Akcja „Świecka szkoła” – na ratunek lekcjom religii!

Magazyn Liberte! rozpoczął akcję „Świecka szkoła”. Obywatelska inicjatywa ma na celu zniesienie finansowania religii z budżetu państwa. Ten subtelny i pozytywny projekt środowisk liberalnych, przyniesie korzyść wszystkim – w szczególności wierzącym.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że przez całą swoją edukację, od zerówki do liceum, uczestniczyłem w lekcjach religii. Przez trzynaście lat, dwa razy w tygodniu, dodajmy do tego zajęcia podczas rekolekcji, przed komunią i bierzmowaniem. Przerobiłem pięć lub sześć różnych podręczników (używanych). Łącznie uczyło mnie sześć osób – pięć kobiet, jeden mężczyzna (ksiądz). Miałem osiem w całości zapisanych zeszytów.

Piątkowy uczeń mówi „dość”

W drugiej klasie liceum system kształcenia religijnego przyniósł efekty. To wtedy, niemal od razu po bierzmowaniu, odrzuciłem całkowicie wiarę katolicką. Duch Święty najwyraźniej przyszedł z pustymi rękoma, bez darów. Własne zdanie zwyciężyło z konformizmem i strachem przed byciem wykluczonym. I chociaż do końca uczestniczyłem w lekcjach religii, to wiedziałem, że więcej w Boga już nie uwierzę.

Muszę wam przyznać, że lekcje religii nigdy mi się do niczego nie przydały. Nigdy. Nawet w czasach, gdy jeszcze dla niepoznaki chodziłem spowiadać się do konfesjonału i wyznawałem dwa „bezpieczne” grzechy: kłamstwo i „byłem niemiły dla innych”. Kiedy na studiach robiłem prezentację o islamie, nie było w niej ani grama wiedzy wyniesionej z lekcji religii. Nawet grając w głupie Quizzwanie wykorzystuję to czego się dowiedziałem z internetu i książek. Teraz, gdy zastanawiam się czego w ogóle uczono mnie przez trzynaście lat, dwa razy w tygodniu, mam w głowie pustkę. A przecież nie byłem złym uczniem. Na świadectwie zawsze miałem piątkę z religii.

Na większości zajęć mieliśmy stałą formułę: modlitwa, nauka o piśmie świętym/rodzinie/byciu dobrym/świętych/Bożym Narodzeniu/Wielkanocy, modlitwa, koniec. Przez całą edukację miałem trzy zajęcia o wierze innej niż katolicka. Dwa zajęcia o seksie… pardon, właściwie to o metodach zabezpieczania się i odpowiedzialności. Zapamiętałem je, bo wybijały się z monotonii. Dodatkowo jeden filmik o aborcji i dwa o egzorcyzmach. Przez trzynaście lat.

Ilość ponad jakość

Nie jestem jedyną osobą, która mimo usilnej, wieloletniej indoktrynacji (bo prawdę mówiąc nie wiem jak inaczej to nazwać) odeszła od Kościoła. Najnowsze statystyki CBOS wskazują, że liczba wiernych spada, a niewierzących zwiększa się. Coraz mniej osób uczestniczy w mszach, coraz mniej praktykuje. Szczerze? Nie jestem tym zaskoczony. Lekcje religii odarły wiarę z mistycznego, sakralnego charakteru. Sprawiły, że stała się ona takim samym przedmiotem jak matematyka, historia czy fizyka. Czyli – zakuć, zdać, zapomnieć.

Co jest największą wadą lekcji religii? Jest ich po prostu ZA DUŻO. Trzynaście lat nauki wiary to nieporozumienie, tym bardziej, że na zajęciach co rok powtarza się tak naprawdę te same tematy (szczególnie w okresie świątecznym). Dodajmy do tego msze święte w których uczestniczy część uczniów, a na których także są historie opowiadane potem ponownie na lekcjach religii. Stop, chwila, zatrzymaj się, czytaj teraz powoli i zastanów się. Trzynaście lat. Trzynaście. Lat. Założę się, że całą treść zajęć można spokojnie zamknąć w roku. Maksimum w dwóch latach. Akurat, przed komunią i przed bierzmowaniem. To nie same lekcje religii tak naprawdę rozjuszają liberałów. Tylko ich ogrom w porównaniu z innymi zajęciami.

Co zamiast religii? Historia, media, język polski

Piszę to, mając w pamięci, że nigdy nie udało mi się na historii przerobić okresu PRLu – brakowało godzin. Na języku polskim też pomijaliśmy niektóre lektury. Gdyby rozdzielić chociaż dwa lata religii między historię i język polski, może miałbym okazję dowiedzieć się jak Wałęsa płoty przeskakiwał i jak Jaruzelski stan wojenny wprowadzał.

Dodatkowo nasza edukacja kompletnie kuleje jeżeli chodzi o przystosowanie do życia obywatelskiego. Za moich czasów był jeszcze WOS, teraz go rozdzielono na „historię i społeczeństwo”. Przez rok uczniowie poznają tajniki „podstaw przedsiębiorczości”, ale to ciągle za mało. Młodzież musi wiedzieć jak załatwiać sprawy w urzędach, gdzie zwrócić się w razie różnorodnych problemów (rodzinnych, społecznych, z prawem, urzędowych). Przypominam, że żyjemy w kraju, gdzie za ścięcie starego, zbutwiałego, martwego drzewa, można zapłacić setki tysięcy złotych kary (polecam tekst Andrzeja Sikorskiego „Rzeczpospolita porąbana” z NIE; nr 11/13, 19.03). Osoba, która za chwilę wejdzie w dorosłe życie musi wiedzieć jakie pułapki na nią czyhają. Powinna mieć świadomość jakie organizacje pozarządowe działają w regionie, by móc podjąć działania na rzecz poprawy życia społeczności.

Najbardziej (pewnie dlatego, że jestem studentem dziennikarstwa i komunikacji społecznej) boli mnie jednak brak edukacji w zakresie mediów i zdobywania informacji. Wychowujemy pokolenie, które odrzuca przekaz profesjonalnych mediów, całą swoją wiedzę kreując w oparciu o „demoty” i „fejsbuka”. Które wierzy we wszystko i daje sobą manipulować, zaspokojone jednym tabloidowym lub „kwejkowym” źródłem. Telewizja, gazety, radio, internet – to coś co stało się nieodłącznym elementem naszego życia. Młodzież musi wiedzieć jak poradzić sobie z natłokiem informacji.

Takie dodatkowe zajęcia byłyby moim zdaniem o wiele cenniejsze niż powtarzane rok w rok te same modlitwy i nazwiska świętych.

Liberte! na ratunek lekcjom religii

Podsumujmy: moim zdaniem lekcje religii są nudne, wtórne, zbędne, rozwlekłe, zajmują czas, który można przeznaczyć na coś innego, stanowią źródło konfliktów, użyźniają konformizm wśród młodzieży i są źródłem duchowej stagnacji. Sądzę, że nie jestem odosobniony w swojej opinii. W skrócie – jest beznadziejnie, a biorąc pod uwagę jak zmniejsza się liczba wierzących – będzie jeszcze bardziej beznadziejnie.

I w tym momencie, pojawia się Liberte!, które wyciąga pomocną dłoń do Kościoła. Wbrew temu co myślą niektórzy przeciwnicy inicjatywy o zniesieniu finansowania religii z budżetu, środowisko liberalne związane z tym magazynem szuka konsensusu i rozwiązania, które zadowoli obydwie strony. Pozwolę sobie przytoczyć fragment projektu ustawy stworzonego w ramach akcji „Świecka Szkoła”: „1. Publiczne przedszkola, szkoły podstawowe i gimnazja organizują naukę religii na życzenie rodziców, publiczne szkoły ponadgimnazjalne na życzenie samych uczniów; Kosztów związanych z organizacją nauki religii nie można w części ani w całości finansować ze środków publicznych w rozumieniu przepisów o finansach publicznych.”

Czyż nie jest to rozwiązaniem wszystkich problemów o których pisałem? Ilość zajęć będzie zależała od rodziców lub samych uczniów. Nie będą mieli ich narzuconych odgórnie, będą mogli sami zdecydować czy chcą dalej powtarzać te same tematy, czy jednak zdecydują się na indywidualny rozwój duchowy. Doprowadzi to do tego, że księża będą zapewne sami spotykali się z zainteresowanymi, by zachęcić ich do zorganizowania lekcji religii. Uczniowie zacieśnią więzi z okolicznymi kapłanami, wzmacniając tym samym parafie i ich kontakt z wiernymi. Katecheci zaczną prowadzić zajęcia w sposób interesujący, niepowtarzalny, aby młodzież chętnie na nie przychodziła.

Wspólne starania o finansowanie połączą społeczność lokalną. Zniknie presja na to, by chodzić na zajęcia – staną się one bardziej indywidualne, nastawione na prawdziwe kształtowanie tych, którzy chcą, a nie „uczenie wiary” tak jak uczy się matematyki czy chemii. Jakość stanie się ważniejsza niż ilość, a własna wola od bezmyślnego konformizmu. Mało? To jeszcze bonus: lewaki w końcu zamkną mordy, bo nie będą miały już powodów do marudzenia.

Czy państwo ma być rodzicem?

Jest jeden problem, który często przewija się w argumentach osób przeciwnych projektowi, głównie rodziców – trzeba będzie coś organizować samemu, naradzać się, wspólnie finansować, ogólnie będzie przy tym sporo roboty. Drodzy rodzice. Wiara wymaga poświęceń. Praca uszlachetnia. Dzieci i rodzina są najważniejsze, dlatego powinniście móc znaleźć dla nich czas… i pieniądze. Miłość to też odpowiedzialność. Jeżeli o coś się mocno postaracie, to potem będziecie cieszyć się bardziej z owoców swego wysiłku, niż gdybyście otrzymali to za darmo. Przynajmniej część z tych zdań przewijała się przez lekcje religii. Zapomnieliście?

Osoby wierzące powinny być pierwszymi, które ustawią się w kolejce do podpisania projektu ustawy. Liberte! postawiło na pojednanie i sensowne, przynoszące wiele pożytku rozwiązanie. W zaproponowanej ustawie nie ma słowa o całkowitym wyrzucaniu religii ze szkół czy zamianie jej na etykę. Oddaje się lekcje religii w wasze ręce, byście mogli sami zadecydować o przyszłości waszych dzieci. Przyjmiecie tę odpowiedzialność dla ich dobra? Czy to „państwo” ma być rodzicem?

Zapraszam do czytania tekstu również na:
http://wiadomosci.onet.pl/akcja-swiecka-szkola-na-ratunek-lekcjom-religii/zknvkp

Projekt ustawy:
http://liberte.pl/swiecka-szkola-projekt-ustawy/

Tekst sprzed trzech lat „Lekcje religii – istnieje tylko jedna wiara”:
http://blogi.newsweek.pl/Tekst/spoleczenstwo/621529,lekcje-religii—istnieje-tylko-jedna-wiara.html

Edukacja seksualna – po co uczyć dzieci, skoro one już wszystko wiedzą?

Dzisiaj, w programie satyrycznym „Tomasz Lis na żywo” rozmawiali fachowcy od spraw seksu wyspecjalizowani w pierdoleniu, czyli politycy. Wybitny autorytet od spraw masturbacji, Mariusz Dzierżawski, mówił, że edukacja seksualna to wpychanie dzieci w ręce pedofilów. Wtórowała mu żelazna dziewica, Marzena Wróbel, która jest pewna, że dzieci do 13 roku życia w ogóle nie interesują się seksem.

Jakiś czas temu, odrzucono poselski projekt ustawy przewidujący wprowadzenie „wiedzy o seksualności człowieka” jako obowiązkowego przedmiotu w szkołach. Obywatelski projekt by każdego kto informuje osobę poniżej 15 roku życia o tym, że siusiaczek i pipusia służą do robienia dzieci, zamykać w więzieniu też nie przeszedł. Posłowie i posłanki urządzają zbiorową orgię, debatując nad tym czy szczeniaki mają wiedzieć co to znaczy „penis”, „seks” i „masturbacja”, czy nie.

A ja sobie wspominam jak to było z wiedzą moją i moich znajomych. Oczywiście, nim skończyła się podstawówka, wiedzieliśmy już WSZYSTKO. Jeden kolega ukazywał swoją rozległą wiedzę za każdym razem gdy zobaczył coś białego. Nie ważne, czy była to ściana, rozlane mleko czy czyjeś buty, gdy tylko ujrzał białą rzecz wołał: „sperma, sperma!”. Na podwórku, po tym jak docieplano bloki, walały się żółte „spermentynki”, czyli resztki materiału termoizolacyjnego.

W pierwszej klasie podstawówki, za namową kolegi, narysowałem wspaniały komiks „Oczko na planecie Huj”, gdzie tytułowy Oczko walczył z Cycolami. Niestety, opiekunka świetlicy znalazła arcydzieło w kuble na śmieci, i chociaż to kolega dyktował mi co mam rysować (był w moim wieku), to na mnie spadł cały opieprz i to moi rodzice zostali wezwani. Życie jest niesprawiedliwe.

Kiedyś, też w podstawówce, jeden kolega upadł na drugiego. Znaleźli się w pozycji, od której posłanka Marzena Wróbel dostałaby hemoroidów, ułożeni na sobie niczym gejowscy kochankowie. Przez cały dzień musieli znosić dogadywania, że mają teraz HIV. Pewnie byli tym tak samo urażeni, jak mała dziewczynka, którą widziałem jakiś czas temu pod sklepem. Kolega, zarzucił jej, że ma owłosioną cipę, a ta, biedna, nie wiedziała jak wybrnąć z takiego skandalicznego oskarżenia.

W podstawówce, może nawet wcześniej, w zerówce, prawdziwym tryumfem było znalezienie resztek porno magazynu. Gdy takowy trafił w ręce niewinnych dzieciaków, przez resztę dnia był obiektem zainteresowania połowy podwórka. Nieco mniej zabawnie było, gdy odnaleziono zużytą prezerwatywę. Nadziana na kij stanowiła przepotężną broń biologiczną od której wszyscy uciekali. Z kondomów robiło się też pukawki. Były wytrzymalsze od balonów i lepiej się z nich strzelało owocami jarzębiny.

Tak czy siak, do szóstej klasy podstawówki znaczna większość z chłopaków wiedziała już, że ma coś takiego jak penis. Mogę nawet podejrzewać, że wiedziała do czego służy, bo pojawiały się pytania w stylu „miałeś wytrysk?”. Pojęcia takie jak „walenie konia”, „pizda”, „chuj”, „pedał” i „dziwka” były znane wszystkim (chociaż muszę przyznać, że rzadko ich używano, tylko w sytuacjach konfliktowych). Prawdziwym hitem, szczególnie na wydziale szpitalnym w którym się znajdowałem jako dzieciak, były nagrania grupy Huta 99. Historie o głodnym Kopciu, który „wyważa drzwi kutasem” i któremu „chuj krwawi” po tym jak stara grzybiara ucięła go nożykiem, wzbudzały wybuchy nieopanowanej radości.

Miały też miejsce początki „sztuki fallicznej”, czyli rysowania wszędzie penisów w ramach objawiania swego niebywałego poczucia humoru i artystycznego ducha.

Piszę cały czas o podstawówce. Końcówka XX wieku, początek XXI. Teraz, wszyscy mają dostęp do internetu. Wtedy, tylko garstka dzieciaków cieszyła się z sieci i wpisywania w przeglądarkę hasła „www.bikini.pl”, a opcja „przeglądaj incognito” nie istniała. Moi rodzice nigdy nie wprowadzali mnie w tematy seksualne, ani nie przeklinali przy mnie. Szkoła w której się uczyłem nie była patologiczna, to była normalna placówka edukacyjna, takich jakich tysiące w naszym pięknym, katolickim kraju. Na podwórku byli młodzi gangsterzy, ale raczej trzymali się z dala od dzieciaków.

O gimnazjum nie będę wspominał, bo wątpię, by nawet Mariusz Dzierżawski i Marzena Wróbel łudzili się, że są tam osoby nieuświadomione. Tam jednak pojawił się dziwaczny twór, nazywający się „wychowanie do życia w rodzinie”. Wszyscy liczyli na to, że będzie coś o seksie. Zamiast tego, było nudne gadanie o odpowiedzialności, więziach, miłości, a nawet jakieś socjologiczne schematy. Boże, kogo to obchodzi. Na dwóch zajęciach mówiono o tym jak się zabezpieczać i że AIDS i HIV są złe i w ogóle. Poza tym – nic, czyli to samo co mieliśmy na religii.

Nie wiem czy jest sens wprowadzać nowy przedmiot w szkole, gdy można po prostu rozszerzyć stary (bo życie w rodzinie to też seks – bardzo źle jeżeli z własnym dzieckiem, dobrze jeżeli z żoną, jeszcze lepiej gdy w związku poligamicznym). Nie wiem czy jest sens blokować nauczanie tego czym jest masturbacja i jak penis wchodzi w waginę, kiedy przeciętny piętnastolatek mógłby nauczyć posłankę Marzenę Wróbel czym jest „fisting” i „na hiszpana” (w teorii, nie w praktyce).

Przede wszystkim jednak nie wiem czy jest sens, by osoby wybrane do decydowania o losach Polski, stawały się „specjalistami od pierdolenia” i pierdoliły głupie głupoty i smutne smuty, o tym czy przypadkiem jakiś pedofil nie bzyknie czternastolatka jak ten będzie/nie będzie wiedział czym jest masturbacja.

Dzieciństwo i tak będzie niewinne, pełne pięknych wspomnień, dobrej zabawy i wszystkiego co wiąże się z okresem dojrzewania. Nawet, jeżeli dziecko będzie wiedziało, że „chuj wchodzi w pizdę”.

UWAGA! ANKIETA: Czy w podstawówce wiedziałeś/aś, że masz penisa/pochwę i do czego to cudo służy?

Polski kult śmierci, cierpienia i sadyzmu

Obejrzałem wczoraj film „Dom w głębi lasu”. Horror komediowy, raczej nie najwyższych lotów, ale całkiem przyjemny. Pojawiła się tam pewna nieumarła rodzina – Bucknerowie. Czcili oni ból i śmierć, poniekąd przymuszeni przez ojca, który gdy zabijał innych miał „mężowskie wybrzuszenie”. Ogólnie, cała fabuła filmu związana jest z wystawianiem innych na cierpienie w imię „wyższego dobra”, a „ci źli” oddają cześć boskim istotom, właśnie przez zadawanie bólu.

Nawet takie mizerne, weekendowe kino z niskimi ocenami na filmwebie może skłonić do jakichś refleksji. Mam wrażenie, że żyjemy w kraju, gdzie panuje podobny kult katuszy i tortur. Co prawda nikt nie pochwala otwarcie zadawania bólu (chociaż wiara w to, że mordowanie innych na wojnie przyniesie wyzwolenie kotłuje się w narodzie) własnymi rękoma. Ale cierpienie na własny rachunek lub przymus by inni cierpieli, jest jak najbardziej w porządku. Matka, powinna urodzić zdeformowane, bezgłowe dziecko w imię „moralności”, nie bacząc na traumy oraz własne postanowienia. Ludzie muszą umierać za kraj, bo tak wypada, tak jest patriotycznie. Powstania, które doprowadziły do wymordowania tysięcy niewinnych ludzi, są świętowane przez najwyższe władze państwowe. A największą religią w państwie jest ta, która oddaje cześć facetowi, który dał się zabić i cierpiał za grzechy innych.

Według wielu ból nie jest czymś złym. Ból uszlachetnia. Warto czasem pocierpieć w imię czegoś. Nieważne czego – religii, ojczyzny, orientacji seksualnej, poglądów…

Poniekąd jest to zrozumiałe, bo nic nie poradzimy na ból. Każdy z nas ma w życiu takie momenty, że zwija się z cierpienia – psychicznego lub fizycznego. To jakaś próba ucieczki od tego ogromu udręki. Ludzie próbują nadać mu sens, o czym zresztą mówił dzisiaj w Poranku Radia TOK FM, rzecznik kurii warszawsko-praskiej Mateusz Dzieduszycki:

„To nie chodzi o to, żeby powiedzieć, że cierpienie jest czymś dobrym. Nie, jest czymś złym. Ale jeżeli ono nas spotka, rzeczą centralną w naszej religii jest to, że ono ma sens. Może być włączone w cierpienie Chrystusa, który umarł za nas na krzyżu. Jeśli ksiądz wskazuje na to, że cierpienie nie ma sensu, to albo czegoś nie rozumie, albo padły dwa słowa za dużo.”

Z jednej strony mówi, „tak, tak, cierpienie jest fe i nie jest dobre”, ale z drugiej „hej, ale ma sens! Nie cierpicie na marne!”. To usprawiedliwianie bólu. Próba nadania czemuś nieuniknionemu charakteru czegoś moralnie wielkiego, czegoś wspaniałego, ważnego, cennego. Jest to całkowicie sprzeczne z ludzką naturą i ogólnie z naturą istot żywych. Chcemy żyć. To tak naprawdę nasz cel – żyć. Korwin-Mikke w swojej pamiętnej rozmowie z „towarzyszem rurkowcem” powiedział: „Ludzie mają swoje cele, swoje ambicje, swoje ideały i za to walczą i umierają, a pan chce tylko żyć”. Ale jak realizować te cele i ambicje gdy jesteśmy martwi? Kto przeniesie dalej nasz głos? Gdyby wszyscy ginęli i umierali za to, co uważają za słuszne, to nie byłoby nikogo, kto doceniłby te ideały i komu by służyły.

Skąd pomysł, że mając do wyboru życie w imię ideałów i śmierć w imię ideałów, powinniśmy wybrać to drugie? To oczywiście mniej kłopotliwa droga – szybki strzał w głowę lub kilkudniowe tortury, po czym odpoczynek, które są uwolnieniem od katuszy. Ciężka praca, dyskutowanie, promowanie własnej wizji, przekonywanie ludzi przez dziesiątki lat – to o wiele trudniejsze. No i trzeba żyć przy tym.

Wiedząc, że wszyscy cierpimy na ten, czy inny sposób, nie powinniśmy się z tym godzić. Mówienie, że „cierpienie jako takie ma sens” nie jest rozsądne. To objaw masochizmu, a niestety, często i sadyzmu. Nasze pojedyncze czyny, motywowane jakimś zyskiem lub ochroną tego co mamy mogą być wytłumaczalne. Ale samo oddawanie czci cierpieniu, nadawanie mu „wyższego sensu” czy tworzenie kultów, których centralnym elementem jest ból, wydaje mi się nieco makabryczne.

Piszę o tym nie dlatego by potępić jakoś pojedyncze akty „poświęcenia”. Sami decydujemy o tym co czynimy (inna sprawa, że ma to wpływ też na innych ludzi, co udowodniło Powstanie Warszawskie). Poza tym masochizmem jednak, w przestrzeni publicznej jest też sporo sadyzmu, nie tak bezpośredniego jak ten Bucknerów z „Domu w głębi lasu”, ale opartego na tej samej zasadzie – ktoś ma cierpieć, w imię tego co ktoś inny chce i ktoś inny wyznaje. W imię tego by na spodniach „prowokatora” pojawiło się „mężowskie wybrzuszenie” spowodowane agonią drugiej osoby.

Osoby, które nie godzą się na katusze, są nazywane tchórzami, zdrajcami, pizdami, śmieciami lub, jak ostatnio błysnął pan Terlikowski, leszczami. To sztuka manipulacji. Generał George Patton mówił: „Celem wojny nie jest śmierć za ojczyznę, ale sprawienie, aby tamci skurwiele umierali za swoją”. Osoby, które uważają, że mają prawo mówić kiedy ktoś ma cierpieć i domagać się tego cierpienia, są tak zdeprawowane, że one nie chcą śmierci „tamtych skurwieli” a swoich „pobratymców”. Których zresztą w głębi serca mają za nic nie warte śmieci, skoro bez mrugnięcia okiem namawiają ich do cierpienia. Kto nie jest z nami, ten jest przeciw nam. Gdyby torturowany całymi dniami i nocami był ktoś obcy, biliby brawo. Gdyby to była córka takiego „mędrka”, ten rwałby włosy z głowy. I to poniekąd wskazuje, na jego człowieczeństwo, które tak stara się odtrącać przez brak empatii.

Dlatego apeluję – nie cierpcie na siłę. Starajcie się unikać bólu, nawet jeśli jest nieunikniony. Trzymajcie się od niego jak najdalej, a gdy już musicie przechodzić przez katusze, nie dorabiajcie sobie do tego pięknej ideologii, bo sprawi to, że będziecie chcieli przekonać do niej innych. I zmusić ich do takiego samego cierpienia. Od osób które was obrażają lub nazywają tchórzami, gdy nie chcecie umierać za ich ideały, trzymajcie się z dala. To sadyści, różniący się od nieumarłych Bucknerów tylko tym, że sami nie trzymają noży, a wciskają wam je w dłonie, szepcząc: „umrzyj za x”.

Samemu często tylko stojąc z boku lub znając historie o „poświęceniach” z książek lub od innych ludzi.

Golgota Picnic, cenzura kościelna i kultura kibolska – Polska to Pakistan Europy

Jest sobie taki spektakl – Golgota Picnic. Podobno jest straszliwie kontrowersyjny bo nawiązuje do niedoszłego Króla Polski (i bynajmniej nie mam na myśli Korwin-Mikkego), który lata z gołą fujarą czy coś tam, coś tam. Szczerze? Gówno mnie to obchodzi. Przykro mi to powiedzieć, lecz w sferze kultury współczesnej jestem kompletną zakałą. Nie odwiedzam filharmonii, nie chodzę do teatrów czy muzeów, ba, nawet do kina mi się nie chce ruszyć szanownej na cztery litery. Za mój rozwój estetyczny odpowiadają „chińskie bajki”, gry RPG i hip hopowe remixy klasyków oraz imć Jacek Kowalski. No dobra, ostatnio obejrzałem operę Leoncavalla „Pagliacci” z Pavarottim w roli Cania, ale patrzyłem na YouTube, więc się nie liczy i tak czy siak, jestem chamidło.

W związku z tym, że nie chce mi się obejrzeć spektaklu Golgota Picnic, tak jak już raczyłem niekulturalnie napisać, gówno mnie on obchodzi. Niechaj i Jezusek na scenie uprawia seks oralny z Maryją. Niechaj i wystawią na deskach teatru „120 dni Sodomy” de Sade ze szczegółowymi scenami, ale czemu miałoby to zdobywać moje wyjątkowe zainteresowanie? Nie mam ochoty tego obejrzeć – nie oglądam. Są ludzie, którzy chcą obejrzeć? Proszę bardzo, w czym problem? To wolni ludzie, mogą robić co chcą. Będą to robili za zamkniętymi drzwiami.

No właśnie. Tymczasem pojawiła się grupa ludzi, która stwierdziła, że ich gusta kulturalne są ważniejsze od czyjejś wolności. I że w imię swojego czystego sumienia ocenzurują im spektakl. Prowadzona przez mesjasza Terlikowskiego grupa kiboli, katoli i fanatyków (bo tylko tacy są na tyle zaślepieni by dostawać ataku furii z powodu czyjegoś występu) dopięła swego – zastraszyła aktorów i zmusiła ich siłą, chamstwem oraz groźbami do zrezygnowania z przedstawienia.

Co więcej, są teraz z tego dumni! To tak jak dać komuś w mordę, gdy robi coś co się nam nie podoba i jeszcze się tym chełpić. To tak jak wtrącić kogoś do więzienia za wypowiedzianą opinię i mówić, że robimy to w imię wolności słowa. To tryumf kultury bejsbola, maczugi i miecza. Dumnym można być ze zwycięstwa w dyskusji, dojścia do porozumienia czy rozwiązania sporu drogą pokojową. Katoliccy awanturnicy nie mieli szans zwyciężyć słowem i piórem bo nie mają tak naprawdę sensownych argumentów przeciw występowi poza wyciem „bluźnierstwo”, „bluźnierstwo!”. Dlatego zabrali się za topory. Właśnie takie osoby chcą wyznaczać co jest dobrym spektaklem zgodnym z zamysłem Pana, a co nie. Czy to nie jest… przerażające?

I dopięli swego. Władze wsadziły ręce do kieszeni, gwiżdżąc niewinnie, tak jak gdyby nic nigdy się nie stało. A potem wielkie zdziwienie, gdy padają zarzuty, że Polska sfera publiczna jest zasmrodzona katolickim fanatyzmem. Cenzura wyboru człowieka. Cenzura sztuki. Cenzura opinii. Cenzura religijna. I ci ludzie mają potem czelność mówić, że ograniczana jest ich wolność słowa.

Golgota Picnic jednak zyskuje na popularności. Działa prosty mechanizm, który był widoczny również w PRLu – ocenzurowany spektakl oglądany jest „w podziemiu” i rozchodzi się na całą Polskę. Wcześniej nikt o nim nie słyszał, dziś Golgota Picnic jest na ustach całego kraju oraz większości mediów.

Do czego można przyrównać tę sytuację? Do pakistańskiej cenzury z 2010 roku. Sąd uniemożliwił tam dostęp do Facebooka na dwa tygodnie, po tym jak użytkownicy opublikowali obrazoburcze ilustracje Mahometa. Sytuacja powtórzyła się dwa lata później, gdy zablokowano Twittera. Ten sam powód – religijne bluźnierstwo. To samo rozwiązanie – cenzura. Efekt? Internauci poszli na inne portale społecznościowe, gdzie dalej robili to samo, tylko jeszcze częściej i jeszcze bardziej wulgarnie.

Jak widzimy, część społeczeństwa polskiego nie różni się od islamskich fanatyków z Pakistanu. Stosują te same metody – uzyskują taką samą odpowiedź, czyli środkowy palec od osób szanujących wolność słowa. Porównywanie katolików do wyznawców Mahometa jest często odbierane z oburzeniem. Bo tam, na Bliskim Wschodzie, cenzurują i zabijają za obrazę.

A kiedy zaczną u nas zabijać? Zaczęli już zabraniać ludziom oglądania spektakli, które nie są zgodne z prawem szar… z ich „uczuciami religijnymi”. Czemu by nie pójść dalej? Przecież wcale się tak bardzo nie różnią, a jak widać po akcji z Golgota Picnic, czerpią z islamskich, współczesnych sposobów rozwiązywania problemów pełnymi garściami.

Tomasz Terlikowski – władca cipek i penisów Rzeczpospolitej

Po raz kolejny, znanego, prawicowego i poniekąd zbereźnego w swej tematyce, publicystę Tomasza Terlikowskiego zainteresowały cipki i penisy mieszkańców Rzeczpospolitej. W swoim tekście na blogu, nazywa osoby bezdzietne pasożytami oraz proponuje, by nałożyć na nie podatki.

Zaznacza oczywiście, że nie chodzi mu o osoby bezpłodne i te „które dla dobra wspólnoty rezygnują z małżeństwa i poświęcają się pracy na jej rzecz”.

Osobiście, nie wiem czemu osoby bezpłodne miałyby nie rodzić dzieci. Katolicka nauka (?) medyczna o całe wieki przewyższa medycynę profesjonalną, pozwalając zmarłym wstawać z grobu, leczyć ludzi na stadionach przez kapłanów i czynić cuda po pomodleniu się do papieża Jana Pawła Polaka Wielkiego Drugiego. Co to za problem naprawić z pomocą zawsze usłużnego Boga czyjeś narządy płciowe?

Nie rozumiem też czemu księża mają nie mieć dzieci, bo, nie oszukujmy się, pan Terlikowski właśnie ich ma na myśli pisząc o osobach działających dla dobra wspólnoty. Przecież nie pisze o biznesmenach zatrudniających dziesiątki pracowników czy aktywistkach promujących prawo do aborcji. Jak pokazały przypadki z Oławy i Poznania, „poświęcenie” niektórych kapłanów nie jest aż tak zajmujące, by nie bzyknąć od czasu do czasu jakiejś chętnej katoliczki. Więc ku chwale Rzeczpospolitej…!

Tomasz Terlikowski już któryś raz sięga do cudzych majtek, by łapać za penisy i waginy. Tym razem postanowił zmuszać ludzi do reprodukcji w imię „zobowiązań wspólnotowych”, a na tych, którzy nie będą chcieli mieć dziecka – nakładać kary… to znaczy podatki. Szanownemu blogerowi nie wystarczą już najwyraźniej wszechobecne „zobowiązania finansowe” i różne formy przymusu państwowego. Chce trzymać w swych pulchnych dłoniach prywatność, seksualność i intymność obcych ludzi, a tym, którzy nie zgadzają się z jego poglądami, że wychowywanie dziecka jest najwspanialszą rzeczą na świecie (obok wiary w Boga zapewne), obrobić portfele.

Kwestia osób, których nie stać na dziecko lub które nie mają czasu na jego wychowywanie oczywiście zostaje przemilczana. Podobnie jak kwestia tego, że dotychczasowi single żyjący w patologii, zaczną płodzić potomstwo tylko po to, by nie płacić podatku, mając w nosie wychowanie czy zadbanie o gówniarza.

Promowanie dużej rodziny? Wspieranie jej finansowo? Jak najbardziej. I o tym Terlikowski również pisze, choć zdecydowanie nie wzbudza to u niego takiego podniecenia jak myśl, że inni mają uprawiać seks i płodzić dzieci pod jego dyktat. Wiadomo, kontrowersja będzie miała więcej kliknięć. W jego świecie nie ma miejsca na wybór, wolną wolę i własną seksualność. Jest narzucenie odgórnego planu, że dzieci mają się rodzić w imię potęgi świętej Rzeczpospolitej. Niezależnie od chęci mieszkańców. Nie chcą się bzykać? No to obłożyć karą.

Warto przypomnieć gdzie ten pomysł się narodził i cieszył największą popularnością w XX wieku – w ZSRR. Za czasów Stalina, gdzie rodzice mieli płodzić ku chwale Mateczki Rasiji i kolektywu. Gdzie nie było miejsca dla ludzi – było miejsce dla państwa. To dobrze obrazuje jakie podejście do wolności osobistej ma Terlikowski. I jak można czerpać z „klasyków”, stając się ich lustrzanym odbiciem.

Uchwała przeciętnego blogera z dnia 26 kwietnia 2014 r. w sprawie potępienia Sejmu i Senatu za brak wyczucia w kwestiach religijnych oraz brak poszanowania dla neutralności światopoglądowej państwa

Blogernia Newsweeka, dnia 26 kwietnia 2014 r.

Poz. 1 (?)

Uchwała przeciętnego blogera w imieniu nieokreślonej liczby osób zniesmaczonych działaniami polskich władz w związku z kanonizacją Karola Wojtyły

z dnia 26 kwietnia 2014 r.

w sprawie potępienia Sejmu i Senatu za brak wyczucia w kwestiach religijnych oraz brak poszanowania dla neutralności światopoglądowej państwa

.

W przeddzień kanonizacji Ojca Świętego Jana Pawła II, głowy Kościoła powszechnego, bloger wyraża niesmak i oburzenie związane z poczynaniami reprezentantów narodu, wybranych do Sejmu i Senatu Rzeczpospolitej. Bloger potępia szczególnie wszystkich polityków, którzy na co dzień przyjmują twarz dystansu i rozsądku, lub sugerowali, że zajmą się rozdziałem Kościoła od państwa, a dnia 24 kwietnia poddali się medialnej histerii, krytykując osoby mające czelność mieć odmienne, zgodne z zasadą neutralności światopoglądowej państwa, zdanie. W o wiele mniejszym stopniu niesmak blogera obejmuje konserwatywne partie, mające za nic wspomnianą powyżej neutralność światopoglądową państwa – gdyż po nich można się było tego spodziewać.

Bloger zauważa, że sporą część obywateli umiarkowanie obchodzi, co Sejm i Senat Rzeczpospolitej Polskiej „uważa” i jakie „wyraża nadzieje” w kwestiach religijnych, gdyż uchwała musiała być przegłosowywana, co oznacza, że nie wszyscy posłowie, reprezentujący naród jako taki, są zgodni z hołdem oddanym Karolowi Wojtyle – co sprawia, że jest ona wymuszeniem i zanegowaniem woli części osób, a nie aktem dobrej wiary i kłamliwej jednomyślności narodu.

Tym samym, bloger apeluje, by w związku z poszanowaniem opinii mniejszości (?) w kwestiach religijnych, patriotycznych czy światopoglądowych, zaprzestać przepychania na siłę uchwał, które godzą w dobre imię Sejmu i Senatu, a wydane z podpisem pani Marszałek Ewy Kopacz, stają się dokumentami rynsztokowego poziomu w związku z sejmowymi kłótniami i medialną ipsacją. Kwestie wiary, oddawania czci, decydowania o tym kto był wielkim człowiekiem, proszę pozostawić osądowi obywateli, którzy, żyjąc w demokratycznym państwie, mają możliwość samodzielnego wyrażania swoich poglądów, a także wyrażania poglądów w szerszym zakresie, przez tworzenie organizacji lub związków wyznaniowych. Bloger uważa, że taki sposób przedstawiania szacunku dla zmarłych osób jest o wiele bliższy idei demokracji oraz wolności osobistej, niż przyjmowanie odgórnych dyrektyw sejmowych kto jest „wielkim Polakiem”, „Ojcem niepodległości” lub „człowiekiem pokoju i nadziei”, a kto nie.

Jednocześnie bloger, mimo pewnych wątpliwości, nie ma zamiaru ujmować czci jaką posłowie i senatorowie oddają błogosławionemu Karolowi Wojtyle, jednak uprzejmie prosi tychże, by zamiast apelować o godne świętowanie wydarzenia (co osoba miłująca papieża i tak by zrobiła, nawet bez zachęty grupy ludzi, którzy na co dzień z przekazem świętego mają niewiele wspólnego) czy wyrażać nadzieję, która jak wiadomo jest matką głupich, zajęli się sensowną pracą, mającą na celu prawdziwą pomoc obywatelom, a nie żenującym, przedwyborczym żerowaniem na kanonizacji błogosławionego. Uhonorować osoby stanu duchownego o wiele umiejętniej potrafią związki wyznaniowe oraz sami wyznawcy religii. Szanowni panowie i panie, posłowie i posłanki, potrafią co najwyżej zrobić z takiegoż uhonorowania cyrk i kabaret.

Ostatecznie, w wyrazie skrajnego, wulgarnego buntu, bloger dopomina się również m.in. o podniesienie poziomu kultury debaty jako takiej w murach Sejmu i Senatu, przypomnienie sobie czym jest neutralność światopoglądowa państwa, zajmowanie się sprawami naprawdę kluczowymi dla społeczeństwa, a także o pamięć, że obywatele nie potrzebują wątpliwych wskazówek „wybrańców narodu” odnośnie obiektu czci i szacunku, gdyż swój rozum mają i sami wiedzą kto jest bliski ich sercu.

Przeciętny Bloger

W związku z:

W przeddzień kanonizacji Ojca Świętego Jana Pawła II, głowy Kościoła
powszechnego i wielkiego Polaka, Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wyraża mu wdzięczność i
szacunek.

Dziewięć lat temu, kilka dni po śmierci Ojca Świętego Jana Pawła II, posłowie i senatorowie zebrani na uroczystym zgromadzeniu oddali Mu hołd, nazywając Go głosicielem ewangelii Jezusa Chrystusa, wielkim moralnym autorytetem, Ojcem i Nauczycielem, a także „człowiekiem pokoju i nadziei” oraz „najważniejszym z Ojców niepodległości Polski”.

Sejm Rzeczypospolitej Polskiej uważa, że określenia te nie straciły niczego ze swojej aktualności.  Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wyraża nadzieję, że kanonizacja Ojca Świętego Jana Pawła II będzie dla wszystkich Polaków okazją do radosnego i solidarnego świętowania, a także zachętą do głębszego poznania Jego intelektualnej i duchowej spuścizny oraz do podejmowania i kontynuowania Jego dzieła. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej apeluje do wszystkich członków narodowej wspólnoty o godne uczczenie tego wydarzenia.

Piłkarki w hidżabach, piłkarze w turbanach – co z tego wyniknie?

Jak donoszą media, Międzynarodowa Rada Piłkarska dopuściła możliwość brania udziału w rozgrywkach piłkarskich z nakryciami głowy, takimi jak chusty lub turbany. Nowe zasady umożliwią muzułmańskim kobietom grę w hidżabach (muszą być one w kolorach drużynowych). Na prośbę kanadyjskiej wspólnoty sikhów prawo zostało rozszerzone również na mężczyzn. Jego wprowadzenie poprzedził 20-miesięczny okres próbny.

Sytuacja budzi głównie rozbawienie. Nieliczni komentatorzy na portalach informacyjnych oburzają się, że postępuje islamizacja, robi się wszystko by muzułmanie przejęli władzę nad światem, lewactwo atakuje i tak dalej, i tak dalej. Co związek z tematem ma skromny. Sam fakt, że ludzie potrzebują takiej symbolicznej demonstracji swojej wiary i gotowi są rezygnować z rozgrywek piłkarskich bo „nie można nosić szmaty na głowie” jest prymitywny, nieracjonalny i, niestety, uwarunkowany kulturowo. Podejście „pozwólmy im na to bo taką mają religię” jest durne, równie durne co karanie za „obrazę uczuć religijnych”(!).

Jednak podejście „pozwólmy im na to bo możemy mieć z tego zyski” to już inna sprawa. Płacz nie płacz, piłka nożna opiera się na pieniądzu i jęki fanów, że „to coś więcej niż gra, to emocje, to rywalizacja, to coś czym nie powinna rządzić kasa”, są niczym więcej jak tęsknym, nieuzasadnionym buczeniem. Już w 1867 roku, podczas The Youdan Cup, każda osoba, która chciała wejść na finał rozgrywek musiała zapłacić trzy pensy. Pieniądze są potrzebne na treningi, ekwipunek, wyjazdy, wpisowe, transakcje, opłacanie zawodników. To w ramach samej drużyny, że już nie wspomnę o całych federacjach i organizacjach sportowych. Od kasy się nie ucieknie, nie ma przebacz.

Wracamy do kwestii nakryć głowy. Podczas rozmów ze znajomym o decyzji Międzynarodowej Rady Piłkarskiej spotkałem się m.in. z argumentami przeciw niej:

-Będzie się wymuszało na klubach by przyjmowali graczy w turbanach


-Muzułmanie zaczną masowo nosić nakrycia głowy i przez to obniży się poziom rozgrywek.


Są to oczywiście argumenty osoby wpatrzonej w ideał piłki nożnej jako szlachetnej rywalizacji, gdzie pieniądze mają drugorzędne znaczenie. Pierwszy punkt jest bez sensu, bo nikt nie może zmusić klubu by przyjął jakiegoś gracza. Wiąże się to z drugim punktem – nikt nie przyjmie gracza, który zaniża poziom rozgrywek. To jakieś dziwne założenie, że managerowie drużyn będą się katowali i strzelali sobie w łeb, inwestując w graczy słabych. Idąc tym torem, możemy dojść do wniosku, że każdy, nawet słaby piłkarz, jest lepszy od dobrego piłkarza w chuście na głowie. Zakładam w tym momencie, że nakrycie głowy RZECZYWIŚCIE obniża możliwości. Jednak powiem szczerze, że nie mam pojęcia jak turban czy inne nakrycie głowy wpłyną na rozgrywkę. Istniały obawy, że mogą prowadzić do kontuzji, jednak po okresie próbnym przyjęto nowe zasady i ustalono konkretne wymiary, sposób noszenia itd. Najwyraźniej więc spełniają wymogi i da się w nich grać.

Założenie, że nagle, piłkarze grający już w rozgrywkach zaczną masowo nosić nakrycia głowy jest głupie. Czemu by mieli to robić? Turbany są niewygodne, a skoro już udało im się przełamać religijne tabu, to czemu by mieli nagle do niego powracać? Te osoby już przesiąkły do zachodniego kręgu kultury sportowej.

Inaczej jednak ma się sprawa z osobami, których religijny fanatyzm jest tak mocno zakorzeniony, że z powodu wiary nie mogły brać udziału w rozgrywkach sportowych. Tutaj przechodzimy do bezpośrednich zysków z pozwolenia na noszenie nakryć głowy. A konkretniej – otwieramy sporą część świata na możliwość uczestniczenia i ładowania kasy w rozgrywki piłkarskie. Zakaz noszenia turbanów, na który uwagę zwrócili kanadyjscy Sikhowie, uniemożliwiał ich dzieciom (podobno paru setkom) branie udziału w zorganizowanych rozgrywkach. Oczywiście, to wina rodziców, którzy bardziej dbają o tradycję niż zdrowy, sportowy rozwój potomstwa (i jego marzenia ;_;), jednak nie da się ruszyć tej religijnej, zabobonnej góry. Dlatego lepiej poszerzyć krąg odbiorców i uczestniczących wprowadzając, w sumie niezbyt szkodliwą, zasadę, zamiast upierać się przy swoim.

Umożliwienie gry w nakryciu głowy pozwoli religijnym konserwatystom na uczestniczenie w oficjalnych rozgrywkach. Po pierwsze, to otwarcie na nowych zawodników, którzy wcześniej nie mogli profesjonalnie uprawiać piłki nożnej, bo uniemożliwiała im to wiara. Zwiększenie „oferty”. Wśród piłkarzy z Azji i Afryki, mogą się trafić perełki, które wcześniej nie miały okazji zabłysnąć. Po drugie, to otwarcie na kraje, w których piłka nożna była mało popularna z racji na tradycję. A nawet umiarkowany wzrost popularności, prowadzi do rozwoju tego sportu i wzrostu wpływów dla organizacji piłkarskich. Po trzecie, to (możliwe, że pozorna) szansa dla kobiet. Jerome Valcke, sekretarz generalny FIFA, mówi o wprowadzeniu możliwości gry w nakryciach głowy: „była prośba z krajów muzułmańskich, które twierdzą, że to pomoże we wspieraniu kobiecej piłki nożnej”.

Jak widzimy, wprowadzenie takich zmian w zasadach to głównie zyski. FIFA nie obchodzi jakaś tam walka z islamizacją Europy (!), tylko kasa i rozszerzanie wpływów. Decyzja którą podjęli wydaje mi się dość logiczna, mimo że odnosi się do rzeczy nieracjonalnej. Należy pamiętać, że FIFA jest organizacją światową, międzynarodową, a 23% populacji ziemskiej to właśnie wyznawcy islamu, a sikhów jest 26 milionów. To sprawia, że taka otwartość na obcą wiarę, nawet, jeżeli nam się wydaje idiotyczna i bzdurna, jest całkiem uzasadniona ekonomicznie…

Zagrożenie ze strony islamu a dezinformacja – sprawa Siv Kristin Sællmann

Fanem agresywnego islamu zdecydowanie nie jestem. Świadczą o tym moje dawne wpisy, w których dawałem przykłady chorych sytuacji będących efektem zderzenia kultury wschodu i zachodu oraz komentowałem, dlaczego należy tę religię uznać za złą. Boli mnie jednak skala propagandy i dezinformacji, jaka od jakiegoś czasu przelewa się przez polski internet. Na portalach antyislamskich prezentuje się teksty, które z prawdą nie mają nic wspólnego, a potem płyną one dalej, na Facebooka, na różne kwejki i wiochy, stanowiące źródło informacji o świecie (!) dla młodych ludzi.

Ostatnio internautów zszokowała sprawa Siv Kristin Sællmann, norweskiej dziennikarki, która po protestach ze strony muzułmanów, została zwolniona z telewizji publicznej NRK, za noszenie krzyżyka na łańcuszku. W polskim internecie informację tę opublikował portal „Nie dla islamizacji Europy”, gdzie przetłumaczono ją z gazety „Komsomolskaja Prawda”, a gdzie wcześniej trafiła za sprawą „la Repubblica”. Błyskawicznie dotarła do innych zakątków internetu, oburzając internautów. Wszystko pięknie, komentatorzy mogą się oburzać na zły islam. „Zaraz zaraz, a szmaty noszone przez muslimki to nie obrażają chrześcijaństwa i normalnych Norwegów? Jak dobrze że żyję w Polsce, kraju biednym ale paradoksalnie zaskakująco normalnym.” – pisze Michał pod artykułem. „Takich skutkow moze sie cywilizacja spodziewac jesli dopusci to bydlo do UE.Czy nikt naprawde nie zauwaza ze to bydlo chce opanowac swiat swoja chora ,, kultura,, czy ta cywilizacja jest tak uposledzona?” – komentuje Grzegorz. I wszystko by było pięknie, gdyby nie to, że informacja jest najzwyczajniej w świecie NIEPRAWDZIWA.

Otóż pani Kristin nie została zwolniona. Została poproszona przez swoich pracodawców by ograniczyć używanie symboli religijnych w neutralnej światopoglądowo telewizji publicznej. W Polsce może to być dla nas nie do końca zrozumiałe, ale dziennikarze, jeżeli chcą być godni zaufania i wiarygodni, powinni jak najmniej prezentować swoje przekonania religijne. Nie mówię tutaj o publicystach, tylko o osobach prowadzących na przykład serwisy informacyjne. Neutralność oraz dystans są zapisane w niektórych kodeksach etyki dziennikarskiej. Może nas oburzać, że poproszono kogoś by ograniczył epatowanie swoją wiarą, ale w wielu telewizjach na świecie – jest to oczywisty standard. Ani krzyż, ani burka, ani inny symbol religijny w telewizji (i wśród takich zawodów jak sędzia czy policjant) nie będą mile widziane. Protestów muzułmanów… nie było. Nie wspomina o nich żadna z czołowych norweskich gazet (włącznie z tabloidami, które bardzo chętnie żerowałyby na takiej informacji).  Sama Kristin powiedziała, że nie ma zamiaru sprawiać problemów i dostosuje się do prośby NRK: „Jeśli myślą, że ja i kanał tracimy wiarygodność przez to, że chodzę z takim małym krzyżem na szyi, to oczywiście nie zamierzam go więcej nakładać” (źródło: „Vårt Land”).  Czemu tak pokornie ustąpiła? To proste. Dziennikarz musi umieć odróżnić sferę prywatną od sfery zawodowej. Wczoraj, prezenterka opublikowała filmik na którym opowiada o tym dlaczego krzyż i Jezus są dla niej ważni. Zrobiła to po pracy – zgodnie z etyką.

Wszystkie te informacje czerpię z norweskich mediów, czyli u źródła. Sprawa z krzyżykiem wyszła 4 listopada i wtedy Kristin miała zostać zwolniona. W internecie możemy znaleźć nagrania z tą panią w serwisie informacyjnym z 11 listopada. W żadnym norweskim tekście nie ma słowa o jej zwolnieniu, ani informacji o protestach muzułmanów. Jedynie w chrześcijańskiej „Vårt Land”, jest wzmianka o tym, że to strach przed islamem prowadzi do walki z krzyżem.

Ostatnio, bardzo często zauważam informacje godzące w islam, które po weryfikacji okazują się albo niepełne, albo najzwyczajniej w świecie fałszywe. Pojawiają się najpierw na radykalnych, antyislamskich portalach, a potem przenoszą na bardziej popularne strony, gdzie każdy z nas może na nie trafić przypadkiem. Krytyka wyznawców czyniących zło w imię swojej religii jest moim zdaniem jak najbardziej potrzebna i uzasadniona. Ale, prawdę mówiąc, im częściej natrafiam na tekst, który okazuje się nieprawdziwy, tym bardziej się zastanawiam, ile w tej nagonce przeciw islamowi jest propagandy i tworzenia fałszywego zagrożenia? Karmieni jesteśmy przykładami chorych, dzikich zachowań ludu ze wschodu, ale jak wiele z nich jest tak samo „prawdziwych” jak sprawa zwolnienia Siv Kristin Sællmann?

Źródła:


http://www.aftenposten.no/kultur/–Religiose-symboler-passer-ikke-inn-i-en-nyhetsredaksjon-7361815.html


http://www.vg.no/nyheter/innenriks/artikkel.php?artid=10144771


http://www.dagbladet.no/2013/11/04/kultur/siv_kristin_sellmann/nrk/tv_og_medier/kors/30136105/


http://www.vl.no/samfunn/tar-ikke-pa-seg-korset-igjen/


http://www.repubblica.it/index.html?refresh_ce


http://ndie.pl/w-norwegii-zwolniono-prezenterke-telewizyjna-za-to-ze-krzyzyk-na-jej-szyi-obrazal-muzulmanow/

Świadkowie Jehowy – historia prawdziwa

Świadkowie Jehowy. Zapewne wielu osobom w tym momencie stanęła przed oczami starsza kobieta przed drzwiami z lekko nieprzytomną miną. Towarzyszy jej podobna osobniczka. W dłoni trzymają parę książeczek, a po chwili pada sakramentalne pytanie: „Możemy porozmawiać o Bogu?„. Nieco bardziej poinformowane osoby wiedzą, że Świadkowie „nie pozwalają na transfuzję krwi i są sektą”. Takie postrzeganie nie jest do końca bezpodstawne, bo rzadko mamy okazję porozmawiać z członkami zboru w komfortowych warunkach. Czy naprawdę zasługują na swoją negatywną opinię? Czy naprawdę tak bardzo różnią się od katolików?

Porozmawiamy na ten temat z Arletą z województwa pomorskiego (28 l.), która Świadkową Jehowy jest od urodzenia, tak jak jej rodzice. Odpowie nam na parę kluczowych pytań, najczęściej pojawiających się na ustach osób które nie zapoznały się z tą religią od bardziej jasnej strony. Nie przedłużając (bo wywiad jest długi), zapraszam do czytania:

Ślepowid: Wiara Świadków Jehowy wywodzi się z wiary Kościoła katolickiego. Czym tak naprawdę różni się od katolicyzmu i dlaczego doszło do „rozłamu”?

Arleta: Po pierwsze muszę zdementować twierdzenie jakoby nasza wiara wywodziła się z katolicyzmu. Według Biblii rodowód świadków na rzecz Jehowy ciągnie się aż od Abla. W liście do Hebrajczyków w rozdziale 11:4 możemy przeczytać „Przez wiarę Abel złożył Bogu ofiarę cenniejszą od Kaina za co otrzymał świadectwo, iż jest sprawiedliwy. Bóg bowiem zaświadczył o jego darach, toteż choć umarł, przez nią jeszcze mówi”. Natomiast o Jezusie napisano w księdze Objawienia (Apokalipsy) w rozdziale 3 i 14 wersecie: „To mówi Amen, Świadek wierny i prawdomówny, Początek stworzenia Bożego.” W przypisie można się dowiedzieć, że Amen symbolizuje tu Jezusa. Co ciekawe, niektórzy Żydzi chcieli się dowiedzieć, czy działalność Jezusa jest nowa nauką, o czym czytamy w ewangelii Marka w pierwszym rozdziale i wersecie 27: „A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: <<Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne.>>”. Później niektórzy Grecy myśleli, że apostoł Paweł chce głosić nową naukę, o czym napisano w Dziejach 17:19 i 20: „Zabrali go i zaprowadzili na Areopag, i zapytali: <<Czy moglibyśmy się dowiedzieć, jaką to nową naukę głosisz? Bo jakieś nowe rzeczy wkładasz nam do głowy. Chcielibyśmy więc dowiedzieć się, o co właściwie chodzi>>”. W uszach tych ludzi nauki te brzmiały jak coś absolutnie nowego, a przecież była to prawda zgodna ze Słowem Bożym.
W pierwszym okresie lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia powstała w Allegheny (stan Pensylwania, USA) grupa osób studiujących Biblię. Był to początek wiary Świadków Jehowy w czasach nowożytnych. Pierwotnie byli znani jako Badacze Pisma Świętego, ale w roku 1931 przyjęli biblijną nazwę „Świadkowie Jehowy”. Na potwierdzenie tego przytoczę wersety z księgi Izajasza, rozdział 43:10-12: „Wy jesteście moimi świadkami – Wyrocznia Jahwe – i moimi sługami, których wybrałem, abyście mogli poznać i uwierzyć Mi, oraz zrozumieć, że tylko Ja istnieję. Boga utworzonego przede Mną nie było ani po Mnie nie będzie. Ja, Jahwe, tylko ja istnieję i poza Mną nie ma żadnego zbawcy. To Ja zapowiedziałem, wyzwoliłem i obwieściłem, a nie ktoś obcy wśród was. Wy jesteście świadkami moimi – wyrocznia Jahwe – że Ja jestem Bogiem, owszem, od wieczności nim jestem. I nikt się nie wymknie z mej ręki. Któż może zmienić to, co Ja zdziałam?” Czym się różni wiara Świadków Jehowy od Katolickiej? Choćby bardzo podstawowym czynnikiem. Tym, że Katolicy nie używają imienia Boga, natomiast my używamy i jest to zasadnicza różnica.

Ślepowid: Świadkowie Jehowy są chyba najbardziej znani ze swoich wędrówek od mieszkania do mieszkania i prób nawrócenia ludzi na swoją wiarę (najczęściej z pomocą „książeczek o Bogu”). Dlaczego to robicie? To swego rodzaju obowiązek?

Arleta: Może nie obowiązek, ale nakaz, polecenie od Jezusa, które jest zanotowane w Biblii (przytaczam tu słowa z Biblii katolickiej, żeby nie było, że w naszej jest to przeinaczone na naszą korzyść) w ewangelii Mateusza, rozdział 28 i werset 19 „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.” Gdy Jezus wysyłał swoich uczniów, kazał im zachodzić do domów, by szerzyć Jego nauki. W Dziejach Apostolskich czytamy słowa Apostoła Pawła „(…) przemawiałem i nauczałem was publicznie i po domach, nawołując zarówno Żydów jak i Greków do nawrócenia się do Boga i do wiary w Pana naszego Jezusa” (Dzieje 20;20,21) oraz Dzieje 5;42 „Nie przestali też co dzień nauczać w świątyni i po domach i głosić Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie.” Robimy to po to, by jak najwięcej ludzi poznało prawdę o Bogu, by tych ludzi ocalić przed zagładą, jaka została przepowiedziana w proroctwach.

Ślepowid: O właśnie, sprawa zagłady. Naprawdę uważasz, że w najbliższym czasie czeka nas koniec świata? Ta pewność podobno również jest charakterystyczną cechą związku wyznaniowego.

Arleta: Ja tak nie uważam. Ja to widzę. W Biblii przepowiedziano charakterystyczne znaki, jakie będą towarzyszyć dniom ostatnim tego stanu rzeczy. Jak choćby w Ewangelii Mateusza 24;3-8 „A gdy siedział na Górze Oliwnej, podeszli do niego uczniowie i pytali na osobności <<Powiedz nam, kiedy to nastąpi i jaki będzie znam Twego przyjścia i końca świata?>> Na to Jezus im odpowiedział: <<Strzeżcie się, żeby was kto nie zwiódł. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: Ja jestem Mesjaszem. I wielu w błąd wprowadzą. Będziecie słyszeć o wojnach i pogłoskach wojennych, uważajcie, nie trwóżcie się tym. To mu się stać, ale to jeszcze nie koniec. Powstanie bowiem naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będzie głód i zaraza, a miejscami trzęsienia ziemi. Lecz to wszystko jest dopiero początkiem boleści.>>” W naszych czasach zmagazynowano dziesiątki tysięcy głowic nuklearnych, w każdej chwili gotowych do użycia. Wybitni naukowcy orzekli, że gdyby narody wykorzystały choćby tylko część swojego arsenału, wystarczyłoby to do położenia kresu ludzkości. Jednakże nie na taki finał wskazują proroctwa biblijne. W Ewangelii Mateusza czytam o tym, że zapanuje głód. W dziejach ludzkości nie raz zdarzały się klęski głodu, ale nie na taką skalę, jak to jest w naszych czasach. W następstwie wojen głód zapanował w rozległych obszarach Europy i Azji. W Afryce panuje susza, a co za tym idzie – głód. Według oenzetowskiej Organizacji do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) pod koniec roku 1980 na głód cierpiało 450 milionów ludzi, a blisko miliardowi doskwierał niedostatek żywności. Mimo, że niektóre kraje mają znaczne nadwyżki żywności i częstokroć jedzenie jest po prostu wyrzucane na śmietnik, nikomu nie udało się zapanować nad głodem w dotkniętych nim regionach świata. Oczywiście można powiedzieć, że we wcześniejszych czasach również zdarzały się klęski głodu, przestępczość i zarazy. Jednak tu chodzi o nałożenie się tych wszystkich znaków jeden na drugi. Jedno takie wydarzenie nie może być dowodem na to, że nadchodzi koniec świata, ale cała masa takich wydarzeń nakładających się na siebie, owszem.

Ślepowid: Katolicy uważają, że Świadkowie Jehowy są sektą. Jak odniesiesz się do tych słów?

Arleta: Najpierw zastanówmy się czym jest sekta. Według Wikipedii sekta, to „grupa społeczna stanowiąca odłam wśród wyznawców jakiejś religii.” W dzisiejszych czasach Świadkowie Jehowy sa prawnie zarejestrowaną religią, a nie odłamem religijnym. Ponadto sekta jest organizacją podążającą za jakimś człowieczym przywódcą. Świadkowie Jehowy nie mają takiego przywódcy. Podążają za Jezusem, jednak jego nie można w żadnym wypadku nazwać przywódcą sekty. Poza tym nie odprawiamy żadnych obrzędów, jak to ma miejsce nierzadko w sektach.

Ślepowid: Wiele osób krytykuje zakaz transfuzji krwi, który obowiązuje Świadków Jehowy. Czemu transfuzja jest zabroniona? Dzięki niej można uratować człowiekowi życie!

Arleta: Transfuzja jest zabroniona ponieważ w Biblii nakazano powstrzymywać się od krwi. Dzieje 15;29 (znów Biblia katolicka) „Powstrzymujcie się od (…) krwi”. Ciekawe słowa można przeczytać w księdze Kapłańskiej w rozdziale 17 i wersecie 10 „Jeżeli kto z domu Izraela albo spośród przybyszów, którzy osiedlili się między nimi, będzie spożywał jakąkolwiek krew, zwrócę oblicze moje przeciwko temu człowiekowi spożywającemu krew i wyłączę go spośród jego ludu”. Wobec tego można stwierdzić, że zakaz spożywania, nie zabrania transfuzji, jednakże byłoby to mylne. Gdy w szpitalu pacjent nie może jeść, jest żywiony dożylnie. Tak samo zastanówmy się, co by było gdyby lekarz zabronił pacjentowi spożywania alkoholu, a ten dozowałby go sobie dożylnie. Wszystko, co jemy trafia przecież do krwiobiegu, a więc droga podania nie ma znaczenia. W starożytności po prostu nie były znane metody dożylne, dlatego w Biblii napisano tylko o zakazie spożywania krwi. Gdyby natomiast znane były metody podawania substancji dożylnie, na pewno byłoby również o tym wspomniane. Ponadto transfuzje niosą za sobą duże ryzyko odrzucenia krwi dawcy lub też zakażenia chorobami. Tyle, że o tym się nie mówi. Często dla uzupełnienia objętości osocza wystarczy zastosować roztwór fizjologiczny, płyn Ringera lub dekstran, a są to środki dostępne niemal we wszystkich nowoczesnych szpitalach. Jakiś czas temu moja siostra przeszła skomplikowaną operację skrócenia dolnej szczęki. Wielu lekarzy, do których zwracaliśmy się o wykonanie operacji twierdziło, jakoby bez transfuzji moja siostra miała nie przeżyć. Znaleźliśmy jednak szpital, gdzie zgodzili się przeprowadzić tą operację bez podawania krwi. Zastosowano środki zastępcze. Moja siostra przeżyła, nie było żadnych powikłań i ma się dobrze. Dlatego operowanie bez podawania krwi jest jak najbardziej możliwe. Gdyby się zastanowić, to transfuzja niesie za sobą ryzyko zakażenia chorobami w momencie kiedy lekarze nie zadbają o dostateczne przebadanie krwi, a pamiętajmy, że niektóre wirusy we wczesnych stadiach rozwoju są trudne do wykrycia. Zatem w niektórych przypadkach nie podanie krwi, a podanie krwi z prawdopodobieństwem zakażenia jest tak samo ryzykowne. Ponadto to, ze nie przyjmujemy transfuzji nie oznacza, że nie cenimy życia. Jednakże bardziej zależy nam na życiu wiecznym niż życiu w tym niespokojnym świecie. Osoba wierząca w Jehowę, która zgodzi się na transfuzję automatycznie traci możliwość życia wiecznego w nowym, lepszym świecie obiecanym przez Boga. Czy to krótkie życie na ziemi w czasach konfliktów, problemów i chorób jest tego warte? Oczywiście, że nie.

Ślepowid: Świadkowie Jehowy mają mimo wszystko wiele pięknych założeń o których rzadko się mówi. Poczucie wspólnoty, brak „zbierania na tacę”, odcięcie się od życia politycznego… Przybliżysz nam nieco te aspekty?

Arleta: Tak. U nas jest silne poczucie wspólnoty i więź pomiędzy współwyznawcami. Nie ma u nas znaczenia narodowość, tak jak to bywa w religii katolickiej (nie chcę tu oczerniać Katolików). Przykładowo osoba o narodowości polskiej, nienawidzi osób o narodowości niemieckiej, pomimo, że są tego samego wyznania, czyli katolickiego. U nas czegoś takiego nie ma. Niezależnie od tego, kto z jakiego kraju pochodzi, jakiego jest koloru skóry i jakim językiem mówi, jesteśmy zjednoczeni i traktujemy siebie nawzajem jak rodzinę. Nie ma u nas czegoś takiego jak zbieranie na tacę, jednakże również prowadzimy zbiórki pieniężne. U nas to wygląda inaczej niż w Kościele. Nikt nie chodzi z tacą. Na ścianie wiszą specjalne skrzynki. Jedna, do której wrzuca się datki na potrzeby zborów uczęszczających na dana salę królestwa i druga, do której wrzuca się datki na potrzeby całej organizacji. Nikt nikogo nie przymusza do wrzucania pieniędzy. Wszyscy rozumiemy, że w naszych czasach nie jest łatwo o pieniądze i nierzadko wiele osób po prostu nie ma ani grosza. Każdy wrzuca tyle ile może i jaką odczuwa potrzebę. Co miesiąc odczytywana jest ilość zebranych pieniędzy (wszystko jest wykorzystywane na utrzymanie naszych budynków, prąd, woda, remonty, środki czystości itp), jeśli jest nadmiar, przechodzi on na następny miesiąc, jak również zostaje podany komunikat, żeby mniej wrzucać. Jeśli jest niedobór, bracia są proszeni o wrzucanie nieco więcej, ale nie są do tego zmuszani. Bywa też tak, że prowadzimy zbiórki na rzecz członków zboru dotkniętych jakąś tragedią. Na przykład osób, które straciły dobytek w pożarze lub zachorowały na ciężką chorobę i potrzebują pieniędzy na leczenie. Nie oznacza to oczywiście, że Świadkowie Jehowy rozdają pieniądze nowo przybyłym członkom, jak to niektóre osoby mniemają. Pieniądze są zbierane tylko dla tych, którzy tego bardzo potrzebują z nie swojej winy. Zatem osoba, która wydała wszystkie pieniądze na drogi samochód i przez to znalazła się w trudnej sytuacji, nie jest osobą, która kwalifikuje się do dofinansowania jej, ponieważ nie ma pieniędzy przez własny brak rozwagi. No chyba, ze ktoś z braci poczuwa się, by tę osobę wesprzeć, jednak takie sprawy są zwykle indywidualnie prowadzone we własnym gronie zainteresowanych osób, a nie na skalę całego zboru. Oprócz pieniędzy oczywiście staramy się wspierać osoby potrzebujące dobrami materialnym, na przykład ubraniami, jedzeniem, środkami higieny osobistej i czystości. Nie wspieramy życia politycznego, co nie oznacza, że kompletnie nie interesujemy się wydarzeniami na świecie. Obserwujemy poczynania polityków, choćby dlatego, że bez tego nie wiedzielibyśmy, że nadchodzą czasy końca, ponieważ niektóre tego znamiona są związane z polityką. Jak również musimy wiedzieć o nowych ustawach prawnych wchodzących w życie, by się do nich zastosować. Jednak z racji tego, że w Biblii wraz z końcem świata został przewidziany też koniec rządów ludzkich, nie popieramy żadnej partii politycznej. Skoro rządy ludzkie mają być zniszczone, nie ma sensu próbować ich naprawiać. To tak samo jakbyś dowiedział się, że twój dom zostanie za miesiąc wyburzony i nie ma możliwości, by to w jakikolwiek sposób zmienić, czy próbowałbyś go wobec tego remontować? Na pewno nie, bo byłaby to strata pieniędzy, sił i czasu. Staramy się też nie wchodzić w konflikty z prawem, ale to nie oznacza, że nam się to nie zdarza przez nieuwagę. Jesteśmy tylko ludźmi.

Więcej miłości w Polsce! TV TRWAM przetrwa!

„Nie dajmy się dzielić! Polsce potrzeba merytorycznej rozmowy, wzajemnych debat, poznawania racji drugiego człowieka. Polsce potrzeba miłości!” – tak oto, do prawdziwych Polaków którzy zebrali się by bronić jedynej, katolickiej stacji w naszym kraju. przemawiał o. Tadeusz Rydzyk.

Poprzez słowo „Polska” miał chyba na myśli środowiska prawicowe skupione wokół TV TRWAM i tylko w tym gronie dopuszczał merytoryczną rozmowę, wzajemne debaty oraz poznawanie opinii drugiego człowieka (nie innych ludzi, bo wszyscy wiemy kim są „inni”). Reszta, ta nieprawicowa reszta oczywiście, z Rzeczpospolitą nie ma nic wspólnego, dlatego jakikolwiek dyskurs jest niewskazany a wręcz szkodliwy! Rozmowa ze zwolennikami rosyjskiej władzy, mogła by wywołać gniew jedynych prawdziwych Polaków! A nie daj Boże, ktoś by się dał przekonać ich argumentom! To jak przejście do obozu wroga i dezercja! I po co się stresować i poddawać „polityce nienawiści”? „Polsce potrzeba miłości!”, krzyczy o. Rydzyk, chwilę później mówiąc: „Skończcie z judzącymi programami kpiącymi z katolików, wierzących, prawdziwych Polaków. Skończcie z judzeniem przeciw świętej pamięci prezydentowi i wszystkim poległym. Z kpinami z moherowych beretów. Z kpinami przeciw ludziom starszym!”

A mówi to, by żyło się nam dostatnie. Dla dobra człowieka, dla szczęścia ludzkości, chce nas złączyć w uścisku miłości… Aż z trzaskiem pękałyby kości, jak stoi w „Limerykach o narodach” Jacka Kaczmarskiego.

Dość z judzeniem przeciw katolikom, wierzącym i prawdziwym Polakom. Czas na konkretniejsze informacje, dla tych, którzy nie wiedzą co się dzieje lub zostali mylnie poinformowani, że nasze ulubione TV TRWAM zostanie zamknięte. TV TRWAM ciągle będzie istniało, nawet po tym jak nie dostało się na multipleks cyfrowy. Jak najbardziej, będzie można oglądać tę stację za pośrednictwem anten satelitarnych i  telewizji kablowej. Czyli w takiej formie, z jakiej korzystają dzisiaj Polacy, zarówno Ci „prawdziwi”, jak i zaprzańcy chcący zniszczyć nasz kraj. Do KONKURSU (co by to był za konkurs, gdyby wiadomo było kto wygra lub gdyby zwycięzca został wybrany by nie budzić społecznych niepokojów?) zgłosiło się wiele programów, tylko czwórka mogła „dostać trzy razy TAK”.

Poza wybranymi kanałami, tylko TVP1, TVP2 i TVPinfo mogły poszczycić się niezależnym od konkursu funkcjonowaniem, co daje nam siedem kanałów na multipleksie. Zasmucę tych którzy myślą, że miejsce TV TRWAM zajmie jakaś „reżimowa” telewizja, jak TVN lub Polsat. Inne programy będą też funkcjonowały tak jak dotąd, poprzez anteny satelitarne i telewizję kablową.

Więc TV TRWAM wcale nie zniknie z naszych telewizorów, będzie ciągle dostępny. O co chodzi w tej wielkiej hucpie? Czemu prawicowe środowiska aż tak denerwuje jeden przegrany konkurs o kosztowny multipleks, na który Fundacja Lux Veritas i tak by nie miała pewnie pieniędzy? Czemu musimy zawsze, przez każde tupnięcie rozszalałych katolików (tych którzy nie są rozszalali, nie uważają że żyjemy pod zaborami i nie manifestują swojej miłości waląc kogoś krzyżem przez łeb, pozdrawiam!) ustępować, nawet jeżeli nie mają racji? Czemu nieudostępnienie konkretnej formy przekazu jednemu medium, tak jak dziesiątkom innych, zostaje uznane za walkę z Bogiem, Polską i chrześcijaństwem?

I ostatecznie, czemu wmawia się pewnej grupie ludzi, że ich stacja telewizyjna zniknie z mediów, kiedy wcale nie zniknie?

Bardzo ciężko mi znaleźć odpowiedzi na te zagadnienia. I na jeszcze jedno pytanie, które doprowadziło do tej piekielnej orgii: czemu o. Tadeusz Rydzyk, nie dostarczył dokumentów dotyczących wielomilionowej pożyczki, które były wymagane przez KRRiT?

PS: A multipleks i tak będzie poszerzany o nowe programy! Już się boję kolejnego konkursu.