Akcja „Świecka szkoła” – na ratunek lekcjom religii!

Magazyn Liberte! rozpoczął akcję „Świecka szkoła”. Obywatelska inicjatywa ma na celu zniesienie finansowania religii z budżetu państwa. Ten subtelny i pozytywny projekt środowisk liberalnych, przyniesie korzyść wszystkim – w szczególności wierzącym.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że przez całą swoją edukację, od zerówki do liceum, uczestniczyłem w lekcjach religii. Przez trzynaście lat, dwa razy w tygodniu, dodajmy do tego zajęcia podczas rekolekcji, przed komunią i bierzmowaniem. Przerobiłem pięć lub sześć różnych podręczników (używanych). Łącznie uczyło mnie sześć osób – pięć kobiet, jeden mężczyzna (ksiądz). Miałem osiem w całości zapisanych zeszytów.

Piątkowy uczeń mówi „dość”

W drugiej klasie liceum system kształcenia religijnego przyniósł efekty. To wtedy, niemal od razu po bierzmowaniu, odrzuciłem całkowicie wiarę katolicką. Duch Święty najwyraźniej przyszedł z pustymi rękoma, bez darów. Własne zdanie zwyciężyło z konformizmem i strachem przed byciem wykluczonym. I chociaż do końca uczestniczyłem w lekcjach religii, to wiedziałem, że więcej w Boga już nie uwierzę.

Muszę wam przyznać, że lekcje religii nigdy mi się do niczego nie przydały. Nigdy. Nawet w czasach, gdy jeszcze dla niepoznaki chodziłem spowiadać się do konfesjonału i wyznawałem dwa „bezpieczne” grzechy: kłamstwo i „byłem niemiły dla innych”. Kiedy na studiach robiłem prezentację o islamie, nie było w niej ani grama wiedzy wyniesionej z lekcji religii. Nawet grając w głupie Quizzwanie wykorzystuję to czego się dowiedziałem z internetu i książek. Teraz, gdy zastanawiam się czego w ogóle uczono mnie przez trzynaście lat, dwa razy w tygodniu, mam w głowie pustkę. A przecież nie byłem złym uczniem. Na świadectwie zawsze miałem piątkę z religii.

Na większości zajęć mieliśmy stałą formułę: modlitwa, nauka o piśmie świętym/rodzinie/byciu dobrym/świętych/Bożym Narodzeniu/Wielkanocy, modlitwa, koniec. Przez całą edukację miałem trzy zajęcia o wierze innej niż katolicka. Dwa zajęcia o seksie… pardon, właściwie to o metodach zabezpieczania się i odpowiedzialności. Zapamiętałem je, bo wybijały się z monotonii. Dodatkowo jeden filmik o aborcji i dwa o egzorcyzmach. Przez trzynaście lat.

Ilość ponad jakość

Nie jestem jedyną osobą, która mimo usilnej, wieloletniej indoktrynacji (bo prawdę mówiąc nie wiem jak inaczej to nazwać) odeszła od Kościoła. Najnowsze statystyki CBOS wskazują, że liczba wiernych spada, a niewierzących zwiększa się. Coraz mniej osób uczestniczy w mszach, coraz mniej praktykuje. Szczerze? Nie jestem tym zaskoczony. Lekcje religii odarły wiarę z mistycznego, sakralnego charakteru. Sprawiły, że stała się ona takim samym przedmiotem jak matematyka, historia czy fizyka. Czyli – zakuć, zdać, zapomnieć.

Co jest największą wadą lekcji religii? Jest ich po prostu ZA DUŻO. Trzynaście lat nauki wiary to nieporozumienie, tym bardziej, że na zajęciach co rok powtarza się tak naprawdę te same tematy (szczególnie w okresie świątecznym). Dodajmy do tego msze święte w których uczestniczy część uczniów, a na których także są historie opowiadane potem ponownie na lekcjach religii. Stop, chwila, zatrzymaj się, czytaj teraz powoli i zastanów się. Trzynaście lat. Trzynaście. Lat. Założę się, że całą treść zajęć można spokojnie zamknąć w roku. Maksimum w dwóch latach. Akurat, przed komunią i przed bierzmowaniem. To nie same lekcje religii tak naprawdę rozjuszają liberałów. Tylko ich ogrom w porównaniu z innymi zajęciami.

Co zamiast religii? Historia, media, język polski

Piszę to, mając w pamięci, że nigdy nie udało mi się na historii przerobić okresu PRLu – brakowało godzin. Na języku polskim też pomijaliśmy niektóre lektury. Gdyby rozdzielić chociaż dwa lata religii między historię i język polski, może miałbym okazję dowiedzieć się jak Wałęsa płoty przeskakiwał i jak Jaruzelski stan wojenny wprowadzał.

Dodatkowo nasza edukacja kompletnie kuleje jeżeli chodzi o przystosowanie do życia obywatelskiego. Za moich czasów był jeszcze WOS, teraz go rozdzielono na „historię i społeczeństwo”. Przez rok uczniowie poznają tajniki „podstaw przedsiębiorczości”, ale to ciągle za mało. Młodzież musi wiedzieć jak załatwiać sprawy w urzędach, gdzie zwrócić się w razie różnorodnych problemów (rodzinnych, społecznych, z prawem, urzędowych). Przypominam, że żyjemy w kraju, gdzie za ścięcie starego, zbutwiałego, martwego drzewa, można zapłacić setki tysięcy złotych kary (polecam tekst Andrzeja Sikorskiego „Rzeczpospolita porąbana” z NIE; nr 11/13, 19.03). Osoba, która za chwilę wejdzie w dorosłe życie musi wiedzieć jakie pułapki na nią czyhają. Powinna mieć świadomość jakie organizacje pozarządowe działają w regionie, by móc podjąć działania na rzecz poprawy życia społeczności.

Najbardziej (pewnie dlatego, że jestem studentem dziennikarstwa i komunikacji społecznej) boli mnie jednak brak edukacji w zakresie mediów i zdobywania informacji. Wychowujemy pokolenie, które odrzuca przekaz profesjonalnych mediów, całą swoją wiedzę kreując w oparciu o „demoty” i „fejsbuka”. Które wierzy we wszystko i daje sobą manipulować, zaspokojone jednym tabloidowym lub „kwejkowym” źródłem. Telewizja, gazety, radio, internet – to coś co stało się nieodłącznym elementem naszego życia. Młodzież musi wiedzieć jak poradzić sobie z natłokiem informacji.

Takie dodatkowe zajęcia byłyby moim zdaniem o wiele cenniejsze niż powtarzane rok w rok te same modlitwy i nazwiska świętych.

Liberte! na ratunek lekcjom religii

Podsumujmy: moim zdaniem lekcje religii są nudne, wtórne, zbędne, rozwlekłe, zajmują czas, który można przeznaczyć na coś innego, stanowią źródło konfliktów, użyźniają konformizm wśród młodzieży i są źródłem duchowej stagnacji. Sądzę, że nie jestem odosobniony w swojej opinii. W skrócie – jest beznadziejnie, a biorąc pod uwagę jak zmniejsza się liczba wierzących – będzie jeszcze bardziej beznadziejnie.

I w tym momencie, pojawia się Liberte!, które wyciąga pomocną dłoń do Kościoła. Wbrew temu co myślą niektórzy przeciwnicy inicjatywy o zniesieniu finansowania religii z budżetu, środowisko liberalne związane z tym magazynem szuka konsensusu i rozwiązania, które zadowoli obydwie strony. Pozwolę sobie przytoczyć fragment projektu ustawy stworzonego w ramach akcji „Świecka Szkoła”: „1. Publiczne przedszkola, szkoły podstawowe i gimnazja organizują naukę religii na życzenie rodziców, publiczne szkoły ponadgimnazjalne na życzenie samych uczniów; Kosztów związanych z organizacją nauki religii nie można w części ani w całości finansować ze środków publicznych w rozumieniu przepisów o finansach publicznych.”

Czyż nie jest to rozwiązaniem wszystkich problemów o których pisałem? Ilość zajęć będzie zależała od rodziców lub samych uczniów. Nie będą mieli ich narzuconych odgórnie, będą mogli sami zdecydować czy chcą dalej powtarzać te same tematy, czy jednak zdecydują się na indywidualny rozwój duchowy. Doprowadzi to do tego, że księża będą zapewne sami spotykali się z zainteresowanymi, by zachęcić ich do zorganizowania lekcji religii. Uczniowie zacieśnią więzi z okolicznymi kapłanami, wzmacniając tym samym parafie i ich kontakt z wiernymi. Katecheci zaczną prowadzić zajęcia w sposób interesujący, niepowtarzalny, aby młodzież chętnie na nie przychodziła.

Wspólne starania o finansowanie połączą społeczność lokalną. Zniknie presja na to, by chodzić na zajęcia – staną się one bardziej indywidualne, nastawione na prawdziwe kształtowanie tych, którzy chcą, a nie „uczenie wiary” tak jak uczy się matematyki czy chemii. Jakość stanie się ważniejsza niż ilość, a własna wola od bezmyślnego konformizmu. Mało? To jeszcze bonus: lewaki w końcu zamkną mordy, bo nie będą miały już powodów do marudzenia.

Czy państwo ma być rodzicem?

Jest jeden problem, który często przewija się w argumentach osób przeciwnych projektowi, głównie rodziców – trzeba będzie coś organizować samemu, naradzać się, wspólnie finansować, ogólnie będzie przy tym sporo roboty. Drodzy rodzice. Wiara wymaga poświęceń. Praca uszlachetnia. Dzieci i rodzina są najważniejsze, dlatego powinniście móc znaleźć dla nich czas… i pieniądze. Miłość to też odpowiedzialność. Jeżeli o coś się mocno postaracie, to potem będziecie cieszyć się bardziej z owoców swego wysiłku, niż gdybyście otrzymali to za darmo. Przynajmniej część z tych zdań przewijała się przez lekcje religii. Zapomnieliście?

Osoby wierzące powinny być pierwszymi, które ustawią się w kolejce do podpisania projektu ustawy. Liberte! postawiło na pojednanie i sensowne, przynoszące wiele pożytku rozwiązanie. W zaproponowanej ustawie nie ma słowa o całkowitym wyrzucaniu religii ze szkół czy zamianie jej na etykę. Oddaje się lekcje religii w wasze ręce, byście mogli sami zadecydować o przyszłości waszych dzieci. Przyjmiecie tę odpowiedzialność dla ich dobra? Czy to „państwo” ma być rodzicem?

Zapraszam do czytania tekstu również na:
http://wiadomosci.onet.pl/akcja-swiecka-szkola-na-ratunek-lekcjom-religii/zknvkp

Projekt ustawy:
http://liberte.pl/swiecka-szkola-projekt-ustawy/

Tekst sprzed trzech lat „Lekcje religii – istnieje tylko jedna wiara”:
http://blogi.newsweek.pl/Tekst/spoleczenstwo/621529,lekcje-religii—istnieje-tylko-jedna-wiara.html

Edukacja w Polsce – czas na skruchę

Dyskusja o polskiej edukacji jest jak rozmowa ze ścianą. Możemy mieć własne pomysły, recepty, opinie, ale nie zmienią one niczego. Nawet, jeżeli do dyskusji włączają się znane twarze z mediów, takie jak Jan Hartman czy Jacek Żakowski, to brakuje odpowiedzi. Mówimy w przestrzeń. Dlaczego? Może dlatego, że tak naprawdę rozmawiamy sami ze sobą?

Sprawa dotyczy mentalności Polaków. Chęć sformalizowania wszystkiego, unikanie problemów za wszelką cenę, brak wyobraźni i staranie się o to, by inni mieli gorzej od nas – to podstawowe problemy, wpływające też na szkolnictwo. To coś, co czai się głęboko w naszych umysłach. Ale wymienione cechy nie są najgorszym grzechem jaki mamy na sumieniu. Bo tym jest strasznie destrukcyjne podejście, które składa się z trzech słów: „bo tak wypada”.

Nasza służalczość wobec zasad, często głupich i bezsensownych, jest przerażająca. A szkoła to miejsce, w którym nie ma miejsca na indywidualność lub wolność wyboru. Przychodzisz o określonej godzinie. Siedzisz 45 minut na zajęciach. Do domu praca domowa, tradycyjnie. Siadasz w tej i tej ławce. Witasz się na początku z nauczycielem. Musisz być posłuszny nauczycielowi. Nauczyciel ma nad tobą pełną władzę. Tak wypada.

Nie mogę zaprzeczyć, że ta formuła jest wygodna, stabilna i łatwa w kontroli, a przez to dość pożyteczna, gdy mamy na głowie setki tysięcy dzieci. Problem zaczyna się, kiedy ludzie zaczynają przesadzać, chcą zawładnąć każdym aspektem naszego istnienia w środowisku szkolnym. Sam znalazłem się raz w takiej sytuacji, gdzie chęć kontroli nauczyciela nad uczniem, była po prostu śmieszna. Pewnego razu, już w liceum, pisaliśmy w klasie wypracowanie. Gdy zapełniłem już całą kartkę, pani profesor zwróciła mi uwagę, że… mam za małe odstępy między nowymi linijkami. Zignorowałem ją. Napisałem tak już większość swojego tekstu. Zmiana jego zapisu byłaby po prostu nieestetyczna, a pisanie od nowa nie wchodziło w grę. Miałem za mało czasu. Spokojnie zakończyłem wypracowanie, zostawiając jego układ w takim stanie jak przedtem. Nauczycielka, poprosiła mnie bym wstał i podszedł do biurka. Nie rzucając nawet okiem na tekst, przed całą klasą, kazała mi podpisać oświadczenie, że nie posłuchałem jej polecenia. Jaka ocena? Wiadomo.

Tak niestety wygląda szkoła. Nauczyciel ma pełną kontrolę nad uczniem. Tak wypada. I młodzież to wie. Boi się, że ewentualny sprzeciw może spowodować zemstę profesora lub nawet wyrzucenie ze szkoły. Dzieciaki są wychowywane w takim strachu. Ale znęcanie się dorosłych nad uczniami, nie jest jedynym problemem. Nawet jeżeli unikniemy spięć z nauczycielami, to na drodze staną nam… rówieśnicy.

Osoby, które dobrze się uczą, nie są w szkołach mile widziane. Pan Jacek Żakowski w swoim tekście dla „Polityki” napisał, że uczniom wmawia się, że muszą mieć jak najlepsze oceny. Tylko, że uczniowie mają to głęboko w dupie. Szacunek mają Ci, którzy nie uczą się, a zaliczają. Jakoś, z pomocą ściąg lub na samych dwójach. Znowu powrócę pamięcią do liceum. Na początku pierwszego semestru byłem pełen zapału. Uczyłem się, starałem rzucać w miarę możliwości ciekawostkami i odpowiadać na pytania. Po pół roku, byłem już przyuczony, tak jak reszta. Osoba, która jest zbyt aktywna na zajęciach to kujon. Tyle. Kropka. Tak wypada. A wiesz kto to kujon? Ktoś, kto niby coś wie, ale swoją wiedzę posiada tylko z książek. Tak naprawdę nie myśli, wie to, co przeczytał.

A my, chociaż lecimy na dwójach, jesteśmy NAPRAWDĘ inteligentni. Sprytni, bystrzy, pełni wyobraźni! Teksty takie jak ten Jacka Żakowskiego, niestety są drwem na ogień takiego myślenia. Osoba, która coś umie i jest ciekawa świata, to zniszczony przez „system” robot. A naprawdę „mający pasję, kreatywni, samodzielni i otwarci na innych” są ci, którzy w szkole błyszczą co najwyżej głupotą. Niestety, to tak nie działa. Nie można podzielić uczniów na dwie grupy: dobrze się uczących, ale stłamszonych przez system, i półgłówków, ale za to na pewno mających w głębi serca jakieś niesamowite możliwości, niszczone przez brzydką szkołę. Rzeczywistość nigdy nie wpisuje się w czarno-biały schemat. W podstawówkach, gimnazjach, liceach i technikach rządzi pogarda dla nauki.

A na studiach nie jest lepiej. Osoba, która nie nauczyła się na kolokwium lub zerówkę to bóg. Sam się na tym przyłapuję. Przychodzę na uczelnię i mówię „e, nic się nie uczyłem, ale coś tam umiem, trója będzie”. Nawet, jeżeli spędziłem tych dwadzieścia minut by przyswoić sobie podstawowe pojęcia, to i tak będę twierdził, że nic „nie kułem”. Tak wypada. To taka tradycja. Element kultury studenckiej. Element szkodliwy, bo udawane olewactwo staje się niestety prawdziwym. Miałem z tym do czynienia podczas pracy nad audycją radiową, którą musiała wykonać cała grupa trzydziestu osób. Tak się złożyło, że byłem jednym z koordynatorów projektu. Wyszło… tragicznie. Wszechobecny tumiwisizm towarzyszył grupie od samego początku. Na etapie doboru tematu, tworzenia i poprawek, które wiele osób robiło z wielkim fochem oraz żalem. Ktoś by pomyślał, że zrobienie własnej audycji to coś naprawdę ciekawego, pasjonującego, coś, gdzie można się wykazać swoimi umiejętnościami oraz wyobraźnią. W końcu coś, co jest związane z kierunkiem naszych studiów. A jednak, zwyciężyło zrobienie wszystkiego na „odwal się”, a nieliczne perełki nie poprawiły jakości ogółu nagrań.

To nie nauczyciele, rówieśnicy czy system są naszym największym wrogiem. To my sami. Każdego dnia popełniamy grzechy, które wpływają na naszą edukację, a potem krzyczymy, że to „ktoś” nas źle nauczył. Że to wina „systemu”. Musimy w końcu wziąć odpowiedzialność za siebie. Za siebie i za nasze dzieci. Nie możemy oczekiwać, że szkoła nauczy naszą pociechę wszystkiego. Jeżeli my tego nie zrobimy, nie nauczymy jej wyrywania się ze schematu i szacunku dla wiedzy, to nieważne jak bardzo będą się starali nauczyciele – efekt będzie żałosny.

Dlatego kieruję te słowa do wszystkich rodziców: jeżeli twoje dziecko jest tumanem i uważasz, że to tylko wina szkoły, to mam dla ciebie bardzo złą wiadomość. Jesteś debilem, który nie potrafi zadbać o swoją pociechę, zachęcić jej do nauki. Skoro ty, najbliższa temu szkrabowi osoba, nie umiesz tego zrobić, to czego oczekujesz od miejsca sformalizowanego do bólu i pełnego obcych ludzi? Nie zdałeś sprawdzianu. Oblałeś. Pała.

Norge – drømmers land? #4

Po półrocznej przerwie, zapraszam do zapoznania się z kolejną częścią serii Norge – drømmers land? Na pytania dotyczące skandynawskiego szkolnictwa odpowiada Marta, Polka i gimnazjalistka, która mieszka w Norwegii. Odrobinę zmieniłem formę tekstu, chociaż nie powinno to zrobić nikomu różnicy. Jeżeli macie jakieś pytania do naszej bohaterki lub pomysły na motyw kolejnej części, zapraszam serdecznie do komentowania. Tym razem, opowiemy o lekturach, książkach i sposobach na zarabianie pieniędzy.

Ślepowid: W Norwegii korzystacie częściej z książek czy z laptopów?

Marta: Z książek. Na laptopach piszemy dość często, ale mamy normalne zeszyty i książki.

Ś: Jak wygląda zakup książek? Tak samo jak w Polsce, rodzice muszą wydawać pięćset złotych by wyekwipować swoje pociechy przed początkiem roku szkolnego?

M: Tu nie ma potrzeby kupowania nowych książek przy przechodzeniu do kolejnej klasy. Podręczniki dostajemy ze szkoły, na początku roku, a na koniec roku je oddajemy. Książki wyglądają jak nowe, mimo że niektóre miały nawet sześciu właścicieli. Trzeba przyznać, że norweskie dzieciaki w większości szanują to co dostaję od szkoły. Nie słyszałam by ktokolwiek zniszczył coś dla zabawy.

Ś: A co z laptopami?

M: Laptopy są w szkole, nie dostajemy ich do domu. Mogą być używane tylko podczas lekcji. Wykorzystujemy je głównie do projektów, prezentacji w PowerPoint. Inaczej to wygląda w liceum. Dostajemy od szkoły laptopy, ale musimy za nie zapłacić. Ceny nie są zbyt wymagające, przeliczając na polską walutę, wyszłoby jakieś czterysta pięćdziesiąt złotych.

Ś: Lektury są zmorą większości polskich uczniów. W Norwegii też musicie czytać epopeje narodowe i inne wielkie dzieła?

M: Mamy tutaj całkiem fajne rozwiązanie jeżeli chodzi o lektury. Wybierasz to co chcesz, a na lekcjach norweskiego masz czas aby czytać tę konkretną książkę. Potem opowiadasz o czym czytałeś i na podstawie tego, nauczyciel wystawia ocenę. Są tacy co czytają książki po sześćset stron. A są i tacy, którzy czytają kilkudziesięciostronicowe, bo więcej nie chcą albo twierdzą, że nie dadzą rady.

Ś: A bufety i sklepiki szkolne? Może macie jakąś stołówkę?

M: Akurat w moim gimnazjum nie ma stołówki ani bufetu, ale gdy odwiedzałam szkoły w innych miastach, to były. Tutaj, dostajemy za darmo owoce. Podczas długiej przerwy, uczniowie dziewiątych klas roznoszą gruszki, jabłka, banany, a ostatnio też pomarańcze i mandarynki. Otrzymują za to pieniądze, które przeznaczane są na wycieczkę do Polski (norwescy uczniowie jeżdżą do Polski i Niemiec, by zwiedzić nazistowskie obozy i zapoznać się z historią). Podobnie sprawa ma się z mlekiem, mlekiem czekoladowym, sokiem pomarańczowym i jabłkowym. Za to jednak musimy płacić.

Ś: Jak jeszcze norwescy uczniowie mogą zarabiać?

M: Najłatwiej jest zarabiać, kiedy mamy dobre stopnie. Wtedy, w dziesiątej klasie, możemy udzielać młodszym kolegom i koleżankom korepetycji. W każdą środę, dzieciaki zostają godzinę po lekcjach i parę osób z wyższych klas im pomaga. Szkoła wypłaca za to pensję, około stu złotych (za jedną środę). Można tak pomagać innym maksymalnie przez pół roku, bo inni też chcą mieć szansę na łatwy zarobek.

Wielu gimnazjalistów, po szkole chodzi normalnie do pracy, o ile uda im się jakąś znaleźć. Jedna z moich koleżanek roznosiła w weekendy gazety. Inna, sprząta w salonie fryzjerskim. Kolega pracuje w sklepie. Sporo osób pracuje też jako niańka, opiekuje się dziećmi.

Poprzednie części: I: Początek, II: Cudzoziemcy i Breivik, III: Szkoła.

Norge – drømmers land? #2

Po dłuższej przerwie, prezentuję drugą część wywiadu z Martą, młodą Polką która ponad dwa lata temu przeniosła się do Norwegii. Tym razem poruszyliśmy temat nauki na kursach językowych, obcokrajowców oraz Andersa Breivika, którego temat powraca niczym bumerang. Podczas rozmowy z naszą rodaczką, najbardziej zainteresowała mnie historia jej czeczeńskiego kolegi, która została częściowo przytoczona. Wiele konfliktów, odbija się nie tylko na osobach biorących w nich udział bezpośrednio, ale też na ich dzieciach. Miejmy to na uwadze, jeżeli naprawdę kochamy nasz kraj, i nie przenośmy politycznych, rasowych czy religijnych animozji na nasze potomstwo.

Jak zawsze, wszelakie sugestie odnośnie wywiadów oraz pytania do naszej bohaterki, są mile widziane. Tu poprzednia część: klik. Serdecznie zapraszam do czytania.

Część II: Cudzoziemcy i Breivik

Ślepowid: Przez rok uczyłaś się na kursie językowym. Jak wyglądały zajęcia? Jak wielu poznałaś tam obcokrajowców?

Marta: Trudno określić jak dużo ludzi tam poznałam. Cały czas ktoś dochodził i odchodził, kurs był prowadzony na różnych etapach, a niektórzy wcale nie mieli łatwej sytuacji w nowym dla nich kraju. Spotkałam tam wiele osób, różnych narodowości: Bułgarów, Czeczenów, Kurdów, Niemców i wielu, wielu innych.

Naukę języka zaczynaliśmy od podstaw, jak w przedszkolu – alfabet, piosenki dla dzieci, czytanki… Potem musieliśmy rozmawiać po norwesku. Nie można było używać innego języka (wiele osób miało z tym problemy). Z początku, nie wierzyłam, że nauka w taki sposób przyniesie efekty. Jednak jak widać, jest dość skuteczna, gdyż po roku kursu, mogłam już pójść do normalnej szkoły. Najważniejsza jest cierpliwość i dobra nauczycielka.

Ślepowid: Miałaś jakieś problemy kulturowe przy porozumiewaniu się z innymi osobami?

Marta: Nie, nie zdarzyło mi się mieć tego typu problemów. Ogólnie nie zwracaliśmy uwagi na swoje pochodzenie, nie przeszkadzało mam w rozmowie.

Ślepowid: Za każdą osobą która wyjeżdża za granicę, kryje się jakaś historia. Czy były w Twojej grupie jakieś osoby o wyjątkowo ciekawej przeszłości?

Marta: Niektórzy przyjechali po prostu dla zarobku. Ale chyba najbardziej powszechnym powodem, który sprowadzał ich za granicę było poszukiwanie spokoju. Wielu z nich żyło w kraju, w którym strach wyjść z domu, ludzie nie ufają policji, ani władzy. Nie chcieli tak żyć i wcale im się nie dziwię. Miałam tam takiego chłopaka z Czeczeni. Był tylko trochę starszy ode mnie. Opowiadał, że on i jego rodzice uciekli, bo tam gdzie mieszkali, była wojna. W zeszłym roku go deportowali, nie zgodzili się by został w Norwegii. Moja mama mówiła, że Ci co uciekają do innych krajów a potem wracają, nie są zbyt pozytywnie odbierani. Miała znajomą z Inguszetii, która czymś zawiniła. Podobno gdyby ją deportowali, mogłaby nawet zginąć.

Ślepowid: Dużo jest obcokrajowców w Norwegii? Jakie jest do nich podejście i imigrantów z jakiego kraju jest najwięcej?

Marta: Zaryzykuję i powiem, że mniej więcej połowa mojego miasta, a może i więcej, to obcokrajowcy. Czasem ciężko jest ocenić, kto jest zza granicy, a kto urodził się tutaj. Są traktowani jak normalni ludzie, dostają normalną pracę, ich kolor skóry, religia, wygląd czy pochodzenie są tylko dodatkiem, który nieznacznie wpływa na to kim są.

Ślepowid: Supremacja obcokrajowców i muzułmańskiej kultury, była jednym z powodów, dla których Anders Breivik poważył się na swój szalony czyn. Jak się dowiedziałaś o masakrze jaką urządził?

Marta: Prawdę mówiąc dowiedziałam się przez polską telewizję.

Ślepowid: Co sądzisz o tym człowieku?

Marta: Trudno powiedzieć co o nim myślę. Dokładnie zaplanował to co zrobił, zamordował wielu ludzi – dodam, wielu niewinnych ludzi, których śmierć tylko zwróciła na niego uwagę. Co więcej, niewiele mu to dało, więc było to dość bezsensowne posunięcie. Sądzę, że ten człowiek ma po prostu problem. Kiedy wróciłam do szkoły, miałam akurat ferie kiedy to się wydarzyło, wiele się o nim mówiło. Norwedzy mówili o nim, jako człowieku, który od małego miał problemy, był raczej aspołeczny i wiele przeszedł. Nie usprawiedliwiali go, po prostu szukali powodu dla którego mógł zrobić tak straszną rzecz.

Ślepowid: Jak Norwedzy, dorośli, mieszkańcy Twojego miasta, koledzy i koleżanki ze szkoły, zareagowali na tą wiadomość? Jaki mieli stosunek do tragedii?

Marta: Ludzie byli po prostu zszokowani. Znam osoby, które utracili dalsze rodziny w tej tragedii i naprawdę bardzo im współczuję.
Jakiś czas temu, byłam na wycieczce w archiwum w Kristiansand. Właśnie to miejsce za czasów II wojny światowej gestapo obrało jako swoją siedzibę. Wiele rozmawialiśmy, o tym co się działo wtedy i nie tylko. Myślę, że przy wielu takich wycieczkach przez wiele lat będzie się wspominać o Breiviku, będzie zadawane niby proste pytanie ‚Dlaczego?’. Norwedzy bardzo przeżywają to co zrobił i widzę, że na pewno na długo pozostanie to w ich pamięci. Pamiętam kiedy pierwszy raz w szkole został poruszony ten temat. Ciężko było dobrać słowa, szczególnie tym, którzy stracili w tej tragedii rodzinę. Chyba można tu mówić o swego rodzaju niedowierzaniu, bo tak naprawdę nikt nie chciał się pogodzić z tym co się stało.

Lekcje religii – istnieje tylko jedna wiara

Ostatnimi czasy Kościół stał się dla wszystkich chłopcem do bicia. Nawet prawicowcy (na przykład „ksiądz samuraj” Tadeusz Isakowicz-Zaleski) bez litości piętnują jego wady. Hierarchowie tej organizacji stają w końcu pod pręgierzem opinii publicznej, którego unikali niczym diabeł wody święconej. Teraz, gdy niektóre fakty wychodzą na wierzch, stawiają się w roli poszkodowanych i niezasadnie atakowanych.

A ja niestety zmuszony jestem dołożyć swoją cegiełkę do tej krytyki. Nie śmiałbym oczywiście znęcać się tylko nad biednym, poszkodowanym przez Żydów i antyklerykałów Kościołem. Z chęcią dam pstryczka w nos także polskiemu systemowi edukacji. Temat nasuwa się sam: religia w szkołach.

Chodziłem na religię, w podstawówce, w gimnazjum, w liceum. Moja pamięć nie jest zbyt dobra, dlatego sięgnę tylko do ostatniego etapu obowiązkowej nauki. Chodziłem na zajęcia, bo inaczej miałbym okienko w planie, godzinną przerwę. Okienko mi nie do końca odpowiadało, to stwierdziłem, że jestem zbyt leniwy na bawienie się z potwierdzeniami, o wypisaniu z lekcji religii. Przez pierwsze dwa lata mieliśmy normalną nauczycielkę, na trzecim roku charyzmatycznego księdza. Nauczycielka, była pieszczotliwie nazywana „Trollem” i delikatnie mówiąc nie przypadła uczniom do gustu. Otwarty, wesoły duchowny zwany od swojego nazwiska „Leszczem” lub „Wojtkiem”, był dla większości swego rodzaju wybawieniem w chwili zwątpienia, mimo że na pierwszych zajęciach wszyscy się go wystraszyli. Mi osobiście, nie robiło różnicy z kim mamy zajęcia. Ciągle mi czegoś brakowało…

Z religii zwolniła się ponad połowa uczniów. Na 24-osobową klasę, tylko 11 osób chciało uczestniczyć w lekcjach. Z tego pięć osób było niewierzących. W innych szkołach sytuacja przedstawia się podobnie. Przeprowadziłem małą ankietę wśród znajomych, jak u nich wyglądały zajęcia.

U Damiana na dwadzieścia dwie osoby, chodziło siedem. U Tomka, 15 na 28. U Adama 18 na 30. Najgorzej jednak wyglądała sytuacja u Adriana. Zaledwie 6 osób na 28. Zajęcia w których uczestniczy ledwie połowa uczniów nie mają racji bytu. Co jest powodem takiej małej frekwencji? Odnoszę wrażenie, że większości osób nie chce się uczęszczać ze zwykłego lenistwa. Na zajęciach nie dowiadują się niczego interesującego, a ocena nie wlicza się do średniej kiedy ktoś nie chodzi. Od podstawówki powtarzane są ciągle te same hasła i tematy. Damian mówi wprost, „szkoda marnować czas”. W podobnym tonie wypowiadają się Rafał („Religia to same bzdury, jak można chodzić na coś takiego i marnować swój czas?”), Adam („Zwiększone ryzyko na obniżoną ocenę z zachowania i strata czasu”) oraz Adrian („Więcej wolnego czasu, który można przeznaczyć na prawdziwą naukę”).

Ale mnie najbardziej boli jedna rzecz. Nazwa. Przedmiot który określony jest jako „religia” tak naprawdę powinien nosić nazwę „katolicyzm” albo „chrześcijaństwo”. Po co tak uogólniać i mylić? Przecież te zajęcia z innymi religiami nie mają nic wspólnego. Koncentrują się na jednej rzeczy, atakującej nas z każdej strony. Fakt, myk może być w liczbie. Jest „religia” a nie „religie”…

Przez trzy lata nauki w liceum, mieliśmy zaledwie jedne zajęcia dotyczące innych wierzeń. Tych największych. Różne odłamy chrześcijaństwa, islam, judaizm, buddyzm, hinduizm. Koniec. Nic poza tym. Najbardziej mnie rozjuszyło, gdy spytałem księdza Wojtka, czy wie czym jest rodzimowierstwo słowiańskie. Gdy patrzyłem w jego pełne zmieszania oczy i obserwowałem jak ironicznie uśmiechnięte usta wymawiają krótkie „Co to?”, wiedziałem, że od teraz będę zawsze z rozdrażnieniem patrzył na temat lekcji religii. Wiara słowiańska istniała na tych ziemiach setki lat przed nadejściem chrześcijaństwa. Nauka o niej, powinna być równie ważna co nauka o ukrzyżowanym żydzie z Bliskiego Wschodu. To część naszej kultury, nie wspominając już o tym, że połowa naszych polskich tradycji ma swoje korzenie właśnie u Słowian. Niestety, nie tylko w mojej klasie inne religie były traktowane po macoszemu. W ciągu czterech lat nauki, Damian nie miał ani jednej lekcji na której przerabiałby chociażby druidyzm, konfucjanizm czy buddyzm. Tak samo Tomek. I Marta. I Adam. I Przemek. I Adrian. Szczęście miał tylko Rafał, bo u niego przerabiano inną wiarę aż dwa razy! Za to inny Rafał, mówi bez ogródek: „Nie przypominam sobie, byśmy wykraczali poza chrześcijaństwo. Jeżeli już padały nawiązania do innych religii, katecheci mówili z wyjątkową pogardą oraz niechęcią”.

Powstaje pytanie: po co nauczać o innych wierzeniach? Zatem ja zadaję kontr-pytanie: po co nauczać tylko o chrześcijaństwie? Wiedzę młodzieży w zakresie naszego kręgu kulturowego powinni kształtować rodzice, ewentualnie Kościół podczas kazań. Po to właśnie wydaje się tyle pieniędzy na renowację starych świątyń i między innymi dlatego promowane są wartości rodzinne. Wiedza o innych wierzeniach poszerza nasze horyzonty, mamy wgląd w inne tradycje. Dzięki temu, dowiadujemy się czegoś o innych ludziach, innych krajach. Mamy wolność opinii, możemy wyraźnie ocenić które religie mają przekaz pacyfistyczny a które są powodem konfliktów. Dlatego właśnie, jeżeli chcemy by zajęcia na których omawiane są sprawy wiary były nadal kontynuowane, potrzebujemy pewnych zmian. Albo wprowadzić religioznawstwo albo dać uczniom wolne godziny albo zamiast chrześcijańskiej indoktrynacji rozszerzyć jakiś inny przedmiot, jak matematyka lub historia na którą brakuje czasu.

Ale jak można uczyć ludzi o wierze innych kontynentów, gdy nauczyciele nie wiedzą że rodzimi Słowianie mieli własną religię? Religię, która mimo setek lat tępienia przez jedyną, słuszną wiarę której są reprezentantami, przetrwała do dziś.

Megafon w tłumie #1

Zgodnie z zapowiedzią, przedstawiam drugą serię wywiadów, która obok „Norge – drømmers land?”, będzie stałą rubryką na moim blogu. „Megafon w tłumie”, ma na celu przedstawienie różnorodnych opinii jakie prezentują młodzi ludzie. Na celowniku znajdą się studenci, bezrobotni, uczniowie liceów i techników, a nawet gimnazjaliści, którzy mimo małego doświadczenia, również mają coś do powiedzenia!

Ktoś może zapytać: czy jest sens prosić o opinię osoby, które prawdopodobnie nie znają się zbyt dobrze na tematach o których będą mówiły i nie mają kwalifikacji by ferować wyroki? Osobiście, uważam że jak najbardziej! Dzięki temu możemy zaobserwować pewne trendy, wpływ mediów na światopogląd młodzieży, poznać opinię innych osób, które w sumie nie różnią tak bardzo się od nas. Nawet najlepsi publicyści na tej stronie nie są wszechwiedzący i mają pełne prawo do mylnych ocen. Często, w swoich artykułach pisze się „Ci ludzie”, „Polacy” albo nawet pogardliwie „lemingi”, odnośnie osób które nie mają jak się obronić, ani wyrazić swojej opinii. Którzy mogą być pokrzywdzeni, jako część statystyczna przy wszelakich ankietach oraz obliczeniach. A przecież nikt ich osobiście nie pytał o zdanie. Czas oddać megafon ludziom, aby ich krzyk z szarej masy, dotarł chociażby do innych blogerów oraz starszego pokolenia.

Moim pierwszym rozmówcą będzie Tomasz z Olsztyna (21 l.), student dziennikarstwa na UWMie i mój „znajomy z uczelnianej ławy”. Oczywiście, nie mam zamiaru opierać swoich wywiadów tylko na osobach które mam na wyciągnięcie ręki. Megafon oddamy również mieszkańcom Gdańska, Katowic czy Warszawy. Zapraszam do czytania, komentowania oraz oceniania.

Ślepowid: Ostatnio, głośno się mówi o zmianach w programie nauczania. Coraz to nowe grupy opozycjonistów urządzają głodówki w ramach obrony prawa młodzieży do nauki. Najbardziej kontrowersyjnym założeniem pomysłu pani minister Krystyny Szumilas, są zmiany w lekcjach historii. Co sądzisz o zdecydowanych protestach i przeniesieniu nauki historii współczesnej do szkół ponadgimnazjalnych?

Tomasz: Uważam, że protesty w formie strajku głodowego mijają się z celem. Wygląda to jak zachowanie typu: „na złość mamie nie założę czapki i odmrożę sobie uszy”. Mamy przecież inne metody perswazji. Co do samej reformy, popieram ją. Z tego co pamiętam, zawsze brakowało czasu na realizację całego materiału, wskutek czego historia najnowsza była traktowana po macoszemu. Mamy XXI wiek i nie ukrywajmy – o wiele większy wpływ na III RP miało obalenie socjalizmu niż odsiecz Wiednia.

Ślepowid: Raz po raz, w telewizji przewija się temat reformy emerytalnej. Będziemy musieli pracować do 67 roku życia. Jaka jest Twoja opinia na ten temat?

Tomasz: Powiem tak – nie uśmiecha mi się zap***rzanie jak dziki osioł do późnej jesieni życia i dostawanie później groszy, za które nawet nie będę mógł sobie wyprawić godnego pogrzebu. Tak samo nie zwilża mnie fakt, że gdybym stracił zatrudnienie tuż przed rozpoczęciem okresu ochronnego, to byłbym spisany na straty na rynku pracy. Jednakowoż, nie mam ani wykształcenia, ani kompetencji, ani nawet pomysłu na usprawnienie tego systemu.

Ślepowid: Kontrowersje dotyczące reformy emerytalnej, doprowadziły do zgrzytów w koalicji. PO i PSL, jak widzisz te dwie partie? Czy ich przymierze zostanie naruszone? Może Tusk znajdzie kogoś innego, na przykład Palikota?

Tomasz: Zasadniczo trzymam się z dala od polityki. Wychodzę z założenia, że samo życie jest dostatecznie stresujące i szkoda nerwów. Ale co sądzę o tych partiach? Jak każda organizacja, mają swoje dobre i złe strony. Jedyne czego jestem pewien, to to, że nie popieram PSL-u. Z dwojga złego wolę liberalną ideologię Platformy.

Ślepowid: Premier Donald Tusk zapowiedział kasację funduszu kościelnego. Natychmiastowo podniosły się głosy o zamachu na wiarę katolicką i polskość. Tymczasem, antyklerykalny Janusz Palikot dostaje się do Sejmu, ciągnąc za sobą młodych. Coraz więcej osób odwraca się od Kościoła. Nawet prawicowy ksiądz Isakiewicz-Zaleski, wydaje książkę w której piętnuje homoseksualnych hierarchów. Jak uważasz, czemu tak się dzieje? Jaka jest Twoja opinia odnośnie całej instytucji Kościoła, jej działań oraz kryzysu wiary?

Tomasz: Religia to delikatna kwestia… Gwoli wyjaśnienia, mam pogański światopogląd, lecz wychowywałem się po katolicku. W związku z tym, nie mam nic przeciwko idei chrześcijaństwa. Przyszedł Żyd, zaczął mówić „Hej, a może byśmy byli mili dla innych?” za co go ukrzyżowano.

Ale kółko rybackie założone przez tego Żyda za bardzo się rozpanoszyło. Kościół jest stanowczo zbyt wpływowy, co widać choćby po słynnych moherowych babciach (rząd dusz) czy autach i brzuchach biskupów. Przy czym ciekawe jest, że gros katolików żyje nie do końca po bożemu. Jakby wychodzili z założenia, że skruchę można zaplanować. Inną ciekawostką jest obecność wątków politeistycznych w tejże religii… Co do kryzysu wiary: mamy XXI wiek, epokę rozumu. Zeitgeist nie śpi. Z drugiej strony spory wpływ na ten trend mają nagłaśniane skandale z udziałem księży. Trzeba jednak uważać by nie wpaść w pułapkę generalizowania. Teoretycznie możemy pozwolić sobie na luksus uogólniania i szufladkowania kleru, jednak wypaczy to obiektywne spojrzenie na rzeczywistość.

Ślepowid: Parę dni temu, mieliśmy rocznicę śmierci Jana Pawła II. Co sądzisz o naszym papieżu? Czy bez niego Kościół nie jest już taki sam? Czy Pokolenie JP II jest wyjątkowe?

Tomasz: Papież Polak… Rzadko o nim myślałem. Był czymś co jest stałe, pewne. Jak drzewo, które rośnie w ogrodzie. Jest, bo… Po prostu jest. I sądzę, że wielu Polaków też tak czuło. Ilu z tych, którzy tuż po jego śmierci krzyczeli o pokoleniu JP2 postępuję zgodnie z religią? Ilu przeczytało choć jedną encyklikę Ojca Świętego? A ilu wkręciło się w ten boom na papieża ze względu na presję społeczną?

W każdym razie nie zapomnę trzech opinii, jakie o Nim usłyszałem. Pierwsza – „jak dotykał tylu osób, to nic dziwnego, że zachorował”. Druga – „dziennikarze Go męczyli w stylu ‚papież, weź coś powiedz… No papież, odezwij się…’”. Trzecia – „znał 60 języków… Je***y…”

Ślepowid: I ostatnie pytanie. Dlaczego akurat dziennikarstwo i jak Ci się podobają studia w Olsztynie?

Tomasz: Dobre pytanie. Poloniści i nauczyciele języków zauważali moje zdolności językowe oraz żyłkę do pisania. W technikum informatycznym owe talenty się uwydatniły, wzmacniając niechęć do przedmiotów ścisłych. Dodatkowym czynnikiem było zainteresowanie się prasą muzyczną oraz tabloidami (tu: co kieruje ludźmi czytającymi ten rodzaj prasy). Chciałem poznać środowisko medialne. Odnośnie Olsztyna – mało się tu dzieje, wydaje się być zaściankowo. W kwestii samych studiów, nie spodziewałem się, że ten kierunek to miks wszystkiego, od podstaw prawa, przez politologię, na awangardzie w literaturze kończąc. To wbrew pozorom pozytywny aspekt. Negatywnym zaś jest hipertroficzny wręcz przerost teorii nad praktyką. W ogólnym rozrachunku jest dobrze. Korzystając z okazji – zapraszam na Kortowiadę, która odbędzie się 17-20 maja br.

Norge – drømmers land? #1

Zgodnie z zapowiedzią, przedstawiam pierwszą część serii wywiadów „Norge – drømmers land?”, przybliżających nam Norwegię oczami gimnazjalistki – Marty (15 l.), która ponad dwa lata temu wyjechała z naszego kraju, razem ze swoimi rodzicami. Początki zawsze są trudne, szczególnie dla tak młodej osoby. Jak nasza bohaterka wyobrażała sobie Skandynawię przed wyjazdem? Co zmusiło jej rodziców do opuszczenia Polski? Czy pierwsze dni w innym kraju, który miał stać się jej domem, były bardzo ciężkie? Zapraszam do czytania.

Część I: Początek.

Ślepowid: Jak łatwo można się domyślić, decyzja o wyjeździe nie należała do Ciebie, a do Twoich rodziców. Dlaczego zdecydowaliście się opuścić Polskę? Co czułaś, gdy po raz pierwszy dowiedziałaś się, że zamieszkasz w Norwegii na dłużej?

Marta: Prawdę mówiąc, rodzice traktowali dość poważnie moje zdanie na ten temat i pewnie, gdybym się nie zgodziła, to wyjazdu by nie było. Sam pomysł zamieszkania w Norwegii pojawił się dużo wcześniej, jakieś dwa lata przed opuszczeniem Polski. Tata, już jakiś czas, mieszkał i pracował w Norwegii. Chcieliśmy zamieszkać razem. Oczywiście, pojawiły się pewne wątpliwości co do języka, życia w nowym miejscu. Logicznym jest, że mieliśmy pewne obawy, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na wyjazd.

Ślepowid: Jak wyobrażałaś sobie Skandynawię?

Marta: To dość trudne pytanie, bo prawdę mówiąc nie wyobrażałam sobie wcale. Widziałam kilka zdjęć zrobionych przez kuzyna, trochę historii słyszałam, ale prawdę mówiąc nie miałam konkretnej wizji Norwegii. I z tego co pamiętam to nawet nad tym zbytnio nie myślałam.

Ślepowid: Pierwsza wyprawa do Norwegii zapewne dość wyraźnie zapisała się w Twojej pamięci. Jak się czułaś, gdy wsiadałaś na statek, wiedząc, że opuszczasz Polskę?

Marta: Długo czekałam na ten wyjazd i, choć byłam odrobinę przerażona co do samego wyjazdu, to tak naprawdę się cieszyłam. Nigdy nie byłam zbytnio zżyta z Polską i zawsze marzył mi się wyjazd gdzieś za granicę. No i kiedy nadarzyła się okazja, trzeba było ją wykorzystać. Miałam sporo obaw, ale radość okazała się silniejsza.

Ślepowid: Dotarłaś wraz z rodzicami do Norwegii… Jak wyglądały Wasze pierwsze dni? Dużo spraw formalnych? Jakieś problemy z zakwaterowaniem lub porozumieniem się z miejscowymi?

Marta: Nie wiem zbyt wiele o formalnościach, bo nie pomagałam w ich porządkowaniu. Tata wynajął mieszkanie, wprowadziliśmy się tam zaraz na drugi dzień. Pierwszy dzień spędziliśmy w mieszkaniu, które firma, w której tata pracował wynajęła dla kilku pracowników. Z tego co mi wiadomo, było kilka problemów, ale urzędnicy pomogli w wypełnianiu niemal wszystkich papierów, tłumaczyli po kilka razy, jeśli kuzyn, który tłumaczył, nie rozumiał czegoś.

Ślepowid: Wszystko musiało być dla Ciebie nowe. Jakie różnice między Polską a Norwegią, jako pierwsze rzuciły Ci się w oczy?

Marta: Może to zabrzmi śmiesznie, ale najwidoczniejszą różnicą na początku, był brak zwracania się do osób starszych i pedagogów per pan/pani. W Polsce takie zachowanie byłoby po prostu uznane za brak wychowania, a tu jest normą. Nauczyciele mają bardzo dobry kontakt z uczniami i nie ma zwyczajowej wrogości między nimi. Do tego wszyscy są zaskakująco pozytywnie nastawieni do obcokrajowców, a szkoła zapewnia roczny kurs językowy. Na pewno sporą różnicą dla mnie było tak wiele narodowości w jednym małym mieście. Można tu spotkać ludzi z niemal całego świata. Mimo wszystko wszyscy tworzą zgrane społeczeństwo. Przyznam, że z początku ciężko się było do tego przyzwyczaić, jednak z czasem stało się to normalne.
Norwedzy w ogóle są nieco inni. Nie żyją w takim pośpiechu, wszyscy są serdeczni dla siebie. Dobrze to zobrazuje pewna sytuacja z którą się spotkałam. Kiedy byłam w sklepie, przede mną, w kolejce, stała pani, i wypakowuje rzeczy z koszyka, a sporo ich miała. Nagle dzwoni jej telefon, a ona przestaje wypakowywać zakupy i zaczyna rozmawiać! I nikt nie ma jej tego za złe, ludzie w kolejce stoją i rozmawiają sobie jak gdyby nigdy nic. Podobną sytuację miałam w Polsce, z tym, że to ja blokowałam kolejkę – oczywiście niezbyt celowo. I pan stojący za mną w dość niekulturalny sposób „niecierpliwił” się.

Ślepowid: A co z barierą językową?

Marta: Na szczęście wcześniej uczyłam się angielskiego, więc miałam dużo łatwiej. Jednak nadal, nie był perfekcyjny, a nauka norweskiego była priorytetem. Zostałam bardzo ciepło przywitana, i mimo problemów, dawałam sobie radę. Było dość trudno, kiedy nauczyłam się trochę norweskiego, a znajomi nadal starali się rozmawiać po angielsku. W tej chwili ta bariera językowa nadal istnieje. Niestety nie znam języka tak dobrze, by perfekcyjnie się porozumiewać, nadal brakuje mi wielu słów. Ale jest coraz lepiej – a przynajmniej taką mam nadzieję.

Ślepowid: Tęskniłaś za Polską?

Marta: Jak mówiłam swego rodzaju tęsknotę odczuwa się dopiero po czasie. Ja ją odczułam dopiero po trzecim lub czwartym wyjeździe do Polski. Chyba wtedy tak naprawdę zrozumiałam, że to miejsce, w którym się wychowałam i jednak trochę mi go brakuje. Nigdy nie czułam jednak potrzeby powrotu.

Wszelakie sugestie odnośnie wywiadów i pytania do naszej bohaterki, proszę umieszczać w komentarzach. Dziękuję serdecznie.