Kobiety przegrały wybory prezydenckie

Wielu uważa, że tegoroczne wybory prezydenckie są festiwalem miernych kandydatów i dowodem na upadek lewicy. Podczas kampanii pojawia się jednak jeszcze jeden problem – marazm i nieporadność polskich kobiet-polityków.

Mamy za sobą wprowadzenie parytetów płciowych na listach w wyborach parlamentarnych. Wiele znanych osób mówiło, że kobiety są silne i niezależne. W czasopismach pojawiały się teksty o wyższości płci pięknej w sferze polityki. Na liście „najbogatszych Polaków” Forbesa nie brakuje Polek. Premierem została Ewa Kopacz, Elżbieta Bieńkowska jest Europejskim Komisarzem ds. Rynku Wewnętrznego i Usług. W rządzie i na sali sejmowej również zasiada wiele pań. Nasze elity medialne i organizacje społeczne pełne są inteligentnych, zdolnych działaczek.

Nadszedł czas wyborów prezydenckich i wyobrażenie o silnych, ambitnych oraz sprytnych uczestniczkach życia politycznego runęło w gruzy. Zamiast wybitnych kobiet-polityków otrzymaliśmy jedną, jedyną wydmuszkę. Reszta rozpłynęła się w powietrzu.

Z 23 zarejestrowanych komitetów wyborczych, pięć popierało kandydatki na stanowisko Prezydenta Rzeczpospolitej – Balli Marzec, Iwonę Piątek, Wandę Nowicką, Annę Grodzką i Magdalenę Ogórek. Już ta „wstępna lista” budzi niepokój. Brak na niej naprawdę charyzmatycznych postaci mogących pociągnąć za sobą tłumy. Pojawia się też problem różnorodności poglądów, o czym za chwilę.

Balli Marzec nie miała najmniejszych szans na zebranie stu tysięcy podpisów. Nieznana nikomu muzułmanka, będąca prezesem Wspólnoty Kazachskiej była z góry skazana na porażkę – chociaż docenić należy sam akt odwagi, jakim jest zgłoszenie swojego komitetu wyborczego.

Jednak to co w jednej sytuacji jest aktem odwagi, w innym przypadku staje się symbolem braku rozsądku, buty i arogancji. Pycha opanowała Iwonę Piątek, Wandę Nowicką i Annę Grodzka, które zaczęły się między sobą przepychać i rywalizować o wspólny elektorat. Kompletny brak politycznego wyczucia sprawił, że żadna z nich nie zebrała stu tysięcy podpisów. Reprezentowały właściwie tę samą lewicową ideę, a różnice w ich wypowiedziach były kosmetyczne. Ta walka od początku nie była łatwa – w końcu musiały zmagać się z Januszem Palikotem, dzięki któremu wypłynęły z głębin politycznego niebytu. Za ich plecami czaiła się Magdalena Ogórek, trzymana na smyczy przez Leszka Millera.

Tam gdzie potrzebna była jedność, pojawił się podział i brak zgody. W starciu po lewej stronie wygrała tylko jedna kandydatka, której kandydatury nikt nie brał poważnie. Nie pomogły jej własne doświadczenia, charyzma czy umiejętności. Zdobyła sto tysięcy podpisów dzięki opiekuńczej, męskiej dłoni przywódcy SLD, który postanowił zrobić psikusa swojej partii i postawić na osobę nieznaną. Gdyby nie jego pomoc, w wyścigu o prezydencki fotel nie byłoby ani jednej kobiety. Kto wie, może właśnie dlatego Leszek Miller zdecydował się poprzeć Magdalenę Ogórek. Może z sympatii do płci pięknej? Może w imię lewicowych przekonań? By na listach wyborczych był chociaż cień „równouprawnienia” i wiary w możliwości kobiet?

Ostatecznie, na jedenastu kandydatów mamy tylko jedną kobietę, w dodatku krytykowaną przez feministyczne elity. Magdalena Ogórek na samym początku zniechęciła do siebie media, a na pytania odpowiadała tak jak jej przykazał wujek Miller albo wcale. I tylko jej wygląd został doceniony przez zagranicznych dziennikarzy.

Nie piszę tego ze złośliwością – raczej z żalem i irytacją. Walka ze stereotypami i działanie na rzecz równości, nie rozbiły się o „zły patriarchat” ani nie zatrzymały na szklanym suficie. To kobiety same zrezygnowały ze starcia, już w momencie rejestrowania komitetów wyborczych. Wbrew pozorom, nie mamy zbyt dużego wyboru wśród kandydatów. Połowa z nich różni się tylko retoryką i aparycją, ale ich poglądy są niczym stworzone w edytorze tekstów – kopiuj → wklej. Mamy naprawdę dużą niszę, którą można zagospodarować. Wyborcy szukają czegoś nowego – co widać po sukcesie Brauna, Kukiza, Wilka i Tanajno, którzy mogą sobie gratulować samego startu w wyborach.

Jestem pewien, że znalazłoby się miejsce nawet dla kolejnej lewicowej kandydatki, gdyby nie była klonem Janusza Palikota. Także prawa strona jest otwarta jak nigdy wcześniej, tam również kobiety mogłyby poszukać wyborców. Zawsze pozostaje też centrum i stawianie na konkretny element życia obywatelskiego (Paweł Kukiz na przykład wybił się na JOWach).

W polskiej polityce brakuje jednak naprawdę charyzmatycznych „kandydatek na kandydatki”. Właściwie nie wiem – nie istnieją, czy nie chcą zaistnieć. Jeżeli jednak czają się gdzieś w cieniu i czekają na odpowiedni moment, to, uwaga! Teraz nadchodzi ta chwila! Wybory parlamentarne! Walczcie o obraz wybitnej, niezależnej kobiety-polityka! Spójrzcie na sukces obecnych kandydatów płci męskiej, którzy niemal od zera zdobyli ogromne poparcie!

Chyba, że wolicie, by kobieta w polityce była kojarzoną z małomówną, ale za to ładną panią, która bez pomocy starszego pana nawet nie wystartowałaby w wyborach…

Tekst można przeczytać również na:
http://wiadomosci.onet.pl/kobiety-przegraly-wybory-prezydenckie/j18pgp

Złość Wandy Nowickiej

Zawrzało dzisiaj w „Tak jest” na TVN24, oj zawrzało. Ostatnim tematem programu była kampania społeczna „Rodzice, odważcie się mówić!” zorganizowana przez Kampanię Przeciw Homofobii. Na plakatach geje i lesbijki razem z rodzicami, zachęcają do większej tolerancji oraz zrozumienia swoich pociech o odmiennej orientacji seksualnej.

Do studia zaproszono dwie pary. Rozmowę na temat kampanii rozpoczęli Jacek Żalek z PO i niezrzeszona wicemarszałek Wanda Nowicka. Chociaż nie wiem, czy „rozmowa” jest dobrym określeniem, ale o tym za chwilę. Jacek Żalek od samego początku zaskoczył mnie spokojem i zdystansowaniem. Po swoim oświadczeniu, że maile, które otrzymał od rozczarowanych jego stosunkiem do związków wyborców, to śmieci i spam, myślałem, że już zawsze będę podchodził do tego człowieka z bardzo, bardzo dużym dystansem. Tymczasem wyraził się całkiem pozytywnie o kampanii. W sposób ostrożny, to prawda, trzymając się swojego światopoglądu, ale też uczciwy, pochwalając tolerancję i przeciwstawianie się wykluczeniu społecznemu homoseksualistów.

Potem, do studia dotarła spóźniona Wanda Nowicka. Początkowo nic nie zapowiadało burzy, chociaż Jacek Żalek miał problem z dojściem do słowa, a pani wicemarszałek z odpowiedziami na pewne pytania. Wszystko w granicach przeciętnej dyskusji. Wcześniej czy później, musiało jednak dojść do spięcia. Poseł Żalek, odpowiedź na słowa Wandy Nowickiej zaczął słowami, że ta jest ignorantką. Nie było to zbyt eleganckie, ale reakcja pani wicemarszałek przeszła najśmielsze oczekiwania. Nie wiem do czego porównać jej wybuch wściekłości, tak, by zabrzmiało to uprzejmie. No zaczęła krzyczeć, szaleć, nie pozwalała dojść do słowa ani prowadzącemu Andrzejowi Morozowskiemu, ani Jackowi Żalkowi, wymagając przy okazji by dziennikarz doprowadził posła do porządku. Coś strasznego. To był po prostu wybuch, nieopanowany wybuch złości, który zaowocował potokiem słów. Prowadzący nie potrafił nad tym zapanować, ciężko by mu było nawet spróbować, po tym jak wicemarszałek zarzuciła mu, że najpierw ją zaprasza a potem… no właśnie, co potem?

W końcu poseł Żalek doszedł do głosu. Wytknął, że Wanda Nowicka ma problem z rozróżnieniem konkubinatów i małżeństwa. Stwierdził, że homoseksualiści i heteroseksualiści już mają te same prawa, odpowiadając na zarzuty wicemarszałek, która mówiła o prawnym wykluczeniu gejów oraz lesbijek. Odpowiedzią był kolejny atak złości. Nie wiem, czy Jacek Żalek specjalnie wykorzystał siódmą zasadę erystyczną Schopenhauera, ale na pewno efekt był bardzo zadowalający. On, mówiący spokojnie, cicho, rzeczowo, przeciwko wściekłej, rozkrzyczanej Wandzie Nowickiej. W mojej opinii, pani wicemarszałek wyrządziła swoim zachowaniem krzywdę polskim feministkom i kobietom, które mężczyźni, niesłusznie oskarżają o „bazarowy” styl prowadzenia dyskusji i zalewanie oponentów potokiem słów z którego niewiele wynika.

Potem, rozmowę kontynuowali profesor Janusz Czapliński i Paweł Lisicki, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”. Ich występ poprzedziła opinia posłanki Krystyny Pawłowicz, która określiła, że kampania jest molestowaniem i, że ją gorszy. Nic nowego. Janusz Czapliński opowiedział anegdotkę o swoim synu, który spytał ojca o to, co by zrobił, gdyby ten dowiedział się, że jest homoseksualistą. A pan redaktor Lisicki nie zaskoczył chyba nikogo, stwierdzeniem, że czuje się nagabywany przez homoseksualistów i zmuszany do tolerancji. A on przecież nie ma ochoty tolerować innych. Morozowski podsumował sucho, że temat pojednania homoseksualistów z rodzicami powinien łączyć.

A tymczasem, okazało się, że podzielił.