnik – szefowa budy z niestrawnym kebabem

Awantura u Olejnik”, „Olejnik znowu puściły nerwy”, „Olejnik bezlitosna”, „Olejnik wyszła ze studia”, „Olejnik rzuca długopisem w gościa”. Czasami oglądając lub słuchając programów Moniki Olejnik mam wrażenie, że po drugiej stronie odbiornika nie stoi profesjonalny dziennikarz, a niezrównoważona, zajadła… kucharka.

Nikt nie może zaprzeczyć, że Monika Olejnik jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci krajowych mediów. Na swoim koncie ma dziesiątki programów i nagród, a w 2000 roku dostała Krzyż Kawalerski Odrodzenia Polski. Nazywa się ją nawet „pierwszą damą polskiego dziennikarstwa”. Dlatego, ze względu na jej ogromne doświadczenie medialne, wolałbym aby materiały które tworzy były dobrze i profesjonalnie zrealizowane. Informacja to towar, ja jestem konsumentem. Gdybym chciał zjeść śmierdzącego, informacyjnego kebaba ze szczura, poszedłbym do zapleśniałej, rozpadającej się budy. Jednak w lokalu firmowanym nazwiskiem znanej dziennikarki oczekuję dobrego, zdrowego posiłku, a nie śmieci.

Stawianie przeciwko sobie dwóch politykierów o kontrastujących poglądach i obserwowanie jak się tłuką, nie jest właściwym sposobem przyrządzania opiniotwórczej strawy. Dobrane do dania składniki w postaci tychże awanturników są ciężkostrawne. Niczym śmieciowe jedzenie, nie dostarczą organizmowi składników odżywczych, ani nie zaspokoją głodu.

Ostatnio wielu dziennikarzy przygotowuje nam takie niestrawne posiłki. Dlaczego? Bo to łatwiejsze. O wiele prościej jest wrzucić do bułki zdechłego gołębia, spleśniałe pomidory i starą kapustę, niż zatroszczyć się o zaopatrzenie lokalu w porządne, dobrej jakości składniki. Ktoś mógłby powiedzieć: „skoro goście żrą i nie marudzą, to w czym problem?”. W tym, że wcześniej czy później klienci będą mieli problemy z żołądkiem. A gdy zaczną masowo odwiedzać toaletę w dziennikarskiej „restauracji”, to, niestety, także „kucharze” poczują odór swoich odstręczających, na wpół przetrawionych dań.

A może nie poczują? Może są już przyzwyczajeni do tego zapachu?

Monika Olejnik jest wyjątkowa pośród zgrai innych kuchcików. Bo nie dość, że serwuje nam w bułce ciężkostrawną papkę z zepsutych składników, to jeszcze nie daje nam zjeść w spokoju tego co sama przyrządziła. Wskakuje na stół, wsadza ozdobione biżuterią paluchy w nasze jedzenie i rozrzuca je po podłodze krzycząc, że jest niedobre i niesmaczne, że pomidor bezczelnie spleśniał, a stare mięso na złość się zepsuło. Obrażona na składniki wydyma policzki, krzyczy, tupie nóżką.

A klient siedzi z otwartymi ustami, patrząc na kucharkę jak na osobę niepoczytalną, i milczy. Co innego ma zrobić? Upomnieć przecież nie wypada, bo to znana na całą Polskę szefowa kuchni. Pozostaje chyba tylko wstać i wyjść z restauracji.

Ale co potem? Wokół same budy podobne do tej, którą prowadzi Monika Olejnik. Naprawdę dobre restauracje są poukrywane w mrocznych, ślepych uliczkach i szybko znikają – nie mają zbyt wielu gości, a szefowie kuchni często się zniechęcają. W końcu tanie knajpy ze śmiecio-żarciem cieszą się większą popularnością. Czemu by nie poprowadzić swojego lokalu w taki sam sposób?

Mamy wolny rynek. Dziennikarze mogą robić dania z tanich, śmierdzących składników a klienci łykać to żarcie. Ich wola. Ich prawo. Jednak gdy gości knajpy w końcu „przyciśnie” i dostaną masowego rozwolnienia, to kucharze będą odpowiedzialni za ich katusze. Nikt inny. Wtedy klienci nie będą słuchali tłumaczeń w stylu: „przecież jedliście z własnej woli! Przecież smakowało! Gdybyście skończyli szkołę gastronomiczną to byście wiedzieli co dostajecie!”. Trucizna, którą byli karmieni, przeniesie się na wszystkich, niczym choroba.

Dotknie to każdego – a w najgorszym, absolutnie najczarniejszym scenariuszu – doprowadzi do zagłady osiedla na którym sprzedawano śmierdzące, stare kebaby wypchane brudem, spiłowanymi żebrami świń oraz lekami psychotropowymi.

Monikę Olejnik oburzyła sugestia, że może być przyjaciółką Jerzego Urbana. Jednak patrząc na jej (i innych znanych dziennikarzy) makiawelizm i brak refleksji nad rezultatami swojej kulinarnej działalności, mam wrażenie, że znany ze swego cynizmu redaktor naczelny tygodnika „NIE”, to przy niej altruistyczny, miłosierny anioł. W stroju biskupa, bo tak go ubrała inna szefowa kuchni.

Tekst można przeczytać również na:
http://wiadomosci.onet.pl/monika-olejnik-szefowa-budy-z-niestrawnym-kebabem/f50m35

Inny tekst w klimatach kulinarnych: „Spotkanie w restauracji – kto skorzystał na katastrofie smoleńskiej?”:
http://blogi.newsweek.pl/Tekst/spoleczenstwo/669962,spotkanie-w-restauracji—kto-skorzystal-na-katastrofie-smolenskiej.html

Prezydent wyruszył na polowanie – procenty uciekają w popłochu

Im więcej ciebie tym mniej” śpiewała kilkanaście lat temu Natalia Kukulska. Taki sam tytuł można by nadać kampanii prezydenckiej Bronisława Komorowskiego. Im go więcej w mediach i w terenie, tym mniej – procentów w sondażach.

W styczniowym rankingu zaufania do polityków CBOS, urzędujący prezydent cieszył się aprobatą prawie czterech piątych badanych (78%). Sondaże z tego samego miesiąca dawały Bronisławowi Komorowskiemu zwycięstwo w pierwszej turze – wyniki wahały się od 52% (TNS Polska, 27.01) do 65% (Millward Brown, 12.01). Nie lubię sondaży. Często są nietrafne, a mediom i tak zdarza się publikować tylko te, które pasują do linii programowej redakcji. Ale nawet bez nich, wielu z nas było pewnych, że Bronisław Komorowski ma zwycięstwo w kieszeni. Druga tura? A niby z kim? Z Andrzejem Dudą? Słysząc jego nazwisko ludzie nieśmiało pytali: „to ten szef związkowców, tak?”. Z Magdaleną Ogórek? Wynik wydawał się ustalony – bezwzględnie zatryumfuje obecnie urzędujący prezydent.

Tak było trzy miesiące temu. Od początku marca, Bronisław Komorowski nie przekroczył w większości sondaży 50% poparcia. Tylko CBOS daje mu jeszcze szansę na zwycięstwo w pierwszej turze. Andrzej Duda, który dzięki głośnemu rozpoczęciu kampanii prezydenckiej zaczął być rozpoznawalny, utrzymuje wynik powyżej 25% (znowu, wyjątkiem jest sondaż CBOS – 19%). PSL wystawiło własnego kandydata – który „podkradł” prezydentowi parę punktów procentowych. Tych, których może mu zabraknąć do wygranej w pierwszej turze.

Do wyborów jeszcze sporo czasu, jednak sytuacja nie wygląda dobrze dla Bronisława Komorowskiego. Ostatecznie zapewne zatryumfuje i zostanie wybrany na drugą kadencję. Ale zwycięstwo w pierwszej turze coraz bardziej się oddala. Dlaczego? Bo Polacy lubili prezydenta, który stał z boku, nie wychylał się, nie mieszał w bójki i robił swoje. Nie oszukujmy się, Bronisław Komorowski nie jest najbardziej charyzmatyczną osobowością wśród kandydatów. I czasami jest lepiej, gdy po prostu go nie widać.

Swego czasu, podczas wyborów na prezydenta Olsztyna, reagowałem oburzeniem na nieobecność jednego z kandydatów w mediach. Czesław Małkowski (znany głównie ze sławnej „seks-afery”) ukrywał się i unikał mediów, by nie wzbudzać negatywnych emocji. Ostatecznie przegrał z urzędującym Piotrem Grzymowiczem. Jednak jego sytuacja była od początku niepewna. Musiał wypracować jeszcze parę procent, by mieć szansę na zwycięstwo. Tymczasem Bronisław Komorowski nie musiał robić niczego. Wystarczyło by udawał zajętego, zatroskanego losem Narodu ojca i patrzył z góry na młodszych, niedoświadczonych przeciwników.

Niestety, kampania prezydencka urzędującej głowy państwa oraz to co się działo przed nią, to seria wpadek. W przypadku Bronisława Komorowskiego, obnażanie nowych gaf przez media jest wyjątkowo szkodliwe – wyborcy mają w pamięci jeszcze stare niezręczności: „w bulu i w nadzieji”, nietaktowne zachowanie podczas wizyty Sarkozy’ego i Merkel oraz „zdradliwą żonę” Obamy. Każda nowa wtopa przypomina o tych dawnych.

Jakie są najciekawsze wpadki trwającej kampanii prezydenckiej w wykonaniu prezydenta? Dziwne i niezbyt mądre wpisy na Facebooku i Twitterze (Malanowski, komentowanie wystąpień Dudy). Problemy z hasłem kampanii („Nasz prezydent”). „Afera rozporkowa” w Poznaniu, gdzie Bronisław Komorowski „na oczach kamer” zapiął sobie rozporek. Niewpuszczenie grupy mieszkańców Dębicy na spotkanie przeznaczone rzekomo dla nich. „Ofiary, które były ofiarami żołnierzy wyklętych”. Wciśnięcie dzieciakom tabliczek z napisem „Głosuję na Komorowskiego” podczas wizyty w szkole. Bronkobus stający na miejscu dla niepełnosprawnych w Wadowicach. Powitanie samorządowca z Piaseczna, który dwa dni później został zatrzymany za przyjęcie łapówki.

No i najbardziej spektakularna wpadka – „Chodź, szogunie!”, która już nigdy nie zostanie zapomniana. „Szogun” tak przypadł do gustu mojemu znajomemu, że ma zamiar nazwać tym tytułem swojego psa lub kota. Inni, używają tego powiedzonka w życiu codziennym, gdy na przykład chcą kogoś do siebie przywołać. Na YouTube widziałem też już całą masę piosenek o „szogunach”. Stawanie na krzesłach stało się też stałym elementem przyjmowania prezydenta w miastach przez osoby mu niechętne. Absolutny hit kampanii.

Wiele z tych gaf nie jest oczywiście winą prezydenta. Za połowę z nich odpowiadają nieudolni specjaliści od public relations i członkowie sztabu. Część to nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Parę jest zwyczajną manipulacją mediów oraz osób nieprzychylnych prezydentowi (np. sprawa zaklejania taśmą ust krzykliwemu uczestnikowi spotkania z prezydentem lub „krzesło” na którym miał stanąć Komorowski). Ale, niestety, znajdzie się sporo wtop, których nie można zrzucić na kogoś innego.

Takie wpadki nie zawsze są złe. Jedna lub dwie sprawiają, że kandydat staje się bardziej rozpoznawalny. Bronisław Komorowski jednak już od początku kampanii był wszystkim znany – nie potrzebuje takiego „budulca” do swej popularności. W dodatku poprzednie wpadki sprawiają, że niektórzy mogą go uznać za gapowatą ciapę, która ciągle potyka się o własne nogi. Media nie mają litości, nawet najdrobniejszy błąd zostanie wychwycony, sfotografowany i nagłośniony. Przykładem niech będzie to nieszczęsne zapinanie rozporka przed kamerą.

Błędem w prowadzeniu kampanii jest też polemika z opozycją i wdawanie się w pyskówki słowne. „Smerf Maruda” nijak ma się do hasła „wybierz ZGODĘ i bezpieczeństwo”. Zaczepki kontrkandydatów powinno się kwitować wzruszeniem ramionami. Dając się wciągnąć w „bójkę” prezydent szkodzi sobie.

Dlatego mam wrażenie, że lepiej byłoby, gdyby zamiast jechać Bronkobusem w świat, Bronisław Komorowski został w Pałacu. Od czasu do czasu udzielił wywiadu (autoryzowanego) lub wziął udział w starannie zaplanowanej konferencji. Pokazywał jak bardzo jest zapracowany. Patrzył na pyskujących kontrkandydatów z politowaniem. Ale tylko patrzył. Bez komentowania ich niedojrzałości. I oczekiwał na potknięcia oponentów.

Do tej pory to działało. Zmiany nie zawsze wychodzą na dobre. Czasem lepiej jest trzymać się sprawdzonych metod i po prostu pilnować, by wszystko było dopięte na ostatni guzik.

Tekst można przeczytać również na:
http://wiadomosci.onet.pl/prezydent-wyruszyl-na-polowanie-procenty-uciekaja-w-poplochu/8l9wd2

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich – samica alfa wśród Hien

W stadzie hien zazwyczaj rządzi samica alfa – największa, najagresywniejsza, najsprytniejsza i najsilniejsza. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich jest taką ułomną samicą alfa pośród dziennikarskich hien, która, co prawda nikim nie rządzi, nie jest najsilniejsza, a i sprytem się nie pochwali, ale biorąc pod uwagę symbolikę z jaką wiąże się postać „hieny”, możemy śmiało powiedzieć, że dumnie i godnie reprezentuje swój gatunek.

Na początek cytat ze strony Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich: „Co roku przy okazji nagród SDP przyznawany jest tytuł „Hieny Roku” dziennikarzowi, który wyróżnił się szczególną nierzetelnością i lekceważeniem zasad etyki dziennikarskiej.” Super. Wiemy już wszyscy za co jest przyznawana ta nagroda. W tym roku otrzymali ją Piotr Stasiński, zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” oraz Wojciech Czuchnowski, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, za, ponownie cytuję: „lekceważące i pozbawione empatii oraz zawodowej solidarności wypowiedzi na temat zatrzymania i aresztowania dziennikarzy”. Chodzi o sprawę zatrzymania dziennikarzy PAPu i TV Republika podczas protestu w warszawskiej siedzibie Państwowej Komisji Wyborczej.

Pojawił się jednak pewien problem. Otóż Wojciech Czuchnowski w swoich publikacjach bronił aresztowanych. Kapituła, co zresztą przyznał Cezary Gmyz… pomyliła nazwiska. Antynagroda miała zapewne trafić do Wojciecha Maziarskiego. To właśnie tekstem tego publicysty próbował bronić decyzji SDP Rafał Ziemkiewicz – gdyby ktoś nie kojarzył, to ten co kazał na twitterze spierdalać osobom łączącym się w bólu z redakcją Charlie Hebdo i ten co wyzywał papieża od idiotów, bo nie potrafił przeczytać ze zrozumieniem jego wypowiedzi.

Dziennikarze liżący się po tyłkach

Pomylenie nazwiska i oczernienie autora przez przyznanie mu antynagrody za coś czego nie uczynił to już wielka wtopa. Ale moim zdaniem, sam powód przyznania Hieny Roku jest głupkowaty. „Lekceważące i pozbawione empatii oraz zawodowej solidarności wypowiedzi na temat zatrzymania i aresztowania dziennikarzy”. Zawodowa solidarność to mit. Wielu z dziennikarzy prawicy miało w dupie solidarność gdy doszło do ataku na Charlie Hebdo (na przykład wspomniany łobuz Rafał Ziemkiewicz), wszyscy mają ją w dupie gdy Jerzy Urban jest sądzony za opublikowanie w tygodniku satyrycznym wizerunku „zdziwionego Jezusa”. Stanie w jednym rzędzie, nawet gdy nie zgadzamy się z czyimiś działaniami, jest oznaką konformizmu oraz głupoty. Po tyłkach mogą się lizać nawzajem psy, a nie profesjonalni dziennikarze. A publicyści powinni poszerzać horyzonty odbiorcy i pokazywać im drugą stronę medalu. Nawet, jeżeli wystawiają przy tym duży palec u nogi przez czerwoną granicę dobrego smaku.

Nie wiem też właściwie, który punkt Kodeksu Etyki Dziennikarskiej SDP łamie przytoczony powód otrzymania Hieny Roku. Jestem ślepy i nie widzę żadnego nakazu w stylu: „dziennikarze muszą wypowiadać się zgodnie z zawodową solidarnością”. No, może punkt dziesiąty by się nadał do „lekceważenia i braku empatii”: „10. Dziennikarz powinien okazywać szacunek osobom, bez względu na ich odmienność ideową, kulturową czy obyczajową, co nie oznacza zgodności z ich poglądami.” Ale czy teksty napisane przez panów Stasińskiego i <wstaw Wojciecha z GW>, na pewno wyróżniały się brakiem szacunku dla opisywanych? I czy były tak ostre, by ich autorów napiętnować na wieki i by uczyć o ich „przestępstwach” na studiach dziennikarskich?

Jak SDP studentów uczył…

I w końcu – czy SDP jest odpowiednią instytucją by takie antynagrody przyznawać? Z tą nauką „przestępstw” na studiach dziennikarskich ani trochę nie żartuję. Na zajęciach uczy się o Hienach oraz wymienia laureatów, by pokazać studentom kim nie powinni być. To chyba jedno z największych poniżeń dla dziennikarza, może nawet ogólnie, dla człowieka. Gdy wszyscy uczą się o jego porażkach, gdy jego nazwisko związane jest tylko z piętnowanym błędem, gdy na zawsze będzie mu przypisana łatka kogoś, kto jest na samym dnie jeśli chodzi o etykę i fach dziennikarski. To nie jest coś, co można dać ot tak, dla zabawy, aby się „pośmiać z debila”. SDP musi to zrozumieć.

Poza zrozumieniem tego, że takie antynagrody powinny być przyznawane za naprawdę rażące i mające negatywny wpływ na rzeczywistość wydarzenia, które przyniosły jakiś groźny dla społeczeństwa skutek, a nie jako coroczna wystawa klaunów do upokarzania, przydałoby się jeszcze aby SDP trzymało się swojego Kodeksu Etyki Dziennikarskiej. O której również uczą się studenci.

Mamy godzinę… nim skończę pisać te wypociny, pewnie będzie dwudziesta trzecia. Tekst na stronie SDP o „złym Czuchnowskim” pokazał się po godzinie dziewiętnastej. Ale media już od samego rana bzyczą i ćwierkają z oburzenia, ukazując błąd jaki popełniła kapituła. I co? I nico. Na stronie dalej wisi ta sama informacja, nie widzę żadnego sprostowania… jak to się ma do czwartego punktu Kodeksu Etyki Dziennikarskiej SDP: „4. Błędy i pomyłki wymagają jak najszybszego sprostowania, nawet jeśli nie były zawinione przez autora lub redakcję i bez względu na to, czy ktokolwiek wystąpi o sprostowanie.”? Kto jeszcze musi napisać o tej wtopie, by któryś z redaktorów w końcu przysiadł na zadku przed komputerem, zadzwonił do „Zbycha” czy innego „Zdzicha” i wyjaśnił sprawę opinii publicznej?

Rzut kupą do celu

Już nie chce mi się przypominać (ale to zrobię) jak prezes SDP, Krzysztof Skowroński, poprowadził konferencję PiS, co jest rażącym złamaniem dwudziestego pierwszego punktu Kodeksu: „Angażowanie się dziennikarzy w bezpośrednią działalność polityczną i partyjną jest również przejawem konfliktu interesów i należy wykluczyć podejmowanie takich zajęć oraz pełnienie funkcji w administracji publicznej i w organizacjach politycznych.” SDP zresztą od dawna jest kojarzone z tym ruchem politycznym i uznawane za stronnicze, skrzywione w prawą stronę. Dzisiejsza afera z Hieną Roku została odebrana przez wielu internautów za kolejny dowód na to, że stowarzyszenie nie przebiera w środkach i nawet nie przejmuje się za bardzo w jaki sposób obrzuci Gazetę Wyborczą kupą – byleby się coś przykleiło i śmierdziało.

SDP przyznaje upokarzające antynagrody dla „hien”, samemu reprezentując stronniczość, brak profesjonalizmu oraz pogardę wobec tworzonych przez siebie zasad etycznych.

W uzasadnieniu przyznania „Hieny Roku”, napisano, że teksty Stasińskiego i <???> prowadziły do „obniżania w społecznym odbiorze wiarygodności naszego zawodu oraz utrwalania podziałów w środowisku dziennikarskim”. Czyż to nie jest piękny przykład hipokryzji? Jak sądzicie, co bardziej zaszkodzi środowisku dziennikarskiemu w Polsce? Te teksty o których nikt już nie pamięta, czy wtopa omawiana szeroko w mediach i będąca prawdziwym symbolem upadku polskiej sceny dziennikarskiej? Od przyszłego roku młodzi adepci sztuki, na studiach będą mogli się dowiedzieć jak to SDP popisało się brakiem profesjonalizmu. To wielkie stowarzyszenie, istniejące od dziesiątków lat i reprezentujące interesy tysięcy dziennikarzy, nie potrafiło nawet wpisać „w kwadracik” odpowiedniego nazwiska. Brawo.

Jestem ciekaw – czy po tej wtopie z SDP odejdzie część dziennikarzy? Mam nadzieję, że tak. Do wczoraj to stowarzyszenie pokazywało palcem kto jest hieną i gnidą. Dziś to media i czytelnicy pokazują SDP palcem, mówiąc: „hieny”, „gnidy” i „hipokryci”.

Rembrandt w iPhonie – muzeum w każdym domu

Źródło: Facebook.com / Stephen Zunes

Rijksmuseum w Amsterdamie. Grupka dzieciaków siedzi na kanapie, wpatrując się intensywnie w telefony komórkowe, a za nimi wisi wybitne dzieło Rembrandta „Straż Nocna”. Zdjęcie przedstawiające tę scenę opublikował na swoim Facebooku profesor Stephen Zunes i wywołało ono dyskusję wśród internautów. Czy młode pokolenie rzeczywiście gardzi sztuką i pięknem? A może jednak kryje się za tym coś innego?

Część komentujących osób załamała ręce nad zachowaniem dzieci, które nie potrafią oderwać wzroku od komórki nawet na chwilę, by podziwiać arcydzieło wybitnego artysty. Uznali ten obrazek za smutny i nie wahali się by nazywać młodzież ze zdjęcia „matołami”, „bydłem” i „półgłówkami”.

Sporo internautów zwróciło uwagę na to, że nie ma sensu załamywać rąk nad wykształceniem młodzieży, bo scena ujęta na fotografii może wprowadzać w błąd. W Rijksmuseum dostępna jest aplikacja na komórki, dzięki której można dowiedzieć się więcej o dziełach znanych artystów. Co więcej, odwiedzający mogą nawet wypożyczyć iPoda i słuchawki w samym muzeum, by móc w pełni zapoznać się z oferowanymi materiałami. Nieprzemyślane, negatywne opinie o dzieciach są zwyczajnie krzywdzące kiedy nie znamy motywów, jakie nimi kierowały.

Nie można się jednak też dziwić, że wiele osób jest zwyczajnie znudzonych klasycznymi muzeami i formami dostępu do sztuki, w świecie, gdzie każda informacja jest na wyciągnięcie ręki dzięki internetowi. W dzisiejszych czasach rządzi interaktywność, możliwość oddziaływania na to co widzimy, dowolny dobór informacji jaką chcemy otrzymać i jej formy. Prowadzony do tradycyjnego muzeum młody człowiek nie ma wyboru. Musi oglądać to co się znajduje na wystawie, nawet jeżeli nie jest zainteresowany tematyką dzieła lub jego wykonaniem. A jeżeli nie pokłoni się przed dziełem, zostanie nazwany „matołem, którego jedyną przyszłością jest zmywanie garów za najniższą krajową”.

Szacunku dla sztuki wymaga kindersztuba. Uczęszczanie do muzeów w ramach edukacji również jest ważne, bo pozwala kształtować poczucie estetyki. Jednak niedopuszczalna jest pogarda wobec kogoś tylko dlatego, że nie preferuje tej samej formy sztuki i wzbogacania swego „ja”, co my (to poczucie bycia „elitą” jest też dość popularne wśród osób czytających książki). Każdy z nas inaczej odbiera sztukę, każdy ma jakieś osobiste preferencje. Ktoś kto nie przepada za Rembrandtem, może uwielbiać opery Carla von Webera lub obrazy Jacka Malczewskiego.

Skończyły się czasy, gdy przed dziełem należy się kłaniać. Kłaniamy się, gdy czujemy taką potrzebę i gdy rzeczywiście coś doceniamy, a nie „na pokaz”, bo „tak wypada”. Nie chcemy już tylko tępo wpatrywać się w dzieło, chcemy o nim dyskutować, czasem nawet skrytykować. Mamy dostęp do każdego obrazu na świecie, wystarczy, że wpiszemy jego nazwę w przeglądarce. Możemy je wydrukować lub zamówić kopię. Nie mamy obowiązku oglądania malowidła w grupie, razem z innymi ludźmi, którzy tylko przeszkadzają. Możemy sami, w pełnym skupieniu, wyłapać każdy szczegół. Doznania „wirtualne” różnią się od tych „rzeczywistych”. Jednak mamy wybór.

Tym bardziej, że od sztuki nie uciekniemy. Może się to wydawać szokujące dla osób, które narzekają na upadek telewizji, chłam i sztukę nowoczesną, ale elementy kultury wysokiej wnikają w kulturę masową. To zjawisko remiksu kulturowego, dzięki któremu, nawet bajki czy reklamy pełnią funkcję popularyzatorską. Niektórzy mówią, ze to gwałt na sztuce. Moim zdaniem to coś co sprawia, że jeżeli wytężymy wzrok to wszędzie ujrzymy coś, co może przerodzić się w miłość do danego malarza, kompozytora czy autora. Przykładami takiej ingerencji może być zamieszczony w serialu animowanym Tajne Akta Psiej Agencji fragment opery Pagliacci, Ruggiera Leoncavalla (wykonywana przez psiego bohatera próbującego nauczyć prehistorycznych ludzi śpiewu) lub Symfonia „Z Nowego Świata” Antonina Dvoraka w reklamie środków na przeczyszczenie.

Można odnieść też wrażenie, że poziom sztuki wielu dzisiejszych artystów wcale nie odbiega od dzieł sławnych malarzy sprzed wieków. Dzięki większej ilości osób uczestniczących w kreowaniu kultury, globalizacji, ułatwieniom technologicznym oraz szerszemu dostępowi do twórczości, mamy szansę na ujrzenie prac wysokiej jakości, poruszających interesujące nas motywy i stworzonych w wybranym przez nas stylu. Przykładem miejsca, gdzie można łatwo znaleźć naprawdę świetne obrazy jest deviantart.com, na którym publikują amatorzy i profesjonaliści z całego świata.

To połączenie indywidualnego podejścia z masowym uczestnictwem i odbiorem, nie jest oznaką degeneracji społeczeństwa. Na antenie radia TOK FM, Joanna Mytkowska, dyrektorka Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie zwróciła uwagę na to, że powstaje coraz więcej muzeów i rośnie liczba osób uczestniczących w ich życiu. To może być szczęśliwa wiadomość dla tych, którzy załamują ręce nad obecnym pokoleniem (nie pierwsi i nie ostatni), wieszczą całkowity upadek kultury oraz ogłaszają tryumf obojętności wobec sztuki.

Tekst można przeczytać również na:
http://www.tworzywo-online.pl/?p=2158

„Abonament jest haraczem” Donald Tusk, 2008. Minęło sześć lat. KRRiT wprowadza nowy haracz.

„Mamy zbyt wiele informacji na temat nieracjonalnego wydawania pieniędzy publicznych, pieniędzy podatnika, jeśli chodzi o media publiczne. Zakładamy, że nie wynika to ze złej woli, tylko ze złego systemu. Uważamy także, że abonament jest archaicznym sposobem finansowania, także dlatego, że bardzo niewygodnym z punktu widzenia zwykłego obywatela (…) Nie do zaakceptowania jest też sytuacja, w której we wnętrzu telewizja publiczna przypomina komercyjną m.in. ze względu na bardzo wysokie wynagrodzenia dla gwiazd ekranu, a na zewnątrz staje się publiczna tylko z tego tytułu, że ściąga haracz publiczny z ludzi.” Donald Tusk, 2008

Niemal sześć lat temu, premier Donald Tusk dał ludziom nadzieję na normalność. Abonament radiowo-telewizyjny w obecnej formie rzeczywiście jest haraczem, bo płacimy za sam dostęp do usługi, nawet z niej nie korzystając. Ot, płacąc za „możliwość”. Takie rozwiązanie miało może sens wiele lat temu (nie, tak naprawdę nie miało, próbuję być miły), lecz obecnie, gdy mamy rozwinięte media prywatne, a komputery/komórki/inne wynalazki pełnią rolę telewizji i radia naraz, jest ono po prostu głupie.

Misja telewizji publicznej? Czy ktoś w to jeszcze wierzy? Wystarczy przecież przejrzeć program. „Rolnik szuka żony”, to dopiero hit. I cudowna publicystyka z „Tomaszem Lisem na żywo”. Dobranocka dla dzieciaków zdjęta. Wcześniej głupie programy taneczne/muzyczne. A ostatnio TVP strzeliło sobie w stopę, wypinając się na kibiców siatkówki. Mogę się założyć, że wynagrodzenia dla gwiazd ekranu są niemałe. Oczywiście, tylko celebryci cieszą się dużymi wypłatami. Spora część pracowników strajkuje, a do opinii publicznej przedostają się informacje o podejrzanych machlojkach i podejrzeniach o korupcję (czego przykładem jest tekst Bożeny Dunat „Ssaki telewizyjne”, NIE, nr 20 (1234).

Minęło sześć lat od pamiętnych słów Donalda Tuska. Sześć lat, które miało przynieść zmiany. I co? I gówno. Wiadomości z ostatnich dni:

„KRRiT chce pobierać abonament od firm nawet przy braku odbiorników radiowych czy TV”

„KRRiT zalana wnioskami o umorzenie abonamentu. 61 dodatkowych etatów, żeby na nie odpowiedzieć”

Czyli nowy haracz i wyciąganie rąk po jeszcze więcej kasy. Takie samo bagno jak było, kto wie, może nawet jest jeszcze gorzej niż wcześniej (czy to w ogóle możliwe?). Podczas gdy rada KRRiT zastanawia się jak wyszarpnąć jeszcze więcej pieniędzy z kieszeni podatników, podatnicy rozmyślają jak dać do zrozumienia KRRiT, że mają ją w dupie i że nie chcą wspierać tak spaczonej, zdeformowanej instytucji. Jeszcze gdyby to było dobrowolne. Ale zmuszanie każdego kto ma nadajnik do opłaty jest niczym innym jak haraczem. Definicja haraczu ze słownika: „wymuszona, wygórowana, bezprawnie ściągana przez kogoś opłata za coś; okup”. Pasuje, prawda?

Inna sprawa, że Polacy mają o tyle dobrze, że pracownicy ściągający abonament radiowo-telewizyjny są nieudolni i ściągalność wynosi tylko 35% (podczas gdy w Wielkiej Brytanii i Niemczech mamy do czynienia z 90%). Jesteśmy pod tym względem na ostatnim miejscu w Europie. Nie ma się co dziwić. 73% Polaków jest za zniesieniem „archaicznego sposobu finansowania”. A jak ktoś nie chce płacić, to nie będzie tego robił. I słusznie, bo czemu by miał to robić?

Co zamiast tego? Na początek – wliczenie abonamentu w kablówkę i platformy satelitarne. Potem mocno promowane konsultacje społeczne w celu określenia ramówki. Jednak najważniejsze jest odbudowanie zaufania podatników do telewizji publicznej. Według wyników badania European Trusted Brands 2013, TVP jest na trzecim miejscu, daleko za TVNem i Polsatem, jeśli chodzi o zaufanie do marki. Po ostatnich aktach chciwości kosztem podatnika i wpadkach, będzie trzeba odbudować bardzo dużo.

Bo z czasem będzie spadać oglądalność telewizji, a gdy KRRiT zechce narzucić podatek każdemu kto ma dostęp do internetu (a wcześniej czy później tak się stanie, telewizja i prasa przenoszą się powoli do sieci), to będziemy mieli powtórkę z akcji przeciwko ACTA. Jedynym co może uratować nadawcę publicznego jest wyrobienie sobie dobrej marki, do której widzowie mają sentyment. Szczególnie w sytuacji, gdy w skali roku następuje spadek oglądalności o 28%.

UWAGA! Ankieta: Czy uważasz programy TVP za dobre, spełniające misję i warte płacenia abonamentu?

Bojkot Korwin-Mikkego w TVP – wtopa dziennikarzy

W swoim ostatnim wpisie mocno zbeształem Janusza Korwin-Mikkego. Zarzuciłem mu brak honoru, trudności w porozumieniu się z innymi, chamstwo, infantylność i barbarzyństwo. Teraz muszę stanąć w jego obronie.

Chodzi oczywiście o wycofanie zaproszenia do programu „Woronicza 17” prowadzonego przez Tomasza Sekielskiego. Gdy Janusz Korwin-Mikke był już na miejscu, gotowy by wejść na wizję, dostał informację, że inni goście – Mariusz Błaszczak (PiS), Krzysztof Gawkowski (SLD), Andrzej Halicki (PO), Barbara Nowacka (startowała z list Twojego Ruchu w wyborach do Parlamentu Europejskiego) i Adam Struzik (PSL), nie chcą wystąpić razem z kontrowersyjnym politykiem-bokserem. Pisząc krótko – zbojkotowali go. TVP odmówiło udziału Korwin-Mikkemu, a ten musiał po prostu wyjść z budynku.

Nie mam zamiaru nawiązywać do faktu, że w telewizji publicznej powinny być pokazywane wszystkie siły polityczne, bo można go interpretować różnie. Ale zwyczajnym brakiem profesjonalizmu i kultury, a także złamaniem etyki dziennikarskiej, jest zaproszenie gościa, a potem wyrzucenie go. Sam bojkot ze strony innych uczestników popieram, bo w polityce nie powinno być miejsca na przemoc, szczególnie podczas spotkań mających służyć współpracy i realizacji wspólnych celów dla dobra państwa. Jednak zachowanie dziennikarzy TVP było naganne.

Po pierwsze, odbija się czkawką trend zapraszania osób kłótliwych, wulgarnych, bezkompromisowych i kontrowersyjnych. Oczywiście, zapewniają one większą oglądalność, a dziennikarz nie musi nawet za bardzo prowadzić dyskusji. Gdy postawimy dwa „rottweilery” reprezentujące odmienne poglądy, to będą one na siebie szczekały bez ustanku. Prowadzący programy nie zdają sobie często sprawy, że do nich należy „władza”, a jako dobrzy „gospodarze” powinni umieć zapanować nad gośćmi. W przeciwnym wypadku ukazują słabość swego warsztatu dziennikarskiego.

Zapraszanie kontrowersyjnych postaci sprawia też, że część gości nie chce mieć z nimi do czynienia, a stacja zaniża swój poziom. Nieprzewidywalne postaci mogą też po prostu wyjść ze studia, oburzone tym, że zamiast dyskusji, muszą uczestniczyć w przepychance słownej. Albo tym, że zamiast uczestniczyć w przepychance słownej, zmusza się je do dyskusji.

Po drugie, prowadzący powinien wiedzieć kogo zaprasza (lub prędzej kogo zapraszają jego współpracownicy). Przed telefonem do potencjalnego uczestnika programu trzeba zrobić research, poinformować o czym będzie dyskusja, przedstawiciele jakich opcji zostaną zaproszeni. Każdy musi wiedzieć chociaż trochę czego się spodziewać. I dziennikarze, i goście. Bojkot Janusza Korwin-Mikkego był wcześniej zapowiadany. Prowadzący powinni być bardziej wyczuleni na tym punkcie.

Dlatego pełną winę za całą sytuację ponosi TVP. Goście mieli prawo odmówić uczestnictwa w programie, wiedząc, że rozmówca jest osobą agresywną. Janusz Korwin-Mikke miał prawo wystąpić, gdyż został zaproszony i jest reprezentantem coraz większej grupy wyborców. Jedynymi osobami, które mogły zapanować nad tymi emocjami, byli dziennikarze i prowadzący program. Nie udało im się, zadziałali nieprofesjonalnie. Nie zdziwiłbym się, gdyby część gości odmówiła przyjmowania zaproszeń od TVP, bojąc się podobnej sytuacji.

Januszowi Korwin-Mikkemu należą się porządne przeprosiny na piśmie. A na przyszłość, Tomasz Sekielski musi zadbać o to, by jego współpracownicy (lub on sam) ostrożnie dobierali gości i przygotowali dobry research. Bo inaczej naraża się na krytykę oraz oskarżenia o godzenie w etykę dziennikarską przez złe traktowanie zapraszanych osób.

Pochwała dziennikarstwa – dlaczego wolność mediów jest tak ważna i dlaczego służby strzeliły sobie w stopę

No i jesteśmy po kolejnej, godzinnej konferencji premiera Donalda Tuska, którą można by streścić słowami: „nic nie wiem, to nie moja sprawa”. Jej przebieg był dość burzliwy. Mimo zapewnień premiera, że stara się wyrażać precyzyjnie, to prawdziwych konkretów nie uświadczyliśmy zbyt wielu. W tle jakiś wyjec, bodajże z TV Republika, który chyba po raz pierwszy był na konferencji prasowej, postanowił powydzierać się jak dziecko w piaskownicy, uniemożliwiając rozmowę innym dziennikarzom, mającym coś mądrego do powiedzenia (spodobało mi się pytanie Moniki Olejnik, po którym premier nie wiedział co odpowiedzieć). Irytowało mnie też „jojczenie” o „jakichś tam” liderach „jakiegoś tam” Ruchu Narodowego, którzy co prawda nikogo nie obchodzą, ale zostali już przez niektóre kręgi uznani za „więźniów politycznych”, bo poharcowali podczas „jakichś tam” protestów. Tak czy siak, mimo usilnych prób wyżej wymienionego „wyjca”, nie udało się zepsuć konferencji, a Donald Tusk dostał po łapach i raczej nie wpłynie to pozytywnie na pozycję Platformy w sondażach. A zostało nam zaledwie parę miesięcy do wyborów samorządowych…
Tymczasem w sieci pojawiają się jak grzyby po deszczu komentarze popierające działania ABW i potępiające redakcję Wprost oraz dziennikarzy jako takich. Bo wolność prasy nie usprawiedliwia zdobywania informacji z nielegalnych źródeł. Jak to jest z tą niezależnością dziennikarzy? Po co ona komu?
Co zabawne, większość takich komentarzy pojawia się na stronach należących do jakiejś redakcji lub na portalach informacyjnych. Media określane są często jako „IV Władza”, mająca czuwać nad działaniami państwa i demaskować nieprawidłowości. W tym celu powstało prawo umożliwiające zachowanie anonimowości informatorom, a także seria innych, drobnych przywilejów, mających umożliwiać redaktorom skuteczną pracę. Rodzi się pytanie: kto czuwa w takim wypadku nad mediami? W sferze prawnej – sądy. W sferze społecznej – „V Władza”, czyli mieszkańcy i dziennikarze obywatelscy, którzy dbają również o to, by informacje w prasie, radiu oraz telewizji, były prawdziwe, a reporterzy zachowywali się w sposób zgodny z etyką zawodową (inna sprawa, że większość obywateli nie zna się na etyce zawodu dziennikarskiego).
Dlaczego wolność mediów jest tak ważna? Bo bez mediów (szczególnie prywatnych), nasze postrzeganie świata byłoby bardzo ograniczone. Ci, którzy żyli w czasach PRLu, wiedzą zapewne o czym piszę. Dziennikarze sprawują pieczę nad tym, by władza odpowiednio wykonywała swoje obowiązki i ujawniają sytuacje o których normalnie nikt by się nie dowiedział (szukać nie trzeba daleko – afera taśmowa). W tym momencie nie piszę tylko o profesjonalistach, ale też o tzw. dziennikarzach obywatelskich (citizen journalism), czyli amatorach wykorzystujących środki masowego przekazu do informowania społeczeństwa.
Władza musi bardzo uważać, gdy bierze się za bary z mediami. Wiele osób mówi, że dziennikarze to nie są „święte krowy”. Ależ jak najbardziej to są „święte krowy”. Branie ich za pysk to najgłupsza rzecz jaką władza może zrobić – to cios wizerunkowy, który może odbić się na postrzeganiu danej partii w przyszłości, tym bardziej, że środowisko potrafi (w przeciwieństwie do polityków) się zjednoczyć, mimo głębokich podziałów. Sama specyfika zawodu sprawia, że dziennikarze muszą być nieco jak święte krowy. Dziennikarze muszą mieć prawo do niezależności, wolności wypowiedzi i pełen dostęp do informacji. Nie róbmy z nich malkontentów, którzy nic nie robią tylko się czepiają – taka jest ich rola, a z tego „czepiania się” czerpią zazwyczaj korzyści wszyscy obywatele.
Tymczasem, gdy dochodzi do afery na szczycie, w prasie zagranicznej określanej jako największy kryzys władzy od 2007 roku, w dodatku mającej związek ze służbami, ABW wchodzi „z buta” do redakcji, a potem z prokuratorem zakłócają przebieg pracy dziennikarzy (w dziennikarstwie każda minuta jest czasami na wagę złota, wiedzą to wszyscy ci, którym do końca deadline’u została godzina, a materiału udało się złożyć raptem połowę). Co więcej, tłuką redaktora naczelnego, co zostało przecież zarejestrowane na nagraniach oraz zdjęciach, i chyba nikt temu nie zaprzeczy. Sylwester Latkowski miał pełne prawo do ochrony swoich materiałów prasowych, tym bardziej, że zasięgnął wcześniej opinii prawników.
W wielu krajach już sam fakt, że służby wchodzą do jakiejś redakcji zostałby uznany za skandal. Tymczasem mamy przepychanki, pyskówki i protesty (uzasadnione). W dodatku po całej sprawie debilne, za przeproszeniem, tłumaczenie, że zdrowie i bezpieczeństwo funkcjonariuszy było zagrożone. Szczególnie Latkowski pewnie nastawał na ich życia, ze swoim czarnym pasem w karate i posturą rosłego wikinga. Przecież na miejscu pojawiła się policja (kolejny skandal, że w ogóle musiało do tego dojść), która też zabezpieczała całe zajście. Czy ci funkcjonariusze (w liczbie bodajże kilkunastu) są zrobieni z waty?
Jeżeli są wątpliwości co do tego, czy dziennikarze mogą wykorzystywać nielegalnie zdobyte materiały, to w związku z brakiem porozumienia powinno się poprosić sąd o możliwość uchylenia tajemnicy dziennikarskiej. A nie wchodzić ze służbami do redakcji. Tylko jakiś głupek mógł na to wpaść, znowu za przeproszeniem. Eskalacja konfliktu nigdy nie wychodzi nikomu na dobre, a działalność prokuratora powinna zmierzać do uspokajania nastrojów i korzystania z odmiennych środków prawnych, jeżeli jest taka konieczność. A nie walenia pałą po łbie tych, którzy bronią swoich interesów.
Są komentatorzy, którzy zarzucają, że dziennikarze tylko jęczą o sobie, a nas ta sprawa nie dotyczy. Wręcz przeciwnie. Zwyczajnych odbiorców ta sprawa powinna najbardziej dotyczyć, bo to nam ma zależeć na tym, by dostawać informacje zgodne z prawdą, nieograniczone przez cenzurę i mogące demaskować niegodziwe działania władzy. Brak tego zainteresowania skutkuje obniżeniem poziomu mediów oraz traktowaniem czytelników/oglądających/słuchaczy jak debili. Na co też narzekają ludzie, których „nic to nie obchodzi”. To dziennikarze (przynajmniej w redakcjach prywatnych) muszą się dostosowywać do odbiorców jeżeli chcą mieć zyski ze swojej działalności. Nigdy na odwrót. I to robią.
Z drugiej strony przestrzegam przed tezami, że mamy w kraju cenzurę a wolność słowa jest skrajnie zagrożona. W Światowym Rankingu Wolności Prasy na rok 2014, Polska zajmuje bardzo wysoką, 19 pozycję. Rzeczywiście, mimo działań pewnych grup i pojedynczych osób, nie ma problemu z dostępem do informacji, a publikacje są rzadko blokowane. Zdarzają się jednak sytuacje bulwersujące – jak właśnie sprawa wejścia służb do redakcji dziennika Wprost, czy wytoczenie Jerzemu Urbanowi procesu przez Donalda Tuska o primaaprilisowy żart.
Dlatego dbajmy o to, byśmy nie spadli z tej wysokiej pozycji i by jeśli miała się zmienić, to tylko na lepszą. Musimy się interesować działaniami zarówno mediów, jak i władzy. Wkraczamy powoli w erę rozwoju dziennikarstwa obywatelskiego. Mieszkańcy mają do powiedzenia więcej niż kiedykolwiek. Warto z tego skorzystać.

Edit (13:15): Tak z innej beczki, czy cała ta akcja ABW i prokuratora nie wygląda jak scena z jakiejś słabej komedii sensacyjnej? Wchodzą raz, drugi, przerywają pracę dziennikarzom na cały dzień, tłuką redaktora naczelnego gdy pod oknami i w pokoju obok mają całą watahę reporterów z kamerami i aparatami (sic!), nie mają nikogo kto by umiał zgrać dane z laptopa, a ostatecznie zostawiają swoją teczkę i płaczą, że ich zdrowie i bezpieczeństwo było zagrożone. A wszystko to w sytuacji, gdy służby są krytykowane za brak profesjonalizmu. Nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać.

Pornografia dziecięca, ludzkie szczątki i materiały wybuchowe w celi Trynkiewicza

Jak donosi TVN24, na trzy dni przed zwolnieniem z więzienia znanego celebryty, Mariusza „Bestii” Trynkiewicza, w celi odbywającego wyrok odnaleziono pornografię dziecięcą i ludzkie szczątki. Dyrektor Zakładu Karnego w Rzeszowie złożył do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa.

Sytuacja wygląda, mówiąc delikatnie, żenująco. Nie dlatego, że to „nagłe odnalezienie pornografii dziecięcej na trzy dni przed wyjściem Bestii po dwudziestu pięciu latach jego odsiadki” brzmi niczym jakaś mizerna prowokacja mająca na celu nagięcie prawa do celów politycznych. Nie, nie wchodźmy w sferę domysłów i teorii spiskowych. Sprawa jest bulwersująca, bo służby penitencjarne z zakładu w którym przebywał Trynkiewicz okazały się skrajnie nieudolne.

Zrozumiałbym, gdybyśmy mówili o jakimś „szarym więźniu” skazanym za włamanie lub drobną kradzież, który w celi „kitrał” gramową działkę heroiny dostarczoną przez znajomego gitowca. Kto by się takim przejmował? Ale nie, tu przecież chodzi o celebrytę, o którym media drą zaślinione pyski dzień w dzień, malując przed prostym ludem wizję co najmniej apokaliptyczną w razie, gdyby ten miał opuścić luksusową celę zaopatrzoną w telewizor, perski dywan, konsolę PS3 i, bo ja wiem, saunę?

Mówimy o „Bestii”, o tym, którego większość ludzi określa jako potwora, diabła, odbiera mu prawo do bycia człowiekiem. Który według psychologów ma zabijać po wyjściu na wolność, który sprawił, że cały wymiar sprawiedliwości zamarł w bezruchu, nie wiedząc co począć z jego przypadkiem.

Tymczasem ten sławny Trynkiewicz, bez najmniejszego problemu, chowa sobie po kątach w celi pornografię dziecięcą (skąd ją u diabła mógł wziąć skoro był podobno pod bardzo dobrym nadzorem?) i w wolnych chwilach bawi się ludzkimi szczątkami? Kto to był, jakiś jego współwięzień, z którego postanowił sobie zrobić bransoletkę? A może tajemniczo zaginiony pracownik służby penitencjarnej, który teraz się odnajdzie w celi, a którym „Bestia” uzupełniła sobie dietę? Nie zdziwiłbym się, gdyby w izolatce Trynkiewicza odnaleziono materiały wybuchowe i na wpół ukończoną bombę, bo najwyraźniej strażnicy, tak czujnie pilnujący więźnia będącego na ustach wszystkich polskich mediów, byli zajęci jakimiś innymi ważnymi sprawami.

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdego więźnia da się upilnować. Jednak w tym momencie, zakład penitencjarny daje świadectwo swojej skrajnej niekompetencji i niedbałości w dość nieodpowiednim momencie. Na dwa dni przed opuszczeniem przez skazanego murów więzienia. Pominę też jakość ewentualnych zabiegów resocjalizacyjnych, bo nie zdziwiłbym się, gdyby takowe ograniczone były do minimum (w 2010 roku populację więzień stanowili w niemal 50% recydywiści).

Media obrzydziły mi  sprawę Trynkiewicza na tyle, że nie obchodzi mnie co się z nim stanie. Uważam histerię jaką wywołuje jego wyjście za żenującą. Interesuje mnie natomiast, czy służby więzienne poniosą jakąś odpowiedzialność za umożliwienie najbardziej znanemu przestępcy ostatnich miesięcy nazywanego „Bestią” (trochę mi to przypomina Borysa Bestię z Facetów w Czerni III) posiadania pornograficznych obrazków nieletnich i ludzkich szczątków (!). Znam jednak polskie realia. Dyrektor więzienia otrzyma premię za „dobre poradzenie sobie ze sprawą”. A gdy tylko Trynkiewicz zostanie ponownie zamknięty, nikt nie będzie o nim pamiętał przez kolejnych dwadzieścia pięć lat.

I tylko media będą miały problem. Bo czym zapełniać serwisy informacyjne, gdy nie będzie już męskiej Matki Małej Madzi II?

Od dziś internetowa Gazeta Wyborcza jest płatna. Czy ten pomysł wypali?

Od 4 lutego, czyli z dniem dzisiejszym, Gazeta Wyborcza wprowadziła nowy system dostępu do treści internetowych. Miesięcznie, dziesięć tekstów na portalach: wyborcza.pl, wyborcza.biz, wysokieobcasy.pl i serwisach lokalnych gazeta.pl, można przeczytać za darmo. Za następne trzeba będzie uiścić opłatę. Za pierwszy miesiąc obowiązuje promocyjna cena 99 groszy, później wzrośnie ona do minimum 17,90 złotych. Będzie można za to przeczytać więcej niż wcześniej, bo na stronie ukażą się artykuły z dodatków („Duży Format”, „Ale Historia” etc.) i głównego grzbietu Gazety Wyborczej.

Ta decyzja nie zaskakuje – wiele cyfrowych wydań gazet z całego świata jest płatnych. Wyborcza, będąca najlepiej sprzedającym się dziennikiem opinii w Polsce, który praktycznie nie ma konkurencji (Rzeczpospolita ma trzykrotnie mniejszą sprzedaż) może sobie pozwolić na taką zmianę. Nie mam zamiaru nawet dyskutować z tym, czy pomysł się opłaci. Osoby odpowiadające za strony internetowe na pewno obliczyły dokładnie na jaki zysk mogą liczyć, skoro zdecydowały się podjąć taką decyzję. Od strony informatycznej akcja też wydaje się nieźle zaplanowana. Gazeta ochroniła się przed najprostszymi próbami oszukania systemu (przez czyszczenie ciasteczek lub przeglądanie w trybie prywatnym), co świadczy o dobrym przygotowaniu.

Jedno jednak jest pewne – ilość czytelników artykułów internetowych Wyborczej spadnie. Każdy woli mieć coś za darmo niż płacić, to całkowicie naturalne. W sieci mamy dostęp do tysięcy portali informacyjnych, które mogą nam zastąpić dowolną gazetę, nie wspominając już o telewizji, radiu i blogach prowadzonych przez dziennikarzy obywatelskich. Wyborcza.pl tak czy siak może liczyć na dużą poczytność z racji na swoją markę i pozycję w świecie mediów. Bardziej mnie martwi stan portali miastowych w domenie gazeta.pl (prowadzonych przez redaktorów lokalnych wydań papierowej Gazety Wyborczej). Mają one poważną konkurencję w postaci gazet lokalnych i ich stron internetowych (zazwyczaj bezpłatnych). Taka rywalizacja z darmowymi portalami, które również zamieszczają dobre jakościowo i pełne informacje z okolicy może być niezwykle trudna, tym bardziej, że wiadomości z regionu są zazwyczaj łatwiej dostępne, nie tylko dla profesjonalistów, ale i amatorów (co niektóre gazety regionalne próbują wykorzystać, tworząc podstrony dla dziennikarzy obywatelskich).

To chwalebne, że Gazeta Wyborcza próbuje podnieść poziom swoich tekstów (czy się uda? Nie jestem w stanie powiedzieć), jednak obawiam się, że skutek, jeżeli chodzi o społeczność internautów, będzie odwrotny. Zamiast czytać dobre jakościowo artykuły (choć rozumiem, że nie wszyscy uważają za takowe teksty z Wyborczej), zwrócą się oni ku innym serwisom: wp.pl, interia.pl, onet.pl lub nawet takim portalom jak demotywatory.pl lub kwejk.pl (odnoszę wrażenie, że wielu moich znajomych czerpie informacje o świecie właśnie stamtąd). Ludzie będą po prostu czytali mniej ambitne teksty na innych, popularnych i przede wszystkim darmowych stronach. Wpłynie to oczywiście w jakimś stopniu na poziom mediów i odbiorców, po raz kolejny prowadząc do zaniżenia poprzeczki jeżeli chodzi o jakość przekazywanej informacji.

Osobiście, rezygnuję z czytania portalu Gazety Wyborczej (a głównie stamtąd czerpałem informacje o wydarzeniach z kraju i za granicą). Mnogość alternatywnych źródeł sprawia, że nie czuję potrzeby płacenia z góry za informacje, bo nie wiem jak często w miesiącu będę miał ochotę czytać teksty z ich strony. Jeżeli zapragnę sprawdzić czy rzeczywiście poziom artykułów się podniósł (bo poza pieniędzmi o to prawdopodobnie głównie chodzi) – wykorzystam tych 10 darmowych tekstów miesięcznie lub kupię wydanie papierowe.

Poszukiwanie innych serwisów wyjdzie mi tylko na dobre. Przywiązywanie się do jednego tytułu nie jest rozsądne, zawsze warto czerpać informacje z wielu źródeł. Wielu użytkowników wyborcza.pl zapewne też zdecyduje się na odnalezienie nowego portalu. Pytanie: czy wystarczająco wielu, by przyniosło to szkodę wydawcom? Nie sądzę. Główny portal gazeta.pl i radio TOK FM wciąż są darmowe, należą do wydawnictwa Agora (tego samego, które stoi za Gazetą Wyborczą) i będą zapewne pierwszym przystankiem dla tych, którzy zrezygnują z czytania wyborcza.pl…

Najważniejsze wydarzenia roku, czyli tryumf matki małej Madzi

Dzisiejszy wpis początkowo chciałem poświęcić wydarzeniom w Rosji. Zamachom w których giną ludzie, brutalnej walce o „wolność” i temu co nas czeka w lutym, kiedy w końcu rozpoczną się Zimowe Igrzyska Olimpijskie 2014. Jednak napiszę o Katarzynie W. aka Matce Małej Madzi. Czemu? Bo o tym z chęcią przeczytacie. Kogo obchodzą jakieś zamachy w dzikiej Rosji, kiedy możemy śledzić z wypiekami na twarzy losy dzieciobójczyni skazanej na 25 lat więzienia?

Teraz na poważnie.  TVN24 zorganizował głosowanie na najważniejsze wydarzenie roku 2013 w Polsce i na świecie. Do każdej kategorii wybrano 10 spraw z bieżącego roku, które redakcja uznała za najciekawsze (zapewne na podstawie ilości wejść w artykuły). W „Polsce” możemy głosować m.in. na pierwszy przeszczep twarzy w naszym kraju (i pierwszy na świecie przeprowadzony dla ratowania życia), referendum w Warszawie, rekonstrukcję rządu i zmiany w OFE. Na „Świecie” zaś, według TVN24 najważniejsze były takie wydarzenia jak przejęcie władzy w Korei Północnej przez Kim Dzong Una, ujawnienie PRISM, zamach stanu w Egipcie i śmierć Nelsona Mandeli.

Ankieta dość ograniczona, bo nie da się zmieścić w dziesięciu wydarzeniach tego, co działo się przez cały rok. Każdy ma też jakieś subiektywne odczucia i inaczej potraktuje daną informację. Można jednak powiedzieć, że mamy jakiś wybór, mamy alternatywy. Głosowanie trwa, chociaż wątpię, by jego ostateczne wyniki jakoś diametralnie różniły się od aktualnych.

Teraz, na pierwszym miejscu w Polsce króluje, no zgadnijcie, co? Skazanie Katarzyny W. Sprawę dzieciobójczyni o której miesiącami rozpisywały się tabloidy internauci obecnie uznają za NAJWAŻNIEJSZE WYDARZENIE ROKU 2013. Na drugim miejscu uplasowały się skandale pedofilskie w Kościele, na trzecim rekonstrukcja rządu. Czyli najbardziej znaczącą sprawą dla nas, obywateli (a raczej dla osób oglądających TVN24) było to, że „jakaś baba z którą nigdy nie mieliśmy do czynienia zabiła dzieciaka”. Wydarzenia, które dotkną nas, osobiście, takie jak zmiany w OFE i posyłanie sześciolatków do szkół, uplasowały się na odległych miejscach – ósmym i dziewiątym. Dziwicie się, że politycy tak naprawdę nie muszą się obawiać suwerena jakim jest naród i mogą robić co chcą? Mniej ważny według internautów był tylko pierwszy, udany w Polsce przeszczep twarzy. Zajął marną, dziesiątą lokatę.

A co z głosowaniem na najważniejsze wydarzenie na świecie? Tu jest lepiej. Na pierwszym miejscu – przejęcie przez Kim Dzong Una władzy w Korei Północnej. Na drugim ujawnienie przez Edwarda Snowedena projektu PRISM. Trzecie miejsce bruka nieco usunięcie piersi przez Angelinę Jolie (rzeczywiście, wśród konfliktów w Afryce i na Bliskim Wschodzie, walce z przestępczością w Ameryce Południowej i problemów seksualnych w Azji, ta sprawa jest najgodniejsza na trzecie miejsce). Jednak narodziny „royal baby”, dzięki Bogu, uplasowały się na ostatniej pozycji. Wiara w ludzi odzyskana.

No, może nie do końca. Pozostaje ta nieszczęsna „matka małej Madzi”. Często spotykam się z opinią, że media karmią nas, za przeproszeniem, gównem. Że informacje w nich są dla idiotów, że koncentrują się tylko na złych rzeczach, że ogłupiają. Mówią to często osoby, które śledzą właśnie te media których tak nienawidzą. Z bólem serca oglądają te wszystkie TVNy, Polsaty i TVP, aby potem móc pomarudzić, na swoją urażoną ściekiem informacyjnym inteligencję. I to jest chyba powód, dla którego ludzie łakną takich kontrowersji, które ani nie wpłyną na ich życie, ani nie zmienią niczego w społeczeństwie. Ot, historyjka, niczym bajka dla dziecka, tyle, że z dzieciobójczynią i duszonym niemowlakiem w roli głównej.

Kto chce, ten odnajdzie źródła, które mu będą odpowiadać. Poszuka w internecie, mamy naprawdę ogromny dostęp do różnorodnych informacji. Mamy dziennikarstwo obywatelskie, mamy media spoza mainstreamu. Wystarczy wklepać w Google frazę, która nas interesuje i mamy informacje z setek źródeł.

Media z głównego nurtu dostosowują się do odbiorców. Dalej się dziwicie, że tak wiele pisano i mówiono o „matce małej Madzi”?