Nocne Wilki podbiły Polskę bez przekraczania granicy

Kilkudziesięciu kafarów na motocyklach chce przejechać przez Polskę. Przez kilka dni staje się to głównym tematem w mediach, politycy wszystkich opcji emocjonalnie komentują ich wyprawę, a Polacy drżą, bojąc się groźnych zabijaków Putina. Do diabła, przestańcie się mazać i dorośnijcie!

Polskie media od początku schrzaniły sprawę. Gdyby wszyscy mieli w nosie przejazd Nocnych Wilków, gdyby media milczały albo zwięźle i krótko wspomniały o tej akcji, to przejazd Rosjan odbyłby się bez echa, a prowokacji by nie było. Co to za prowokacja, która nie dociera do prowokowanego? Zablokowanie wjazdu motocyklistów na teren Polski miałoby wtedy mocniejszy wydźwięk dyplomatyczny. Nagła, stanowcza i bardzo klarowna odpowiedź na wcześniejsze gesty Rosji wymierzone w nasz kraj. Teraz już na to za późno. Cały temat został „rozmemłany”, zalano nim czołówki wiadomości, a politycy wszystkich opcji mieli szansę wymądrzać się przed kamerami. Tyle jeżeli chodzi o subtelność i finezję. Nieważne co zrobią teraz polskie władze. Wyjdzie niezdarnie i źle.

Polacy są oburzeni!

Nocne Wilki muszą śmiać się do rozpuku obserwując histerię i panikę Polaków. Garstka popleczników Putina o której w Polsce nikt wcześniej nie słyszał, nagle zawitała na czołówki serwisów informacyjnych. Przedstawiani są niczym nadludzie, prowokatorzy, wybitni agenci, najbliżsi przyjaciele Putina, rzeźnicy Ukraińców, doświadczeni żołnierze, krwiożerczy i bezlitośni, którzy na pewno podczas swej wyprawy „wystąpią przeciwko suwerenności narodu polskiego” i po drodze spalą parę wiosek z czystego okrucieństwa.

Tymczasem to nie oni są prawdziwym zagrożeniem. Jak zwykle, to Polacy sami podkładają sobie gwoździe pod stopy. Fakt, że kilkunastu motocyklistów jest w stanie podbić wszystkie serwisy informacyjne i zasiać niepewność w kraju liczącym kilkadziesiąt milionów mieszkańców, nie świadczy dobrze o naszej dojrzałości czy rozsądku. Nocne Wilki nawet nie musiały przekroczyć granicy! Wystarczyła jedna zapowiedź, a nasi patridioci już drżą z oburzenia i sporządzają plany jak odeprzeć „ruską swołocz”, by bronić suwerenności Polski.

Prawdę mówiąc, teraz sam nie wiem co się stanie, gdy rosyjscy motocykliści przekroczą granicę naszego kraju. Może wyślijmy wojsko i parę czołgów, aby wiedzieli, że z nami lepiej nie zadzierać? Może puścić za nimi samochód z którego będzie leciała zagłuszająca ryk silników melodia Mazurka Dąbrowskiego? Może wykorzystajmy pomysł Janusza Palikota aby powitać Rosjan gejowską tęczą?

Polacy pytają mądrzejszego braciszka…

Zamysł, by nie wpuścić Nocnych Wilków „bo tak” nie ma sensu. Są pewne standardy demokratycznego państwa prawa, które wykluczają bezpodstawne działania w stylu „zabrońmy im, co nam zrobią?”. Oczywiście, zawsze można poszukać dziury w całym. Na każdego znajdzie się odpowiedni paragraf. Jednak jest już zwyczajnie za późno. Teraz zamknięcie granicy przed Rosjanami nie będzie precyzyjną, konkretną manifestacją dyplomatyczną, gestem odwetu. Będzie oznaką przerażenia i strachu całego narodu przed garstką motocyklistów z innego kraju.

Zapłakana, zasmarkana niczym niemowlę Polska obejrzała się na swojego starszego, mądrzejszego brata – Niemcy. I wszyscy się ucieszyli, bo podobno ci nie mieli zamiaru się cackać – Nocne Wilki nie przejadą. Potem jednak okazało się, że te informacje były przedwczesne – Rosjanie jednak przejadą. Jestem pewien, że ta telenowela będzie trwała jeszcze parę dni, a każda informacja zza naszej zachodniej granicy będzie elektryzowała polską opinię publiczną i media. Każda publikacja w niemieckiej gazecie spotka się z naszą odpowiedzią. Znowu pokazujemy, że nie jesteśmy w stanie niczego zrobić porządnie. Zdziecinniała Polska zawsze musi oglądać się na starszego, mądrzejszego braciszka, bo sama nie jest w stanie działać skutecznie.

Polacy nie dadzą się sprowokować?

Przez tłum histeryków przebija się rozsądna, wyważona opinia szefa MSZ Grzegorza Schetyny, który komentując sprawę przejazdu Nocnych Wilków wskazuje na to, jak media łatwo dają się wciągnąć w prowokację. Robią dokładnie to, czego się od nich oczekuje – nakręcają atmosferę nienawiści i konfliktu. Jak zwykle wykorzystuje się słabości Polaków, by rozbudzać emocje. Tylko powściągliwość władz w tej sprawie daje jeszcze nadzieje na wyjście obronną ręką z tej nieciekawej sytuacji.

Wiktor Węgrzyn, organizator Rajdu Katyńskiego zapowiada, że będzie eskortował Nocne Wilki w drodze do Berlina. Lepiej, żeby zrobił to skutecznie. Wśród naszych rosyjskich gości na pewno będą osoby z kamerami i aparatami fotograficznymi. To od nas zależy, czy po powrocie do domu pochwalą się państwowej telewizji nagraniami na których są atakowani i obrażani przez „polskich prowokatorów” czy wrócą z pustymi rękoma.

Tekst można przeczytać również na:
http://wiadomosci.onet.pl/nocne-wilki-podbily-polske-bez-przekraczania-granicy/pckg9d

Tortury są spoko

Polska w końcu oberwała za naruszenie zakazu tortur i nieludzkiego traktowania. Nie kiwnęliśmy podobno palcem przy samych okrutnych ekscesach, ale za to pomogliśmy CIA znaleźć miłe, zaciszne miejsce w którym mogło katować i podtapiać terrorystów. I to nie byle jakie miejsce, bo Stare Kiejkuty, czyli na Warmii i Mazurach, mojej ukochanej Krainie Tysiąca Jezior, pełnej lasów, kormoranów i jelonków.

Przede wszystkim jednak, więzienie było na terytorium Polski. A to sprawia, że nasze władze powinny czuć się za nie odpowiedzialne. Samo umożliwienie stworzenia Amerykanom miejsca do przeprowadzania tortur było głupie, nieważne jakie pieniądze ci wyłożyli i czego nie obiecali. Nie trzeba być geniuszem by przewidzieć, że taka sprawa wcześniej czy później wypłynie na wierzch, a cała wina spadnie na Polskę, wiecznego kozła ofiarnego narodów. Pani Janina Paradowska na antenie TOK FM powiedziała, że to wyjątkowo niesprawiedliwe. Oczywiście, ma rację. Ale moim zdaniem to kara za głupotę, cwaniactwo i włażenie w dupę USA. Przyznana słusznie, chociaż na te kontrowersyjne decyzje paru osób złożymy się wszyscy z naszych podatków.

Przy okazji objawił się dziwny trend wśród polityków, dziennikarzy i „gadających głów” – usprawiedliwianie tortur. To jest coś w stylu „tortury są brzydkie, ale potrzebne, bo jak nie będziemy torturować to ludziom stanie się kuku”. Mówią to mniej lub bardziej otwarcie osoby, które sprzeciwiały się wprowadzeniu kary śmierci lub zakazu aborcji, a każdy akt przemocy uznają za niedopuszczalny. Nagle okrucieństwo i bestialstwo stały się słusznym, dopuszczalnym środkiem, gdy „wymaga tego sytuacja”.

Ten atak hipokryzji ze strony chociażby Leszka Millera i Andrzeja Morozowskiego jest przerażający. W cywilizowanym państwie nie powinno się stosować tortur ze względu na parę podstawowych spraw:

1. Można się pomylić i torturować niewinną osobę (tak jak w przypadku kary śmierci).

2. Tortury są nieefektywne, bo po skatowaniu i poniżeniu większość osób powie to, czego chce przesłuchujący, a nie to co jest prawdą (tak jak podczas polowań na czarownice).

3. Trudno określić granicę kiedy tortury są dopuszczalne, a kiedy nie. Zamęczanie psychiczne i fizyczne może zostać wykorzystane w walce z opozycją oraz zwykłymi mieszkańcami. (tak jak za czasów Stalina)

4. Łatwo też „przegiąć” i uśmiercić przesłuchiwanego albo doprowadzić go do stanu, gdy będzie zaślinionym, bełkoczącym warzywem.

5. Żyjemy w świecie, gdzie zasada „oko za oko, ząb za ząb” została uznana za niegodziwą. Odrzucamy przemoc i okrucieństwo na rzecz sprawiedliwego osądu oraz izolacji od społeczeństwa, by nie stać się tak samo brutalnymi istotami, jak osoby, które chcemy karać.

6. W związku z powyższym uznaliśmy, że wszyscy mają jakieś podstawowe prawa – do życia, co wolności sumienia i myśli, do wolności od tortur. Jeżeli zaczniemy anulować podstawowe prawa człowieka pojedynczym jednostkom, to czemu by nie ograniczyć ich szerszemu gronu obywateli?

To podstawy o których wszyscy wiedzą i które nie są niczym nowym. Sprawiają one, że tortury są uważane za złe. Można się z nimi zgadzać lub nie, jednak w momencie gdy zaczniemy usprawiedliwiać katowanie innych ludzi, nawet tych „złych”, otwieramy puszkę Pandory z przemocą. Bo skoro uczciwym jest bicie, duszenie i okaleczanie innych w imię jakiejś idei sprawiedliwości i bezpieczeństwa, to czemu zabijanie ich by miało być niegodziwe? Czasami lepiej umrzeć niż żyć w cierpieniu. Skoro można negować prawa człowieka do wolności od tortur w imię jakiejś „ważniejszej” rzeczy, to czemu zmuszanie kobiet do rodzenia wbrew ich woli, w bólach, z szansą na zgon lub urodzenie różowego ziemniaka z nogami, tudzież po gwałcie, miałoby być złe? Przecież robi to w imię „ważniejszej” rzeczy, życia ludzkiego (jakie by ono nie było i w jakim „etapie”) i prawa boskiego, a to usprawiedliwia katusze. Skoro przemoc pomaga rozwiązywać problemy i chronić ludzi, to czemu nie odrąbać ręki siekierą sąsiadowi, który chciał wsiąść za kółko po pijaku?
Ostatni przykład jest oczywiście kompletnie przejaskrawiony, ale odwołuje się do instynktów, które budzą się w ludziach (a szczególnie w tłumie ludzi), gdy ci mogą się oddać zwierzęcej, pierwotnej naturze. Te same popędy obudziły się w politykach i dziennikarzach, którzy próbują nieudolnie usprawiedliwić służalczość wobec USA i obojętność władz.

Robią to za cenę własnego człowieczeństwa, swych wcześniejszych słów i przekonań. Potem będą się śmiali, jak Korwin-Mikke powie, że gdy dojdzie do władzy, to zamknie w więzieniach wszystkich, którzy według niego działali na szkodę państwa. A przecież zrobi to samo, co oni poparli w swej krótkowzroczności. W imię „dobra” i „bezpieczeństwa”. Za cenę „człowieka” i „człowieczeństwa”.

Pochwała dziennikarstwa – dlaczego wolność mediów jest tak ważna i dlaczego służby strzeliły sobie w stopę

No i jesteśmy po kolejnej, godzinnej konferencji premiera Donalda Tuska, którą można by streścić słowami: „nic nie wiem, to nie moja sprawa”. Jej przebieg był dość burzliwy. Mimo zapewnień premiera, że stara się wyrażać precyzyjnie, to prawdziwych konkretów nie uświadczyliśmy zbyt wielu. W tle jakiś wyjec, bodajże z TV Republika, który chyba po raz pierwszy był na konferencji prasowej, postanowił powydzierać się jak dziecko w piaskownicy, uniemożliwiając rozmowę innym dziennikarzom, mającym coś mądrego do powiedzenia (spodobało mi się pytanie Moniki Olejnik, po którym premier nie wiedział co odpowiedzieć). Irytowało mnie też „jojczenie” o „jakichś tam” liderach „jakiegoś tam” Ruchu Narodowego, którzy co prawda nikogo nie obchodzą, ale zostali już przez niektóre kręgi uznani za „więźniów politycznych”, bo poharcowali podczas „jakichś tam” protestów. Tak czy siak, mimo usilnych prób wyżej wymienionego „wyjca”, nie udało się zepsuć konferencji, a Donald Tusk dostał po łapach i raczej nie wpłynie to pozytywnie na pozycję Platformy w sondażach. A zostało nam zaledwie parę miesięcy do wyborów samorządowych…
Tymczasem w sieci pojawiają się jak grzyby po deszczu komentarze popierające działania ABW i potępiające redakcję Wprost oraz dziennikarzy jako takich. Bo wolność prasy nie usprawiedliwia zdobywania informacji z nielegalnych źródeł. Jak to jest z tą niezależnością dziennikarzy? Po co ona komu?
Co zabawne, większość takich komentarzy pojawia się na stronach należących do jakiejś redakcji lub na portalach informacyjnych. Media określane są często jako „IV Władza”, mająca czuwać nad działaniami państwa i demaskować nieprawidłowości. W tym celu powstało prawo umożliwiające zachowanie anonimowości informatorom, a także seria innych, drobnych przywilejów, mających umożliwiać redaktorom skuteczną pracę. Rodzi się pytanie: kto czuwa w takim wypadku nad mediami? W sferze prawnej – sądy. W sferze społecznej – „V Władza”, czyli mieszkańcy i dziennikarze obywatelscy, którzy dbają również o to, by informacje w prasie, radiu oraz telewizji, były prawdziwe, a reporterzy zachowywali się w sposób zgodny z etyką zawodową (inna sprawa, że większość obywateli nie zna się na etyce zawodu dziennikarskiego).
Dlaczego wolność mediów jest tak ważna? Bo bez mediów (szczególnie prywatnych), nasze postrzeganie świata byłoby bardzo ograniczone. Ci, którzy żyli w czasach PRLu, wiedzą zapewne o czym piszę. Dziennikarze sprawują pieczę nad tym, by władza odpowiednio wykonywała swoje obowiązki i ujawniają sytuacje o których normalnie nikt by się nie dowiedział (szukać nie trzeba daleko – afera taśmowa). W tym momencie nie piszę tylko o profesjonalistach, ale też o tzw. dziennikarzach obywatelskich (citizen journalism), czyli amatorach wykorzystujących środki masowego przekazu do informowania społeczeństwa.
Władza musi bardzo uważać, gdy bierze się za bary z mediami. Wiele osób mówi, że dziennikarze to nie są „święte krowy”. Ależ jak najbardziej to są „święte krowy”. Branie ich za pysk to najgłupsza rzecz jaką władza może zrobić – to cios wizerunkowy, który może odbić się na postrzeganiu danej partii w przyszłości, tym bardziej, że środowisko potrafi (w przeciwieństwie do polityków) się zjednoczyć, mimo głębokich podziałów. Sama specyfika zawodu sprawia, że dziennikarze muszą być nieco jak święte krowy. Dziennikarze muszą mieć prawo do niezależności, wolności wypowiedzi i pełen dostęp do informacji. Nie róbmy z nich malkontentów, którzy nic nie robią tylko się czepiają – taka jest ich rola, a z tego „czepiania się” czerpią zazwyczaj korzyści wszyscy obywatele.
Tymczasem, gdy dochodzi do afery na szczycie, w prasie zagranicznej określanej jako największy kryzys władzy od 2007 roku, w dodatku mającej związek ze służbami, ABW wchodzi „z buta” do redakcji, a potem z prokuratorem zakłócają przebieg pracy dziennikarzy (w dziennikarstwie każda minuta jest czasami na wagę złota, wiedzą to wszyscy ci, którym do końca deadline’u została godzina, a materiału udało się złożyć raptem połowę). Co więcej, tłuką redaktora naczelnego, co zostało przecież zarejestrowane na nagraniach oraz zdjęciach, i chyba nikt temu nie zaprzeczy. Sylwester Latkowski miał pełne prawo do ochrony swoich materiałów prasowych, tym bardziej, że zasięgnął wcześniej opinii prawników.
W wielu krajach już sam fakt, że służby wchodzą do jakiejś redakcji zostałby uznany za skandal. Tymczasem mamy przepychanki, pyskówki i protesty (uzasadnione). W dodatku po całej sprawie debilne, za przeproszeniem, tłumaczenie, że zdrowie i bezpieczeństwo funkcjonariuszy było zagrożone. Szczególnie Latkowski pewnie nastawał na ich życia, ze swoim czarnym pasem w karate i posturą rosłego wikinga. Przecież na miejscu pojawiła się policja (kolejny skandal, że w ogóle musiało do tego dojść), która też zabezpieczała całe zajście. Czy ci funkcjonariusze (w liczbie bodajże kilkunastu) są zrobieni z waty?
Jeżeli są wątpliwości co do tego, czy dziennikarze mogą wykorzystywać nielegalnie zdobyte materiały, to w związku z brakiem porozumienia powinno się poprosić sąd o możliwość uchylenia tajemnicy dziennikarskiej. A nie wchodzić ze służbami do redakcji. Tylko jakiś głupek mógł na to wpaść, znowu za przeproszeniem. Eskalacja konfliktu nigdy nie wychodzi nikomu na dobre, a działalność prokuratora powinna zmierzać do uspokajania nastrojów i korzystania z odmiennych środków prawnych, jeżeli jest taka konieczność. A nie walenia pałą po łbie tych, którzy bronią swoich interesów.
Są komentatorzy, którzy zarzucają, że dziennikarze tylko jęczą o sobie, a nas ta sprawa nie dotyczy. Wręcz przeciwnie. Zwyczajnych odbiorców ta sprawa powinna najbardziej dotyczyć, bo to nam ma zależeć na tym, by dostawać informacje zgodne z prawdą, nieograniczone przez cenzurę i mogące demaskować niegodziwe działania władzy. Brak tego zainteresowania skutkuje obniżeniem poziomu mediów oraz traktowaniem czytelników/oglądających/słuchaczy jak debili. Na co też narzekają ludzie, których „nic to nie obchodzi”. To dziennikarze (przynajmniej w redakcjach prywatnych) muszą się dostosowywać do odbiorców jeżeli chcą mieć zyski ze swojej działalności. Nigdy na odwrót. I to robią.
Z drugiej strony przestrzegam przed tezami, że mamy w kraju cenzurę a wolność słowa jest skrajnie zagrożona. W Światowym Rankingu Wolności Prasy na rok 2014, Polska zajmuje bardzo wysoką, 19 pozycję. Rzeczywiście, mimo działań pewnych grup i pojedynczych osób, nie ma problemu z dostępem do informacji, a publikacje są rzadko blokowane. Zdarzają się jednak sytuacje bulwersujące – jak właśnie sprawa wejścia służb do redakcji dziennika Wprost, czy wytoczenie Jerzemu Urbanowi procesu przez Donalda Tuska o primaaprilisowy żart.
Dlatego dbajmy o to, byśmy nie spadli z tej wysokiej pozycji i by jeśli miała się zmienić, to tylko na lepszą. Musimy się interesować działaniami zarówno mediów, jak i władzy. Wkraczamy powoli w erę rozwoju dziennikarstwa obywatelskiego. Mieszkańcy mają do powiedzenia więcej niż kiedykolwiek. Warto z tego skorzystać.

Edit (13:15): Tak z innej beczki, czy cała ta akcja ABW i prokuratora nie wygląda jak scena z jakiejś słabej komedii sensacyjnej? Wchodzą raz, drugi, przerywają pracę dziennikarzom na cały dzień, tłuką redaktora naczelnego gdy pod oknami i w pokoju obok mają całą watahę reporterów z kamerami i aparatami (sic!), nie mają nikogo kto by umiał zgrać dane z laptopa, a ostatecznie zostawiają swoją teczkę i płaczą, że ich zdrowie i bezpieczeństwo było zagrożone. A wszystko to w sytuacji, gdy służby są krytykowane za brak profesjonalizmu. Nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać.

Boli mnie dziś dupa

Szanowni czytelnicy, pragnę poinformować, że boli mnie dziś dupa. Bardzo. Zdaję sobie sprawę, że moje problemy proktologiczne nie leżą w centrum zainteresowań osób zaglądających na ten blog, jednak nie jest to zwykła, analna dolegliwość. Jest to bowiem „ból dupy Polaka”, mający podłoże uczuciowe. Niezbyt niebezpieczny i dość powszechny w Internecie, lecz wciąż dość dokuczliwy.

Samo wyrażenie „ból dupy” pochodzi od angielskiego „butthurt”, a oznacza mniej więcej zbyt emocjonalne reagowanie na irytujące bodźce, połączone z narzekaniem (w niektórych częściach Polski zwane również „bulceniem”). Według strony Know Your Meme, jednym z najwcześniejszych użyć tego zwrotu w Internecie był komentarz niejakiego Douga, który na stronie szwajcarskiego malarza Hansa Gigera (zmarł całkiem niedawno, 12 maja), napisał: „Przeczytałem cały ten ból dupy przez który przechodzi”. Miało to związek z narzekaniami artysty na nieuwzględnienie go w napisach końcowych w sequelach filmów „Obcy”.

Mi jednak nikt nie wyrządził osobiście przykrości. Mój ból dupy to ból „prawdziwego Polaka, patrioty i katolika”. No dobra, katolikiem nie jestem. Patriotą też nie, bo bardziej od Orła Białego w godle, cenię tego między moimi nogami. Szukam wymówki, wiem. Wstyd się przyznać, że jestem poirytowany bo „mnie to denerwuje”. Potrzebuję wznioślejszego powodu. Dlatego oficjalnie – mam patriotyczny ból dupy spowodowany troską o losy narodu polskiego i obywateli.

Po raz pierwszy, poczułem dziś bolesne rwanie w zadku, gdy znajoma podesłała mi link do strony na ask.fm, należącej (podobno) do Marysieński Sokołowskiej. Tej od „zmasakrowania Tuska”, którą prawicowe media ogłosiły świętą za życia, za obrażenie ich najgorszego wroga i koszmaru. Nie oszukujmy się, powiedzenie: „dlaczego udaje pan patriotę, a jest zdrajcą?”, jest równie finezyjne co powiedzenie: „dlaczego udaje pan człowieka, a jest pan zgiętym chujem?”. Czyli w sumie pasuje do retoryki prawicowej, która w pełnej krasie objawiła się dzisiaj podczas pogrzebu Jaruzelskiego (który nasilił moje problemy z odbytem). Wierzący, patriotyczni, broń Boże nie zdradzieccy Polacy, zagłuszali uroczystości państwowe, wyli, krzyczeli, śpiewali wulgarne piosenki i robili wszystko, by pokazać jak bardzo nienawidzą tego tam w trumnie, który nawet nie ma za bardzo jak odpowiedzieć. Pewnie zresztą odpowiadał, tylko nie było słychać przez ten cały jazgot. Cytując klasyka, gdy Bóg to widział, musiał się „w Niebie przewracać”. Zachowanie w żaden sposób nie różniące się od dzikich protestów skrajnych wyznawców Islamu, którymi tak gardzą prawdziwi Polacy. W Olsztynie, niedawno ktoś na murach kampusu napisał „Allah jest wielki”. Wybuchła afera. Gdy malowane są swastyki i wulgarne teksty wszystko jest w porządku.

Ale ja nie o tym! Miałem poświęcić tekst cudnej Marysieńce i jej profilowi na ask.fm. Tak, to ten zły portal, od którego dzieci się wieszają i tak dalej. Pozwolę sobie zacytować parę pytań i odpowiedzi z profilu uroczej nastolatki:

Jaki jest Twoje pogląd nt Smoleńska? To był zamach czy zwykły wypadek?

Mim zdaniem zamach, aczkolwiek nie jest to potwierdzone. W każdym razie ufam komisji Macierewicza, ponieważ doszukuje się ona prawdy. Jak ona ustali, tak będzie najbliżej prawdy :)

Dlaczego tak ślepo twierdzisz, że nieważne gdzie byś się urodziła i tak byś wierzyła w boga katolickiego? To bzdura. Gdyby Twoi rodzice wierzyli w Latającego Potwora Spaghetti to też byś w niego wierzyła… Nie oszukuj się, że byłoby inaczej.

Nie oszukuję się, to Ty przyjacielu oszukujesz siebie w tym momencie, bo widzisz, Pan Bóg każdego człowieka znajduje :)

dlaczego uważasz, że wiara katolicka jest jedyną słuszną? nawet w samym chrześcijaństwie są podziały, gdybyś urodziła się w Rosji byłabyś przekonana o 100% racji prawosławia

Ponieważ jest :)
Nawet, gdybym się urodziła w Korei, to kochałabym Boga całym serduszkiem :)

sztucznie brzmisz z tym bogiem! „bóg ci wybaczy”, „bóg jest wielki” – sztucznie to brzmi

ale to jest prawdziwe :)
Przypominam, że Polska, to kraj katolicki, więc nie powinno to nikogo dziwic, ani nie powinno to brzmiec sztucznie.

Jakie książki polecasz? Jaką poezję? Skąd czerpiesz natchnienie? :)

Nie czytam na ogół poezji, raczej tylko te moich koleżanek :)
Natchnienie czerpię z miłości, a moje natchnienie to tylko i wyłącznie Duch Św.

Jesteś pewna, że to co robisz jest dobre i nie będziesz tego żałować kiedy będziesz starsza?

Owszem :)
Wszystko staram się robić na chwałę Bożą.

Dlaczego Słowiańskie narody to takie gówno. Dlaczego nie wychowano nas jak naszych rówieśników na zachodzie? Dlaczego u nasze ulice terroryzują cyganie i narodowcy, każdy ma w dupie pracownika, a my topimy smutki w wódce i piwie albo bułgarskiej kadarce? Gdzie popełniono błąd?

D;aczego Polska zawsze ratuje Europę przed zagładą?”

Pominę poziom tych pytań, w szczególności ostatniego. W sumie pominę też odpowiedzi, bo dziewczyna wydaje się mieć wyprany mózg. Jest to jednak esencja całego fanatyzmu, nieuznającego jakiegokolwiek rozsądku i wyolbrzymiającego rzeczy, które wydają się „patriotyczne” i „katolickie”. Obrażanie innych „na chwałę Bożą” i „czerpiąc natchnienie z miłości”. Nie jest problemem, że dojrzewająca dziewczyna ma takie poglądy. Nie jest problemem też to, że w coś wierzy (a wręcz przeciwnie!). Problemem jest, gdy dziesiątki tysięcy ludzi z takim nastawieniem, wybiera się, no nie wiem, powiedzmy – na pogrzeb, by godnie upamiętnić czyjąś śmierć z pomocą pięści i wulgarnych okrzyków. Tak, aby inni Polacy zobaczyli, czym jest prawdziwa miłość do bliźniego. Ten fanatyzm sięga wszędzie – nawet do lekarskich kitli. I zza pazuchy krzyczy, że należy olać zobowiązania zawodowe i naukę, w imię własnej ideologii oraz ekshibicjonizmu religijnego bo „Bóg wie kiedy ktoś powinien umrzeć”. Brrrr.

I na tym by się zakończył mój ból dupy, gdyby nie kabaret jaki na Twitterze odstawił poseł Jaworski z PiS (co ja mam z tą prawicą dzisiaj!?). Gdy jeden z internautów zwrócił uwagę, że Polacy fundują jego pensję, a ten służy klechom i pasożytuje (co było równie eleganckie jak komentarz Marysieńki), szanowny Wybraniec Narodu Reprezentujący Nas (Ich) w Sejmie odparł: „wasza garstka nic mi nie płaci, podatki płacą katolicy, czas pogonić lewactwo”. Panie P(Ośle)! Słyszał Pan coś kiedyś o tym, że to naród jest suwerenem? Pewnie nie bardzo? Niech Pan zrezygnuje z diety poselskiej, którą fundują również Panu ci obrzydliwi lewacy, pedały, feministki i inne potworki, które śnią się Panu po nocach, i niech to Prawdziwi Polacy, Katolicy i Patrioci płacą za Pana posiaduchy w ławach sejmowych. Albo lepiej przy wyrabianiu dowodu pytajmy ludzi czy są lewakami czy prawakami, a potem na tej podstawie wypłacajmy pensje. Więcej biurokracji = więcej miejsc dla znajomych. I będzie wiadomo komu rękę podawać, jak się poprosi wcześniej dokumenty.

To chamstwo chyba przebiło wszystkie inne, jakie dzisiaj pojawiły się w mojej dupie, bo po raz kolejny, jawnie, bez zażenowania, politycy się ośmieszają i wykazują debilizmem oraz pogardą. Za takie teksty poseł powinien natychmiast wylecieć z cywilizowanej partii, po przetoczeniu przez media i wyborców. Jednak nikt nic nie zrobi.

Bo taki to piękny kraj, gdzie miłość to nienawiść, wiara to pogarda dla innych, fanatyzm to patriotyzm, a głupota to cnota.

Panie premierze, jak rzyć?

Tomasz Terlikowski – władca cipek i penisów Rzeczpospolitej

Po raz kolejny, znanego, prawicowego i poniekąd zbereźnego w swej tematyce, publicystę Tomasza Terlikowskiego zainteresowały cipki i penisy mieszkańców Rzeczpospolitej. W swoim tekście na blogu, nazywa osoby bezdzietne pasożytami oraz proponuje, by nałożyć na nie podatki.

Zaznacza oczywiście, że nie chodzi mu o osoby bezpłodne i te „które dla dobra wspólnoty rezygnują z małżeństwa i poświęcają się pracy na jej rzecz”.

Osobiście, nie wiem czemu osoby bezpłodne miałyby nie rodzić dzieci. Katolicka nauka (?) medyczna o całe wieki przewyższa medycynę profesjonalną, pozwalając zmarłym wstawać z grobu, leczyć ludzi na stadionach przez kapłanów i czynić cuda po pomodleniu się do papieża Jana Pawła Polaka Wielkiego Drugiego. Co to za problem naprawić z pomocą zawsze usłużnego Boga czyjeś narządy płciowe?

Nie rozumiem też czemu księża mają nie mieć dzieci, bo, nie oszukujmy się, pan Terlikowski właśnie ich ma na myśli pisząc o osobach działających dla dobra wspólnoty. Przecież nie pisze o biznesmenach zatrudniających dziesiątki pracowników czy aktywistkach promujących prawo do aborcji. Jak pokazały przypadki z Oławy i Poznania, „poświęcenie” niektórych kapłanów nie jest aż tak zajmujące, by nie bzyknąć od czasu do czasu jakiejś chętnej katoliczki. Więc ku chwale Rzeczpospolitej…!

Tomasz Terlikowski już któryś raz sięga do cudzych majtek, by łapać za penisy i waginy. Tym razem postanowił zmuszać ludzi do reprodukcji w imię „zobowiązań wspólnotowych”, a na tych, którzy nie będą chcieli mieć dziecka – nakładać kary… to znaczy podatki. Szanownemu blogerowi nie wystarczą już najwyraźniej wszechobecne „zobowiązania finansowe” i różne formy przymusu państwowego. Chce trzymać w swych pulchnych dłoniach prywatność, seksualność i intymność obcych ludzi, a tym, którzy nie zgadzają się z jego poglądami, że wychowywanie dziecka jest najwspanialszą rzeczą na świecie (obok wiary w Boga zapewne), obrobić portfele.

Kwestia osób, których nie stać na dziecko lub które nie mają czasu na jego wychowywanie oczywiście zostaje przemilczana. Podobnie jak kwestia tego, że dotychczasowi single żyjący w patologii, zaczną płodzić potomstwo tylko po to, by nie płacić podatku, mając w nosie wychowanie czy zadbanie o gówniarza.

Promowanie dużej rodziny? Wspieranie jej finansowo? Jak najbardziej. I o tym Terlikowski również pisze, choć zdecydowanie nie wzbudza to u niego takiego podniecenia jak myśl, że inni mają uprawiać seks i płodzić dzieci pod jego dyktat. Wiadomo, kontrowersja będzie miała więcej kliknięć. W jego świecie nie ma miejsca na wybór, wolną wolę i własną seksualność. Jest narzucenie odgórnego planu, że dzieci mają się rodzić w imię potęgi świętej Rzeczpospolitej. Niezależnie od chęci mieszkańców. Nie chcą się bzykać? No to obłożyć karą.

Warto przypomnieć gdzie ten pomysł się narodził i cieszył największą popularnością w XX wieku – w ZSRR. Za czasów Stalina, gdzie rodzice mieli płodzić ku chwale Mateczki Rasiji i kolektywu. Gdzie nie było miejsca dla ludzi – było miejsce dla państwa. To dobrze obrazuje jakie podejście do wolności osobistej ma Terlikowski. I jak można czerpać z „klasyków”, stając się ich lustrzanym odbiciem.

Nightcore – znane kawałki na speedzie i helu

Szybkie tempo, piskliwe głosy, znani wykonawcy i obrazki z anime. Przeglądając portal YouTube można natknąć się na oryginalne style muzyczne, których próżno szukać w mainstreamowych mediach. Jednym z takich gatunków jest właśnie Nightcore.


W 2002 roku dwójka studentów z Norwegii, Thomas Nilse (DJ TNT) i Steffen Søderholm (DJ SOS) w ramach szkolnego projektu stworzyli płytę „Energized” skomponowaną przy pomocy programu komputerowego (mieli wtedy szesnaście lat). Swój duet nazwali „Nightcore”, ponieważ: „Nightcore oznacza, że jesteśmy duszą nocy, więc będziesz tańczył aż do świtu” (tłumaczenie własne). Muzycy rozwijali swój projekt i nagrali cztery kolejne płyty, aż w końcu zniknęli na dłuższy czas z sieci.

Internet jednak nie znosi pustki. W 2006 roku nastąpił boom na Nightcore, a od 2008 roku coraz popularniejsze stawały się fanowskie przeróbki. Obecnie, najpopularniejszym autorem muzyki z tego stylu na Youtube (nie licząc oryginalnego zespołu) jest Maikel631, którego kanał subskrybuje ponad 67000 osób.

Utwory nightcorowe nie są oryginalną muzyką, to tylko przeróbka istniejących utworów. Autorzy przyspieszają je i zmieniają głos na wysoki, piskliwy. W większości przypadków warstwę obrazu w filmikach umieszczanych na YouTube stanowią żeńskie postaci rysowane w mangowym stylu. Przyjmuje się, że Nightcore powinien być tworzony z muzyki techno, dance, trance lub hardcore. Z czasem jednak zaczęły pojawiać się nowe odmiany tego nurtu.

Najpopularniejszym są chyba Nightstep, czyli przyspieszenie i podwyższenie głosu w utworach dubstepowych i Nightronic, w utworach electro. Pojawiły się również style kontrastujące: Negative Nightcore (przyspieszona muzyka i niski głos), Daycore (niski głos, wolniejsze niż normalnie tempo) i Daystep (niski głos i wolniejsze tempo przy dubstepowych utworach). Przeszukując internet można też trafić na inne wersje Nightcore, jednak są to wersje nieliczne, ograniczone zazwyczaj do twórczości pojedynczych autorów.

Mimo że wśród wielu piskliwe, szybkie przeróbki wywołują co najwyżej uśmiech zażenowania, to popularność gatunku ciągle rośnie. Na koniec dwie ciekawostki: na albumie „Caliente” oryginalnego zespołu Nightcore, znajduje się zremiksowany utwór zespołu Bajm „Ta sama chwila”, a według statystyk Google Trends frazę „nightcore” najczęściej wyszukują w internecie… Polacy. Zamiłowanie mieszkańców kraju nad Wisłą do tego typu muzyki jest dość enigmatyczne, podobno jednak „o gustach się nie dyskutuje”…

Tekst ukazał się również na stronie gazety studenckiej „Tworzywo:
http://www.tworzywo-online.pl/?p=796

Rankingi Newsweeka – o poziomie i kłamliwej informacji

Choć publikuję na blogach Newsweeka, to przyznam szczerze – papierowego tygodnika Newsweek nie lubię. Były czasy, gdy kupowałem go dość często. Obecnie, nie wiem, czy to kwestia zmian w moim myśleniu, czy kwestia treści w samym periodyku, jednak tematyka mi kompletnie nie odpowiada. Może mam dość uderzania w dzwon kontrowersji by przyciągnąć czytelników? Może losy Kościoła nie są dla mnie tak ważne, by co tydzień o nich czytać? Może przytłacza mnie spora część poświęcona ekonomii? Nie jestem w stanie powiedzieć.

Tak czy siak, rozstałem się z Newsweekiem jakieś parę lat temu i kupowane okazyjnie numery (głównie na uczelnię) jakoś mnie nie przyciągnęły na nowo. Dziś, zrobiłem wyjątek. Kupiłem sobie świąteczny, noworoczny numer z rankingami. Byłem ciekawy, szczególnie po ostatnim wpisie o „najważniejszych wydarzeniach roku, czyli tryumfie matki małej Madzi”, co zaprezentuje nam Newsweek. Nie zaskoczę chyba nikogo jeżeli napiszę, że się zawiodłem.

Oczywiście, rankingi są subiektywnie (chociaż to słowo kompletnie nie pasuje do dziennikarstwa) dobrane. Zebrała się redakcja, wybrała parę wydarzeń i wrzuciła do gazety. Ludzie lubią takie podsumowania. Patrzą na sprawy, o których słyszeli w ciągu roku, o których informowały media. I mogą je „wartościować”. Wartościowanie, wybieranie od 1 do 10, jako takie już jest złe, bo bez przyjęcia jakiegoś określonego schematu wyboru „ważności” wydarzenia i zaprezentowania go czytelnikowi, taki ranking można sobie wsadzić tam, gdzie słońce nie dochodzi.

Dlatego łatwo mi krytykować umieszczenie na pierwszym miejscu „Światowych wydarzeń roku” rewolucji papieża Franciszka, która jeszcze się na dobre nie zaczęła i zresztą, jak nadmienia sam autor, dopiero „zapowiadają się” historyczne zmiany. Nie podoba mi się też tekst o „watykańskich aparatczykach” (takie słowo pojawiło się w tytule akapitu), gdzie autor pisze, że radykalne zmiany „każą przypuszczać”. Kojarzy mi się to z „dziennikarstwem gdybającym” braci Karnowskich, którzy też ostatnio „przypuszczali”, że Andrzej Turski, już świętej pamięci, ma problem z alkoholem.

„Polski temat roku”, na pierwszym miejscu „Kościół ma kłopot z pedofilią”, mówi samo za siebie. W rankingu pominięto awanturę przy próbach zaostrzenia prawa aborcyjnego, ustawę śmieciową (!) i ostatnie przepychanki z OFE. Na drugim miejscu co prawda są „Sześciolatki w szkole”, czyli w końcu jakiś temat, który dotyka wszystkich obywateli, niemal bezpośrednio, ale już na trzecim „Tragedia na Broad Peaku” (w której zmarło dwóch himalaistów, więcej osób ginie w ciągu godziny) i na piątym „Klęski polskiego futbolu”, czyli nic nowego, bo nasi piłkarze już od dłuższego czasu grają na niskim poziomie. Wydarzenia, które nie wstrząsnęły tak naprawdę opinią publiczną, bo zdarzają się zbyt często, by faktycznie kogokolwiek zszokować.

Uśmiałem się setnie, gdy przeczytałem ranking „Ksiądz roku”, bo taki prędzej powinienem zobaczyć w jakimś czasopiśmie religijnym. Ot, taka laurka dla duchownych z którymi się zgadzamy i którzy akurat nie palnęli jakiejś kompletnej durnoty. Reszta rankingów była albo w miarę normalna, albo tylko odrobinę niedorzeczna.

I dochodzimy do rankingu, który zmotywował mnie do napisania tego tekstu. „Obciach roku”. Sądzę, że jedno z czołowych miejsc powinni zająć redaktorzy Newsweeka, bo trzeba mieć naprawdę pecha, by w takim zestawieniu zrobić błąd, który tak godzi w sztukę dziennikarską. No, w tekście zamieszczono fałszywą informację i tyle. Po głowie powinni w szczególności dostać redaktorzy działu „Świat”, czyli Panowie Jacek Pawlicki, Michał Kacewicz, Maciej Nowicki i Marek Rybarczyk, którzy taką gafę powinni wychwycić w mgnieniu oka. Otóż na piątej pozycji w rankingu „Obciach roku” mamy „Słitfocia z pogrzebu Mandeli”. I cytuję:

„Najgłupsze selfie roku. Prezydent Obama i premier Cameron dali się namówić na wspólną fotkę ze smartfona premier Danii Helle Thorning-Schmidt. Miliony widzów oglądających relację z pogrzebu Nelsona Mandeli zobaczyły dwóch durniów umizgujących się do skandynawskiej blondynki”.

Gdy to przeczytałem, miałem ochotę wyrzucić gazetę przez okno.

Po pierwsze, to nie był pogrzeb, tylko uroczystości pożegnalne. 8 grudnia urządzono „dzień modlitwy i refleksji”, 10 grudnia miały miejsce właśnie uroczystości (kiedy wykonano to zdjęcie), a dopiero 15 odbył się pogrzeb. To jednak JEST różnica i porządny dziennikarz, z minimalną chęcią do weryfikacji swoich tekstów (tym bardziej, że cała sprawa była NAPRAWDĘ głośno omawiana i tłumaczona) nie powinien dawać takiego babola już na dzień dobry w tytule. Po drugie, ceremonia odbywała się w radosnej atmosferze, Afrykańczycy tańczyli, śpiewali, żegnali pięknie Nelsona Mandelę. Nawet gdy przemawiał prezydent USA to krzyczeli i machali kolorowymi flagami. „Selfie” Obamy, Camerona i Thorning-Schmidt nie było tak naprawdę niczym dziwnym. Gdy to przeczytałem, miałem wrażenie, że dziennikarz, który to napisał jest durniem umizgującym się do czytelników (korzystając z jego słownictwa). Ależ obciach!

Swego czasu, Tomasz Lis, podczas debaty na Uniwersytecie Warszawskim powiedział:

„Też wyjdę na idiotę, ale powiem, że jestem wystarczająco inteligentny, żeby występować w telewizji, ale nie, żeby ją oglądać. I trochę a propos tego zidiocenia, ja doszedłem do bardzo smutnego wniosku: widz w Polsce ogłupiany od lat, konsekwentnie przez wszystkich, bo tu jest straszna rywalizacja – zdebilenie w jednostce czasu – kto osiągnie największy sukces. Widz w Polsce wybaczy wiele, bardzo wiele, ale jednego nie wybaczy nigdy: nigdy, przenigdy nie wybaczy tego, żeby go potraktować poważnie. Włączyłem sobie dzisiaj kanał TVN 24 i oglądałem go całkiem długo (…) i byłem tym zafascynowany, bo w telewizji informacyjnej przez trzy godziny właściwie o niczym mnie nie informowano. Przez trzy godziny się do mnie mizdrzono. Wszystko sprowadzone do anegdoty. Nie możemy mówić poważnie, bo poważny, to znaczy nudny, a jak nudny, to te barany wezmą pilota i przełączą.”

I miał rację, chociaż może nie wiedział, że w 2010 roku, te same słowa będzie można skojarzyć z jego tygodnikiem. Niestety, nie zanosi się na to, bym w 2014 roku powrócił do czytania Newsweeka. Można powiedzieć, że jestem „wystarczająco inteligentny” by tego nie robić. Jestem w stanie znieść zasypywanie „głupimi” informacjami, ale te fałszywe i nieprawdziwe mnie dosłownie odrzucają, nie ważne, czy w gazecie prawicowej czy lewicującej.

Tak czy siak, czytelnictwo Newsweeka ciągle rośnie. „Barany” otrzymują to czego chcą. Nawet, jeżeli karmione są kłamstwem.

Olsztyńska Strefa Kibica

Stało się. Przegraliśmy i odpadliśmy, a w całej Polsce właśnie dogasają ostatnie podpalone z frustracji śmietniki oraz ucichają jęki zawodu. Strefy Kibica od początku meczu kipiące emocjami, powoli pustoszeją…

A Olsztyn gęsią nie jest i swoją Strefę Kibica miał również, postawioną przy plaży miejskiej. Może nie tak spektakularną jak w Warszawie czy Poznaniu, ale każde miasto organizuje imprezy na miarę swoich możliwości oraz ogólnego zainteresowania. Na początek wejście. Nie każdy z przybyłych miał niestety okazję obejrzeć nasz ostatni mecz, bo ilość miejsc ograniczono (do około 1000 miejsc). Oczywiście dla Polaka nie ma rzeczy niemożliwych – ochrona mogła wyłapywać pojedyncze osoby, które przechodziły pod barierką, ale gdy do ataku rzucił się cały tabun, musieli spasować. Tak więc, w samej Strefie i wokół niej, było jakieś dwa tysiące olsztynian.

Mimo problemów z wejściem (ochroniarze byli dość powolni, nieliczni i bardzo dokładnie przeszukiwali osoby mogące mieć przy sobie alkohol), organizacja nie była najgorsza. Ekran stał w widocznym miejscu, dzięki czemu nawet osoby za barierkami widziały co się dzieje. Ławek było sporo, nie czuło się też nadmiernego tłoku. Tak więc plusik dla naszej strefy kibica…

…i zarazem minusik, za młynową (osobę prowadzącą doping). Jej skrzekliwy, ostry głos tylko dokuczał obecnym, w dodatku zasób przyśpiewek miała skrajnie ubogi, przez co kibice się zniechęcali i ciężko było coś zaśpiewać naprawdę, wspólnie. Fakt, była ładna, ale to trochę za mało. Nieco świeżości wnosili wybrani z tłumu krzykacze, którzy na własną rękę skandowali takie hity jak „PZPN, PZPN je**ć, je**ć PZPN!” czy „Sędzia ch*j!”.

Olsztynianie mimo wszystko starali się. Eleganckie odśpiewanie hymnu, gorące zagrzewanie do walki, bardzo emocjonalne reakcje na wszelakie błędy polskich piłkarzy. Czuło się ten klimat. Nikt nie wystraszył się deszczu, grzmotów ani burzy. Przynajmniej na początku, potem, im gorzej nam szło, tym bardziej narastała frustracja. W końcu, doping zdominowały okrzyki: „ku**a, ależ on to zje**ł!”, „no jak grasz ty ch**u!”, „tak ku**a, brawo, zaje**ste podanie!”, wszystko okraszone niemalże teatralną mimiką i gestykulacją. Gol był prawdziwym coup de grace dla publiki. Takiego zawodu się piłkarzom i selekcjonerowi nie wybacza. Tylko Przemysław Tytoń zasłużył na niekłamany podziw, a każda jego akcja zbierała gorący aplauz.

Jedzenie? Kiełbaska/karkóweczka/kaszaneczka z chlebem/ketchupem/musztardą za siedem złotych, piwo (nie można było wnosić alkoholu z zewnątrz, 0,4 litra, 3,5% alkoholu) za sześć.

Strefa Kibica zyskała uznanie osób także spoza Olsztyna. Michał z Ostrołęki i Mateusz z Czeremchy, zostali wciągnięci przez niesamowitą atmosferę. Pierwszy z panów, bez ogródek skomentował spotkanie:
„Panie, daj Pan spokój. Po pierwszej połowie to ja byłem jeszcze optymistą ale w drugiej połowie to nasi zagrali niestety – przepraszam za wyrażenie – tak ch**owo, że Czesi nie mogli tego przegrać. Atmosfera w strefie kibica była bardzo dobra, publiczność się bawiła i nasi piłkarze mogą być dumni z tego, że grają dla takich kibiców. Kibice wierzyli do końca i to oni na tym Euro byli najlepsi!”
Pozdrawiam obydwu Panów serdecznie!

Strefę kibica opuściłem na cztery minuty przed końcem meczu, ale zdążyłem jeszcze usłyszeć jęki zawodu. Wracając przez miasto, człowiek słyszy wiele komentarzy. Podchmielony osobnik (który słuchał audycji z radia) wyraził swoją dezaprobatę przez rozpieprzenie puszki z piwem o chodnik. Inny rąbnął Bogu ducha winny samochód. Jakiś smutny kibic zarzekał się, że gdy wpadła bramka dla Czech, to prawie się popłakał. A grupa ludzi ściśnięta w autobusie niczym sardynki w puszce, skandowała nieśmiertelne „Nic się nie stało!”.

No i taka prawda moi drodzy. Nic się nie stało. Wrócimy ze swoją porażką do porządku dziennego. A olsztyńską Strefę Kibica oceniam na czwórkę z minusem. Za całokształt. Stać nas na więcej i mam nadzieję, że następnym razem (o ile się trafi) pokażemy prawdziwą siłę naszych kibiców!

Ruscy, rasiści i wpie**ol.

I zaczęło się! Wielkie igrzyska, walki na arenie i gladiatorzy, gotowi zginąć za swój kraj. Drapieżni niczym tygrysy, głodni zwycięstwa, ignorujący własny pot oraz krew by tylko osiągnąć cel. Wojownicy czasów dzisiejszych.

Słucham? Nie, wcale nie piszę o naszych piłkarzach. Rzeczywiście, byli niczym dumne orły, ale ostre szpony na nic się zdały w starciu z lisim sprytem Greków, którzy kryli się w norze i atakowali gdy tylko obróciliśmy się do nich plecami. Piszę o kibolach.

Pierwszy dzień mistrzostw i już mamy parę (chociaż zadziwiająco niewiele, jak na nasze warunki) nieprzyjemnych incydentów. Najpierw skok do Wrocławia. Tam właśnie zaatakowani przez rosyjskich „kibiców” zostali stewardzi w zielonych kamizelkach. Próbował ich rozdzielić mężczyzna w pomarańczowej kamizelce. Niestety otrzymał kopniaka w brzuch (lub miednicę) a gdy się złożył na ziemi, nasi „bracia Słowianie” dalej go katowali. Leżącego. Podobno to niejedyny incydent, na rynku też miało dojść do poważnych przepychanek (zakończonych odwiezieniem jednego Polaka do szpitala), a dwie knajpy zostały w mniejszym lub większym stopniu zdemolowane.

Teraz Lwów. Ukraińcy zaatakowali kibiców rosyjskich (ach, znowu ci Rosjanie!) wracających ze strefy kibica po meczu Rosja-Czechy. Tak naprawdę nie wiadomo kto zaczął. Pierwsi do walki rzucili się Ukraińcy, ale podobno zostali sprowokowani okrzykami „Rosja – mistrz, Ukraina – wstyd!”. Nikt nie trafił do szpitala, za to jeden z lwowian spędził parę miłych chwil z policjantami.

Tymczasem BBC donosi – polscy kibice intonowali ku czarnoskórym graczom Holandii małpie okrzyki. Roy Hodgson, angielski selekcjoner (który akurat razem z drużyną odwiedzał Auschwitz, toteż na tle wagonów którymi przewożono Żydów), zapewnił, że jest świadom iż nasz kraj ma „rasistowską historię”. Emmanuel Olisadebe ze smutkiem przyznaje, że swego czasu również był źle traktowany z powodu swojego koloru skóry. Financial Times, Reuters, Associated Press i CNN, także twierdzą, że „rasizm Polaków przyćmił otwarcie Euro”.

Nasi kibice (kibole?) zgodnie zapowiadają odwet na Rosjanach za „pobicie naszego”. „Tu już nie ma znaczenia reputacja, liczy się tylko zemsta i honor”. „Je**ć te ruskie ku**y”. „Spokojnie, na meczu z Polską dostaną sowity wpi***ol od naszych”. Mogę się założyć o sto… no, może dwadzieścia złotych, że swoje postulaty w mniejszym lub większym stopniu zrealizują. Osoby przed telewizorami dostaną swoje prawdziwe igrzyska z gladiatorami, BBC będzie miało o czym informować, a „nasi chłopcy” nieco rozładują emocje. Powinniśmy się cieszyć, wszyscy dostaną to czego pragną! Wszyscy będą się radować i uśmiechać…!

…przez rzewne łzy.

Ewolucja postrzegania awantury Smoleńskiej

Przez dwa lata od katastrofy w Smoleńsku, moje postrzeganie całej tej hucpy wokół tragedii, zmieniało się kilkukrotnie. Ewoluowało. Absorbowałem postrzeganie innych, zbierałem informacje, myślałem, dorastałem po to by w końcu móc podejść do tego z dystansem. W pewnym momencie wielu z nas zapewne myślało, że afera nigdy się nie skończy, że zawsze będziemy obrzucani Smoleńskiem i awanturą spod krzyża. A jednak. Sprawa oraz politycy wciąż krążą wokół ciał zmarłych, ale atakują rzadziej, nie żerują jawnie na trupach. Co jakiś czas tylko podlecą by ku swej makabrycznej uciesze skubnąć kawałek ucha lub palca…

O katastrofie dowiedziałem się z samego rana. Można powiedzieć, że śledziłem sprawę już od momentu, kiedy po raz pierwszy na antenie TVN24 wspomniano o „kłopotach przy lądowaniu”. A potem stało się – samolot rozbity, chaos, trzy osoby przeżyły. Szybki skok „na neta”, informacje: zamach, Rosjanie zechcą nas zaatakować, władza w rozsypce, nie wiadomo kto zginął. Znowu TVN24 – nikt nie przeżył, trwa msza żałobna, padają nazwiska osób które brały udział w locie. Osób, które na co dzień oglądało się w telewizji lub o których czytało w gazetach. Kaczyński, Kaczyńska, Kaczorowski, Putra, Szmajdziński, Skrzypek, Stasiak, Szczygło, Gęsicka, Gosiewski, Jaruga-Nowacka, Wassermann. Przecież to prawie jak znajomi, codziennie się z nimi widzisz, słyszysz co mówią, nawet polemizujesz z ich słowami w myślach lub na forach. Byłem naprawdę wstrząśnięty. Jak to, nie zobaczę już w Sejmie Kaczyńskiego? Nie zobaczę Gosiewskiego, Gęsickiej ani Wassermanna? Niewyobrażalne.

Byłem do tego stopnia wstrząśnięty, że gdy następnego dnia znajomy miał czelność niewybrednie szydzić z tragedii, zakończyłem z nim znajomość. Już od jakiegoś czasu patrzyliśmy na siebie krzywo, a to był moment w którym przekroczył linię.

A potem się zaczęło. Cała seria aktów, które natychmiast wybiły mi z głowy żal i poczucie straty. Bitwa o Wawel, przepychanki polityczne, afera pod krzyżem, poszukiwanie spisku. Z każdą informacją o „problemach posmoleńskich”, stawałem się coraz bardziej radykalny i poirytowany. Myślałem, że temat katastrofy nigdy się nie skończy. Że cały byt Polski będzie się kręcił wokół tej sprawy aż do końca świata. Swojej irytacji, dawałem ujście poprzez agresywne wpisy na blogach i forach. „Masturbacja nad trumnami”, było moim ulubionym określeniem. I prawdę mówiąc dobrze odzwierciedlającym to co się działo. Dzisiaj staram się go unikać, ale zastąpienie onanizmu sępami, nie jest tak naprawdę dużą zmianą.

Muszę też przyznać, że nigdy nie zdarzyło mi się w przypływie irytacji napisać, że cieszę się ze śmierci Lecha Kaczyńskiego i innych ofiar. Wiele osób tak pisało, mi się nigdy nie zdarzyło. Pomijając już poziom kultury jaki musi reprezentować człowiek piszący takie rzeczy, było by to prostu sprzeczne z prawdą oraz moimi uczuciami. Przed upadkiem Tupolewa życie polityczne miało swój koloryt, nie popierałem PiSu ani prezydenta, ale doceniałem, jako przyszły student dziennikarstwa, barwę i odcienie wszystkich wydarzeń. Po katastrofie wszystko stało się czarno-białe.

Potem wybory. Kaczyński na prochach, jego całkowita „przemiana”. Bez komentarza. Po wyborach jednak moja irytacja zaczęła zanikać. Katastrofa Smoleńska powoli uciekała z naszego życia. Mieliśmy chociaż trochę wytchnienia, spokoju. Nie było tego poczucia „przymuszenia” do zainteresowania tą sprawą. Nie zalewała nas ona z każdego portalu.

Potem kolejne wybory. Na portalach informacyjnych komentarze: „wybory będą sfałszowane”, „jak wygra Tusk wyjdziemy na ulicę”, „obalić rządy niemiecko-ruskie!”. Znowu, w sercu zadrgała nutka niepokoju. A co jeśli zwolennicy PiSu naprawdę uznają w przypadku swojej klęski, że wybory były sfałszowane i wyjdą na ulice? Wiele z tych ludzi jest naprawdę, zdolnych do wszystkiego (tak samo jak tych z Platformy, wiem). Na szczęście, „zwyciężyła normalność”, na którą głosowałem, a która teraz podwyższa wiek emerytalny z czego nie jestem zadowolony. I tej „normalności” na następny raz nie poprę. Tak samo jak nie poprę „nienormalności” i „pseudopolskości” opozycji.

I sprawa Smoleńska ucichła. Co jakiś czas przewinie się w jakimś portalu informacyjnym, ale nie jesteśmy nią atakowani z każdej strony. Polska przetrwała ten szturm. Kosztem podziału społeczeństwa oraz sceny politycznej, ale przynajmniej z jedną sprawą sobie poradziliśmy. Oczywiście, nie chodzi mi o całkowite pozbycie się sprawy katastrofy. Opozycja oraz media jak najbardziej mają prawo do udzielania informacji czy przekonywania do swoich racji. Ale tego było po prostu za dużo. I nie jestem jedynym Polakiem który tak sądzi.

Dojrzewałem dalej. Zdystansowałem się całkowicie od katastrofy Smoleńskiej. Zrozumiałem, że ani PO ani PiS nie jest rozwiązaniem. Osoby takie jak pewna tutejsza blogerka, próbująca klasyfikować mnie jako „PiSowca” bo śmiem krytykować rząd, są w błędzie. Także osoby które chcą mnie nazwać „PeOfilem” (z tym się jeszcze nie spotkałem), nie będą miały racji. Nie zgadzam się na ten podział Polski między PO a PiS. Inne partie? Ich racje też do mnie nie docierają. Będę czekał, aż wyłoni się inna siła, której naprawdę będzie zależało na przyszłości naszego kraju. Albo inaczej, która skupi się na działaniu, zamiast na sejmowych przepychankach.

Skąd taka pseudorefleksja? Miesiąc temu, podczas jazdy autobusem, czytałem wywiad pani Teresy Torańskiej z Adamem Bielanem i tekst pani Aleksandry Krzyżaniak-Gumowskiej „Naznaczeni przez Smoleńsk”. W pewnym momencie, poczułem że łzy napływają mi do oczu. Do dzisiaj nie wiem, czy to opóźnione o dwa lata poczucie straty i smutku które przez tak długi czas było przyćmione przez PiSowsko-POwską hucpę, czy ponownie obudzona, bezsilna irytacja spowodowana zniszczeniem tragedii przez żerujące jak sępy opcje polityczne.